Od niemal stulecia szachy próbują dostać się na igrzyska olimpijskie i choć funkcjonują już w strukturach Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego, to wciąż daleko im do tego, by w programie igrzysk się znaleźć. Znacznie bliżej im za to, by na poważnie zaistnieć w świecie… e-sportu, w którym stają się ważną grą. A to wszystko wobec gwałtownego rozwoju szybszych, bardziej widowiskowych odmian gry. Czy więc przyszłość szachów to komputery, streamy i krótsze partie? A może bardziej tradycyjne turnieje jednak się obronią? Jak to będzie z tymi igrzyskami? I co właściwie planuje Magnus Carlsen?
Igrzyska, e-sport i szybsze formaty. Szachy i ich przyszłość
Olimpijskie starania
Olimpijską historię szachów wywodzić można od 1924 roku. W Paryżu powstała wtedy FIDE – Międzynarodowa Federacja Szachowa – a traf chciał, że w tym samym mieście odbywały się te właściwe igrzyska olimpijskie. Nieco wcześniej postanowiono, że przy ich okazji zorganizowana zostanie – wtedy jeszcze nieoficjalna – olimpiada szachowa. Wcześniej próbowano nawet „wepchnąć” szachy do grona sportów olimpijskich, ale z powodu niepewności co do statusów amatora i profesjonalisty zawodników siedzących przy szachownicy nic z tego nie wyszło.
W każdym razie – FIDE uznało, że skoro nie da się na igrzyskach, to trzeba kontynuować działania z szachową olimpiadą. I tak trzy lata później po raz pierwszy zorganizowano taką imprezę oficjalnie. Początkowo odbywała się nieregularnie, a od 1950 roku gra się co dwa lata. Dziś to powód do dumy dla każdego, kto z szachami jest związany.
– Szachy mają swoją olimpiadę, która jest dużym wydarzeniem, są zawodnicy z ponad 180 krajów, którzy przyjeżdżają do jednej lokalizacji i grają ze sobą. To chyba jedyna taka impreza sportowa, gdzie zjawia się tylu zawodników, by rywalizować w jednej dyscyplinie – mówi nam Łukasz Turlej, sekretarz generalny FIDE. Nie ukrywa jednak, że dołączenie do tych faktycznych igrzysk, byłoby dla szachów świetną wiadomością:
– Oczywiście, gdyby ktoś zaproponował, by szachy dołączyły do olimpijskiego programu, to na pewno bylibyśmy na tak. Bo obecność na igrzyskach jest bardzo istotna i w wielu krajach pozwala aplikować o dodatkowe środki – stypendia czy dotacje. Zawodnicy też są traktowani inaczej. Jesteśmy aktywni w strukturach MKOl i jeśli taka możliwość się pojawi, to chętnie na nią przystaniemy.
Od razu jednak zaznacza – to nie kwestia najbliższej przyszłości. A przynajmniej nic tego nie zapowiada. Szachy mają bowiem naprawdę długą historię starań o igrzyska. Pierwsze poważne podejście do igrzysk – nie licząc tego paryskiego – miało bowiem miejsce w 1938 roku, ale nic z niego nie wyszło. Gdyby poruszyć tylko ostatnie ćwierćwiecze – w 2000 roku w Sydney odbył się przy okazji igrzysk pokazowy mecz Viswanathana Ananda (który później w tym samym roku został mistrzem świata) z Alexeiem Shirovem. W podobnym okresie MKOl oficjalnie zaczął uznawać FIDE za ciało zarządzające jedną z dyscyplin, a to ważny krok w kierunku akceptacji szachów na igrzyskach.

Viswanathan Anand. Fot. Newspix
W 2006 roku szachy zadebiutowały zresztą na jednej z okołoolimpijskich imprez – igrzyskach azjatyckich. Pojawiły się tam też cztery lata później, ale potem wyleciały z programu. Wróciły w 2022 roku, w ramach bloku tak zwanych „sportów umysłowych”, w którym znalazły się razem z brydżem, e-sportem, go i xiangqi. W 2023 roku z kolei były częścią igrzysk europejskich odbywających się w Krakowie.
– Ludziom się to podobało, partie były dynamiczne. Rywalizowano w duetach, składających się z szachisty i szachistki – mówił potem Arkadij Dworkowicz, prezydent FIDEo tym, co działo się w Małopolsce. Przy tej samej okazji dodawał, że szachy nadal walczą o igrzyska. – Naszym celem jest to, by w Los Angeles [w 2028 roku] stać się częścią gier pokazowych albo programu kulturalnego. Pracujemy nad tym każdego dnia i tę misję traktujemy poważnie.
Jest jednak problem, związany z podstawowymi zasadami MKOl-u. Sport, by znalazł się na igrzyskach, musi być popularny i praktykowany w wielu krajach i kontynentach. To się, jak najbardziej, w przypadku szachów zgadza. Musi też być pozytywnym dodatkiem do programu olimpijskiego i szanować olimpijskie tradycje. I to też raczej nie przeszkadza. Ale do tej pory po prostu nie zezwalano na dyscypliny, które są „umysłowe” i nie bazują na fizyczności.
I choć w szachach przygotowanie fizyczne jest niezwykle istotne i zawodnicy spędzają wiele czasu na siłowni, to jednak przy szachownicy liczy się już to, co wymyślisz. Nie ma tam pokazu siły, szybkości, skoczności czy nawet wygimnastykowania. Międzynarodowy Komitet Olimpijski musiałby nagiąć a nawet zmienić swoje zasady. A to sprawiłoby, że podniosłyby się pytania o kolejne takie dyscypliny – choćby brydża. To ryzykowny krok i raczej nikt w Komitecie na ten moment nie będzie chciał go podjąć. Przynajmniej na razie.
Bo skoro szachów, choć się starały, nie było nawet na ostatnich igrzyskach nawet w Paryżu – mieście powstania FIDE i to na stulecie od tego wydarzenia – to kiedy i gdzie miałoby się udać w najbliższej przyszłości? Istnieje jednak możliwość, że w pewnym momencie staną się one po prostu trudne do zignorowania.
A ten moment zdaje się nadchodzić.
Pandemia i Anya Taylor-Joy
Opracowania z kolejnych lat za początkowy moment rozkwitu szachów w ostatniej dekadzie uznały rok 2018. Nie ma jednak wątpliwości co do tego, że kluczowy był 2020. Z dwóch powodów. Po pierwsze COVID zamknął wszystkich w domach. Brakowało rozrywek, nie było sportu na żywo w telewizji. Okazało się jednak, że jeden z nich nie potrzebuje fizycznej obecności rywali w tym samym miejscu.
Tym sportem były szachy, które w internetowej wersji właśnie wtedy zyskały wielu odbiorców.
Jasne, szachy online nie były nowością. Streamerzy istnieli już wcześniej. Jednak fala nowych widzów w 2020 roku przekonała wielu, że można iść w to „na całość”. – Wiele zrobił na przykład Chessbro z Kanady, to jeden z pierwszych szachowych kanałów. Ale kluczowy był Hikaru w czasie pandemii. Wtedy to wszystko stało się naprawdę duże – mówił nam Alireza Firouzja, jeden z najlepszych szachistów świata.
Wspomniany Hikaru na nazwisko ma Nakamura i od lat też jest jednym z najlepszych graczy świata. Tytuł arcymistrza zdobył w wieku 15 lat, najwyżej w rankingu FIDE był na 2. miejscu, za Magnusem Carlsenem. Wygrał kilka ważnych trofeów, trzykrotnie brał też udział w Turnieju Kandydatów, eliminacjach do meczu o mistrzostwo świata. Generalnie: gość z wielkimi osiągnięciami, który – gdy przyszła pandemia – uznał, że streaming może stać się jego zajęciem na pełen etat.
Trudno było o lepszego ambasadora dla gier online. Oto jeden z najlepszych szachistów na świecie stwierdził, że Internet ma w sobie wielki potencjał dla jego sportu. Sam transmitował swoje partie, ale szukał też nowych pomysłów. Zaczął więc szkolić internetowych twórców i zorganizował turnieje dla streamerów, które cieszyły się sporą popularnością. Rozgrywał też takie „na poważnie” – z innymi arcymistrzami, w tym Magnusem Carlsenem, który z czasem też wkręcił się w streamowanie.
Szybko doszło do tego, że na fali rosnącej popularności szachów, zaczęły grać w nie na streamach i osoby znane z innej aktywności w sieci. Generalnie szachownica – ta w wersji online – po prostu zdobyła uznanie.
A potem Netflix wypuścił „Gambit Królowej”. I już nie było kiedy wcisnąć hamulca. Na szachy zrobił się prawdziwy szał.
Serial o Beth Harmon, z Anyą Taylor-Joy w roli głównej, stał się światowym hitem. W cztery tygodnie od daty premiery choć fragmenty obejrzano w 62 milionach gospodarstw domowych. Szachownice w wielu miejscach kupowano i po dziesięć razy częściej. Znacznie skoczyły liczby oglądanych szachowych transmisji na Twitchu czy YouTubie, przez co pojawili się sponsorzy dla wielu turniejów, a to wiązało się z całkiem dużymi nagrodami finansowymi. Wszystko to stało się po prostu bardziej profesjonalne i prestiżowe, a szachowe kanały i ich twórcy – jak Alexandra Botez czy Levy Rozman – stały się powszechnie znane również poza światem tego sportu.
Duża w tym też zasługa krótkich form. Shorty na Facebooku, YouTubie, Instagramie czy TikToku, świetnie się klikają, po prostu. A z szachów – zwłaszcza w wersjach online, gdzie gra się nie tylko zwykłe partie, ale i tworzy różne wyzwania – notują momentami niesamowite liczby. – Sam to widzę. Na Instagramie niektóre rolki mają po 20 czy 30 milionów wyświetleń. Filmik trwa 20 sekund, są w nim jakieś krótkie puzzle szachowe czy skrót partii, i się niesie. To naprawdę ma wielki potencjał – mówi Firouzja.
Zgadza się z nim Łukasz Turlej.
– Ostatnie lata to niesamowity rozkwit liczby twórców szachowych, ale widzimy też, że są osoby, które tworzyły inne treści, ale widzą, że dołożenie szachów jako czegoś dodatkowego, powoduje wzrost zainteresowania ze strony widzów. My, jako osoby związane z szachami, możemy się tylko z tego cieszyć.
Co ważne – taki rozwój szachów online przyniósł też efekt w postaci rozkwitu kolejnych odmian tego sportu.
Szybciej, coraz szybciej
Szachy przez wiele lat opierały się na partiach klasycznych, czyli tych znanych z meczów o mistrzostwo świata. A więc długich, trwających nawet po kilka godzin. Bywało też, że najważniejsze mecze rozgrywano nawet miesiącami. Klasycznym przykładem było starcie Anatolija Karpowa z Garrim Kasparowem. Regulamin w żaden sposób nie ograniczał wówczas liczby rozegranych partii. Efekt? Obaj doszli do 36 partii, a mecz o mistrzostwo trwał już pięć miesięcy. Grano do sześciu zwycięstw, było 5:3 dla Karpowa, ale ten był już kompletnie wyczerpany i spodziewano się, że Kasparow może wygrać.
Organizatorzy zdecydowali się wówczas przerwać spotkanie i zakończyć je jako nierozstrzygnięte, a kolejnym krokiem było ograniczenie liczby partii – do 24. Wciąż jednak partie klasyczne są długie i zwyczajnie nudne. Przynajmniej dla kogoś, kto w szachach na co dzień nie siedzi. Mówi o tym Turlej:
– W szachach klasycznych jest taki problem, że arcymistrz może myśleć nawet 15 czy 20 minut, a niesamowicie dużo fantastycznych kontynuacji i tak zostaje „za kulisami”, bo po tym namyśle rusza na przykład hetmanem o jedno pole. Tutaj potrzebni są komentatorzy, którzy wytłumaczą, co dzieje się w głowie takiego gracza. Trudno przekonać osoby, które nie grają w szachy, by śledziły takie spotkanie. Ale już partie trzyminutowe, które są na wielu turniejach – tam nie można się zastanawiać. Bo nawet jak w minutę wymyśli się fantastyczny ruch, to przegra się na czas. Na pewno z takich turniejów generowane są ciekawe TikToki, często zmienia się też sytuacja na szachownicy. Wynik jest wielką niewiadomą. I to nawet na zawodach najwyższej rangi.
Przyszłość wydaje się leżeć więc nie w szachach klasycznych, a tych krótszych odmianach – szybkich i błyskawicznych. To w nich powstaje coraz więcej turniejów, w nich gra się zazwyczaj online. Szachy klasyczne wiele osób męczą, w tym nawet największych w dziejach. Przecież z obrony mistrzostwa świata w nich zrezygnował w pewnym momencie Magnus Carlsen. Choć jasne, Norweg miał akurat do tego pełne prawo. Jak mówi nam Jan-Krzysztof Duda:
– Magnus jako jeden z niewielu szachistów na świecie wygrał właściwie wszystko. Może stąd nieco zabrakło mu motywacji. Bo granie meczów o mistrzostwo świata jest trudne, czasochłonne, wiele cię kosztuje. Zrozumiałe, że jak się powygrywa wszystko, to ta motywacja gdzieś wygasa. Jednak niewielu ludzi osiągnęło tyle, co on. Trudno się porównać. – Z drugiej strony on sam miał w pewnym momencie dość partii klasycznych. – Po prostu zdecydowanie wolę szybsze partie. Jestem osobą, która ma dość dobrą intuicję, takiego „feela”, a to przydaje się do szachów szybkich. W klasycznych działa głównie kalkulacja. Na ruch jest dużo czasu, jeśli popełni się jakiś błąd, to rywal w efekcie to najpewniej znajdzie. W szachach błyskawicznych tempo jest szybsze, nie ma się dużo czasu na myślenie.
Szachy w krótkich odmianach są też, oczywiście, lepsze dla streamingu i transmisji. Siadasz przed ekranem na jakieś pół godziny i oglądasz całą partię. Mają też – o czym mówił Turlej – niższy punkt wejścia, łatwiej się wkręcić. Sytuacja na szachownicy zmienia się dynamicznie, w turniejach też, bo gra się dużo meczów z różnymi rywalami. No i, co równie istotne, w takiej odmianie szachów każdy może się sprawdzić w dowolnej chwili. Czy więc to przyszłość dyscypliny?
– W tej szerszej skali na pewno. Patrząc na liczbę osób, które grają w Internecie, które lubią grać w szachy, ale zawodowo pracują – one nie są w stanie zagrać dziewięciodniowego turnieju, gdy jedna partia trwa dobrych kilka godzin. Szachy stwarzają bardzo dużo możliwości dla każdego. Jeśli ktoś chce grać zawodowo w szachy, to będzie grać każdą odmianę. Ale rozkwit szachów błyskawicznych czy nawet „bulletowych”, czyli jednominutowych, jest bardzo duży. I to nie tylko na samych turniejach, ale też jako forma spędzania wolnego czasu – mówi Turlej.
Czy więc mistrzostwa świata za jakiś czas mogą przejść na formułę szybszych partii, poważniej ograniczonych czasem? Albo inaczej: czy mistrzostwa w formie znanej dzisiaj mogą zniknąć? Turlej twierdzi, że nie. Choć mogą ulec masową popularnością niektórym imprezom rozgrywanym w szybszych formułach.
– Mecz o mistrzostwo świata w szachach klasycznych będzie się odbywać nadal przez wiele lat. To wielka tradycja i zawodnicy z czołówki – patrząc nawet na nastolatków – marzą o tym, by zostać mistrzem świata w tej odmianie. Natomiast by zdobywać zainteresowanie dużego grona osób, imprezy takie jak mistrzostwa świata w szachach szybkich i błyskawicznych, zarówno indywidualne, jak i drużynowe – to są wydarzenia, które zainteresowanie wśród bardzo szerokiej publiki generują. Bo nie trzeba umieć bardzo dobrze grać w szachy, by czuć przyjemność z oglądania.
Na szachy szybkie chętnie spoglądają też sponsorzy. Łatwiej się w końcu reklamować, gdy transmisje są czy to w telewizjach, czy na dużych kanałach w Internecie. Choć, oczywiście, prestiż wielu turniejów w blitzu (szachach szybkich) czy rapidzie (błyskawicznych) będzie znacznie mniejszy, niż tych najważniejszych w partiach klasycznych. Ale prestiż niekoniecznie równa się oglądalności. Przynajmniej w tym przypadku.
– Widzę, ile wyświetleń zbierają filmy z szachów szybkich. Ale myślę, że wciąż najważniejsze pozostają szachy klasyczne. Na nich mimo wszystko powinniśmy się skupiać. Choć byłbym zadowolony, widząc więcej turniejów w blitzu i rapidzie. To bardzo istotne dla telewizji i obecności w mediach. Ale na razie najważniejsze są szachy klasyczne – mówi Alireza Firouzja. A on akurat wie, o co w tym wszystkim chodzi. Sam streamował już pięć lat temu, a jako przedstawiciel młodego pokolenia, jest mocno wkręcony w granie online. FIFA, Fortnite, League of Legends – dobrze zna ten świat.
W to wszystko, o czym wspomnieliśmy, próbują jeszcze wejść szachy Fischera. Albo inaczej: szachy 960. Albo jeszcze inaczej: freestyle.
Szachy w stylu wolnym
O co w nich chodzi? Na starcie partii figury ustawiane są w swoim rzędzie losowo (ale po obu stronach szachownicy tak samo), jedynie z kilkoma małymi ograniczeniami. Możliwych kombinacji jest 960, stąd druga z tych nazw. Pierwsza – wiadomo – od nazwiska Bobby’ego Fischera, który tę odmianę szachów wymyślił i rozreklamował. A co ma ona właściwie na celu? Jak tłumaczył Magnus Carlsen – który stał się głównym ambasadorem – „960”, przede wszystkim zapewniają większą nieprzewidywalność. I sprawiają, że więcej osób ma szansę wykręcić niezłe wyniki.
– Gdy zrezygnowałem z obrony tytułu mistrza świata, ludzie myśleli, że chodzi o długie partie. Ale nie, one nie są problemem. Chodziło o miesiące przygotowań przed meczem o mistrzostwo, dochodzenie do mentalnych i fizycznych limitów. Współczesne szachy wymagają nieskończonego zapamiętywania otwarć generowanych przez komputer, ograniczają artyzm sportu na rzecz wykuwania formułek. Ja cenię kreatywność w szachach, chciałem skupić się na tym – mówił.
CZYTAJ TEŻ: BOBBY FISCHER. ZŁOTE DZIECKO SZACHÓW W ODMĘTACH SZALEŃSTWA
Losowy układ figur w „960”, gwarantuje bowiem, że nie możesz robić wszystkiego zgodnie z tym, czego nauczyły cię podręczniki czy komputer. Musisz być kreatywny, musisz pokazać, że szachy nie tylko znasz na pamięć, ale i umiesz się odnaleźć w niecodziennej sytuacji. To ciekawsza formuła dla widza, tym bardziej, że Magnus myślał o tym, jak ją ulepszyć.
I tak na przykład w czasie meczu pokazowego z Fabiano Caruaną – w zeszłym roku, w tym z kolei jest cały cykl eventów z niezłą pulą nagród – „przybliżył” fanów do widowiska, dał im podsłuch na zawodników, graczy – w tym siebie – podpiął pod monitory pulsu, generalnie sprawił, że szachy faktycznie zaczęły przypominać niektóre sporty.
Jedna z pokazowych partii Carlsena z Caruaną. Zwróćcie uwagę na początkowy układ figur.
I świetnie, bo o to w tym chodzi. Współczesne szachy muszą tworzyć show, by się sprzedać. Nie oznacza to, że przestaną być wierne tradycji, po prostu dopasują ją do współczesnych wymogów. Nieco szkoda tylko, że Magnus jest aktualnie w pewnym stopniu skonfliktowany z władzami FIDE. Ale Łukasz Turlej mówi tak:
– Szachy Fischera? Można to porównać do sytuacji sprzed 20 lat, gdy szachy szybkie i błyskawiczne nie były jeszcze poważane na podobnym poziomie, co szachy klasyczne. Te błyskawiczne były dodatkiem, zabawą. Bardzo dobrze, że pojawiają się partnerzy, będący w stanie wyłożyć duże środki, by czołówka grała w szachy Fischera. Miejsc w świecie szachów na nowe wydarzenia jest naprawdę dużo. Ważne, żeby robić to we współpracy, wspólnie układając kalendarz. Czasami różne niesnaski nie są potrzebne, ale z drugiej strony – jak pokazała sytuacja z jeansami Carlsena [został wykluczony z turnieju szachów szybkich z powodu nieregulaminowego stroju, bo nie zgodził się zmienić spodni – przyp. red.], czasem jedna sytuacja potrafi wygenerować milionowe zasięgi.
Podsumowując: szachy Fischera – super. Szachy błyskawiczne i szybkie – tym bardziej. Jak mówił nam Jan-Krzysztof Duda:
– Dla większości ludzi partie szybkie są przyjemniejsze. Myślę, że turniejów w szachach klasycznych będzie coraz mniej. Może nie tak, że zostaną tylko mistrzostwa świata, bo niektórzy jednak lubią i to tempo gry, ale partie szybkie powinny zyskiwać na znaczeniu. Mówiło się, że gdyby szachy trafiły na igrzyska olimpijskie, to miały tam być właśnie szachy szybkie.
Na razie szachy klasyczne to wciąż te najważniejsze, przynajmniej prestiżem. I co najmniej przez jakiś czas tak jeszcze zostanie. Aczkolwiek nie wiadomo, jak długo, bo szachownica wchodzi coraz mocniej w świat gier komputerowych. Ale za sprawą partii krótszych.
Szachy, czyli… e-sport
Wobec rosnącej popularności szachów online, naturalnym kierunkiem było dla nich zaistnienie w świecie e-sportu. Naturalnym, ale gdyby powiedzieć o tym komuś dekadę wcześniej, mógłby się naprawdę zdziwić. Bo fakt, że boom na początku lat 20. tego wieku kompletnie zmienił obraz tego, co się wokół szachów dzieje. Jedynie Hikaru Nakamura – który, wiadomo, streamował od lat – już jakiś czas temu głosił, że szachy to e-sport.
– Kiedy masz wielkie turnieje rozgrywane online, połączone z eksplozją szachów na Twitchu, to myślę, że szachy to zdecydowanie e-sport. Podejrzewam, że w przyszłości będzie więcej turniejów na wysokim poziomie rozgrywanych online. Może to jeszcze nie „tradycyjny” e-sport, ale podejrzewam, że szachy takim się staną – mówił. I w dużej mierze miał rację.
Szachy internetowe stają się już po części odrębnym bytem od szachów rozgrywanych „fizycznie”, na miejscu. Ale równocześnie – są im bardzo potrzebne. Niesamowicie ułatwia to bowiem rozgrywanie turniejów (choć trudno jest momentami z kontrolami przeciw oszustom, ale te są udoskonalane), a przy tym można organizować imprezy dla amatorów, którzy nie muszą nawet wychodzić z domu, by grać. Mogą po prostu wejść na serwer po pracy. A że największe strony – jak chess.com – mają swoje rankingi, można też porównywać się do innych graczy.
Co istotne – podkreślał to Nakamura – w szachy nie musisz wchodzić nie wiedząc niczego. Porównywał to do Valoranta czy League of Legends – gier, gdzie zaczynając rozgrywkę, nie wiesz nic i uczysz się na żywym organizmie. W szachach masz sporo teorii, możesz ćwiczyć się na modelach AI, robić szachowe puzzle i tak dalej. A wtedy – gdy już zaczniesz grać – prezentujesz pewien poziom, masz opanowanie przynajmniej podstawy.
Ale to wszystko tyczy amatorów. A profesjonaliści w tym momencie mogą na przykład pokazać się na wielkich turniejach e-sportowych. Nawet tych największych – za niedługo bowiem 16 szachistów pojedzie do Arabii Saudyjskiej, by tam rywalizować w Pucharze Świata. Rywalizować, dodajmy, w barwach swoich zespołów. Magnusa Carlsena i Fabiano Caruanę zakontraktowano na przykład do Liquid, jednej z najlepszych ekip w dziejach e-sportu, znanej głównie z gry w Dotę czy League of Legends.
E-sport dla szachów z pewnością jest istotnym i cennym środowiskiem, które może jeszcze bardziej wypromować ten sport. Tym bardziej, że akurat organizatorzy tych turniejów wiedzą, jak dane wydarzenie opakować, by przyciągnąć uwagę fanów. – Szachy w e-sportowym otoczeniu są niesamowicie ekscytujące. Żyjemy w cyfrowej erze, jesteśmy jej częścią i to właśnie w e-sporcie widzę przyszłość szybkich formatów szachowych. Wierzę, że szachiści mogą zostać kluczowymi zawodnikami e-sportowych zespołów – mówił Magnus Carlsen.
Szachy na evencie e-sportowym w Singapurze w 2023 roku. Wtedy jeszcze w dość skromnej oprawie.
Paradoks tego wszystkiego polega na tym, że ten mariaż z e-sportem, może… pomóc szachom wejść na dwa rodzaje igrzysk: e-sportowe, które odbyć mają się w 2027 roku, ale też te faktyczne – olimpijskie. W Międzynarodowym Komitecie Olimpijskim od lat przebąkuje się bowiem o tym, że warto rozważyć e-sport w kontekście jego miejsca na igrzyskach. Bo angażuje on młodych, bo nierzadko i tak wymaga dużego wysiłku fizycznego i tak dalej (choć w ostatnim czasie to środowiska e-sportowe zdają się sugerować, że nie potrzeba im igrzysk, a odwrotnie).
Nawet nowa przewodnicząca MKOl-u, Kirsty Coventry, uchyliła e-sportowi nieco drzwi, mówiąc, że nie jest jego obecności na igrzyskach przeciwna. Kto wie, może faktycznie za kilka czy kilkanaście lat będziemy oglądać na igrzyskach i trochę klikania w klawisze czy przyciski na padzie. A wtedy może trafią tam i szachy.
SEBASTIAN WARZECHA
Fot. Newspix