Reklama

„Szaleniec” znowu nie zawodzi. Bielsa żegna Marsylię po pierwszym meczu

redakcja

Autor:redakcja

09 sierpnia 2015, 12:36 • 4 min czytania 0 komentarzy

„Skończyłem tu pracę, wracam do swojego kraju”. Te słowa pasują do ostatniego meczu sezonu, może do konferencji po zdobyciu jakiegoś trofeum. Ale Marcelo Bielsa – „szaleniec” – wypowiedział je po pierwszym spotkaniu w nowych rozgrywkach. Marsylia przegrała z Caen 0-1, ale wynik nie grał tu roli. Trener odszedł, a sprawa była dokładnie przemyślana i przygotowana.

„Szaleniec” znowu nie zawodzi. Bielsa żegna Marsylię po pierwszym meczu

Bielsa napisał nawet list do prezesa klubu Vincenta Labruna. Wyjaśniał przyczyny odejścia, dziękował za pracę. Żalił się jednak, że klub popełnił niewymuszone błędy. Zdaniem trenera było tak: miał przygotowany kontrakt dla niego i jego współpracowników, brakowało tylko podpisu. Został wezwany przez kierownictwo klubu i usłyszał, że Olympique chce zmienić kilka punktów w porozumieniu. – Wziąłem więc pod uwagę wszystkie zmiany, które chcieli umieścić w kontrakcie. Po prostu słuchałem. I po tym spotkaniu podjąłem decyzję, którą teraz staram się Panu przekazać – cytujemy za blogiem vivelaligue1.pl.

„Wspólna praca wymaga minimum zaufania, którego u nas już nie ma”. I Bielsa odszedł.

To nie pierwsza tego typu konferencja Argentyńczyka i pewnie nie ostatnia. W lipcu 2012 roku zaprosił dziennikarzy piszących o Athletiku Bilbao na półtoragodzinną połajankę. Najpierw przyznał się, że zgłosił na policję samego siebie za atak na kierownika ośrodka treningowego. – On może być jednym z najgorszych kierowników, ale zasługuje na szacunek. Przepraszam – mówił. Powód napaści? Niegotowe boiska na rozpoczęcie przygotowań do sezonu. Od tego wyszedł, a skończył na żaleniu się na trudną relację z prezesem klubu. Z Labrunem Bielsie też było nie po drodze. Prezes Marsylii wcisnął mu do składu Brazylijczyka Dorię, którego kupił za siedem milionów euro, a Argentyńczyk nie wystawił nowego nabytku ani razu. Zesłał go nawet do rezerw. Lekcja numer jeden obchodzenia się z Bielsą: jeśli go bierzesz, to z całym dobrodziejstwem inwentarza.

Mimo tej nauki, Labrune był w szoku. Mówił, że spotkanie trenera z kierownictwem klubu było przecież formalnością, nie stało się tam nic poza dyskusją o detalach, a wszystkie życzenia Bielsy były spełnione. Zauważył też, że podczas pierwszej konferencji prasowej przed sezonem szkoleniowiec był pełen optymizmu. „Warunki są dogadane, ale jeszcze nie ma podpisu. Negocjujemy niuanse, czekam na rozpoczęcie sezonu, bo mamy bardzo wyrównany zespół”.

Reklama

Bielsa zapewnił wtedy, że nie rozmawiał z federacją Meksyku na temat objęcia kadry tego kraju. O tym mówiło się od dłuższego czasu – Argentyńczyk miałby zastąpić Miguela Herrerę, wyrzuconego za uderzenie dziennikarza. Były to raczej spekulacje, plotki, nikt nie chciał tego oficjalnie potwierdzić. Trener zaprzeczył, ale przecież także twierdził, że w Marsylii wszystko jest w porządku. Perfidna ironia czy może coś ukrywał?

Jeśli ironia, to bardzo dobra. „Mamy bardzo wyrównany zespół”, a przecież w lecie klubowi przetrącono kręgosłup. Odeszli obrońcy Rod Fanni i Jeremy Morel, nie ma już pomocnika Gianellego Imbuli, a ofensywa straciła Andre-Pierre Gignaca, Andre Ayew i Dimitriego Payeta. Wszyscy byli istotni w systemie gry Bielsy. Ten jest niezmienny od lat – pressing, koncentracja, ruchliwość, rotacja, powtarzalność. Argentyńczyk od lat tłucze swoim zespołom tę samą śpiewkę, a rozgrywki zwykle idą tym torem: niemrawe początki, świetny środek sezonu i szybkie wygaszanie. Na końcu niemal każdy jest zmęczony – i piłkarze, i działacze, i kibice. Tylko nie trener, nieustannie dążący do perfekcji. Konkluzja każdego tekstu o nim, o słabych wynikach jego drużyn, jest podana przez niego samego. – Gdyby w piłkę grały roboty, wygrywałbym zawsze – mówi.

Dlatego przyciąga chcących o nim pisać dziennikarzy, jest dla piłkarskich hipsterów prawdziwym guru, uczy też trenerów jak należy pracować. Znamy tę historię jak Pep Guardiola, zanim zaczął pracę jako szkoleniowiec, wybrał się do Bielsy na taktyczny wykład. Obaj siedzieli przy grillu, dyskutowali, przestawiali krzesła, by lepiej tłumaczyć schematy. Katalończyk z tego spotkania wyszedł z głową pełną pomysłów. W marcu tego roku zaproszono Bielsę do Włoch, by tam wszystkim trenerom wytłumaczył, jak należy szkolić. – Obejrzałem ponad 50 tys. meczów i wiem, że w piłce istnieje tylko 28 różnych sposobów gry i nic ponadto – podkreślał. Bielsa miał być, zdaniem wysłannika La Gazzetta Dello Sport, jak archeolog, który odkrył Świętego Gralla. Cały czas w ruchu, rozdawał kartki z ćwiczeniami i schematami. Gdy skończył, dostał owację na stojąco.

W Marsylii długo był liderem Ligue 1, zdarzały mu się też mecze wybitne. Paradoksalnie najlepiej pamiętany jest ten przegrany – 2:3 z PSG. Wówczas, zwłaszcza w pierwszej połowie, Olympique był prawdziwą maszyną do pressingu, każdy piłkarz miał do utraty tchu ganiać z przypisanym mu rywalem, bo Bielsa innego krycia niż indywidualne znać nie chce. Wyglądało to zjawiskowo, ale wykańczało, niszczyło organizmy. Zresztą krytyka jego stylu od lat jest ta sama, bo sam trener się nie zmienia. Otwiera umysły, ale sam pozostaje zamknięty. Jego futbol nie sprawia, że zespoły dominują, tylko wciąż muszą biegać za rywalem, szukać go na boisku. Dlatego każdy wie, że prędzej czy później drużyny Bielsy padną – to tylko kwestia czasu.

I Bielsa w Marsylii zaskoczył tylko tym, że mecz oglądał nie jak zwykle kucając przy linii, ale siedząc na lodówce turystycznej.

Reklama

Jacek Staszak

Najnowsze

Komentarze

0 komentarzy

Loading...