Hasło „BE A LEGEND”, które towarzyszy najnowszej kampanii napojów izotonicznych od marki DrWitt, idealnie pasuje do Roberta Lewandowskiego i Wojciecha Szczęsnego, czyli ambasadorów całego przedsięwzięcia. Obserwowanie dwóch Polaków w wyjściowym składzie Barcelony to przywilej, na jaki polscy kibice nie mogli liczyć nigdy wcześniej. I bardzo możliwe, że nigdy więc go już nie dostąpią, a przynajmniej nie w dającej się przewidzieć przyszłości. Tym bardziej warto obserwować, jak dwóch legendarnych reprezentantów Polski radzi sobie w stolicy Katalonii. Zwłaszcza że – jak się wydaje – dla Szczęsnego nadchodzą w Barcelonie lepsze czasy.
Robert Lewandowski i Wojciech Szczęsny ambasadorami marki DrWitt
Akcje Szczęsnego rosną
Kiedy Wojciech Szczęsny i Robert Lewandowski wybiegli na boisko w podstawowym składzie Barcelony w meczu o Superpuchar Hiszpanii, mieliśmy w Polsce powody do ekscytacji i – tak po prostu – dumy. Wprawdzie została ona potem delikatnie zakłócona poważnym błędem i czerwoną kartką dla Szczęsnego, ale fakt pozostaje faktem – dwóch polskich piłkarzy zagrało w barwach Blaugrany i to na dodatek w efektownie wygranym „Klasyku”. Wcześniej tylko dziesięć europejskich nacji – nie licząc Hiszpanów – mogło się pochwalić tym, że co najmniej dwóch ich reprezentantów zameldowało się jednocześnie w podstawowej jedenastce ekipy z Camp Nou.
Lewandowski i Szczęsny dopisali więc tym samym kolejne wspaniałe osiągnięcie do swojego i tak przecież niesamowicie bogatego dorobku. A ważnych spotkań, jakie przyjdzie im rozegrać w Barcelonie wspólnie, może być jeszcze więcej, bo pozycja Wojtka w hierarchii trenera Hansiego Flicka zdaje się być z tygodnia na tydzień coraz mocniejsza. Mimo że – bądźmy uczciwi – były reprezentant Polski trochę już w tym sezonie narozrabiał, a wcześniej długo musiał się godzić z rolą zmiennika.
– Stawiam na Szczęsnego, bo z nim w bramce nie przegrywamy – uśmiecha się Flick.
I rzeczywiście Duma Katalonii w sześciu rozegranych przez Szczęsnego spotkaniach odniosła pięć zwycięstw i zanotowała jeden remis. Ale to tylko ciekawostka, którą Flick posługuje się na użytek dziennikarzy, dopytujących go na konferencjach prasowych o kwestię rywalizacji między golkiperami. Jak ustaliło The Athletic, w sztabie Barcelony nieustannie także toczą się poważne i intensywne rozmowy na temat obsady bramki w rundzie wiosennej. Trener bramkarzy opowiada się ponoć za tym, by między słupki powrócił na stałe Inaki Pena. Paru innych współpracowników Flicka także jest za Hiszpanem. Jednak sam Niemiec mocno wierzy w Szczęsnego i widzi w nim bramkarza, który – gdy już złapie rytm meczowy i przestanie popełniać głupie błędy na przedpolu – wybroni jeszcze Barcelonie niejedno spotkanie.
A zatem wiele wskazuje na to, że w okresie kluczowych rozstrzygnięć w hiszpańskiej ekstraklasie i Lidze Mistrzów to właśnie Szczęsny będzie strzegł dostępu do bramki Blaugrany, podczas gdy Lewandowski – tu akurat nie ma miejsca na zaskoczenie czy spekulacje – będzie odpowiadał za gnębienie golkiperów drużyn przeciwnych. Przyjdzie nam pewnie czekać dziesięciolecia, by po raz kolejny dwóch Polaków odgrywało tak znaczącą rolę w zespole ze stolicy Katalonii.

Słynne polskie duety
Oczywiście nie jest to pierwszy przypadek na przestrzeni parunastu ostatnich lat, gdy polski duet występuje z powodzeniem w topowym europejskim klubie. Ba, swego czasu w Borussii Dortmund mieliśmy wręcz do czynienia z tercetem polskich kadrowiczów. Mowa rzecz jasna o sławetnej „trójce z Dortmundu”, czyli o Robercie Lewandowskim, Jakubie Błaszczykowskim i Łukaszu Piszczku, którzy pod wodzą Juergena Kloppa dwukrotnie sięgali w BVB po mistrzostwo Niemiec, a raz udało im się zawędrować do finału Ligi Mistrzów, gdzie musieli uznać wyższość Bayernu Monachium. „Lewy” rozegrał na arenie klubowej 153 mecze z Piszczkiem (11233 minuty) i 127 z Błaszczykowskim (7192 minuty). Z kolei Kuba i Łukasz spędzili razem na murawie 7081 minut w 116 meczach Borussii.
Przez lata mogliśmy też śledzić współpracę Piotra Zielińskiego i Arkadiusza Milika w Napoli. Prawda, że ze znacznie mniejszymi sukcesami, bo w trakcie ich wspólnego pobytu w Neapolu drużyna sięgnęła tylko po jeden Puchar Włoch, ale trzeba pamiętać, Azzurri bywali wówczas naprawdę blisko triumfu we włoskiej ekstraklasie. Wymarzone scudetto wywalczyli jednak dopiero w sezonie 2022/23 – jeszcze z Zielińskim na pokładzie, ale już bez Milika.
Łącznie Zieliński i Milik rozegrali ze sobą w Napoli 106 meczów (5409 minut).

Milik jakiś czas po wyprowadzce z Neapolu wylądował w Turynie, gdzie po raz kolejny miał okazję do dzielenia szatni ze starym znajomym ze zgrupowań reprezentacji, czyli rzecz jasna z Wojciechem Szczęsnym. Tutaj trudno już jednak mówić o przesadnie udanej współpracy. Pobyt Milika zbiegł się bowiem w czasie z kryzysem Juventusu, a w dodatku napastnika nie przestawały prześladować kontuzje. Efekt? Tylko jedno wywalczone wspólnie trofeum (Puchar Włoch) i zaledwie 57 spotkań Starej Damy, w trakcie których na boisku pojawili się i Milik, i Szczęsny. Uzbierało im się 2340 wspólnych minut w barwach Juve.
Na początku XXI wieku najsłynniejszymi partnerami z zagranicznego klubu w polskiej kadrze byli natomiast dwaj imiennicy – Tomaszowie Hajto i Wałdoch, którzy spotkali się w szatni Schalke 04 Gelsenkirchen i świętowali wspólnie dwa triumfy w Pucharze Niemiec. W sezonie 2000/01 polscy obrońcy otarli się także o triumf w Bundeslidze, ale Schalke dosłownie w ostatnich sekundach sezonu zostało jednak wyprzedzone przez Bayern.
Bilans wspólnych występów Hajty i Wałdocha w Gelsenkirchen zatrzymał się na 90 meczach (7173 minuty).
Cztery minuty mistrzostwa, czyli historia przedwczesnej radości
W drugiej połowie lat 90. mieliśmy polski tercet w Wolfsburgu, gdzie spotkali się Waldemar Kryger, Krzysztof Nowak oraz Andrzej Juskowiak. Swego czasu w Celticu występowali razem Artur Boruc i Maciej Żurawski, w Sampdorii Bartosz Bereszyński i Karol Linetty (plus Dawid Kownacki), a w Feyenoordzie – Ebi Smolarek i Tomasz Rząsa. Do tego wypada wspomnieć o polsko-polskiej rywalizacji o miejsce w bramce Arsenalu, którą stoczyli Wojciech Szczęsny i Łukasz Fabiański, ostro konkurujący również w kadrze. I tak dalej, i tak dalej. Wszystko to jest już jednak znacznie, ale to znacznie mniejszy kaliber niż wspólna gra o najwyższe cele w Barcelonie.
Ostatni taniec legend
Niepokoić może jedynie to, że Szczęsny i Lewandowski mają już zdecydowanie bliżej niż dalej do końca kariery. Ten pierwszy zdążył przecież nawet odwiesić buty na kołku i dopiero niespodziewana oferta Blaugrany nakłoniła go do wznowienia treningów. „Lewy” na razie o swoich planach na przyszłość mówi dość zdawkowo, no i trudno się dziwić, skoro nawet w wieku 36 lat zalicza się on do ścisłego grona najlepszych europejskich napastników i może w tym sezonie sięgnąć po koronę króla strzelców zarówno w LaLiga, jak i w Champions League. Chciałoby się jednak zapytać: kto następny? Kto wejdzie w buty Lewandowskiego czy Szczęsnego?
Nie za bardzo widać kandydatów, którzy mogliby zawędrować aż tak wysoko. Dobrym przykładem niech będą losy polski zawodników w Brighton, gdzie w niedługim odstępie czasu trafili Jakub Moder, Kacper Kozłowski i Michał Karbownik. Ten pierwszy niedawno był zmuszony pożegnać się z ekipą Mew, dwaj pozostali nie doczekali się nawet debiutu w pierwszym zespole. A to przecież Brighton, nie Borussia Dortmund, Napoli czy Juventus. O Barcelonie nie wspominając.
Piotr Zieliński i Nicola Zalewski w Interze Mediolan? Będzie dobrze, jeśli choć jeden z nich będzie wiosną etatowym członkiem podstawowej jedenastki Nerazzurrich.
Rozkoszujmy się zatem tą – prawdopodobnie – ostatnią wielką przygodą Lewandowskiego i Szczęsnego na europejskim topie. Doceniajmy fakt, że udało im się utrzymać na najwyższym poziomie aż tak długo, za co w rzecz jasna już teraz w stu procentach należy im się status legend polskiego futbolu. Bo tam, gdzie Lewandowski i Szczęsny byli przez lata, ich młodsi koledzy z kadry mogą, niestety nie wspiąć się nigdy. Nawet na krótką chwilę.
CZYTAJ WIĘCEJ NA WESZŁO:
- Wszyscy je sprawdzają, nie każdy je poważa. Kulisy wycen Transfermarktu
- Na spontanie po mistrzostwo Anglii. Wielka improwizacja Kevina Keegana
- Lojalność Łukasza Piszczka. Co dalej z polskim trenerem?
fot. NewsPix.pl