Huja w końcu wybrał. Jeden ze stu chętnych klubów

Antoni Figlewicz

04 lutego 2026, 11:34 • 3 min czytania 7

Huja w końcu wybrał. Jeden ze stu chętnych klubów

Ach, jakiż to był piękny czas. Siadaliśmy jak do telenoweli, śledząc kolejne doniesienia o prawdopodobnych transferach z udziałem piłkarza Pogoni. Marian Huja przyszedł latem do Ekstraklasy jako nowa maskotka polskiej piłki. Śmieszne nazwisko okazało się jednak główną wartością, jaką wniósł do Ekstraklasy. Może nawet jedyną. Po rundzie jesiennej Portowcy żegnają go bez żalu i to już od kilku tygodni…

Reklama

Któż to nie miał przez ten czas Rumuna chcieć? Zaczęło się w grudniu od całej listy chętnych na jego piłkarskie usługi. Złapcie się foteli, bo trochę tego było. Marian Huja miał budzić zainteresowanie takich klubów (kolejność alfabetyczna):

  • Casa Pia,
  • CSKA 1948 Sofia,
  • Dinamo Bukareszt,
  • Go Ahead Eagles,
  • Miedź Legnica,
  • niedoprecyzowany beniaminek Ekstraklasy,
  • Sabah FK,
  • Slovan Bratysława,
  • Wisła Kraków.

A potem? Potem byli podobno kolejni chętni w styczniu i już na początku lutego (kolejność całkiem losowa, szkoda już to sortować):

Reklama
  • Wieczysta Kraków,
  • Konyaspor,
  • FCSB,
  • Antalyaspor,
  • niedoprecyzowany klub z Chin,
  • Rio Ave,
  • CFR Cluj.

Ktoś mógłby pomyśleć, że to jakaś nowa, młodsza wersja Paolo Maldiniego czy innego Sergio Ramosa – przecież o jakiegoś przeciętnego ligowca nie biłoby się pół świata, co nie? Szesnaście (16) klubów zastanawiających się, jakby tu wyjąć ze Szczecina absolutnego tytana defensywy, jednego z architektów sukcesu Portowców. Czyli czternastej drużyny w Ekstraklasie.

Wzorem Romana Kołtonia można nawet zapytać – a dlaczego nie Barcelona? W końcu redaktor trafił przecież z przepowiednią dotyczącą Roberta Lewandowskiego i – mimo dużej szydery – był przed wszystkimi. No to dlaczego nie Barcelona dla Mariana? Skoro tyle klubów go pragnęło.

Marian Huja dla tysiąca i jednego klubu. Wygląda na to, że to już koniec sagi

Rumuński stoper najwięcej stracił chyba na zmianie trenera. Póki za wyniki Pogoni odpowiadał Robert Kolendowicz, Marian Huja mógł liczyć na pewny plac. Grał od deski do deski. Mimo dość przeciętnego wejścia do drużyny (kopał się po czole w Radomiu) potem było lepiej. Strzelił nawet dwa gole, walnie przyczynił się do wygranych z Motorem, Widzewem, przy dużej pomocy Cojocaru dał radę z Rakowem. Był bardzo groźny przy stałych fragmentach gry.

Ale miewał też gorsze momenty, jak wspomniana wyżej dotkliwa porażka w Radomiu czy przegrany u siebie, szalony mecz z Lechią. Nie może więc dziwić, że u trenera Thomasberga Huja stracił swoją silną pozycję w zespole. I teraz go już w Szczecinie w ogóle nie chcą. Ba, nie chcieli od kilku miesięcy.

Ale nie ma nic straconego! Bo przecież wszyscy wszędzie naraz chcieli go w Portugalii, Rumuni, Bułgarii, Holandii, Azerbejdżanie, Turcji, Chinach, w co najmniej dwóch rejonach Polski czy na Słowacji! Wygląda na to, że ostatecznie – ale już naprawdę ostatecznie – Huja trafi do Cluj, lecz tytułu nie odbierze mu nawet ten transfer.

Jakiego tytułu? – spytacie. A no najbardziej rozchwytywanego piłkarza zimowego okienka, może nawet w Europie. Brawo!

CZYTAJ WIĘCEJ O POGONI SZCZECIN NA WESZŁO:

Fot. Newspix

7 komentarzy

Wolałby pewnie opowiadać komuś głupi sen Davida Beckhama o, dajmy na to, porcelanowych krasnalach, niż relacjonować wyjątkowo nudny remis w meczu o pietruszkę. Ostatecznie i tak lubi i zrobi oba, ale sport to przede wszystkim ciekawe historie. Futbol traktuje jak towar rozrywkowy - jeśli nie budzi emocji, to znaczy, że ktoś tu oszukuje i jego, i siebie. Poza piłką kolarstwo, snooker, tenis ziemny i wszystko, w co w życiu zagrał. Może i nie ma żadnych sportowych sukcesów, ale kiedyś na dniu sąsiada wygrał tekturowego konia. W wolnym czasie głośno fałszuje na ulicy, ale już dawno przestał się tego wstydzić.

Rozwiń

Najnowsze

Reklama

Ekstraklasa

Reklama
Reklama