Igor Jovićević wywołuje ostatnio mieszane emocje. Jedni kibice przekonują, że to ukryty pod czapeczką farmazoniarz, który nie ma w Łodzi przyszłości. Inni wskazują na jego spore dokonania z przeszłości i doświadczenie w europejskiej piłce, zapewniając, że jego Widzew w końcu się rozkręci. Ja zamiast zająć jakieś stanowisko postanowiłem, że najlepiej będzie go po prostu trochę poznać, tak z odrzuceniem wszelkich uprzedzeń. Porozmawialiśmy więc o tej przeszłości, przyszłości, ale i o teraźniejszości. O transferach zagranicznych, frustracji, strachu i kontuzjach. Ale także o zaskakującej dla Jovićevicia specyfice polskiej piłki klubowej, stylu Widzewa, którego (jeszcze) nie widać i relacjach z piłkarzami, które dla trenera są nawet ważniejsze od samej pracy. Po prostu – zapraszam.
Spis treści
- Sztab szkoleniowy Widzewa wcale nie taki duży. "To wynika z szacunku do zawodnika"
- Kariera piłkarska jako źródło frustracji. "Jest taki wewnętrzny konflikt"
- Szachtar Donieck i sukces. "To było arcydzieło"
- Widzew jako nowe-stare wyzwanie. "Czasem warto zachować spokój"
- Presja środowiska jest ważna, lecz... "Musisz słuchać, ale z umiarem"
- Plan Widzewa na Jovićevicia. "Chcę wierzyć, że dostrzegają sygnały"
- Sukces według Chorwata. "W Widzewie? Oczywiście wynik"
- Jovićevicia zderzenie z polską piłką. "To dla mnie nowe informacje"
- Ofensywa transferowa. To źródło problemów Widzewa?
- CZYTAJ WIĘCEJ O WIDZEWIE NA WESZŁO:
Antoni Figlewicz: To chyba faktycznie nie jest wymarzony układ. Macie treningi na sztucznej płycie, w dodatku cudzej. Powoduje to chyba trochę zamieszania…
Igor Jovićević (trener Widzewa Łódź): Tak, ale w tej chwili przeszkodę stanowią przede wszystkim warunki pogodowe. W rzeczywistości nie jest to jednak żadna wymówka, chcę to wyraźnie zaznaczyć. Tym bardziej, że centrum treningowe ma być ukończone w październiku czy listopadzie. A na razie zostajemy z Łodzianką (miejski obiekt treningowy Widzewa w pobliskim parku – przyp.red).
Łodzianka nie jest raczej świetnym obiektem. Byłem tam wiele razy – można sobie pospacerować, wejść na boisko, obejrzeć trening, wszystko dostępne dla całkowicie przypadkowych ludzi…
Cóż, to nie jest to, czego potrzebuje ta profesjonalna drużyna, jasne. Choć teraz ta sztuczna trawa… To jest dla graczy zabójcze. Szczególnie dla tych, którzy przeszli kiedyś operację ACL-a lub są podobni do Wiśniewskiego – więksi, silniejsi. Każde dohamowanie jest tu problemem, co chwilę tylko gwałtowne ruchy.
Takie zaplecze treningowe miało wpływ na kontuzję Szymona Czyża?
Ona akurat miała miejsce na trawie, naturalnej trawie, a przy takiej pogodzie ryzyko kontuzji jest po prostu większe, bez względu na przygotowanie płyty. Dla Szymona to już trzeci taki przypadek, trudna sprawa. Nowa diagnoza to jednak sześć tygodni pauzy, a więc bez operacji.
Brzmi optymistycznie.
Jest przygotowany na ten wariant. Czekamy na niego, ponieważ jest dla nas ważnym graczem.
Jako piłkarz znasz tę sytuację, dwukrotnie zerwałeś więzadło krzyżowe.
Tak. Albo i kilka razy więcej… Prawe i lewe kolano.
***
I pewnie pogadalibyśmy dłużej o kolanach, sztucznych płytach i innych problemach, ale jeden z asystentów wpadł nam do pokoju i narobił trochę zamieszania w poszukiwaniu laptopa. Krzątał się i krzątał, aż zmienił nam temat rozmowy.
***
Sztab szkoleniowy Widzewa wcale nie taki duży. „To wynika z szacunku do zawodnika”
Macie spory sztab – zauważyłem.
Tak, mamy w nim razem ze mną trzynastu trenerów. Normalnie mój zespół składał się z ośmiu. Ale gdziekolwiek teraz się pojawisz, jakiś klub ma kolejnych czterech, sześciu, siedmiu… Dziesięć czy piętnaście lat temu trenowałeś zespół sam i byłeś trenerem fizycznym, analitykiem, wszystkim. Ale dzisiaj jesteś de facto menedżerem. Zarządzasz zespołem, bo masz trenera linii obrony, masz trenera przygotowania fizycznego, analityka, masz wszystkich i od wszystkiego.
Nie za dużo tego wszystkiego?
Nie, bo teraz jest po prostu zbyt dużo pracy. Gracze zasługują na to, aby otrzymać absolutnie wszystkie narzędzia, które pozwolą im grać lepiej. To wynika z szacunku do zawodnika. Arsenal Artety ma oprócz niego 23 trenerów lub analityków. Pierwszy trener nadzoruje cały ten proces, jasno określając wymagania, więc obecnie najważniejszą rzeczą w piłce nożnej jest dla niego zarządzanie. Sztabem, ale i ego graczy. Dla mnie jest to kluczowy punkt.
Myślisz zatem, że to odpowiednia motywacja jest najważniejsza?
Dyscyplina. Dyscyplina przewyższa motywację. Motywacja zależy od nastroju, dyscyplina to nawyki. To coś innego. Dyscyplina popycha cię do przodu, ponieważ czasami nie masz motywacji, aby coś zrobić. Ale jeśli masz dyscyplinę wynikającą z nawyków, to po prostu robisz swoje. Tak właśnie wygląda część sukcesu. Masz większe możliwości rozwoju jako osoba, jako trener, piłkarz. Sama motywacja nie wystarczy.
Więc wolałbyś, żeby Twoi gracze nie mówili, że jesteś mistrzem motywacji?
Dokładnie.
Jesteś osobą wystarczająco surową, aby zmusić ich do dyscypliny?
Tak. Tu chodzi o to, że gdy jesteś zdyscyplinowany, pomnażasz swoją motywację. Twoja wartość wzrasta. W tej formule jest to przepis na sukces.

W którym momencie zdałeś sobie sprawę, że to jest ta doskonała formuła, że to jest jedyna droga, którą należy podążać?
Pod koniec mojej kariery piłkarskiej. Wierzyłem w swój talent i przez pewien czas to wystarczało. Ale po mojej kontuzji – w sumie i po pierwszej, i po drugiej – zrozumiałem, że życie tylko z talentem nie wystarczy. Ponieważ inni gracze również mają talent, ale pracują więcej. Dzięki talentowi, wizji i kreatywności można robić różne rzeczy. Lecz inny gracz, może nieco mniej utalentowany, ale za to biegający więcej, lepiej walczący w pojedynkach, silniejszy, potrafiący skakać, grać głową, robi o wiele więcej rzeczy niż ja. Jest bardziej kompletnym graczem. Po kontuzji doszedłem do wniosku, że muszę pracować. Ale na super karierę było już za późno.
Pewnie nie przez przypadek pomiędzy twoją karierą piłkarską a karierą trenerską była widoczna przerwa. Czytałem gdzieś, że prowadziłeś bar koktajlowy w Marbelli.
Oj, nie tylko to… Musiałem odpocząć, bo moja kariera to była jedna wielka frustracja. Ponieważ oczekiwania były tak wysokie, ponieważ kiedy zaczynałem w akademii Dinama Zagrzeb, byłem graczem, który robił różnicę.
Igor Jovićević – od koktajlbaru, przez wojnę, aż do Widzewa
Sam Zvonimir Boban publicznie chwalił twoje umiejętności. Presja była spora.
Tak, był moim idolem. Jako młody chorwacki piłkarz podziwiałeś go i marzyłeś, chciałeś kiedyś być taki jak on. Kiedy zacząłem robić tę wspomnianą różnicę w meczach, strzelając wiele bramek, wiele osób o mnie mówiło, a wiele klubów było mną zainteresowanych. Potem Real Madryt podpisał ze mną pięcioletni kontrakt. Wyglądało na to, że wszystko idzie dobrze. W takich chwilach możesz poczuć, że to właśnie ty jesteś tym nowym wielkim graczem.
Takim wybrańcem.
Dosłownie, wybrańcem. Tyle że w okresie dojrzewania trudno już było mi się przebić do pierwszej drużyny Realu, rozwijałem się w rezerwach A potem doznałem kontuzji. Cały rok spędziłem na rehabilitacji. To było bardzo frustrujące. Oczekiwania, niespełnione nadzieje. Jedna wielka frustracja. Trudno było wierzyć w powrót, ale wtedy odezwała się we mnie krew Chorwatów, Czarnogórców – to akurat od strony mojego ojca. Bo kiedy ktoś mówi mi, że nie dam rady, dla mnie to największa motywacja. Kiedy mnie krytykują – to impuls do działania. Mogę powiedzieć, że całe życie żyłem w stresie i traktuję presję jak przywilej.
Co to znaczy?
Cóż, tylko w takich warunkach mogę się rozwijać. W strefie komfortu nie jesteś w stanie tego robić, więc upadasz. Zawsze, gdy ktoś mówił mi „nie dasz rady, nie wrócisz, nigdy nie będziesz taki sam”, to tak, jakby coś w środku popychało mnie do pracy nad kolanem. Ono jest tu tylko przenośnią – jedna operacja, druga operacja, trzecia operacja, czwarta korekta. Tak jest za każdym razem.
Jeśli pozostaniemy przy tym przykładzie – minęło mi prawie dwa i pół roku bez piłki nożnej, kariera prawie mi się zawaliła. Ale wróciłem na innym poziomie. Grając w Japonii, Chinach, Brazylii, na Ukrainie. Miałem osobiste wyzwanie, aby udowodnić sobie, że mogę wrócić i grać bardzo dobrze. Nigdy jednak nie osiągnąłem takiego samego poziomu jak wcześniej.
Po wszystkim potrzebowałem odpoczynku. Zrobiłem po prostu to, co trzeba było zrobić – skupiłem się na zainwestowaniu pieniędzy zarobionych na grze w piłkę.

Kariera piłkarska jako źródło frustracji. „Jest taki wewnętrzny konflikt”
To był dobry moment na całkowity reset, odstawienie piłki na bok?
Na oczyszczenie umysłu po wielu, wielu latach frustracji. Towarzyszyła mi mieszanka emocji, ale wyszło znów na to, że futbol mam we krwi. Piłka nożna jest częścią mojego życia, mojej rodziny. Mój ojciec był piłkarzem w FK Lovćen w Czarnogórze. Potem podpisał kontrakt z Dinamem Zagrzeb. Grał tam przez dziesięć lat jako lewy obrońca, był bardzo charakternym i cenionym graczem, wojownikiem, który nigdy nie doznał kontuzji. Wyobraź sobie – mój ojciec przez całą karierę nie doznał żadnej kontuzji, a ja miałem ich wiele. To kolejny powód do frustracji.
Dlaczego mimo niej chciałeś wrócić do tego samego świata?
Zacząłem sobie kurs UEFA B w Zagrzebiu. Przez dwa lata byłem trenerem moich dwóch synów w Marbelli, w lokalnym klubie Nova Andalucía. Mieli odpowiednio dziesięć i dwanaście lat, a ja przy nich łapałem ochotę do tego by robić kolejne kroki. UEFA B, UEFA A…
W pewnym momencie poczułem, że znów jestem na boisku. Mogę dzielić się swoją wiedzą i doświadczeniem. Podpowiadać innym, jak postępować. Podobało mi się to, a czasami jest tak… sam nie wiem, tak, że to Bóg wszystko załatwia. Nie wyjaśnić tego, że nagle zadzwonił do mnie z Lwowa Petro Dyminski. On i dyrektor Igor Dedyszyn chcieli, abym został dyrektorem sportowym Karpat. Pojechałem tam i potem już poleciało. Zostałem dyrektorem sportowym, potem zająłem się drużyną do lat 21, następnie dostałem swoją szansę jako trener pierwszego zespołu.
Znowu byłem w grze. Ale nadal przepełniony byłem mieszanką frustracji i motywacji.
Te uczucia nadal dominują w twojej relacji z piłką nożną?
Jest taki wewnętrzny konflikt. Przez to staram się teraz zrobić wszystko to, czego nie udało mi się dokonać będąc piłkarzem. Ciągle chce być lepszy, ciągle chciałbym wymyślać coś nowego, chciałbym przynosić dobre wyniki klubowi, w którym pracuję. Daję z siebie więcej niż mogę, ponieważ – być może – w pewnym momencie mojego życia nie dałem piłce nożnej tego, co ona dała mi. Wiadomo, nie da się być doskonałym, ale wolę myśleć, że porażka jest częścią procesu. Czasami, kiedy przegrywam, cieszę się, ponieważ dzięki temu staję się lepszy.
Jestem bardzo krytyczny wobec siebie. Ale właśnie dlatego mogę teraz powiedzieć, że odniosłem sukces, ponieważ zdobyłem kilka tytułów. Tym bardziej szanuję zwycięstwa, bo nie jest łatwo wygrać choćby jeden mecz. Często powtarzam więc moim zawodnikom, żeby śpiewali, tańczyli, okazywali emocje, szanowali zwycięstwo, ponieważ kiedy jesteście w dołku, kiedy przeżywacie jakiś kryzys, bardzo trudno jest wygrać nawet jeden mecz.
A ja z taką filozofią dorastam. Jestem teraz lepszym trenerem niż pięć lat temu. Mam nadzieję, że dzięki tej mentalności za pięć lat będę lepszy niż teraz, także dlatego, że będę popełniał błędy. Wyciągnę wnioski z tych błędów i przy okazji będę wygrywał mecze.
Uważasz, że trenowanie drużyny, która się rozwija i chce osiągnąć wyższy poziom, różni się znacznie od trenowania drużyn takich jak Łudogorec i Szachtar, które były mistrzami w przeszłości i za twojej kadencji nie znajdowały się w fazie budowy, w której obecnie znajduje się Widzew?
To może być prawda, ale zwróciłbym uwagę na moje doświadczenia w Szachtarze. Zaczynała się wojna, a po pięciu miesiącach od jej wybuchu podpisałem kontrakt, nie było to łatwe. Szczególnie, że wtedy cały sztab opuścił drużynę, a wraz z nim odeszło 15 zagranicznych piłkarzy. Czternastu Brazylijczyków i jeden Izraelczyk. Szachtar w tamtym momencie nie miał drużyny.
Szachtar Donieck i sukces. „To było arcydzieło”
Dobra, ale to nie tak, że tylko Szachtar miał problemy przez wojnę.
W innych zespołach nie było takiej skali zmian, ponieważ żaden z nich nie miał aż tak wielu zagranicznych graczy. Kiedy patrzę z tej perspektywy, to zauważam, że Szachtar był moim arcydziełem. Nie wiem, czy uda mi się coś takiego kiedykolwiek powtórzyć. Wierzę, że tak, ale wydaje się to nierealne. Kijów bombardowano, wszyscy myśleli o bezpieczeństwie, przetrwaniu. Był taki czas, że codziennie schodziliśmy do schronu. Jednocześnie musieliśmy przygotowywać się do meczu i… ułożyć jakąś drużynę. Półtora miesiąca przed meczem Ligi Mistrzów nie miałem zespołu. Pościągaliśmy ich z wypożyczeń, część z Mariupola, który w tamtym roku spadł do drugiej ligi.
Teraz, oczywiście, możemy patrzeć, gdzie jest Trubin, Sudakow, Bondarenko. Możemy mówić, jak wielki był transfer Mudryka. Ale wtedy to nie byli doświadczeni zawodnicy. Na nich zbudowaliśmy jednak zespół, któremu, zapewniam cię, nikt nie dawał szans na mistrzostwo. Kibice, dziennikarze – nikt.

Z tej perspektywy można patrzeć na ten okres inaczej, okej.
Czyli rozumiesz, o co mi chodzi. To było dla mnie wyzwanie, więc myślałem sobie: „no dobrze, mogę to schrzanić”. Ale z jakiegoś powodu postawili na mnie, miałem już dobre wyniki na Ukrainie. To bardzo fajna historia, walczyliśmy do przedostatniego meczu. W grze była Zorja Ługańsk, Dnipro i my, trzy pierwsze drużyny, różnica jednego punktu. Najpierw pokonaliśmy Zorję 3:0 na wyjeździe, a potem 3:0 u siebie Dnipro. Mistrzostwo wbrew wszystkim, a w tym samym czasie fantastyczne mecze w Lidze Mistrzów. Z Lipskiem, z Cetikiem, remis z Realem Madryt.
Przeszliśmy również przez Ligę Europy i to było niesamowite. Potem pokonał nas Feyenoord, ale nawet tam mieliśmy swoje szanse. Federacja Ukrainy stwierdziła, że nie może odwołać naszego meczu ligowego z Krywbasem, który rozbijał dwumecz z Holendrami. Musieliśmy jechać z Warszawy do Krzywego Rogu, bo przecież nie można było polecieć. Dwadzieścia godzin jazdy autobusem, nie chcieli nam tego zaoszczędzić. Byliśmy bardzo źli, wygraliśmy 3:0. A potem od razu stamtąd pojechaliśmy do Rotterdamu, gdzie przegraliśmy 1:7. Zespół ledwo chodził.
I jasne, wynik jest okropny, ale z uwagi na wiele przeszkód po prostu nie byliśmy na ten mecz gotowi. Dlaczego nie odpuścili nam tego meczu z Krywbasem dla ukraińskiej piłki nożnej? Współczynnik rośnie, poprawiamy wizerunek naszego futbolu, gramy dla armii, dla kraju. Ktoś traci życie, aby dać mi szansę na realizację mojego marzenia, na zwycięstwo, podniesienie trofeum. Różnica w obowiązkach wobec kraju jest niewyobrażalna, zatem musimy walczyć jak gladiatorzy i to jest absolutne minimum. Za tamten okres muszę podziękować tysiąc razy, ponieważ dali mi możliwość wykonywania mojej pracy. To było moje pierwsze mistrzostwo, wbrew wszelkim prognozom. To tak niesamowita historia, że Paramount przyjechał do nas na rok i zrobił z tego miniserial „Football Must Go On”. Zgarnęliśmy zresztą za niego nagrodę Emmy.
W sumie trudno się dziwić, skoro to historia i o wojnie, i o futbolu.
Pomyślałem po czasie: „wow, miałem w swojej drużynie coś wyjątkowego”. A trener jest lepszy dzięki lepszym graczom, bo to do nich należy piłka nożna. Mogę im przekazać całą swoją wiedzę, zapewnić wszystkie analizy, rozwijać się dzięki rozmowom z innymi trenerami, którzy grają w Lidze Mistrzów czy Lidze Europy. Aby mieć więcej informacji, być lepiej przygotowanym. Bo gracze często zadają pytania, a ty musisz mieć na nie odpowiedź.
Podsumuję to jeszcze – zaliczyliśmy fantastyczny sezon, to było arcydzieło. Jestem z tego dumny. Z tej perspektywy nie można porównywać tamtego Szachtara z Widzewem. Chociaż można, w pewnym sensie tak… Tam mieliśmy coś jak przejście od zera do bohatera. I tu też na to liczę.
Widzew jako nowe-stare wyzwanie. „Czasem warto zachować spokój”
Ale różnica polega chyba na tym, że teraz masz drużynę pełną potencjalnych gwiazd ściągniętych za wielkie pieniądze. I spotykasz się z wielkimi oczekiwaniami, a nie brakiem wiary.
Oczekiwania to oczekiwania, zawsze są tym samym. Moim zdaniem nie możemy zapominać, że są też tu zagraniczni gracze. Pochodzą z innych środowisk i kultur, a przyjeżdżają do Polski, do specyficznego środowiska. W Szachtarze miałem Ukraińców, oni znali specyfikę życia na Ukrainie. Ta „patriotyczna” strona jest zwykle dodatkowym atutem. Być może na co dzień niewidocznym, ale, jak im powiedziałem, tkwi w duszy. To niewiarygodna siła, której nie można sobie wyobrazić. To coś nadnaturalnego.
A w Widzewie… wszystkie nowe projekty wymagają trochę czasu. Można teraz patrzeć na Liverpool. Kupili Floriana Wirtza za 150 milionów.
Nie spełnia pokładanych w nim nadziei, fakt.
Być może zaczął teraz wykazywać pewne talenty. Ale Isak to kolejny przykład. Albo nawet Pep Guardiola, który ma ostatnio problem z hurtowym wygrywaniem. Zobacz, jak trudne to dla niego jest. Albo Arteta – to piąty rok, przez ten czas głównie cierpiał. Wygrał Puchar Anglii i tyle. W tym roku może się udać, ale to długofalowy projekt, który wymagał trochę stabilności i trochę dłuższego czasu, aby poprawić wyniki. Rozumiesz, o co mi chodzi?

(kiwam głową, uśmiecham się na zachętę, nie chcę przerywać, bo i po co?)
Spójrz na Jagiellonię, trzy lata z rzędu z tym samym trenerem. To jest taki projekt, na pewno. Najważniejsze w piłce nożnej są wyniki, ale czasem warto zachować spokój, dać czemuś szansę się rozwinąć. Bo Arteta, jeśli spojrzysz tylko na pierwszy rok, tylko na wynik, to on wypadł w pierwszym roku blado. Dopiero teraz, w piątym roku, są konkurencyjni i pokazują bardzo dobrą piłkę nożną. Nie zawsze pieniądze są kluczowe, aby zostać mistrzem. Widać wiele innych rzeczy. Być może mają lepsze podstawy niż wcześniej i dorastali razem. Mają solidniejsze argumenty, aby wygrać jeden mecz
Cóż, Widzew też ma chyba argumenty do wygrania jednego meczu.
Dobrze, można wygrać jeden lub dwa mecze, ale aby osiągnąć więcej celów, potrzeba czasu. Aby się dostosować, a niektórzy z moich piłkarzy znaleźli mieszkania dwa dni temu (rozmawiamy przed meczem z GieKSą – przyp. red.).
Mieszkali w hotelu?
Tak. Dlatego mówię ci, że to nie jest łatwe. Transfery są bombastyczne. Oczekiwania, co zrozumiałe, są wysokie. Wydaje się, że teraz wszyscy chcą, żebyś tylko przegrał. Ale musisz sobie z tym poradzić, z tą presją. W pierwszej części sezonu mieliśmy dosyć młody zespół, teraz mamy trochę doświadczenia, bo… potrzebujemy trochę doświadczenia. Dlatego Lucas Lerager jest tutaj, dlatego jest Przemek Wiśniewski. Ale są w Widzewie krótko, ja tu jestem ile, cztery miesiące?
Znów wrócę do Szachtara, gdzie mieli cierpliwość. W tym sezonie, kiedy podpisałem kontrakt z klubem, podczas przedsezonowych przygotowań w Rotterdamie, Bayer Leverkusen zaproponował za Mychajło Mudryka 22 miliony euro. Rinat Achmetow powiedział „nie”. To mądry człowiek. Ma intuicję. Potem wszyscy zrozumieli, dlaczego podjął taką decyzję. Dlatego jest odnoszącym sukcesy biznesmenem. Graliśmy przez sześć miesięcy w Lidze Mistrzów, a wartość Mudryka wzrosła o 100 milionów. Sprzedaliśmy go do Chelsea. Wygraliśmy mistrzostwa wbrew wszelkim prognozom. Awansowaliśmy bezpośrednio do fazy grupowej Ligi Mistrzów. Kolejne 42 miliony euro. Wyobraź sobie 142 miliony w okresie wojny. W tym roku jestem pełen dumy, ponieważ dyrektor generalny klubu oficjalnie ogłosił, że lata 2022 i 2023 będą uznawane za najważniejsze w historii Szachtara.
Dobra, tak, potwierdzam – tam opłacało się być cierpliwym, uwierzyć w projekt. Tu też się to opłaci?
Udało nam się wtedy i mam nadzieję, że po prostu będę miał tutaj czas, aby przeprowadzić ten sam proces. Nie jest to łatwe, ale potrzebujemy po prostu więcej czasu na wspólną grę – aby się poznać i rozwijać jako drużyna, a także jako klub. Widzę ogrom energii kibiców. Gdziekolwiek się udaję, spotykam fanów Widzewa i to napawa mnie dumą, daje kopa. Chce im dać to, czego pragną. Nie boję się niczego. Przeżyłem wojnę na Ukrainie. Z wojną zetknąłem się też, kiedy byłem młody, w Chorwacji. A to? To po prostu presja piłkarska, część twojego życia. Jeśli nie jesteś gotowy na tę presję, idź do McDonald’s i pracuj tam.
Więc piłka nożna nie jest dla wszystkich?
To nie jest dla każdego. Nie, ponieważ w tym świecie panuje wolność wyrażania opinii. Będąc jego częścią, jesteś widoczny i wszystkie opinie trafiają do ciebie. Jeśli czytasz, jeśli słuchasz, śledzisz wszystkie komentarze ekspertów.
Niektórzy mówią, że zaraz cię z Widzewa zwolnią…
Jeśli ma to na ciebie wpływ, uwierz mi, tracisz koncentrację. Nie możesz pracować. Jasne, musisz trochę posłuchać, aby zobaczyć, czym żyje ta społeczność, jak cię odbiera. Ale nie zagłębiaj się w to zbytnio. Chroń siebie i skup się na pracy z zespołem, aby zrealizować swój pomysł, ponieważ musisz się w nim zanurzyć.

Presja środowiska jest ważna, lecz… „Musisz słuchać, ale z umiarem”
Nie korzystasz z mediów społecznościowych, nie szukasz informacji o sobie? Inni trenerzy sprawdzają za ciebie, co dzieje się w sieci?
Chcę się chronić, więc po prostu nie czytam wszystkiego. Ale czasami muszę to zobaczyć, ponieważ należy wiedzieć, w jaki sposób myślą inni. Nie może być jednak tak, że jeden ekspert powie: „dlaczego lewy obrońca gra tak, a nie inaczej? z jego powodu robią to lub tamto” i ja się tym sugeruję, ponieważ inny ekspert w innym kanale powie coś przeciwnego. Musisz słuchać, ale z umiarem, bo możesz stracić rozum. Musisz skupić się przede wszystkim na swoich współpracownikach, na swoich graczach.
Odniosłem sukces wcześniej. Wiem, o czym mówią eksperci lub nawet już tego doświadczyłem. Wiem, jak reagować. Lecz przyznaję, że wszystkie wyzwania są inne, wszystkie kluby są inne. Muszę znaleźć słowa, pomysły lub narzędzia, aby obudzić drużynę, uchwycić jeden pozytywny moment, jeden pozytywny wynik, jedno zwycięstwo. Potrzebny jest bodziec, bo mamy jakość. Pokazaliśmy to przeciwko Jagiellonii. Przegraliśmy, ale mamy jakość. Oddaliśmy szesnaście strzałów, mieliśmy 67% posiadania piłki.
A oni strzelają ci trzy bramki z pięciu strzałów, podczas gdy zwykle strzelają na bramkę po dwadzieścia razy na mecz. Ale przeciwko nam tylko pięć. To był dobry mecz, ale emocje i wynik zaślepiają. To nie jest wymówka, ale moje spojrzenie, ponieważ już przez to przeszedłem.
Tu trener użył będących w pobliżu rekwizytów – markerów i filiżanki z której popijał espresso. Te pierwsze były chyba symbolem pozytywnych chwil, tak to zrozumiałem
Zatrzymajmy się na chwilę. O tutaj, popatrz, tu zaczynamy. Przegrywamy? Tak, ale nie słuchaj tego szumu. Po prostu skup się, aby zrobić to, co trzeba. Pozytywne chwile, więcej pozytywnych chwil. I więcej wytrzymałości, więcej powtarzalności.
Czy nie obawiasz się, że ten bodziec, o którym wspomniałeś, może się nie pojawić?
Możliwe… Możliwe. Ale dam z siebie wszystko – wraz z moimi piłkarzami – aby osiągnąć zwycięstwo. Jesteś panem swojego losu, ale tylko wtedy, gdy dasz z siebie wszystko. Czasami jednak na swojej drodze ponosisz porażkę. Jeśli chcesz, możesz wyciągnąć z niej wnioski, które pomogą ci się rozwinąć.
Tylko ja tu nie widzę materiału na porażkę. Mogę przegrać jeden lub dwa mecze, ale jeśli mam sygnały od drużyny w procesie pracy, procesie treningowym, kiedy widzę, że słuchają wszystkich moich wymagań, robią dokładnie to, nad czym pracowaliśmy wcześniej, to oznacza, że jesteśmy razem.
Kiedy wszyscy zrozumieją, że Legia, Widzew i Pogoń mogą spaść?
Nie ma też jednak gwarancji, że odniesiesz sukces.
Nie ma. Przez krótki czas byłem trenerem Dinama Zagrzeb i tamten okres można uznać ostatecznie za porażkę. Moja kariera nauczyła mnie, że bywa i tak. Porażka, zwycięstwo, porażka, znowu zwycięstwo.
Sinusoida.
Tak wygląda życie. Ale jeśli wyciągniesz wnioski z tej porażki, z tej złej sytuacji, staniesz się silniejszy. Będziesz reagować inaczej, gdy pojawi się stres. Być może nie było tak, gdy byłeś młodszy. Być może nie byłeś przygotowany na tę presję w tamtym momencie. Ale potem jest tak, że czujesz, jak stajesz się coraz silniejszy. Wiesz, skąd mogą pochodzić krytyczne uwagi, jak się zachować, jak reagować, jak odpowiadać. To ważne. Nie tylko pozostawać w miejscu, ale reagować. Podjąć w trudnym momencie decyzję – zostać, chronić się, odejść, poddać się lub powiedzieć, że nigdy się nie poddam?
Z tej „porażki”, z Dinama Zagrzeb, przeniosłem się do Dnipro. W pierwszej części sezonu panowała pandemia, mieliśmy problemy. Ostatnich sześć meczów zakończyło się porażkami. Dnipro ma bogatą historię. Ukraińska piłka to Szachtar, Dynamo Kijów, Metalist Charków i Dnipro. To były cztery największe kluby. A tu szósta porażka i jesteśmy ostatni w tabeli. Ale kierownictwo wybrało drogę stabilizacji, choć w tamtej chwili łatwo było zmienić trenera.
Ale oni widzieli mnie, jak pracuję, jak się przygotowuję, jakie mam relacje z drużyną. W tamtej chwili dostrzegli potencjał. Potem, w drugiej części sezonu, pokazaliśmy się z lepszej strony, awansowaliśmy w tabeli. A w następnym sezonie zajęliśmy trzecie miejsce. I po raz pierwszy w historii Dnipro zagrało w Lidze Konferencji.
To jest możliwe także tutaj. Tylko trzeba nam trochę więcej stabilizacji, uszanowania dla procesu. Jeśli masz spokój – a działacze uznają najwidoczniej, że mamy dobry proces, że pokazujemy sygnały, które mogą być dobre – to już nie jest tylko spokój, a właśnie stabilizacja, której trenerzy czasem bardzo potrzebują, aby się rozwijać. Jestem trzecim trenerem w tym sezonie i jestem przekonany, że nie jest to łatwe również dla zawodników. Oni też potrzebują stabilizacji. Inny trener, inna metodologia, inne wymagania. To nie jest takie proste.

Plan Widzewa na Jovićevicia. „Chcę wierzyć, że dostrzegają sygnały”
Czujesz, że masz to zaufanie włodarzy?
Pracuję na nie, pracuję bardzo ciężko i bardzo go chcę. Widzieli mnie, jak się przygotowuję. Często rozmawiamy. Współpracujemy codziennie. Są bardzo blisko treningów. Tworzymy coś razem.
Regularnie widzą cię w akcji.
Tak. Chcę wierzyć, że dostrzegają oni sygnały, że będziemy lepsi, tak jak tego oczekują kibice. Klub, inwestycja Roberta Dobrzyckiego, na to zasługuje. To ważne również dlatego, że można mieć dobry proces, ale ostatecznie nie mieć wyników. Wówczas, cóż, trzeba odejść. Zastąpią cię, uścisną ci dłoń i może spotkacie się ponownie w innym momencie. Musisz być na to przygotowany, ale nie bój się. Nigdy. Po prostu skup się na swoich celach, aby wydobyć maksimum z zawodników i podejmować lepsze decyzje. Wybierać określoną taktykę lub dokonywać zmian w trakcie tych meczów, lub przygotowywać zespół przed meczami, lub cokolwiek innego.
Nie myślisz teraz, że zbliża się moment, w którym ktoś powie „basta”? Bo nie ma wyników, bo jest słabo w tabeli?
Piłka nożna pokazuje nam, że tak się dzieje. Ja, jako trener, jestem narażony na opinie społeczności, a w piłce nożnej najważniejszy jest wynik, który w największym stopniu je kreuje. Wszyscy to wiedzą. Jeśli nie osiągam wyników, muszę odejść, proste. Ale to nie wszystko. Bo w jednym meczu nie stworzysz tego zespołu. W kilku też nie. To jest, jak to powiecie po polsku, „krótka próbka”. Szczerze mówiąc, ja nie mogę na ten moment wymagać jeszcze więcej od moich graczy. Adaptacja niektórych z przybywających graczy jest na takim etapie, że nie znają jeszcze nazwisk wszystkich kolegów.
Musimy zachować spokój, ale musimy też być świadomi, że jesteśmy w strefie spadkowej i presja z zewnątrz jest bardzo duża. Jeśli ją czujesz, może to ci przeszkadzać podczas występów, dlatego musimy trzymać się razem, w szatni. Pracować na ten jeden pozytywny bodziec.
A kiedy już coś osiągniesz – nie rezygnuj z tego. Tak było zawsze w mojej karierze, to jest przepis na sukces. W tej chwili pracujemy tylko nad tym, aby przyszła dla nas pozytywna chwila.
Czasami możesz ją złapać, może się to udać. Ale inne czynniki mogą sprawić, że mimo pozytywnego przełomu, możesz ponieść ostatecznie porażkę. Myślę, że choćby wtedy, kiedy zaczynałeś swoją karierę piłkarską, wydawało się, że łapiesz chwilę, ale… no właśnie. Były też inne czynniki, które wpływały na pogłębiającą się frustrację, o której zresztą wspominałeś. Problemy, kontuzje, które sprawiły, że ta kariera zamieniła się w wariację na temat Harlem Globtrotters.
Te wyjazdy to była konsekwencja frustracji. A frustracja była następstwem kontuzji.
No dobrze, więc kontuzje powodowały frustrację.
Tak, takie są konsekwencje. Dlatego pojechałem do Japonii, a potem tam, tam i jeszcze tam, bo byłem wiecznym talentem. W takim kraju możesz grać, ale w Europie trudno było znaleźć miejsce, bo wszyscy już o tobie wszystko wiedzą. Że nie grałeś w piłkę nożną przez dwa i pół roku lub nie grałeś zbyt dobrze. Musiałem więc wyjechać, aby pokazać swój talent. Sukces jest czasem względny.

Sukces według Chorwata. „W Widzewie? Oczywiście wynik”
Zależy od tego, co za niego uznasz.
To nie tylko zdobycie mistrzostwa, pucharu. Drugi w tabeli poniósł porażkę?
Niekoniecznie.
Pracujesz tak ciężko przez cały rok, każdego dnia. Każdego dnia, kiedy dajesz z siebie wszystko, masz spokój sumienia, bo naprawdę jesteś sumienny. Tylko że mistrz może być jeden i nie jest możliwe, żeby w całej lidze wszyscy inni byli sfrustrowani. Nie, tak na pewno nie jest. Dwa lata temu pracowałem w Arabii Saudyjskiej, nie w klubach rządowych, ale w klubie, który nie ma takiego dużego budżetu. Zaczęliśmy w pierwszych dziesięciu meczach z czterema punktami, ponieważ mój prezes chciał grać jak Szachtar. 4-1-4-1, podania, trzeci zawodnik. Ale po dziesięciu meczach miałem cztery punkty. Byliśmy ostatni. Powiedziałem: „Prezesie, musimy porozmawiać”. Ale nie zmienił mnie, bo podobało mu się to, co widział.
Tylko te punkty…
To jest ważne. Zawsze jest ważne, musisz wygrywać. Masz cztery punkty. A gracze są sfrustrowani.
Prezes może był nawet szczęśliwy. Mieliście chociaż styl, zawsze coś.
Nie, nie można powiedzieć, że był zadowolony. Widział, że coś się dzieje, że tracimy bramki, że dajemy przeciwnikom więcej przestrzeni do strzelania goli. Aby grać w stylu Szachtara, potrzeba nam było więcej przygotowań i chyba po prostu paru lat. Nie można w ciągu dwudziestu dni zmienić wszystkiego i zacząć grać tak, jakby nic się nie zmieniło. Po tych dziesięciu meczach odbyłem rozmowę i zaproponowałem zmianę systemu i rezygnację z gry tak wysoko. Zagrałem nieco niżej i kontratakowałem. Zmieniłem system na 5-3-2. Zaczęliśmy wygrywać. Wygrywaliśmy z dużymi drużynami. 1:3 na wyjeździe z drużyną Benzemy, Al-Ittihad. 1:3, z drużyną Ronaldo, Al-Nassr. Byliśmy trudniejszym rywalem, w drugiej części sezonu byliśmy siódmi. Ale to jest kwestia decyzji – styl albo nie-styl.
Rozmawialiśmy później i trochę żartowaliśmy z prezesem, że najlepszym jego posunięciem było to, że nie zwolnił mnie w pierwszej chwili. Ponieważ widział mój proces. Był wiele, wiele razy na moich treningach, widział, jak przygotowujemy się do meczów, jak współpracujemy z drużyną, jaka panuje atmosfera, w jakim kierunku zmierzamy. Widział to i powiedział mi, że to zadecydowało. I to również jest dla mnie sukces. Nie zdobyłem trofeum, ale odniosłem z nimi sukces.
Jak zdefiniowałbyś sukces z Widzewem? Na dziś, na ten moment, co będzie sukcesem?
Oczywiście – wynik. Każdy chce zobaczyć, nad czym pracujemy za kulisami, ale i my chcemy pokazać ludziom, nad czym pracujemy. Ludzie nie widzą z zewnątrz niektórych pozytywnych momentów, a to właśnie one dają kopa. W niektórych okresach gra była dobra, były dobre momenty, ale nie zdobywaliśmy punktów. Jeśli weźmie się pod uwagę tanio sprzedane bramki, to…
Znów w ruch poszły markery i filiżanka, teraz dołączyła do nich także butelka z wodą. Tu, tam, piłka, jedna, druga akcja
Możesz kontrolować mecze, ale to wymaga czasu. Chcę odnieść sukces, wybierałem Widzew spośród wielu, wielu innych opcji. Być może nie ma tu jeszcze mentalności mistrza, z którą spotkałem się w Szachtarze czy Łudogorcu, z obiema drużynami zdobywałem ich czternaste tytuły. Widzew ma cztery mistrzostwa, trochę już czeka na piąte.

Wiesz, zawsze możesz zostać z Widzewem do czternastego mistrzostwa.
Tak, poczekaj tu na mnie, wrócę za dziesięć lat (śmiech). Ale w sumie czemu o tym nie marzyć? Chcę osiągnąć te wielkie cele, realizować wielkie marzenia. Uważam, że osiągać możesz tylko to, o czym wcześniej zamarzysz. Każdy ma wątpliwości, ja również mam wątpliwości i obawy. Ale moje wątpliwości i obawy pozostają w mojej głowie może przez dwie sekundy. Być może w twojej głowie siedzą przez trzy minuty. Być może przez cały dzień jesteś pesymistą. Ja też jestem pesymistą, ale to trwa około dwóch sekund. Wydaje mi się, że to może być kolejna z cech, która sprawia, że odnosisz sukces.
Tak powinien myśleć piłkarz?
Tak. Mam teraz 52 lata, mogę powiedzieć, że to, co teraz przeżywam, jest jak deja vu w moim życiu. Przeżywam to, co już kiedyś przeżyłem. Jest to wymagające, ale wymagania motywują do działania. A tych co przeżywają to po raz pierwszy – motywują podwójnie. Choćby rywalizacja o pierwszy skład. Piłkarz pomyśli sobie: „a co jeśli nie zagram?”. Dobrze, jeśli wówczas szybko powalczy o to, by być po prostu lepszym.
Zależy mi na takim myśleniu, Jeśli oni będą lepsi, sprawią, że będę lepszym trenerem. Jeśli osiągniemy wynik, a Bergi strzeli gole, Zeqi strzeli gole, to na końcu – będę lepszym trenerem. Tak to wygląda. Wygrywając, jesteś lepszym trenerem. Bo wszyscy chcą tak naprawdę wyników.
Piłka nożna należy do piłkarzy, jak powiedziałeś.
I powiem jeszcze coś – jeśli coś jest trudniejsze od wygranej, to jest to zasłużenie na wygraną. Ważne jest, żeby to wiedzieć. Wolę przegrać trzy mecze, uwierz mi, takie jest moje nastawienie. Bo czasem jest tak, że zasłużę na wygraną, a przegram. Zasłużę na przegraną – też przegram. Matematyka mówi mi, że w końcu i tak wygram, bo sam widzę, że tutaj mogę załatwić sprawę jedną akcją, jedną wrzutką, jednym strzałem, nawet jeśli zagram naprawdę gówniano.
Co mam jednak z tej gry, jakie pozytywne momenty? Mogę zagrać tak, że jestem w strefie, cały czas blokuję i nie przeszedłem przez środek chociaż te trzy razy. Może strzelę jednego gola, może wygram, ale nie gram tak, jak wierzę. Chcę zasłużyć na więcej. Zasłużyć. Pracować na to. A potem razem dorośniemy i będziemy dominować. Tak przynajmniej myślę.
Jovićevicia zderzenie z polską piłką. „To dla mnie nowe informacje”
Taka twoja filozofia futbolu.
Cóż, tutaj piłka nożna jest inna, specyficzna, bardziej intensywna i bardziej „pionowa”. Ale widzę też choćby Jagiellonię, on nie jest jak inne drużyny. Grają fajną piłkę, ciągle tylko pass, pass, pass, pass… To jak w Niemczech – kontrataki, gra pionowa, ale Bayern nie gra tak jak wiele drużyn Bundesligi. Rozumiesz, o co mi chodzi? Z czasem my też będziemy grali piłką po ziemi, sprawnie. Na lewą, prawą, wykorzystując przestrzeń, kieszenie, półprzestrzenie, drugą piłkę, także z gotowością do szybkich ataków, z wysoką intensywnością, z dobrym rytmem i grą pressingową.
Teraz obraz jest negatywny, ponieważ tutaj rządzą długa piłka, kontrataki, pressing i siła. To specyficzny zestaw, w innych ligach tak nie grają. No może w Czechach, może w Championship. Dla mnie to jednak najlepsze możliwe warunki do tego, żeby dopełnić swój trenerski warsztat.
Jesteś zawodowo w miejscu, w którym nigdy wcześniej nie byłeś.
Nie, to jest pierwszy raz. Słyszałem o tej grze pionowej, o tych pięciu z jedenastu graczy powyżej metra dziewięćdziesięciu. Niektórzy napastnicy to prawdziwi giganci. To dla mnie nowe informacje, ale i bardzo osobiste wyzwanie. Ważna jest adaptacja, poszukiwanie rozwiązania i zapewnienie moim graczom wszystkich narzędzi, ponieważ wielu z nich nie jest tak silnych jak niektórzy rywale. Musimy więc grać w inną piłkę nożną. Jeśli Bukari ma metr siedemdziesiąt wzrostu, to jest graczem dryblującym, a nie silnym. Musimy więc grać inaczej i w tej chwili szukamy naszego stylu.

Czyli jeszcze go nie macie?
Zobaczysz go. Mamy, ale trzeba czasu, aby to uporządkować. Choć jednocześnie wszyscy chcą tego od zaraz i to jest jak najbardziej zrozumiałe. Uwierz mi, ja też chcę tego już teraz.
Myślę, że sedno sprawy leży w tym, że można osiągać wyniki teraz, ale nie grając w ten planowany sposób. I z tego co mówisz – nie da się równocześnie rozwinąć zespołu w tym kierunku, w którym byś chciał.
Tak, można tak wygrać, ale nie jest to zgodne z moimi przekonaniami. Na przykład w zeszłej rundzie wygraliśmy w meczach z Piastem czy Pogonią. Nie jest to zgodne z moimi preferencjami, ale wygraliśmy. Ile mieliśmy posiadania piłki? 36%.
No to był na pewno inny futbol.
Jagiellonia też miała zazwyczaj 70% posiadania piłki. Ostatnio odebraliśmy im piłkę i… oni i tak wygrali. Mając 37% posiadania, podobnie jak wcześniej Lechia w innym z naszych przegranych spotkań. Wygląda na to, że ten, kto nie ma piłki – wygrywa. Bo niski blok, jakiś kontratak lub jakiś chory stały fragment gry. To wystarczy, żeby tu wygrać.
Czy nie wydaje ci się czasem, że to jednak lepszy sposób na grę w piłkę nożną?
To sposób na zwycięstwo. Ale to ten drugi sposób. Można się zastanawiać, dlaczego tu jestem, ale może właśnie dlatego, że gram w inną piłkę nożną. Chcę sobie zasłużyć na bycie trenerem Widzewa, ale to wszystko nie może sprawić, że porzucę swoje przekonania.
Widzew wziął cię, żeby zasłużyć na zwycięstwo, a nie tylko wygrać?
Musisz zapytać tych, którzy mnie wybrali, oni wiedzą, co we mnie dostrzegli. Widzieli na pewno, co robiłem wcześniej. Może widzieli doświadczenie w Lidze Europy, gdzie grasz przeciwko mocnym zespołom i musisz się wykazywać wielką odwagą, bo naciskają na ciebie naprawdę świetni zawodnicy. Wytrzymanie tego wymaga odwagi. Tego właśnie chcę.
Teraz próbuję zobaczyć, co przynoszą nowi gracze, zobaczyć, jakie cechy ma ten gracz, ten, ten i ten. Zintegrować się z innymi, których tu nie było.
Ofensywa transferowa. To źródło problemów Widzewa?
Czy uważasz, że masz teraz zbyt wielu nowych zawodników? Czy jest to przeszkoda trudna do pokonania?
To już drugi raz w przeciągu kilku miesięcy, kiedy Widzew ma wielu nowych piłkarzy. Czternastu graczy na początku sezonu, w trakcie trzech trenerów, to bardzo burzliwy okres. Kto na tym cierpi? Również kibice, ponieważ chcą wyników. Ale jesteśmy jednym organizmem i zapewniam, że musimy zachować spokój. Ta wiara wynika z mojego doświadczenia.
Czy Widzew Łódź wydaje tyle, że psuje rynek transferowy w Polsce?
Z drugiej strony – jeśli kierownictwo nie będzie zadowolone, to mnie zastąpią. Nie mam z tym problemu, podamy sobie ręce i pójdę dalej. Ale naprawdę daję z siebie wszystko, aby poradzić sobie z tą sytuacją, wiedząc zarazem, że to jak najbardziej normalny proces, w którym będą i wzloty, i upadki. Mamy wielu nowych graczy, którzy muszą grać razem dłużej, aby poprawić wydajność naszej gry.
Sekret jest czasami ukryty w prostocie. To jak z pięknem, piękno jest proste. Kiedy nakładasz to wszystko na twarz, no wiesz…
Makijaż?
Właśnie, makijaż. Zasłaniasz nim piękno. A piękno jest proste. Piłka nożna jest piękniejsza, kiedy jest prosta. To moja opinia, moje przemyślenia. No i jeszcze jeden ważny aspekt – bądź gotowy na wszystko, co przed tobą. Nie bój się, nigdy.

Rozwiń to proszę.
Po pierwsze, strach jest pozytywny. Jeśli nie odczuwasz strachu, nie będziesz miał odwagi. Adrenalina sprawia, że jesteś lepszy, że możesz uderzać lepiej, mocniej. Musisz mieć poczucie, że możesz coś stracić. Bo jeśli walczysz, żeby nic nie stracić, to nie masz celu. To jest żadna droga
Próbujesz wzbudzić w swoich graczach strach przed czymś konkretnym?
Nie. Ale musisz mieć świadomość, że trzeba ciągle pracować nad rozwojem swojej kariery i nie można rezygnować z tego, co może się osiągnąć. Kariera każdego z nas jest przede wszystkim efektem naszych decyzji. Ty też siedzisz tutaj, ponieważ w przeszłości podjąłeś pewną decyzję. Komuś powiedziałeś „nie”. A komuś innemu „tak”.
Cóż, tak było, to akurat dosyć oczywiste.
Swoim piłkarzom mówię również, że należy okazywać szacunek, ponieważ w pierwszej kolejności jesteśmy ludźmi. Moja filozofia w pracy przejawia się też utrzymywaniem dobrych relacji z piłkarzami czy członkami sztabu jako ludźmi. Kiedy jednak podejmuję decyzję, oni muszą rozumieć, że robię to jako trener, a nie człowiek. Bo sadzam na ławce piłkarza, a nie osobę – równolegle możemy wyjść na kawę czy piwo, jako ludzie. Ale piłkarze muszą zrozumieć, że klub płaci mi za podejmowanie decyzji, a nie za to, że jestem przystojny.
Zgoda, po takich transferach trudniej wybrać pierwszy skład.
Ból głowy. To nie jest sprawiedliwe i często nie jest też łatwe. Dany piłkarz pokazuje mi przecież, że jest dobry, że zasługuje na grę, a ja muszę wystawić innego. Mam empatię, staram się, rozmawiam z moimi zawodnikami, chcę te decyzje tłumaczyć. I to lepsze, niż brak kontaktu – bo są tacy trenerzy, którzy z tobą nie rozmawiają, nie wyjaśniają decyzji. Nie wiesz, co myśli taki trener, ale ja nie chcę tak pracować, chcę być bliżej.
Czy czasami czujesz się rozdarty? Że raz musisz być Igorem, a raz trenerem? Tkwią w tobie dwie osobowości Igora Jovićevicia?
To tylko i aż praca. Przychodzimy na kilka godzin, dajemy z siebie wszystko, ale nie jesteśmy tylko piłkarzami czy trenerami. Właściwie to w pierwszej kolejności jestem człowiekiem, dopiero potem trenerem. Nie mogę więc wykorzystywać swojej władzy i ciągle traktować piłkarza tak, jakbym był trenerem, a on podległym mi zawodnikiem. Może czterdzieści lat temu było tak, że wykorzystywano władzę, ale teraz to przeżytek. Zdecydowanie wolę tłumaczyć piłkarzom, co jest lepsze dla drużyny, wolę ich przekonywać. Z drugiej strony – to nie zawsze zależy od trenera. Jeśli za ostro na coś reagujesz, ponieważ jesteś zły, musisz być gotowy na konsekwencje. W tym momencie trener musi zareagować.
Piłkarz nie może więc pozwolić trenerowi – mnie – wykorzystać mojej władzy. Musi być mądry, być mężczyzną, pracować. Na pewno nie okazywać swojej frustracji przed wszystkimi, bo w takiej sytuacji trener, nawet jeśli jest dla zespołu dobrym człowiekiem, musi wykorzystać swoją władzę. Jeśli nie zareaguje, straci wiarygodność w oczach zawodników. Dlatego tak ważna jest też praca przy kawowym stoliku. Wtedy piłkarze mogą mnie poznać, zrozumieć, mogą zobaczyć, że nie jestem złym człowiekiem
Bardziej wolę być złym trenerem niż złym człowiekiem. Także dlatego, że w krytycznym momencie – sam tego doświadczyłem – to właśnie twoi piłkarze ci pomogą. Umrą za ciebie. Będą walczyć o ciebie trochę bardziej, ponieważ jeśli jesteś złym człowiekiem. Jeśli kłamiesz, obiecujesz coś, czego nigdy nie zrobisz, jesteś jak wąż – to nie jest droga. Już lepiej nic nie rób, niczego nie obiecuj. Po prostu podejmij decyzję. Niektórzy będą źli, ale w tej relacji z tobą, pijąc kawę, spacerując gdzieś, będą mogli cię poznać i zrozumieć.
Mam dwoje dzieci w wieku 27 i 25 lat, takich jak oni. Jestem ojcem. Rozumiem, jak się czują, zwłaszcza gracze, którzy nie grają. To najważniejsza grupa dla wszystkich – gracze, którzy nie grają. Do dobrego procesu treningowego potrzebuję wszystkich. Do zwycięstwa też potrzebuję wszystkich. Kontuzje, kartki, rezerwowy musi być zawsze gotowy. Dostanie swoją szansę, ale wszystko zależy od niego – jeśli pokaże mi tylko, że jest zły, to będę musiał reagować. A nie chcę być do tego zmuszany.
Bo frustracja musi zostać w środku.
Tak jest. Pokaż mi tę frustrację, prąc do przodu w codziennej pracy, ja będę wiedział, że ona tam jest, ale też, że sobie z nią radzisz w odpowiedni sposób. Wtedy cały sztab widzi, że taki piłkarz pracuje za trzech, a ja zaczynam myśleć, jak dać mu szansę, jak wysupłać dla niego dwadzieścia, trzydzieści minut. Albo znaleźć mu miejsce w pierwszym składzie.
Zawsze proszę Boga, żeby dał mi dar sprawiedliwości. I tylko to. Jako trener mogę popełnić błąd, podejmując decyzję lub popełniając błędy taktyczne lub systemowe, ale nie chcę popełniać błędów jako osoba. To dla mnie największa porażka.
ROZMAWIAŁ ANTONI FIGLEWICZ
CZYTAJ WIĘCEJ O WIDZEWIE NA WESZŁO:
- Jakubas wbija szpilki Dobrzyckiemu. Ale czy celnie?
- To już nie są żarty. Spadek zagląda w oczy Legii, Widzewa i Pogoni
- 0/4. Bolesny początek Drągowskiego w Widzewie
Fot. Newspix