Spartanin, który musi się dostosować. Czy Arbeloa poradzi sobie w Realu?

Sebastian Warzecha

17 stycznia 2026, 12:01 • 10 min czytania 7

Spartanin, który musi się dostosować. Czy Arbeloa poradzi sobie w Realu?

Bez odwrotu. Bez kapitulacji. Takie jest spartańskie prawo” można przeczytać w opisie na instagramowym koncie Alvaro Arbeloi. Były boczny obrońca przez lata był żołnierzem kolejnych trenerów, którzy pracowali w Madrycie. Za klub był gotów się poświęcić, a prowadząc młodzieżowe ekipy wymagał od swoich piłkarzy niemal ciągłego zaangażowania na boisku. Czy zdoła to wszystko przełożyć na pierwszą ekipę Królewskich, zostawiając za sobą fatalny debiut z Albacete? A może – jak przyjaciel, którego zastąpił – polegnie i odejdzie z Realu na tarczy?

Reklama

Alvaro Arbeloa. Człowiek Realu Madryt

Będę tu tak długo, jak Real Madryt będzie mnie chciał. To mój dom i zawsze nim będzie – mówił jakiś czas temu Alvaro Arbeloa. Hiszpański były defensor to faktycznie madridista. Z Realem związany jest już od dobrze ponad dwóch dekad. Po raz pierwszy trafił tam w 2001 roku, do młodzieżowych drużyn. Potem grał w Realu Madryt C, Castilli i wreszcie w pierwszej drużynie. Do 2006 roku zanotował w niej jednak ledwie cztery występy.

Reklama

Odszedł więc do Deportivo, a stamtąd – po ledwie pół roku – do Liverpoolu sprowadził go Rafa Benitez.

W Anglii Arbeloa spędził dwa sezony. Rozwinął się. Stał się na tyle uznanym zawodnikiem, że pojechał z reprezentacją Hiszpanii na wygrane przez nie Euro (był też w składzie La Furia Roja na MŚ 2010 i Euro 2012). Powszechnie go chwalono, stał się solidnym obrońcą. Gdy w Madrycie do władzy powrócił Florentino Perez, wziął z Liverpoolu do Realu dwóch zawodników – Alvaro Arbeloę i Xabiego Alonso. Teraz tego drugiego zwolnił z funkcji trenera, a na jego miejsce wskoczył pierwszy.

Rozmawiałem z Xabim. Jesteśmy przyjaciółmi, nasza przyjaźń jest ważniejsza od wszystkiego. Życzę mu wszystkiego najlepszego, bo to fantastyczny trener. Jestem pewien, że w przyszłości osiągnie wielkie rzeczy. Zawsze będziemy ze sobą blisko, byliśmy przez te wszystkie lata – mówił Arbeloa.

Jego trenerska droga wyglądała jednak inaczej, niż ta Alonso. Owszem, obaj przeszli przez młodzieżowe struktury Realu Madryt w roli szkoleniowców, ale Xabi szybko odszedł do Realu Sociedad, którego jest wychowankiem. Stamtąd – też z rezerw – wyciągnął go Bayer Leverkusen. Arbeloa tymczasem po zakończeniu kariery najpierw był ambasadorem klubu, zdarzało mu się też komentować mecze w Real Madrid TV (ma nawet wykształcenie dziennikarskie), a dopiero potem zaczął pracę jako trener.

Najpierw prowadził ekipę U-14, rok po roku idąc w górę. Z Juvenilem A wygrał młodzieżową ligę, Puchar Hiszpanii i Puchar Mistrzów – hiszpańskie rozgrywki dla najlepszych ekip z każdej z lokalnych młodzieżowych lig. Chwalono go, szczególnie, że przez jego ręce przeszło kilku naprawdę utalentowanych zawodników, którzy znacząco rozwinęli się dzięki jego pracy. Mówimy tu o piłkarzach takich jak Chema czy Nico Paz, którzy szaleją aktualnie w mocnych europejskich ligach, czy też David Jimenez albo Joan Martinez, będący nadziejami Królewskich na kolejne lata.

Przy tym wszystkim Arbeloa był też sobą. Głośno stało się o jego sprzeczce i starciach z Fernando Torresem przy okazji młodzieżowych derbów. Alvaro często mówił też wiele o sędziowaniu i tym, że jest ono w Hiszpanii niesprawiedliwe. Krytykował nawet Kyliana Mbappe, gdy ten pozostał w PSG w 2022 roku. Nie bał się mocnych opinii czy to jako komentator, czy jako trener młodzieżówek. Na każdym kroku podkreślał, że klub jest dla niego najważniejszy. Trudno się dziwić, że szedł w jego strukturach w górę, aż do Castilli, a w końcu – pierwszego zespołu.

Docenić trzeba, że zrobił to po swojemu.

Filozofia Alvaro Arbeloi? „Żeby fani cieszyli się grą”

Swoją trenerską filozofię Arbeloa wyjaśniał kiedyś w The Coaches’ Voice, ale też wielokrotnie można było ją oglądać na boisku, gdy grały czy to prowadzone przez niego młodzieżowe zespoły, czy też Castilla. Niezależnie od poziomu, nowy trener Królewskich trzymał się względnie tego samego nastawienia i tych samych wytycznych względem swoich piłkarzy.

Przede wszystkim więc – pressing.

Co prawda wszelkie głosy o tym, że to pressing momentami wręcz straceńczy i na wielkiej intensywności, były nieco przesadzone. Owszem, futbol Arbeloi opiera się na tym, by szybko odzyskiwać straconą piłkę, naciskać na konkretnych piłkarzy, szukać słabych stron rywala przy okazji wyprowadzania akcji i wykorzystywać je. Ma to być jednak granie przemyślane, dostosowane do piłkarzy, jakich ma.

Arbeloa lubi też szybkie przejścia – i do defensywy, i do ataku. W tym drugim przypadku chce angażować dużą część zespołu, ważni w jego taktyce (swoją drogą najczęściej jest to granie 4-3-3, przechodzącym jednak w 4-2-3-1) są boczni obrońcy, grający ofensywnie i nie bojący się oskrzydlać akcji, gdy skrzydłowi z kolei schodzą do środka, by tam tworzyć przewagi. Od tego, co chciał grać Xabi Alonso, Alvaro na pewno różni się tym, że zależy mu na szybkim przekazywaniu piłki do przodu, często operując „w pionie”, zamiast utrzymywania się przy niej dłużej.

A to wydaje się być bardziej dopasowanym planem do kadry, jaką dysponuje Real.

Od początku mam ten sam styl. Chcę stworzyć odważny, dominujący zespół, który gra z entuzjazmem i pasją – mówił Arbeloa, gdy obejmował Castillę. – Chcemy, by ludzie przychodzili na stadion i cieszyli się naszą grą, dobrze spędzając czas, oraz by mogli mówić, że chcą, by ich zespół grał właśnie tak. Chcemy mieć swój styl, swoją tożsamość – zarówno w domu, jak i na wyjeździe. Niezależnie od rywala.

Czy uda mu się to przełożyć na pierwszy zespół – to inna sprawa. Swoją filozofię próbował wprowadzić Xabi Alonso… i poległ. Jednak futbol Alvaro Arbeloi jest bliższy temu, co Real grał przez lata. Szybkie przejścia, kontrataki dały przecież Królewskim kilka ważnych trofeów. Wykorzystywanie detali, luk w systemie rywala – w czym też specjalizuje się Hiszpan – również, na to zwracał szczególną uwagę między innymi Zinedine Zidane.

Jednak kluczowe jest to, czy Arbeloa zdoła dotrzeć do swoich nowych piłkarzy. Alonso się to nie udało i poległ. Zidane, a wcześniej Ancelotti – może poza ostatnim sezonem – odnosili sukcesy, bo to potrafili.

Potrafił też Jose Mourinho, do którego Arbeloa często jest porównywany.

Alvaro Arbeloa – człowiek Jose Mourinho nie chce być jak Mourinho

Bo i faktycznie, futbol Alvaro zdaje się wiele czerpać właśnie od portugalskiego szkoleniowca. Przynajmniej z czasów, w których sami tworzyli duet trener-zawodnik, czyli lat 2010-2013. Arbeloa był żołnierzem Mourinho, gdy Portugalczyk skonfliktował się z częścią zawodników, w tym kapitanem – Ikerem Casillasem – to prawy obrońca stanął po stronie trenera i był jego największym zwolennikiem.

Tyle że Arbeloa wspierał właściwie każdego trenera. Zawsze harował, zawsze się dostosowywał. Przede wszystkim działał dla klubu. Dlatego tak idealnie dogadywał się z Mourinho, który takich zawodników uwielbiał i uwielbia nadal.

Arbeloa zresztą do dziś wiele wymaga od innych, ale jeszcze więcej – od siebie.

Moje wymagania wobec siebie zawsze były wysokie. Tylko taką drogą dochodzi się do swoich celów. Zwiększa się tylko odpowiedzialność, jaką mam – mówił na starcie swojej przygody z Castillą. Teraz ta odpowiedzialność stała się jeszcze większa, ale jeśli ktoś ma się tego wyzwania nie bać, to właśnie Arbeloa. Zresztą po porażce z Albacete w debiucie zdążył już powiedzieć, że to jego wina, że w Realu zawsze wymaga się triumfów i że do tego będzie dążyć.

Debiut Alvaro Arbeloi w Realu Madryt wypadł… najgorzej, jak mógł.

Akurat jemu można w to wierzyć. Równocześnie jednak – gdy ogłoszono go trenerem Realu – mówił, że nie chciałby być, jak Jose Mourinho.

To był przywilej, móc być trenowanym przez niego. Miał na mnie wielki wpływ, ale ja zawsze będę Alvaro Arbeloą. Nigdy nie bałem się porażki, ale gdybym spróbował być jak Mourinho, poniósłbym porażkę i to spektakularną. Miałem wielu trenerów. Każdy z nich był ważny dla mojej kariery i od każdego wziąłem, co miał najlepszego. Wielu z nich to legendy, wygrali wszystko, co było do wygrania. Mam nadzieję, że osiągnę przynajmniej połowę z tego, co oni – twierdził.

Co więc wziął od konkretnych szkoleniowców?

Od Mourinho na pewno szybkie przejścia, już wspomniane, ale też pracę nad defensywną solidnością – bo i na tym mu zależy. Często mówił, że skupienie się na ataku, przy jednoczesnym ignorowaniu obrony nie ma sensu. Nie zależy mu jednak na tym, by jego obrońcy jeździli na tyłkach. Raczej chodzi o przewidywanie zagrań rywala, zmuszanie go do popełniania błędów. – Kluczem jest kontrola przestrzeni, by rywal musiał grać tam, gdzie może wyrządzić najmniej szkód – mówił. – Obrońcy często popełniają błąd, próbując wygrać w konkretnym pojedynku, zamiast w całej sytuacji.

Od swoich zawodników w defensywie wymaga kolektywnej pracy, opierającej się na odpowiednim przesuwaniu formacji, asekuracji i zaangażowaniu właściwie całego zespołu. W obecnym Realu może być o to trudno, ale – kto wie – może akurat Arbeloi uda się dotrzeć do zawodników Królewskich?

W każdym razie – to wziął od Mourinho.

Podobnie jak ostry język, ale kierowany przeciwko sędziom czy rywalom, nie własnym piłkarzom. Od Carlo Ancelottiego uczył się zarządzania grupą, kierowania jej ku sukcesom, przy jednoczesnym rozumieniu potrzeb zawodników, ale też organizację taktyczną, często mówił, że Carletto „poświęca taktyce więcej uwagi, niż ludzie myślą”. Czasem mówił też wiele o Manuelu Pellegrinim i tempie gry, jakiego ten oczekiwał od swoich zawodników.

Bo Arbeloa chce, by grali szybko. Szybko myśleli. Szybko się przesuwali. Szybko ruszali po straconą piłkę.

Jednak już mecz z Albacete – i ta fatalna dla Realu porażka – pokazał, że może być zmuszony zmienić swoją filozofię, nagiąć ją. I zdaje się, że to faktycznie nieco inny Alvaro Arbeloa.

Alvaro Arbeloa – wersja ułagodzona?

Wielu fanów Realu ucieszyło się na wieść o tym, że trenerem Królewskich został mianowany właśnie Alvaro Arbeloa. Oczekiwali, że ten wejdzie do szatni i zacznie nowe porządki, wprowadzając tę – a jakże! – spartańską dyscyplinę. Już pierwsze dni pokazały jednak, że co jak co, ale tak nie będzie.

Z drugiej strony – czy to może dziwić? Arbeloa w klubie jest od 2009 roku, z roczną przerwą na grę w West Hamie. Był piłkarzem, ambasadorem, działał w strukturach, a potem trenował drużyny młodzieżowe i rezerwy. Z bliska widział, co się udało, a co nie udało kolejnym trenerom. Pewnie dobrze wie, że wojna z piłkarzami tu po prostu nie wypali.

Bo on może być spartaninem. Ale oni mają inne charaktery. I najpierw trzeba do nich dotrzeć, potem próbować coś zmieniać.

Stąd po fatalnym meczu z Albacete, Arbeloa właściwie nie krytykował piłkarzy. Prosił też Bernabeu o wsparcie w dzisiejszym starciu z Levante, spodziewając się zapewne, że piłkarzom mogą towarzyszyć buczenie i gwizdy. Winę za wszystko, co było nie tak na boisku, brał za to na siebie, choć zespół objął ledwie kilka dni wcześniej, a kadrę miał przerzedzoną urazami.

Wiem, że ludzie szukają kogoś do obwinienia, ale ja skupiam się na szukaniu rozwiązań. Wszystko, co dzieje się na boisku, jest moją odpowiedzialnością. Gdy rzeczy nie idą dobrze, wiem, że powinienem być w stanie pomóc moim zawodnikom grać lepiej – mówił. Wspominał też jednak, jak po wygraniu La Decimy w 2014 roku, wsiadł do busa, ciesząc się z wygranej, a jego klubowy kolega powiedział mu: „Teraz musimy wygrać kolejną Ligę Mistrzów”.

Tym kolegą był Daniel Carvajal. Wtedy młodziutki, dziś doświadczony kapitan Realu. Arbeloa mówił, że to najlepiej oddaje filozofię Realu, w której liczy się tylko przyszłość, dążenie do kolejnych wygranych i trofeów. Stąd chciał z miejsca zostawić za sobą i Superpuchar Hiszpanii (gdzie zespół prowadził jeszcze Alonso), i tę porażkę z Albacete. Mówił więc o tym, co czeka ich w lidze, o co chcą walczyć.

A swoich zawodników niemal wyłącznie komplementował. Mówił, że Fede Valverde to wielki madridista i fantastyczny kapitan. Że Vinicius wykazuje się ogromnym zaangażowaniem i docenia jego wysiłek. Że Jude Bellingham jest kluczowy dla zespołu i to znakomity piłkarz. I tak dalej, i tak dalej. Możliwe – bo wykluczyć tego nie można – że w szatni padają czasem inne słowa. Ale na konferencjach Arbeloa pokazał się jako ktoś, kto będzie wyłącznie chronić swoich piłkarzy.

Mówił też jednak, że chciałby, by jego Real grał widowiskowo, dążył do wygranej i strzelania kolejnych goli. By atakował, naciskał rywali i nie odpuszczał. Widać więc, że Hiszpan chce z jednej strony poprawić atmosferę w szatni, a z drugiej – ożywić grę zespołu. Możliwe więc, że będzie to trener łagodniejszy, spokojniejszy, bardziej „ułagodzony” w stosunku do piłkarzy. Bo połączenie tych dwóch czynników – poprawy gry i atmosfery – to trudne wyzwanie.

Ale może właśnie dziś, przeciwko Levante, okaże się, że do wykonania? Alvaro Arbeloa z pewnością by tego chciał, bo poza wszystkim, świętuje też właśnie dzisiaj 43. urodziny.

Prezent od piłkarzy w postaci trzech punktów przyjąłby na pewno najchętniej. Zwłaszcza po dobrej, efektownej grze.

Czytaj więcej o Realu Madryt na Weszło:

SEBASTIAN WARZECHA

Fot. Newspix

7 komentarzy

Gdyby miał zrobić spis wszystkich sportów, o których stworzył artykuły, możliwe, że pobiłby własny rekord znaków. Pisał w końcu o paralotniarstwie, mistrzostwach świata drwali czy ekstremalnym pływaniu. Kocha spać, ale dla dobrego meczu Australian Open gotów jest zarwać nockę czy dwie, ewentualnie czternaście. Czasem wymądrza się o literaturze albo kinie, bo skończył filmoznawstwo i musi kogoś o tym poinformować. Nie płakał co prawda na Titanicu, ale nie jest bez uczuć - łzy uronił, gdy Sergio Ramos trafił w finale Ligi Mistrzów 2014. W wolnych chwilach pyka w Football Managera, grywa w squasha i szuka nagrań wideo z igrzysk w Atenach 1896. Bo sport to nie praca, a styl życia.

Rozwiń

Najnowsze

Reklama

Hiszpania

Reklama
Reklama