Trela: Ciemna strona mocy. Kryzys wizerunkowy Juergena Kloppa w Niemczech

Michał Trela

10 października 2024, 11:04 • 9 min czytania

Reklama
Trela: Ciemna strona mocy. Kryzys wizerunkowy Juergena Kloppa w Niemczech

Przez 20 lat Juergen Klopp był dla Niemców pomostem między zepsutym światem milionerów a barem, w którym przy piwie i kiełbasce debatuje się o futbolu. Decyzja o podjęciu pracy dla koncernu Red Bulla, wciąż uznawanego w niemieckim środowisku za diabła wcielonego, to dla wielu kolejny powód, by we współczesnej piłce nie mieć złudzeń co do absolutnie nikogo.

Kiedy w 1998 roku Ralf Rangnick w państwowej telewizji ZDF wygłosił słynny taktyczny wykład, w którym wyjaśniał Niemcom, na czym właściwie polega ta cała gra czwórką z tyłu bez wystawiania libero, ściągnął na siebie jazgot kibiców, mediów i kolegów po fachu. Pogardliwie przezywano go „Profesorem” i na długie lata ustawiono w pozycji najbardziej antypatycznego trenera w niemieckim środowisku. To, że fachowość najbardziej udowodnił, akurat pracując dla nielubianych miliarderów chcących bawić się w futbol i wprowadzających do Bundesligi dwa sztuczne twory, tylko umocniło jego łatkę czystego zła współczesnego futbolu. To właśnie jego bezpośrednim następcą w typowo korporacyjnie brzmiącej roli Global Head of Soccer zostanie od przyszłego roku Juergen Klopp. Przez ostatnie dwie dekady całkowite wizerunkowe przeciwieństwo Rangnicka.

Klopp też miał w życiu epizod, w którym w ZDF wygłaszał słynne taktyczne wykłady, wyjaśniające Niemcom, na czym polega współczesny futbol. W 2006 roku został do tej roli zaproszony jako młody trener FSV Mainz. Był pod ręką, bo siedziba telewizyjnej dwójki mieści się akurat w Moguncji. Choć co do meritum mówił bardzo podobne rzeczy, co Rangnick osiem lat wcześniej, ich spojrzenie na futbol jest bardzo zbliżone i to głównie za ich sprawą Niemcy stały się w minionej dekadzie światową stolicą kontrpressingu, różnił ich naturalny wdzięk. Klopp potrafił tłumaczyć taktyczne koncepcje, jakby mówił do labradora. Z niepodrabialnym, wtedy jeszcze mniej idealnym niż dziś, uśmiechem, który uczynił z niego ulubioną piłkarską postać każdej niemieckiej gospodyni domowej. Telewizyjne występy podczas turnieju nie tylko nie ściągnęły na niego jazgotu kibiców, mediów i kolegów po fachu, lecz wręcz zwróciły na niego uwagę szerszej publiczności.

W przeciwieństwie do Rangnicka Klopp dzieła życia budował zawsze we „właściwych” miejscach. Najpierw swoje lokalne FSV Mainz po raz pierwszy w historii wprowadził do Bundesligi i mimo ograniczonych środków na trwałe wpisał na mapę tamtejszej piłkarskiej elity. Później postawił na nogi jeden z najbardziej tętniących życiem klubów Europy, w którym slogan marketingowy „Echte Liebe”, czyli „Prawdziwa miłość”, wcale nie brzmi jak slogan. Wreszcie, gdy kolejni jego zawodnicy przypominali, że na tym poziomie romantyzm nie istnieje, odchodząc do nielubianego Bayernu Monachium, on znów wybrał kolejne miejsce pracy tak, by jednocześnie rozwijać karierę i zyskiwać powszechną sympatię. Wzniesienie kolejnej wielkiej marki ponownie na światowy poziom brzmiało jak zadanie dla niego. Anfield było kolejnym miejscem, do którego Klopp pasował, zgodnie z niemieckim powiedzeniem, „jak dupa do wiadra”.

Reklama

Nieskazitelny wizerunek

Jego minione dwie dekady funkcjonowania w zawodowej piłce nadawałyby się do analiz naukowych na temat wzorcowego budowania wizerunku. Pokazywał, że można jednocześnie być milionerem, czołową postacią rozkręconej marketingowej machiny piłkarskiej oraz gościem, z którym chętnie poszłoby się na piwo. Ksywka, którą sam zaproponował, po przeprowadzce do Anglii, czyli „The Normal One”, zdawała się idealnie oddawać to, kim był w światowej piłce w ostatnich latach: pomostem pomiędzy coraz bardziej oderwanym od rzeczywistości światem wielkiego futbolu, a podwórkami i barami, w których pasja do piłki wciąż jeszcze istnieje. Decyzja, by kolejnym po Liverpoolu miejscem pracy uczynić akurat koncern Red Bulla, każe podać w wątpliwość wszystko, co przez minione dwadzieścia lat, w kwestiach wizerunkowych, nie fachowych, o Kloppie pisano.

Kluczowy w tej kwestii jest kontekst niemiecki, który przecież dla Kloppa, mimo lat nieobecności w ojczyźnie, nie przestał mieć znaczenia. Media donoszą, że w jego umowie z nowym pracodawcą znalazła się klauzula pozwalająca mu odejść do reprezentacji Niemiec, gdy nadarzy się taka możliwość. Sam trener nigdy nie ukrywał, że posada selekcjonera własnego kraju byłaby dla niego atrakcyjna. A sam już od lat uchodził za największe marzenie wszystkich tamtejszych kibiców piłkarskich. O ile jednak dotąd witano by go w niej jako świętego, zbawiciela, o tyle mariaż z Red Bullem może mocno nadszarpnąć jego wizerunkiem. Bo akurat tam wszelkie legitymizowanie zaangażowania marketingowego koncernu w futbol jest uznawane za cios poniżej pasa. A legitymizowanie go przez najbardziej lubianą postać niemieckiego futbolu to najmocniejszy z ciosów.

„11Freunde” przypomina, że już raz tego rodzaju chwyt w niemieckim futbolu zastosowano. W połowie lat 90. Bayer Leverkusen zatrudnił najpierw w roli napastnika, a później trenera i działacza, Rudiego Voellera, absolutnie ulubionego piłkarza swojej epoki. Bayer był wówczas na mapie Bundesligi stosunkowo nowy i mimo sukcesów sportowych, które odnosił, traktowano go jako sztuczny twór. Zabieg o tyle się udał, że Voeller długoterminowo nie stracił nic z powszechnej sympatii, jaką się cieszył, a obecność Bayeru wszystkim z czasem spowszedniała. Także dlatego, że pojawiły się kolejne „plastikowe konstrukty”, jak VfL Wolfsburg, TSG Hoffenheim czy właśnie RB Lipsk. Aktualny mistrz Niemiec pozostał na ich tle „sztucznym tworem, ale z tradycjami”.

Reklama

Red Bull w Niemczech – bardzo daleko od OK

Nie można wykluczać, że z czasem podobnie zakończy się historia Kloppa i Red Bulla, ale na razie to bardzo wątpliwe. Mimo ośmiu lat obecności w Bundeslidze klub z Lipska wciąż nie zaczął być traktowany jako zwyczajny, wciąż wywołuje protesty na trybunach, wciąż co jakiś czas ktoś pozwala sobie na niewybredne komentarze na jego temat. Czasem to Hans-Joachim Watzke, kumpel Kloppa, który powie, że w Lipsku w piłkę gra się tylko po to, by sprzedawać dużo puszek, czasem to kibice, którzy wywieszą transparent „… w ósmym dniu Bóg stworzył 1. FC Koeln. A was w gównianym dniu stworzył nowobogacki producent puszek”.

Omijający zasadę 50+1, a więc funkcjonujący wobec innych reguł niż reszta ligi, klub wciąż traktowany jest jak ciało obce. A gdy lubiany i szanowany Max Eberl, były dyrektor sportowy Borussii Moenchengladbach, podjął tam pracę, na wielu stadionach fani gotowali mu piekło. Teraz można się zastanawiać, jak zareagują na najnowsze wieści fani w Dortmundzie i w Moguncji, gdzie Klopp cieszył się nieomal boskim statusem. A zwłaszcza kibice Borussii nigdy nie marnowali okazji, by zamanifestować, co myślą o rywalu spod znaku Czerwonych Byków. Marka Kloppa niewątpliwie przeżywa w Niemczech kryzys wizerunkowy. Niektórzy wieszczą nawet, że całkowicie straci to, co w reklamowym świecie najcenniejsze, czyli wiarygodność.

Być może paniczne reakcje w Niemczech są przesadzone, ale w tej kwestii wiele zależy od szczegółów tego, jak Klopp będzie interpretował swoją nową rolę. Dotąd w historii piłkarskich projektów Red Bulla piastowały tę funkcję dwie osoby. Gerard Houllier przez osiem lat był bardziej ambasadorem marki, pojawiającym się w różnych miejscach na świecie, ściskającym dłonie, pozującym do zdjęć i przecinającym wstęgi. Jego merytoryczny wpływ był jeśli nie żaden, to bardzo ograniczony. Nie wypowiadał się w imieniu Red Bulla, nie kojarzył się z nim, w żadnej mierze nie został jego twarzą.

Reklama

Dobrze płatne wakacje

Inaczej było z Ralfem Rangnickiem, którego wystrzelono do tej funkcji w 2019 roku, po siedmiu latach pracy w koncernie w roli trenera klubu z Lipska i dyrektora sportowego klubów z Salzburga i Lipska. Akurat wtedy potrzebowano zostawić w Saksonii trochę swobody nowemu trenerowi Julianowi Nagelsmannowi i dyrektorowi sportowemu Markusowi Kroeschemu. Prawdopodobnie słusznie uznano, że pałętający się po korytarzach samiec alfa Rangnick nie ułatwi żadnemu z nich wejścia w nowe buty. Obecnego selekcjonera reprezentacji Austrii pozostawiono więc w roli szarej eminencji, wszystkiego i niczego, dając mu możliwość pilnowania, by jego pomysł na futbol był wdrażany w każdym miejscu na świecie, w którym Red Bull angażuje się w piłkę. Wytrwał w tej roli tylko rok, nim zaangażował się ponownie w codzienną pracę dla Lokomotiwu Moskwa, a następnie Manchesteru United i reprezentacji.

Mimo szumnie brzmiącego komunikatu prasowego, w którym Oliver Mintzlaff, prezes koncernu Red Bulla, nazywa pozyskanie Kloppa „największym transferem w historii zaangażowania firmy w ten sport”, wydaje się, że merytoryczny wpływ byłego trenera Liverpoolu nie będzie wielki. Wizje, wedle których podpowiada Marco Rosemu, jak Lipsk ma ogrywać głęboko ustawione linie obrony, udziela wskazówek Pepijnowi Lijndersowi, swojemu byłemu asystentowi, jak Salzburg ma sobie lepiej radzić w Lidze Mistrzów i w których zastanawia się, czy zdolnego 17-letniego Chilijczyka lepiej umieścić w Bragantino, Nowym Jorku, czy Liefering, wydają się raczej odległe. A już zwłaszcza takie, w których wskakuje na ławkę trenerską Lipska, czy Leeds United, gdzie Red Bull także angażuje się finansowo, należą raczej do fantazji. Klopp zapewnia sobie dobrze płatne wakacje, podczas których może w spokoju odpoczywać, raz na jakiś czas wygłosi ekspercką opinię albo pojedzie przekonać jakiegoś utalentowanego piłkarza, by podpisał kontrakt w Lipsku, ale na co dzień wszystkie franczyzy będą funkcjonowały według własnego rytmu, z własnymi trenerami, prezesami i dyrektorami sportowymi. A gdy dolce far niente mu się znudzi, nic go nie będzie wstrzymywać, by z dnia na dzień wskoczyć do reprezentacji czy jakiegoś klubu. Wszystkie ścieżki będzie miał otwarte.

Największym zwycięzcą całej sprawy jest natomiast Mintzlaff, a szerzej, Red Bull. Po śmierci Dietricha Mateschitza, założyciela firmy, to właśnie były prezes RB Lipsk, ściągnięty do klubu przez Rangnicka, robi w ramach organizacji zawrotną karierę, będąc dziś szefem całego koncernu. W niedawnym wywiadzie dla „Kickera” wyraźnie pogroził palcem podwładnym zajmującym się klubami z Salzburga i Lipska. Zaznaczył, że sama obecność w Lidze Mistrzów już nie wystarcza i że kluby muszą postawić kolejny krok. Austriacki oddział po blisko dekadzie stracił w tym roku mistrzowski tytuł w kraju, a w pierwszych kolejkach elitarnych europejskich rozgrywek robi za dostarczyciela punktów. Niemiecki okręt flagowy zdaje się natomiast dobijać do sufitu. Ma niemal abonament na finiszowanie w najlepszej czwórce Bundesligi, zwykle gra w Lidze Mistrzów do wiosny, ale kroku w kierunku szczytu nie udaje mu się wykonać. A bez Rangnicka i jego know-how klarowny wcześniej pomysł na futbol i rozwój robi się coraz bardziej rozcieńczony. Ściągnięcie do rodziny Red Bulla postaci formatu Kloppa to sygnał dla całego rynku, że koncern faktycznie nie ma zamiaru zadowalać się tym, co już osiągnął. Chce więcej.

Wizerunkowe zwycięstwo koncernu

Przede wszystkim jednak to sukces wizerunkowy, pokazujący potęgę możliwości Red Bulla. Skoro był w stanie przeciągnąć na swoją stronę najbardziej lubianą postać niemieckiej piłki, skoro był w stanie doprowadzić do mariażu, który nie miał prawa się wydarzyć, pokazuje, że faktycznie nie ma dla niego ograniczeń. A gdzieś w tle majaczy też pewnie chęć ogrzania się w blasku Kloppa, nadzieja, że jego naturalny urok i wdzięk przynajmniej część nieprzekonanych jednak przekonają, że Red Bull wcale nie jest diabłem wcielonym niemieckiego futbolu.

Reklama

Na razie jednak dla niemieckiego środowiska piłkarskiego to kolejny dowód, że w tym świecie każdy ma swoją cenę, że nie ma już żadnych ostatnich sprawiedliwych (no, chyba że Lukas Podolski). Że tak, jak nie istnieje święty Mikołaj, tak nie istnieje żaden „The Normal One”. Gdy przed miesiącem Juergen Klopp gościł w Dortmundzie na pożegnalnym meczu Łukasza Piszczka i Jakuba Błaszczykowskiego, mówił, że to jak przyjazd na „spotkanie klasowe”. Dziś atmosfera takiego spotkania byłaby już ze strony trybun wyraźnie gęstsza. Bo niby wszyscy wiedzą, by w futbolu nie wierzyć już w żadne romantyczne bajki, ale i tak za każdym razem pozostaje tylko głębokie uczucie rozczarowania. No, bo kto jak kto, ale Klopp?

CZYTAJ WIĘCEJ:

Fot. Newspix

Reklama
Michał Trela

Patrzy podejrzliwie na ludzi, którzy mówią, że futbol to prosta gra, bo sam najbardziej lubi jej złożoność. Perspektywę emocjonalną, społeczną, strategiczną, biznesową, czy ludzką. Zajmując się dyscypliną, która ma tyle warstw i daje tak wiele narzędzi opowiadania o świecie, cierpi raczej na nadmiar tematów, a nie ich brak. Próbuje patrzeć na futbol z analitycznego dystansu. Unika emocjonalnych sądów, stara się zawsze widzieć szerszą perspektywę. Sam się sobie dziwi, bo tych cech nabywa tylko, gdy siada do pisania. Od zawsze słyszał, że ludzie nie chcą już czytać dłuższych i pogłębionych tekstów. Mimo to starał się je pisać. A później zwykle okazywało się, że ktoś jednak je czytał. Rzadko pisze teksty krótsze niż 10 tysięcy znaków, choć wyznaje zasadę, że backspace to najlepszy środek stylistyczny. Na co dzień komentuje Ekstraklasę w CANAL+SPORT.

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Bundesliga

Bundesliga

Kolejny Polak zagra w Dortmundzie?! Jest wysoko na liście życzeń

Mikołaj Duda
5
Kolejny Polak zagra w Dortmundzie?! Jest wysoko na liście życzeń