Miało być w Ruce. Potem w Wiśle. Jeszcze później – na lotach. Wciąż jednak nie nadchodziło. Ale wreszcie jest, mamy to! Wielkie przebudzenie Aleksandra Zniszczoła przyszło w Willingen. Polak zapunktował w Pucharze Świata, zgarniając całe trzy oczka. Choć nie wypada się z Olka dziś śmiać, bo… inni Polacy nawet nie weszli do drugiej serii. A cały konkurs był kpiną z tego sportu i FIS powinien być wdzięczny za to, że ma Domena Prevca.
Aleksander Zniszczoł z punktami. A konkurs taki, że szkoda gadać
Wiecie, Aleksander Zniszczoł jest w tym sezonie wdzięcznym tematem do tego, żeby się z niego pośmiać. Wiadomo, co mówił na koniec zeszłego sezonu, znamy też jego buńczuczne wypowiedzi przed i w trakcie tej zimy. I raz za razem nic z tego nie wychodziło. Dziś też tak naprawdę niewiele wyszło, bo skoki w treningach czy kwalifikacjach sugerowały, że Zniszczoł może polatać i powalczyć o całkiem wysokie lokaty. A wyszło inaczej.
Po swoim pierwszym skoku Polak był w sytuacji trudnej. I to bardzo, zdawało się, że nie wejdzie do drugiej serii.
Pomóc postanowili mu jego koledzy. Klemens Joniak skoczył 103 metry, Dawid Kubacki 116, a Maciej Kot o metr mniej. Bank rozbił jednak Piotr Żyła, który osiągnął niesamowite 85,5 metra. Przypomnijmy przy tej okazji, że skocznia w Willingen ma HS umiejscowiony na 147. metrze. Dlatego też skok Zniszczoła – całe 123,5 m – nie powinien mu wiele dać. A dał 19. miejsce.
…#skijumpingfamily #Willingen pic.twitter.com/mjKHkWfY6R
— Eurosport Polska (@Eurosport_PL) January 31, 2026
Dlaczego? Bo zarządzający Pucharem Świata i poszczególnymi konkursami nie potrafią myśleć. Nie reagują na zmiany warunków, mając narzędzie, które ma w tym pomóc. Puszczają skoczków na stracenie, byle przeprowadzić konkurs. Sandro Pertile może sobie powtarzać, że „safety first”, ale prawda jest taka, że na pierwszym miejscu stoi dla nich to, by w ogóle zawody rozegrać, nieważne jakim kosztem. Jasne, można sobie powtarzać, że najlepsi poradzą sobie w każdych warunkach, ale aktualnie w stawce mamy tylko jednego takiego skoczka i jest nim Domen Prevc.
A reszta leci tam, gdzie wiatr pozwoli. Czy inaczej: gdzie pozwolą Sandro Pertile czy Borek Sedlak.
Potem wychodzą takie konkursy jak ten. W pierwszej serii – na skoczni, gdzie loty na 150+ nie są rzadkością – obejrzeliśmy trzy próby dłuższe niż 140 metrów. 130 metrów przekroczyło jeszcze dziewięciu skoczków. Czyli 12 na 50 poleciało za punkt K na największej skoczni dużej, która z tego latania przeecieżż słynie. Tego nie da się nazwać kiepskim widowiskiem. To kompromitacja Pertile i spółki.
I nawet nie mamy pretensji do Biało-Czerwonych. Przy takiej loterii – gdy nie ma się formy, a oni nie mają – skok się po prostu zepsuje. Trochę szkoda jedynie dlatego, że w drugiej serii było z warunkami nieco lepiej, choć nadal kręciło (Zniszczoł drugi skok popsuł, spadł na 28. miejsce). Niemniej: było nieco więcej lepszych skoków, jak komuś dobrze zawiało, to latał za 140 metrów, a trzech skoczków – Ren Nikaido, Ryoyu Kobayashi i Domen Prevc – doleciało na lub poza rozmiar skoczni.
Ale czy zmazało to jakkolwiek to, co działo się w pierwszej serii? No nie. To był absurd, kpina z fanów, nawet jeśli ci na miejscu (bo Niemcy skakali dobrze, a Karl Geiger niespodziewanie stanął na podium) byli zadowoleni.
Uratował to wszystko w minimalnym stopniu jedynie – a jakże! – Domen Prevc. W ostatnim skoku huknął na 155 metrów, o pół metra przed rekordem skoczni, choć Słoweńcem trzepało w locie tak, że wydawało się, że nie ma prawa do tej odległości dofrunąć.
Sandro Pertile powinien Prevca obsypać złotem. Bo bywa, że tylko on ratuje konkursy, które Włoch z kolegami próbują na siłę popsuć.
Fot. Newspix