Zimowe igrzyska i polskie medale. Część I, czyli opowieść o pionierach

Sebastian Warzecha

03 lutego 2026, 14:09 • 20 min czytania 0

Zimowe igrzyska i polskie medale. Część I, czyli opowieść o pionierach

W historii swoich startów na zimowych igrzyskach olimpijskich polscy sportowcy zdobyli 23 medale – z czego zdecydowaną większość już w trwającym stuleciu. Dla naszego zimowego olimpizmu XXI wiek – inaczej niż dla letniego – jest czasem największych sukcesów. Jednak o tym następnym razem. Dzisiejsza opowieść skoncentruje się bowiem na pionierach: pierwszych Polakach, którzy o medale walczyli; pierwszym, który go zdobył; pierwszych medalowych Polkach; no i pierwszym złocie. Przejedziemy w tym tekście przez 13 edycji igrzysk… z których tylko trzy dały nam medale. Takie to były czasy.

Reklama

Pionierzy, którym się nie udało i których kariery przerwała wojna. Pierwszy medalista, który pierwotnie na igrzyska… w ogóle miał nie jechać. Dwie rywalki i przyjaciółki, wspólnie stające na podium. I wreszcie sensacyjne złoto, o którym wszyscy w Polsce słyszeli choć raz. W pierwszej części tekstu o zimowych igrzyskach w polskim wykonaniu przejdziemy przez lata 1924-1972. I wspomnimy wiele sukcesów, ale też porażek.

Polskie medale. Jak Biało-Czerwoni radzili sobie na zimowych igrzyskach?

Reklama

Pierwsze próby, czyli do medali nam daleko

Chamonix 1924 – Sankt Moritz 1928 – Lake Placid 1932

Pierwsze zimowe igrzyska – te w Chamonix w 1924 roku – wyznaczają też początek oficjalnego udziału Polaków w olimpijskich imprezach… choć nie do końca. Status igrzysk przyznano bowiem tej imprezie dopiero w 1925 roku, retrospektywnie. Gdy sportowcy tam jechali, był to po prostu „Tydzień sportów zimowych”. Pod auspicjami Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego, owszem. Dopiero z czasem uznano jednak, że mogą to być zimowe igrzyska. Stąd więc palma pierwszeństwa, w pewnym sensie, wciąż należy się sportowcom, którzy latem 1924 roku rywalizowali w Paryżu.

Ale to inny temat.

W każdym razie w Chamonix wystąpiła siódemka Polaków (miała być ósemka, ale Elżbieta Ziętkiewiczowa – choć pojechała – nie miała swojej konkurencji, więc o promocję Polski dbała grając na fortepianie) i… w sumie to tyle. Najlepszy z naszych był Leon Jucewicz, który na łyżwach startował w pięciu konkurencjach. Jego rekordowe wówczas osiągnięcie to ósme miejsce z wieloboju. Jak więc pisano w tygodniku „Sportowiec”:

„Dla nas zawody w Chamonix są przede wszystkim nauką. Gwiazdy na firmamencie, powiedzmy ściśle zakopiańskim, roztaczające blask u Karpowicza [chodzi o restaurację „Przełęcz” przy Krupówkach, której właścicielem był Stanisław Karpowicz – przyp. red.], bądź też poprzestające na legendzie o ich wytrzymałości, zawziętości i zwycięstwach, choć nie mają treningu, zbladły wśród konstelacji innych narodów. Okazało się, że nie zwycięża ani talent, ani szczęście, ale solidna, wytrwała praca”.

Dalej wcale nie było lepiej. Polacy nadal pozostawali w tyle. W Sankt Moritz najlepszy wynik wykręcił Bronisław Czech, 10. w kombinacji. Świetnie grali hokeiści, którzy zremisowali ze Szwecją 2:2 i przegrali 2:3 z Czechosłowacją. Zawodnicy byli źli, że przed drugim meczem nie mieli nawet dnia odpoczynku i mówili, że to zdecydowało, a gdyby nie to, to Czechów spokojnie by ograli. Cóż, może tak, może nie – w każdym razie odpadli w grupie.

Cztery lata później zaprezentowali się gorzej, choć byli na 4. miejscu. Trudno jednak uznać to za wielki wyczyn, bo w turnieju wzięło udział dokładnie tyle reprezentacji, bo wiele krajów zrezygnowało z wyjazdu za Ocean przez kryzys gospodarczy. Oprócz Polski były to USA, Kanada i Rzesza Niemiecka. Każdy grał z każdym dwa mecze, Polacy przegrali wszystkie. Tak więc, zostawiając hokeistów z boku, uznać musimy, że najlepszy wynik Polaków to wyczyn wspomnianego już Bronisława Czecha: 7. w kombinacji norweskiej.

Bronisław Czech

Bronisław Czech. Fot. Newspix

O Czechu napisać wypada kilka słów więcej, bo to jeden z międzywojennych gigantów naszego sportu. Świetny narciarz i skoczek, do tego utalentowany lekkoatleta. Umiał też latać szybowcem, miał nawet licencję instruktora – zresztą podobnie jak instruktora narciarstwa. 24 razy zostawał mistrzem Polski, w różnych konkurencjach. Na mistrzostwach świata dwukrotnie był bliski medalu, choć nigdy nie stanął na podium. Był kilkukrotnym rekordzistą Polski w długości skoku, regularnie rywalizując ze Stanisławem Marusarzem.

Na nartach umiał nawet… zatańczyć walca, naśladując taneczne ruchy konkretnymi ewolucjami. Był też taternikiem i ratownikiem TOPR-u, brał udział w ośmiu wyprawach ratunkowych.

Generalnie: szacunek.

Wielki Stanisław Marusarz. Gdyby nie ta wojna…

Garmisch-Partenkirchen 1936 – Sankt Moritz 1948 – Oslo 1952

W nagrodę za zasługi Czech został chorążym kadry Polski w Garmisch-Partenkirchen w 1936 roku. Tam jednak sukcesów już nie osiągnął, błyszczał za to Stanisław Marusarz – 7. w kombinacji norweskiej i 5. w konkursie skoków. Tak blisko medalu Polacy jeszcze nigdy nie byli. „Blisko” oznacza w tym przypadku 7,3 punktu – tyle stracił Polak do trzeciego Reidara Andersena z Norwegii. Życiowa forma „Dziadka” przyszła dwa lata później, gdy zdobył srebro mistrzostw świata w Lahti i tym samym dał kibicom nadzieje na zimowe igrzyska w 1940 roku.

Do tych jednak – jak wiadomo – nigdy nie doszło.

Wynik Marusarza był niespodziewany. Na igrzyska do Ga-Pa przyjechał przeziębiony, miał wysoką gorączkę. Lekarz w wiosce olimpijskiej poratował go zastrzykami, ale odradzał start. Marusarz dopiero po tygodniu wygramolił się z łóżka, kilka dni później skoczył próbnie dwa razy i dwa razy upadł. Gdy na przyszłej skoczni olimpijskiej rozgrywano konkurs – na dwa tygodnie przed rywalizacją na igrzyskach – był dopiero 32. Jego piąte miejsce było więc naprawdę znakomitym rezultatem.

Stanisław Marusarz

Stanisław Marusarz w Garmisch-Partenkirchen, ale 30 lat po igrzyskach, w roku 1966. Fot. Newspix

Szkoda, że nie był w pełni zdrowy. Podobnie szkoda, że nie było igrzysk w 1940 roku, bo Marusarz byłby jednym z faworytów. Wielki polski skoczek na ZIO startował jeszcze dwukrotnie – w 1948 i 1952 roku – ale wiek zrobił już wówczas swoje.

W tych pierwszych, powojennych, zapunktowali – czyli skończyli w najlepszej ósemce – tylko nasi hokeiści, którzy wygrali dwa mecze, przegrali sześć i zajęli szóste miejsce. W TOP 10 zmieściła się jeszcze nasza sztafeta z biegów: właśnie na dziesiątym miejscu. Poza tym było blado, ale ważniejsze, że Polacy w ogóle się na tych igrzyskach się znaleźli. Zrujnowany wojną kraj mógł przecież mieć problemy by wysłać swoją kadrę do Sankt Moritz. Ale się udało, do Szwajcarii pojechało 29 osób. Zaznaczyliśmy się ponownie na mapie światowego sportu.

O to wtedy głównie chodziło. W 1952 roku w teorii już o walkę o medale. W praktyce… byliśmy od tego bardzo, ale to bardzo daleko. Znów na szóstym miejscu byli nasi hokeiści. 13. w zjeździe była Barbara Grocholska, nasza narciarka alpejska. Poza tym? Nikt nie wszedł nawet do najlepszej „20”, a próbowano 25 razy. To były słabe igrzyska dla Biało-Czerwonych.

Niewiele w tamtym momencie zwiastowało jakąkolwiek poprawę w kolejnych latach.

Franciszek Gąsienica-Groń. Medal numer jeden

Cortina d’Ampezzo 1956

Kiedy odbywały się igrzyska olimpijskie w Turynie, w 2006 roku, Franciszek Gąsienica-Groń był jednym z honorowych gości. Nic dziwnego: swój medal wywalczył 50 lat wcześniej, też na włoskiej ziemi. Gdyby dożył – zmarł w 2014 roku – pewnie witano by go na igrzyskach i w tym roku, w końcu wracają one do Cortiny. Jest jednak coś poetyckiego w tym, że Gąsienica-Groń, nasz pierwszy zimowy medalista, zmarł kilka miesięcy po najlepszym w dziejach występie Polaków na tej imprezie – igrzyskach w Soczi.

Niedawno medalowi Gąsienicy-Gronia wybiło 70 lat. Można więc rzec, że tak długo właśnie Polacy liczą się na zimowej olimpijskiej scenie. Kawał czasu. A zapoczątkował to właśnie zakopianin.

Urodził się w 1931 roku. Zapowiadał się na niezłego sportowca, ale pływaka. Nieźle grał tez w piłkę nożną. Na skoki trafił po służbie wojskowej, gdy nie doczekał się promocji w szkole oficerskiej. Wrócił wtedy do cywila, zaczął trenować zjazdy, ale trenerzy mówili mu, że nie ma do tego talentu. Natomiast jeden z nich – Marian Woyna-Orlewicz – choć potwierdzał ich opinię, dodał: a weź, chłopie, pobiegaj na tych nartach.

Do tego Gąsienica-Groń talent miał. Podobnie do skoków. Franciszek stał się więc kombinatorem, a trenować tę dyscyplinę zaczął… na dwa lata przed igrzyskami w Cortinie d’Ampezzo. Za jego szkolenie wziął się sam Woyna-Orlewicz, czyli „Wujek”, jak zwali go zawodnicy. Trener lubiany, którego zawsze trzymał się dobry humor i który lubił się z zawodnikami pośmiać. Do treningu. Na nim bowiem wymagał powagi i maksymalnego zaangażowania. Gąsienica-Groń dawał mu i jedno, i drugie.

Szybko robił postępy. Na tyle szybko, że wkrótce możliwy stał się jego wyjazd na igrzyska. Oficjele jednak nie przewidywali go w składzie kadry. To trener był nieugięty. Powiedział: on nie pojedzie, to ja zrezygnuję ze stanowiska. Stracić takiego fachowca – to byłby problem. Pozwolono więc Franciszkowi pojechać do Szwajcarii na zawody przedolimpijskie. Tam wygrał, a w efekcie wręczono mu wizę do Włoch. Został olimpijczykiem.

Na igrzyskach zaczął fatalnie. W pierwszej serii kompletnie zepsuł skok. W rozmowie z Wojciechem Szatkowskim wspominał potem:

– Wreszcie zapowiedź: Groń Gonszenica, Polonia. Napaliłem się na ten skok, chciałem uzyskać na rozbiegu jak największą szybkość. Coś poknociłem, w końcu wystartowałem przy zachwianej równowadze. Błyskawiczna myśl: rany boskie, nie przewrócić się na rozbiegu. To wystarczyło, dekoncentracja, już próg skoczni, wybijam się za wcześnie. Straszne, lecę na głowę. Końce nart dostają zeskoku, jakimś cudem się odchylam, odbijam palcami, zjeżdżam w dół, ale skok jest z upadkiem. Łzy leją mi się po policzkach, co za straszny pech. Przez dwa tygodnie na tej skoczni lądowałem najdalej ze wszystkich, ani razu się nie przewróciłem i musiało to mieć miejsce akurat teraz.

Ratowały go ówczesne zasady – liczyły się dwa z trzech skoków. W dwóch pozostałych poszło mu już nieźle. Po pierwszym dniu rywalizacji – bieg miał odbyć się dwa dni później – był 10. Więcej uwagi poświęcano jednak Aleksandrowi Kowalskiemu, który był faworytem Polaków do osiągnięcia zakładanego celu – miejsca w czołowej „8”. On po skokach był 5. Jak jednak wspominał potem Gąsienica-Groń, jego kolega był bardzo tym wszystkim zdenerwowany. Niemal nie spał przed biegiem. I to się na trasie odbiło.

Za to Franciszek? Spał jak dziecko. I na trasę wyszedł wypoczęty. Na niej biegł fantastycznie. To były inne zawody niż dziś, gdy wypuszcza się na trasę od razu z odpowiednimi przelicznikami. Wtedy zawodnicy startowali wszyscy razem, ich wyniki dopiero potem przeliczano odpowiednio do generalki dwuboju. Gąsienica-Groń dobiegł więc do mety i… nic nie wiedział. Dopiero po chwili zawodnicy ze Związku Radzieckiego powiedzieli mu, że jest trzeci.

Nie dowierzał. Wolał poczekać na oficjalne rezultaty.

Obliczenia były prowizoryczne. Wolałem na ten temat nie mówić, więc poszedłem do hotelu i położyłem się spać. Oczywiście zadowolony byłem bardzo, gdyż wiedziałem, że miejsce punktowane będę miał na pewno, a zdobycie choć jednego punktu dla Polski byłoby dla mnie wielkim zaszczytem. Nie wiem jak długo spałem, gdyż nagle obudzili mnie koledzy, którzy mieli ze sobą oficjalne rezultaty i zaczęli mnie podrzucać. Wtedy dopiero uwierzyłem, że naprawdę zdobyłem olimpijski medal – wspominał (cytat za „Przeglądem Sportowym”).

Mało brakowało i byłby srebrny, jednak na końcówce trasy wywrócił się przed nim jeden z rywali, a przez to i Polak. Stracił na tym kilkanaście sekund, tyle potem brakowało do drugiego miejsca. Jednak i tak był niezwykle szczęśliwy, podobnie jak cała reprezentacja i sportowa Polska. Mieliśmy wreszcie upragniony medal zimowych igrzysk. Niespodziewany, więc tym bardziej radosny.

Gąsienica-Groń wspominał, że nie wiedział, jak się zachować na podium, był całkowicie stremowany. Pamiętał też dobrze nagrodę, którą było… wyjście do kina na western. No, dostał też talon na motocykl WFM. Kupił go częściowo za swoje pieniądze, a częściowo za nagrodę od klubu. Potem jego kariera potoczyła się już znacznie gorzej – rok po olimpijskim sukcesie odniósł poważną kontuzję w czasie Memoriału Bronisława Czecha i Heleny Marusarzówny. Upadł na skoczni w Zakopanem, skończyło się wstrząsem mózgu, złamaniem mostka i obojczyka oraz uszkodzeniem siódmego kręgu kręgosłupa.

Trzy dni był w śpiączce. Do rywalizacji wrócił, ale bez sukcesów. Skończył więc karierę, został trenerem. Przez jego ręce przewinęło się 40 późniejszych mistrzów Polski, a nawet medalista mistrzostw świata – Stefan Hula senior. Młodszy z Hulów też był zresztą wychowankiem Gąsienicy-Gronia. Podobnie jak Klemens Murańka, Robert Mateja czy Tomasz Pochwała, czyli wnuk Franciszka.

Dwie rywalki, dwie przyjaciółki, dwa medale

Squaw Valley 1960

Były dwie: Elwira i Helena. Urodziły się w tym samym roku, dzielił je równy miesiąc – starsza była Helena, ale to Elwira jako pierwsza zachwycała. Choć łyżwiarstwo szybkie zaczęła uprawiać dopiero, gdy miała mniej więcej 20 lat. Kilka lat wcześniej – w 1947 roku – sprowadziła się z rodzicami z Wilna do Elbląga. Po kilku latach na Warmii zapragnęła zobaczyć Tatry. Zapisała się więc na obóz sportowy lokalnego klubu i pojechała do Zakopanego.

Opiekę nad przyszłą łyżwiarką sprawował trener (i kolega) Kazimierz Kalbarczyk. I to on zasugerował Elwirze, że mogłaby spróbować swoich sił na łyżwach właśnie. Spróbowała. Trzy miesiące później była już mistrzynią Polski.

We własnych słowach Elwiry Seroczyńskiej, ale też we wspomnieniach osób, które ją znały, przebijało się jedno – była zakochana w rywalizacji. Medale były tylko ostateczną wypadkową, dla niej liczył się sam fakt bezpośrednich pojedynków, pokonania kogoś. To dla rywalizacji, bycia najlepszą w starciach z przeciwniczkami, trenowała.

Największa z rywalek wyrosła jej finalnie w jej własnym klubie. Helena Pilejczyk znalazła się w Elblągu, bo po ukończeniu Liceum Pedagogicznego władze skierowały ją tam z nakazem pracy. Zaczęła więc uczyć w szkole podstawowej. Ze sportów lubiła siatkówkę i lekką atletykę, oba trenowała. W końcu wypatrzył ją – znowu on – Kazimierz Kalbarczyk, który zaproponował łyżwy. Helena spróbowała raz… i przepadła.

Trenowała jakiś rok, gdy telegramem wezwano ją nagle do Zakopanego, bo jedna z zawodniczek Stali-Olimpii Elbląg, jej klubu, zachorowała. Helena była potrzebna do rywalizacji w sztafecie 4×1000 metrów. Pojechała najpierw na południe, a potem po lodzie. Z koleżankami zdobyła złoto. Rok później ustanowiła pierwszy rekord Polski. W 1955 roku miała najlepsze wyniki na każdym dystansie.

Elwira dostała więc swoją rywalkę. Obie zaczęły się nakręcać.

– Helenka jeździła inaczej niż ja, była wyższa, miała może mniej dynamiczne ruchy, jednak bardzo rytmicznie i płynnie pokonywała dystans. Zaczęła się pomiędzy nami wielka rywalizacja, która po kilku latach doprowadziła i mnie i ją do miejsca na olimpijskim podium – wspominała Seroczyńska (cytat za portalem olimpijski.pl). Z kolei Pilejczyk – jej słowa przytacza portal dzieje.pl – mówiła:

– 52 lata byłam skazana na Elwirę, a ona na mnie. W 1952 roku pojechałam na zgrupowanie łyżwiarzy jako lekkoatletka. Tam poznałam mistrzynię Polski Seroczyńską. Miałam ją za wzór, biegałam za nią, naśladowałam jej ruchy podczas treningu. Ona i koleżanki poczuły się w pewnym momencie zagrożone. Gdy zaczęłam dochodzić do poziomu Elwiry, kiedyś w trakcie „wieczoru szczerości” stwierdziłyśmy: obydwie chcemy wygrywać, więc nie możemy do siebie mieć o to pretensji; po to przecież uprawiamy sport. Natomiast poza treningiem i zawodami powinniśmy być koleżankami, bo jesteśmy skazane na siebie, często mieszkamy w jednym pokoju, razem jeździmy na zgrupowania. Wytrzymałyśmy 52 lata. Pod koniec kariery ta przyjaźń jeszcze się zacieśniła.

52 lata, bo Seroczyńska zmarła w 2004 roku. Do tego jeszcze wrócimy, na razie bowiem musimy skierować się na przełom dekad – lat 50. i 60. XX wieku. To wtedy w amerykańskim Squaw Valley odbywają się igrzyska olimpijskie, a na nich – po raz pierwszy! – w łyżwiarstwie szybkim rywalizować mają kobiety. Wielka szansa, wręcz ogromna. Tym bardziej, że obie – a wraz z nimi jeszcze kilka zawodniczek – pokazywało się na arenie globalnej, zajmując wysokie lokaty choćby w mistrzostwach świata.

Tyle że oficjele wstępnie uznali, że posyłać Polek do USA nie ma po co. Bo to marnowanie pieniędzy, bo szans na wynik wielkich nie ma. O swoje zawodniczki wnioskował Kalbarczyk. Udało mu się ugrać próbę: na mistrzostwach świata w Ostersund Polki musiały być w TOP 6. Pilejczyk wywalczyła tam srebro na 1000 metrów i dobre lokaty na innych dystansach, w klasyfikacji łącznej wieloboju była 5. Seroczyńska skończyła 11., ale związek zgodził się na wysłanie dwóch zawodniczek.

Polki więc ruszyły za Ocean. A gdy tam dotarły, były oczarowane.

– W Squaw Valley zachwycał nas wszechobecny kolor. Ekipy były ubrane w różne stroje w wielu barwach. Ale najbardziej porażały nas przepiękne widoki. Poza tym mogłyśmy chodzić do baru i jeść wszystko, na co miałyśmy ochotę. Stały na przykład kosze pełne fig, pomarańczy i bananów. Dla nas to było niezwykłe, że można brać, ile się chce. Piłyśmy czekoladę, oranżadę, jadłyśmy lody… Można też było tańczyć – wspominała Pilejczyk w rozmowie z „Gazetą Olsztyńską”.

To wszystko były jednak dodatki do tafli, na której padły wielkie wyniki. W rywalizacji na 1500 metrów pierwsza jechała Seroczyńska. I pojechała znakomicie. W siódmej parze, w rywalizacji z Jeanne Omelenczuk, reprezentantką gospodarzy, wykręciła rezultat 2.25,7 – bliski rekordowi świata. Niemal pewny medal. Niemal, bo trzeba było poczekać na resztę rywalek. W tym te z ostatniej pary – Helenę Pilejczyk i Lidiję Skoblikową z ZSRR.

Tak to wspominała sama Helena po latach, w rozmowie z TVP:

– Wiedziałam, że jestem w wielkiej formie, po wyniku Elwiry widać było, że po prostu jesteśmy świetnie przygotowane przez trenera właśnie na ten, najważniejszy w całej karierze start. Ruszyłam jak do sprintu. Przez półtora okrążenia jechałyśmy idealnie równo, ruch w ruch, krok w krok. Na kolejnym wirażu objęłam prowadzenie… Ale Skoblikowa jakby włączyła dodatkowe zasilanie i zaczęła się oddalać, pięć, dziesięć, piętnaście metrów. Zebrałam wszystkie siły i przyspieszyłam. Byłam znów coraz bliżej… Niestety meta znajdowała się już za blisko. Kiedy podano nasze czasy aż krzyknęłam z radości. Lidia ustanowiła nowy rekord świata, ale ja, mając tak świetną partnerkę uzyskałam trzeci czas! Jestem trzecia! Mam medal! Rzuciłyśmy się z Elwirą sobie w objęcia. Ona ma srebro, a ja brąz!

Seroczyńska była bliska kolejnego medalu, na 1000 metrów. Mogła być tam właściwie pewna złota, zresztą trener krzyknął jej tuż przed ostatnim wirażem, że już to złoto ma. I miałaby, gdyby nie zwykły pech. Właśnie na tym ostatnim wirażu gdzieś na lodzie zagubił się mały fragment śniegu, z usypanej obok bandy. Najechała na niego, a w efekcie – potknęła się i upadła. Straciła nie tylko złoto, ale i jakikolwiek medal. Zdenerwowany Kalbarczyk mówił potem „Przeglądowi Sportowemu”, że winą obarcza organizatorów, a rywalki Elwiry przyznawały, że to ona była najlepsza.

Złota jednak nie otrzymała. Elwira Seroczyńska mogła być pierwszą polską zimową mistrzynią olimpijską. Tymczasem musiała zadowolić się srebrem.

Helena Pilejczyk jeździła na łyżwach jeszcze ponad dekadę. Gdy skończyła karierę, sukcesy odnosiła na mistrzostwach weteranów – i to nawet na początku XXI wieku! Długo też działała w sporcie, głównie jako trenerka, ale też wiceprezeska Elbląskiego Sportowego Klubu Nestora. Zmarła w wieku 92 lat, niespełna 19 lat po wielkiej rywalce i przyjaciółce.

Elwira Seroczyńska odeszła w 2004 roku. Doznała udaru, gdy przyjechała na święta do syna w Londynie. Nie udało jej się uratować, zmarła dokładnie w wigilię. Syn wspominał potem, że do końca życia była aktywna, pełna pasji do sportu – regularnie przyjeżdżała do niego na przykład na czas Wimbledonu, by w brytyjskiej telewizji móc oglądać mecze na korcie. Odwiedziła też dużą część krajów europejskich, zajrzała również do rodzinnych stron, na Litwie.

Helena Pilejczyk i Elwira Seroczyńsk

Helena Pilejczyk (z lewej) i Elwira Seroczyńska (z prawej) już po latach, na sportowej emeryturze. Fot. Newspix

W sporcie działała jako trenerka, w tym żeńskiej kadry narodowej. Zrezygnowała po nieudanych igrzyskach w 1976 roku i sporej fali krytyki. Pracowała potem w warszawskich klubach, gdzie mieszkała. Od 1985 roku aż do emerytury była za to szefem wyszkolenia w… Polskim Związku Badmintona. Miała bowiem nie tylko łyżwiarskie doświadczenie, ale i wszechstronne sportowe wykształcenie.

Bywało, że obie się spotykały, Pilejczyk często nocowała w mieszkaniu Seroczyńskiej, gdy przyjeżdżała do Warszawy. Do końca pozostały przyjaciółkami z łyżew.

Krótki przerywnik. Było blisko, a się nie udało

Innsbruck 1964 – Grenoble 1968

Kolejne igrzyska nie przyniosły nam sukcesów, choć nie były też złe. W Innsbrucku w roku 1964 kilkukrotnie byliśmy blisko medali. Szóste miejsce w biathlonowym biegu na 20 kilometrów zajął Józef Rubiś. Siódma była nasza biegowa sztafeta. Ale furorę zrobili nasi saneczkarze, bo to w tym sporcie aż sześciokrotnie kończyliśmy zawody w najlepszej „10”! Najwyżej udało się zajechać Irenie Pawełczyk, która w konkurencji jedynek kobiet była tuż poza podium.

O Pawełczyk warto wspomnieć kilkoma słowami, bo choć były to jej jedyne igrzyska, to w historii polskiego saneczkarstwa zapisała się wspaniale. Dwa lata przed igrzyskami zdobyła bowiem złoto mistrzostw Europy, co jest jedynym takim polskim sukcesem w kobiecym saneczkarstwie.

Ogółem jednak – nie było źle. Choć zabrakło medalu, to byliśmy go całkiem blisko. A cztery lata później – jeszcze bliżej.

Polacy w 1968 roku aż czterokrotnie zajmowali miejsce tuż za pudłem. W biathlonowym biegu na 20 kilometrów przypadło ono w udziale Stanisławowi Szczepaniakowi (ósmy w tej samej konkurencji był Stanisław Łukaszczyk). Szczepaniak zresztą czwarty był dwukrotnie – bo i w sztafecie 4 x 7,5 km. Nawiasem pisząc: znakomity był to zawodnik, trzykrotny medalista mistrzostw świata, ale i znakomity był to czas dla naszego biathlonu. Do pełni szczęścia zabrakło tylko, no właśnie, medalu olimpijskiego.

Podobnie w saneczkarstwie. Bo to znowu ten sport odpowiadał za wiele miejsc w TOP 10. Szczególną uwagę zwracali Helena Macher i Zbigniew Gawior – oboje byli w jedynkach na 4. miejscach. Gawior dodatkowo – z bratem Ryszardem – zajął 6. miejsce w rywalizacji dwójek. Rok wcześniej właśnie w dwójce byli na trzecim miejscu na mistrzostwach Europy. Na igrzyskach do powtórki zabrakło im niewiele.

Po medalach polskich łyżew przez dwie kolejne edycje zimowych igrzysk nie byliśmy więc w stanie sięgnąć po żaden krążek. I gdy wydawało się, że ta seria może jeszcze trochę potrwać, to w Japonii wydarzyła się wielka niespodzianka.

Sapporo 1972. Sensacyjne złoto na Wschodzie

Sapporo 1972

Wojciech Fortuna dla wielu kibiców był postacią anonimową. Nic dziwnego, był to chłopak może i ambitny, który od dziecka marzył o skakaniu. Tyle że długo nie prezentował niczego, co pozwalałoby marzyć o wielkich sukcesach. Jakoś doczłapał się do kadry narodowej, może trener Janusz Fortecki dostrzegł w nim coś, czego inni nie widzieli. Bo podstaw wynikowych nie było właściwie żadnych. Ot, kolejny zwykły skoczek. Raz poleci dalej, raz bliżej, ale w gruncie rzeczy to nigdy tak daleko, by rywale mieli się go bać.

Aż tu nagle przyszedł rok 1972. Olimpijski. Na Krokwi w Zakopanem Fortuna wygrał niespodziewanie konkurs eliminacyjny na igrzyska. Tyle że to był wystrzał, inni Polacy prezentowali równiejszą formę. Mimo wszystko więc miał nie jechać do Sapporo. Sytuację zmieniła dopiero kontuzja Józefa Przybyły, skoczka doświadczonego, dwukrotnego olimpijczyka, który w przeszłości omal nie wygrał Turnieju Czterech Skoczni (prowadził w całej imprezie po 7 z 8 skoków).

W jego miejsce wskoczył młody, 19-letni Wojciech Fortuna, którego wsparła prasa i trener Fortecki. Pech jednego stał się szczęściem drugiego.

O Fortunie, gdy był młody, mówiono, że był tytanem pracy. Choć w tamtym okresie ponoć już nie do końca. Po latach Andrzej Bachleda-Curuś (chorąży kadry z tych igrzysk) pisał w swojej książce „Taki szary śnieg”: „Ej, Wojtku! Jednak ci chyba trochę zazdroszczę. Przyjechał taki Wojtuś, nikomu nieznany, kurzył fajkę jedną po drugiej, piwo popijał z wielkim smakiem i właściwie żył jak zaprzeczenie sportowca. A ja, na przykład, harowałem ciężko, co rano robiłem rozgrzewkę, po osiem miesięcy w roku zostawiałem żonę i dzieciaka żeby tu wypaść jak najlepiej… i taka sprawiedliwość”.

Bachleda-Curuś był na tamtych igrzyskach 9. i 10. w odpowiednio slalomie gigancie i slalomie. Fortuna już w swoim pierwszym starcie – na mniejszej skoczni – przebił jego osiągnięcia. Zajął szóste miejsce, wyprzedzili go tylko trzej reprezentanci gospodarzy oraz Ingolf Mork i Jiří Raška. Było widać, że Polak jest w formie. Aż przyszedł 11 lutego, nawiasem pisząc – w Japonii to akurat święto narodowe, Rocznica Założenia Państwa. Wszyscy pod skocznią oczekiwali wówczas kolejnego wielkiego wyczynu miejscowych skoczków, na czele z fantastycznym Yukio Kasayą, mistrzem z mniejszego obiektu.

Nagle konsternacja. Nikomu nieznany Polak wylądował fantastyczne 111 metrów, odsadzając wszystkich rywali. A skakał w drugiej grupie, wśród zawodników teoretycznie słabszych!

– Wystarczy, że tę skocznię zobaczę nawet gdzieś z boku, to wiem, że to Sapporo. Kilka skoków treningowych oddałem na jednej i drugiej skoczni. I na tej dużej nie wypadałem z pierwszej trójki i czułem, że coś się fajnego wydarzy. Bo niewiele mi brakło do brązowego medalu na średniej skoczni. Kolega Tadeusz Pawlusiak z tyłu, bo go prosiłem, żeby mi założył nogę, żebym się mógł prawą nartą odepchnąć z tej dziupli. Bo to nie było belki, jak dzisiaj – ja wyskoczyłem z dziupli i musiałem wskoczyć w tory i dopiero pełna koncentracja. Odbiłem się w odpowiednim momencie i w pierwszej fazie loty, kiedy dostałem odpowiednią wysokość, to czułem i widziałem, że lecę do czerwonej kreski. Poczułem odpowiedni wiaterek, więc nie cofałem się, tylko wykorzystałem to do samego końca. Skoczyłem o metr za czerwoną i moje ręce same wyskoczyły w górę i zaczęły sobie klaskać – wspominał ten skok Fortuna po 53 latach w materiale Eurosportu.

Jego skok był tak dobry, że jury… debatowało czy aby jest to sprawiedliwe i czy nie należałoby przeprowadzić całych zawodów od nowa. Jeden głos dzielił nas od tego, by się stało, ale ostatecznie wygrała opcja kontynuacji – stosunkiem głosów 3:2. Skrócono jedynie rozbieg. I na tym skróconym rozbiegu w drugiej serii Fortuna skoczył… fatalnie. 87,5 metra. Był przekonany, że stracił złoto, ba, że stracił medal. Pozostało mu jednak tylko czekać i obserwować próby rywali.

Ci jeden za drugim jakby się spinali i nie byli w stanie Polaka wyprzedzić. Raz tylko wydawało się to pewne – gdy Szwajcar Walter Steiner wylądował na 103. metrze. Fortuna był już przekonany, że złoto mu uciekło. Aż obliczono notę i wyszło, że Polak wygrał i ze Steinerem. O 0,1 punktu! I to właśnie tyle zdecydowało, nikt już tej dwójki nie wyprzedził.

Fortuna wrócił do kraju opromieniony łatką bohatera. Świętował, świętowali wszyscy w środowisku, świętowali fani, którzy tłumnie go witali i bili mu brawo. Wygrał jeszcze tytuł mistrza Polski (pierwszy i ostatni w karierze), a potem… nie dźwignął tego wszystkiego. Popularność i sława go przygniotły, nawet jego rodzice mówili, że widzą, jak ciąży to ich synowi i nie spodziewają się, by „długo mógł kontynuować skakanie”.

I faktycznie, nie mógł. Po kilku latach bez sukcesów, narty odłożył szybko. Karierę skończył w 1977 roku, dwa lata wcześniej zrezygnował z miejsca w kadrze.

W historii polskich sportów zimowych zapisał się pięknym akcentem. Ale tylko jednym.

SEBASTIAN WARZECHA

Fot. Newspix

Czytaj więcej o Zimowych Igrzyskach Olimpijskich na Weszło:

0 komentarzy

Gdyby miał zrobić spis wszystkich sportów, o których stworzył artykuły, możliwe, że pobiłby własny rekord znaków. Pisał w końcu o paralotniarstwie, mistrzostwach świata drwali czy ekstremalnym pływaniu. Kocha spać, ale dla dobrego meczu Australian Open gotów jest zarwać nockę czy dwie, ewentualnie czternaście. Czasem wymądrza się o literaturze albo kinie, bo skończył filmoznawstwo i musi kogoś o tym poinformować. Nie płakał co prawda na Titanicu, ale nie jest bez uczuć - łzy uronił, gdy Sergio Ramos trafił w finale Ligi Mistrzów 2014. W wolnych chwilach pyka w Football Managera, grywa w squasha i szuka nagrań wideo z igrzysk w Atenach 1896. Bo sport to nie praca, a styl życia.

Rozwiń

Najnowsze

La Liga

Kolejne miasto powalczy o organizację finału Ligi Mistrzów

Maciej Piętak
2
Kolejne miasto powalczy o organizację finału Ligi Mistrzów
Reklama

Igrzyska

Igrzyska

Mirosław kończy karierę. To nie powinno tak bardzo dziwić [KOMENTARZ]

Jakub Radomski
12
Mirosław kończy karierę. To nie powinno tak bardzo dziwić [KOMENTARZ]
Igrzyska

Prezydent do olimpijczyków: Rok temu nikt nie wierzył, że wygram

Jakub Radomski
45
Prezydent do olimpijczyków: Rok temu nikt nie wierzył, że wygram
Reklama
Reklama