Reklama

Miał być przełom, wyszło jak zawsze. Zagłębie Lubin straciło kolejny sezon

Przemysław Michalak

Autor:Przemysław Michalak

19 kwietnia 2024, 07:51 • 13 min czytania 21 komentarzy

Gdyby Zagłębie Lubin porównać do jedzenia, byłoby niedogotowanym i na dodatek nieposolonym ryżem. Gdyby porównać do serialu, byłoby tysiąc pięćset którymś odcinkiem „Mody na sukces”, w którym bohaterowie jedzą ten niedogotowany i nieposolony ryż. 

Miał być przełom, wyszło jak zawsze. Zagłębie Lubin straciło kolejny sezon

Możemy już stwierdzić, że z odważnych deklaracji niewiele wyszło i kibice w Lubinie przeżywają kolejne deja vu. „Miedziowi” razem z Widzewem, Stalą i Radomiakiem tworzą dziś szarą strefę w tabeli Ekstraklasy i na mecie sezonu o żadne konkretne cele nie grają.  Z trzydziestoma pięcioma punktami w praktyce nie grozi im już spadek. Średnia 1,02 punktu na mecz jest niemalże zbieżna ze średnią, która w ostatnich latach gwarantowała ligowy byt (1,08 punktu). Jedno zwycięstwo lub nawet jeden remis prawdopodobnie załatwia sprawę. Na dole stawki dojdzie jeszcze do tylu bezpośrednich starć, że trudno zakładać, aby nagle mocniej wystrzelił więcej niż jeden zespół.

Z drugiej strony, nie ma się co łudzić w kontekście czegoś ambitniejszego, bo nawet do siódmego Górnika Zabrze strata wynosi aż 10 oczek. Nie do odrobienia w sześć kolejek.

Nadzieje w Waldemarze Fornaliku

A przecież tym razem miało być inaczej. Ludzie w klubie – zwłaszcza dyrektor sportowy Piotr Burlikowski – regularnie powtarzali, że nie godzą się z rolą ligowego średniaka i chcą z niej wreszcie wyjść na każdym szczeblu swojej działalności. Wielu typowało Zagłębie na rewelację sezonu i jednego z głównych kandydatów do ewentualnego rozbicia zabetonowanego, zdawałoby się, ekstraklasowego TOP4.

Burlikowski: Nie spodziewałem się takich turbulencji w procesie zmiany mentalności Zagłębia

Reklama

Optymizm ten opierano na dwóch filarach. Pierwszym była osoba trenera Waldemara Fornalika, który w Ruchu Chorzów i Piaście Gliwice pokazywał, że z klubami z drugiego szeregu potrafi osiągać wyniki ponad stan. Po jego odejściu z Gliwic mogło się nawet wydawać, że Zagłębie to ekipa lekko poniżej aktualnego statusu byłego selekcjonera, wykonującego krok w tył, żeby w założeniu ponownie wykonać dwa do przodu. Lubinianie jego zatrudnienie ogłosili już pod koniec listopada 2022, więc miał on przed sobą perspektywę spokojnego przepracowania zimy i kontrolowania okna transferowego w tym okresie.

Fornalik zadebiutował pod koniec stycznia ubiegłego roku w derbach Dolnego Śląska ze Śląskiem Wrocław i wygrał aż 3:0. Zaraz potem dla równowagi przyszły domowe porażki z Legią i Piastem, następnie trzy zwycięstwa z rzędu, dalej passa sześciu meczów bez wygranej i wreszcie udany finisz z serią czterech kolejnych triumfów i remisem z Rakowem w ostatnim akcie. W pewnym momencie poważnie zagrożeni spadkiem „Miedziowi” wysforowali się na dziewiąte miejsce ze stratą trzech punktów do szóstego Górnika Zabrze. W tabeli rundy wiosennej byliby stopień wyżej i za ten czas tylko trzema punktami ustępowali wchodzącej do pucharowych eliminacji Pogoni Szczecin.

Nadzieje w transferach

Były podstawy do optymizmu. Wydawało się, że wszystko idzie zgodnie z planem i drużynę czeka dalszy rozwój. Nic dziwnego, że latem Zagłębie poszalało – przynajmniej w teorii – na transferowym rynku, co jest tym drugim filarem.

Za ponad pół miliona euro wykupiło Dawida Kurminowskiego z duńskiego Aarhus i dało rekordowy kontrakt Sokratisowi Dioudisowi, zatrzymując go u siebie pomimo atrakcyjnych zagranicznych ofert dla Greka. Z Pogoni sprowadzono jej dotychczasowego kapitana Damiana Dąbrowskiego, co musiało robić wrażenie, nawet jeśli dla coraz większego grona obserwatorów było jasne, że ten zawodnik nie pasował do stylu preferowanego przez Jensa Gustafssona, opartego na intensywności gry i szybkich fazach przejściowych. Swoją wymowę miało pozyskanie Mateusza Wdowiaka z mistrzowskiego Rakowa. Imponowało CV Juana Munoza, który nie będąc żadnym emerytem (27 lat) meldował się w Polsce jako kapitan Leganes w ostatnim sezonie i autor ogółem czterdziestu sześciu goli w drugiej lidze hiszpańskiej. Serhij Bułeca przychodził po sezonie z siedmioma bramkami i dziewięcioma asystami w ukraińskiej ekstraklasie. Marek Mróz z dziesięcioma trafieniami dla Resovii został jednym z odkryć I ligi. Mikkel Kirkeskov pozostawił po sobie więcej dobrych niż złych wspomnień w Piaście Fornalika, a w 2. Bundeslidze grał całkiem sporo.

Entuzjazmu nie wzbudzało jedynie zakontraktowanie Michała Nalepy, który spadł z Lechią Gdańsk po tragicznym sezonie, ale i tu można było mieć nadzieję, że uda mu się nawiązać do wcześniejszych, bardziej udanych lat. Wciąż całościowo mówiliśmy o obrońcy z łatką solidnego ligowca.

Reklama

Dodając do tego regularnego w ofensywnych konkretach Kacpra Chodynę i Tomasza Pieńkę, mającego dopiero eksplodować ze swoim talentem, widać było przesłanki ku temu, że w Zagłębiu jest realna szansa na pozytywny przełom.

Powody do tonowania optymizmu

Od początku jednak pojawiały się sygnały ostrzegawcze. Przede wszystkim: termin przeprowadzenia większości transferów. Tylko Dąbrowski i Mróz w całości przepracowali letni obóz, co w przypadku Fornalika i jego metod przygotowania fizycznego inspirowanych szkołą doktora Wielkoszyńskiego, jest bardzo istotne. Nalepa przyszedł 6 lipca, Munoz 10 lipca, a już po rozpoczęciu rozgrywek zameldowali się Bułeca (26 lipca), Kirkeskov (31 lipca) i Wdowiak (8 sierpnia). Wielu piłkarzy w Piaście pod wodzą Fornalika potrzebowało co najmniej półrocznego okresu przejściowego, żeby wejść na najwyższe obroty i raczej nie był to przypadek.

Wdowiak przynajmniej przyszedł po normalnie przepracowanych przygotowaniach, będąc w rytmie treningowym i meczowym. Dogadany z „Miedziowymi” był znacznie wcześniej, ale Raków puścił go dopiero wtedy, gdy kolejnymi zakupami zapewnił sobie odpowiednią szerokość kadry w kontekście rywalizacji na kilku frontach.

Dość późno sprowadzony Munoz od połowy marca znajdował się na bocznym torze w Leganes, więc w chwili rozpoczynania polskiego etapu kariery miał sporo zaległości do nadrobienia. Zadebiutował dopiero w 6. kolejce. Potem dość szybko wskoczył do podstawowego składu, ale głównie dlatego, że kontuzja dopadła Kurminowskiego. Fornalik przez większość rundy jesiennej nie miał do dyspozycji dwóch pełnoprawnych napastników, dlatego przeważnie pierwszy do wejścia za podstawową w danym momencie „dziewiątkę” był… Arkadiusz Woźniak. Woźniak, którego sprowadzano z GKS-u Katowice głównie pod kątem rezerw i który już dawno temu został przekwalifikowany na prawego obrońcę. Kiepska alternatywa jak na zespół chcący namieszać w czołówce. W tym roku, kiedy Munoz i Kurminowski są zdrowi, 34-latek ani razu nie podniósł się z ławki.

Punktowanie lepsze niż granie

Początek sezonu jeszcze trochę zamazywał potencjalne problemy. Zagłębie nie imponowało grą, ale punktowo było więcej niż dobrze. Po dziesięciu kolejkach podopieczni Fornalika mieli aż 19 punktów i znajdowali się w czubie tabeli. Piszemy „aż”, ponieważ w teście oka miedziowa drużyna wypadała znacznie gorzej. Większość z tych sześciu zwycięstw zostało przepchanych i odniesionych w szczęśliwych okolicznościach.

  • z Ruchem 2:1 po strzale życia Kłudki w samej końcówce;
  • ze Śląskiem 2:1 w obliczu olbrzymiej nieskuteczności przeciwnika, po końcowym gwizdku kamery Canal+ zarejestrowały wypowiedź Fornalika do Szymona Marciniaka, że jego drużyna wycisnęła absolutnego maksa z tego meczu;
  • z Puszczą 1:0 przy rozpaczliwym bronieniu wyniku w ostatnich minutach, mimo przewagi jednego zawodnika;
  • z Wartą 1:0 po pięknym uderzeniu Makowskiego z dystansu;
  • z Górnikiem 2:0 po obronie Częstochowy przez większość meczu.

W lepszym stylu „Miedziowi” wygrali z Pogonią znajdującą się wówczas na mentalnym dnie (czwarta porażka ligowa z rzędu i to do zera, później nastąpiło mocne odbicie), choć i tak opinie byłyby inne, gdyby Koulouris nie zmarnował dwóch znakomitych sytuacji.

Zagłębie miewało ciekawsze momenty (pierwsza połowa z Lechem Poznań), ale generalnie punktowało lepiej niż grało. Można było to obrócić na jego korzyść, stwierdzając, że aż strach pomyśleć, co będzie, gdy do takiej konsekwencji w wyszarpywaniu kolejnych zdobyczy dojdzie więcej jakości czysto piłkarskiej.

Tyle że do połączenia tych dwóch elementów nigdy nie doszło i dość szybko wyniki przestały się zgadzać, zaś w grze nie było żadnych postępów. Odkąd Zagłębie w 12. kolejce zostało rozwalcowane 0:3 w Białymstoku, a Jagiellonia mogła sobie ćwiczyć bezczelne wręcz budowanie akcji od tyłu, ta drużyna znajduje się w niemal nieustannej zapaści.

Zapaść od października

Tydzień później przegrała u siebie z Radomiakiem, gdy Edi Semedo ośmieszał Kirkeskova (kulminacja rozczarowującej postawy Duńczyka), a w kolejnym tygodniu doszczętnie skompromitowała się na stadionie Rakowa. Tamto 0:5 było prawdopodobnie najgorszym zespołowym występem w tym sezonie Ekstraklasy bez podziału na kluby, ewentualnie Lech za 0:5 w Szczecinie mógłby konkurować. ŁKS dostając tak samo od Górnika Zabrze, przez prawie całą pierwszą połowę walczył jak równy z równym i zaczął przegrywać dopiero po centrostrzale Siplaka. Przy niedawnym 0:6 z Jagiellonią szybko musiał radzić sobie w osłabieniu, ale nawet wtedy mógł jeszcze doprowadzić do remisu (strzał Szeligi wybity z linii bramkowej po świetnej akcji Balicia), by zaraz potem dostać drugą bramkę po przeciągniętej wrzutce Marczuka. Radomiak z Cracovią przyjął sześć sztuk, bo od 1. minuty grał w dziesiątkę, a „Pasom” tego dnia wpadało wszystko.

Zagłębie z Rakowem natomiast od początku do końca było absolutnie beznadziejne, nie dało się znaleźć jakichkolwiek pozytywów czy okoliczności łagodzących. W międzyczasie „Miedziowi” odpadli jeszcze z Pucharu Polski po porażce z Cracovią.

Ktoś powie, że przecież dopiero co lubinianie wyśrubowali passę sześciu meczów bez porażki, więc chyba coś się ruszyło. No, nie do końca, ponieważ głównym czynnikiem był tu korzystny terminarz. W tym czasie remisowali z Cracovią, Puszczą, Stalą i Wartą, co chluby w żadnym przypadku nie przynosiło. Koronę pokonali w sposób męczący dla widza, po prostu się udało i ponownie jedynie z Pogonią wypadli ciekawiej. „Portowcy” tym razem zdawali się być na szczycie fali wznoszącej i brutalnie się rozbili. Przeważnie niezawodny Kamil Grosicki tym razem zmarnował rzut karny, co było punktem zwrotnym tego spotkania.

Jeśli jednak przeanalizujemy okres od 11. kolejki do teraz, dorobek Zagłębia ze wszech miar wygląda niekorzystnie. W osiemnastu meczach wywalczyło raptem 16 punktów – gorzej spisują się tylko zamykający tabelę ŁKS i Ruch. Jedynie Warta strzeliła mniej goli i jedynie ŁKS stracił ich więcej. Wspomniane 1:0 z Koroną było jedynym domowym zwycięstwem od września. Gdyby nie zaliczka z początku sezonu, „Miedziowi” okupowaliby dziś strefę spadkową.

źródło: 90minut.pl

Jednostki się nie rozwijają

Katastrofalny występ w Gliwicach stanowi idealne podsumowanie miesięcy niepowodzeń. Wytłumaczenia dla Waldemara Fornalika się kończą, zwłaszcza że runda wiosenna po mocnym zimowym obozie miała być jego atutem. Przepracował z drużyną trzecie przygotowania, nikt istotny nie odszedł, nikt nie miał większych problemów zdrowotnych. Czas powinien działać na korzyść Zagłębia, lecz zamiast rozwoju oglądamy systematyczne zwijanie się i powrót do nieznośnego punktu wyjścia.

Poza Kurminowskim, który w ostatnich siedmiu kolejkach zdobył pięć bramek, nikt indywidualnie nie poszedł do przodu. Kacper Chodyna utrzymuje solidny poziom, a reszta mniej lub bardziej się cofnęła. Tomasz Pieńko zamiast eksplodować z formą, wyrasta na jedno z największych rozczarowań sezonu. O ile na początku dość regularnie miewał błyskotliwe akcje, które były źle finalizowane, o tyle teraz nawet takich zalążków jest w jego wykonaniu mniej.

I tak moglibyśmy wymieniać. Dioudis kilka razy w ewidentny sposób zawalał gole (Jagiellonia, Widzew i pomeczowe zamieszanie skutkujące długim zawieszeniem, Puszcza), częściej robił różnicę na minus niż na plus. Obrona nie jest monolitem, co najlepiej pokazują stałe fragmenty w defensywie. Czy z rzutami karnymi (16), czy bez rzutów karnych (12), w tym aspekcie gorszy od Zagłębia jest tylko Radomiak (odpowiednio 18 i 13 wg danych EkstraStats.pl). Boki obrony nie mają nic do zaoferowania w ofensywie. Bartosz Kopacz, Bartłomiej Kłudka, Mateusz Grzybek, Luis Mata, wcześniej też Mikkel Kirkeskov – żaden z nich nie wybija się ponad ligową średnią, a niektórzy wręcz zaniżali poziom.

Środek pola jest skostniały i nastawiony na jeden sposób grania, czyli stosunkowo długie utrzymywanie się przy piłce (średnia 52%, siódma w stawce). Wymusza to charakterystyka Damiana Dąbrowskiego, który podobnie jak w Pogoni dominuje w wielu statystykach. Obecnie jest drugi w lidze jeśli chodzi o liczbę podań (1850), pierwszy w podaniach celnych (1608), drugi w podaniach do przodu (615) i drugi w podaniach kluczowych (60), ale drużyna ma z tego zbyt mało i trudno jej poszukać innych rozwiązań, gdy podstawowe zawodzi. Brakuje porządnego kreatora wyżej. O Pieńce już mówiliśmy, natomiast Bułeca po obiecującym początku zdecydowanie spuścił z tonu.

Ciągle wydaje się, że Fornalik za mało wykorzystuje możliwości Munoza, ostatnio nieźle spisującego się w duecie z Kurminowskim. Hiszpan konkretów nie notował, ale jego technika i umiejętność utrzymania się przy piłce w trzeciej tercji pomagały innym. Bez niego w pierwszej połowie w Gliwicach Zagłębie nie oddało żadnego strzału i nie stworzyło sobie choćby namiastki sytuacji.

Oczywiście stagnacja niektórych zawodników nie zawsze musi być wyłączną winą trenera, o czym jesienią mówił nam Jacek Magiera. – Zawsze oceniamy trenerów, wiele razy mówi się „on u tego trenera nie gra”, „ten trener nie wykorzystuje jego potencjału”. A może to sam zawodnik nie pracuje tak, żeby uwolnić swój potencjał i czeka nie wiadomo na co. W wielu przypadkach okazuje się, że piłkarz może dawać z siebie więcej niż wcześniej – komentował.

I trudno nie przyznać mu racji, aczkolwiek jeśli praktycznie każdy w Zagłębiu rozczarowuje, trudno nie doszukiwać się tu błędów ze strony sztabu szkoleniowego.

Za mało strzelają, za dużo tracą

Na pewno Zagłębie kilka razy straciło punkty przez własną nieskuteczność. Według oficjalnych danych Ekstraklasy, jest ono drugim najbardziej niedowartościowanym zespołem w temacie zdobytych bramek (30 przy xG wynoszącym 34.34). Ustępuje miejsca jedynie Piastowi Gliwice, który pozostaje w tym względzie całkowitą anomalią (28 goli przy xG 40.28). „Miedziowi” tracą też więcej goli niż powinni (41 przy xG 36.42). Tutaj najwięcej do powiedzenia powinien mieć pan Dioudis.

Inaczej te wartości widzi liczące je na własną rękę EkstraStats.pl (xG dla goli strzelonych 29.37, dla straconych 31.43). Ciekawe jest tu zestawienie w punktach oczekiwanych, z którego wynika, że Zagłębie jest niedowartościowane raptem o 2.65 punktu, czyli mniej więcej jego dorobek odpowiada jakości gry.

W jakie statystyki nie spojrzeć, to poza strzałami celnymi na mecz (piąty najlepszy wynik) Zagłębie się nie wyróżnia, chyba że na minus. Tradycyjnie u Fornalika jego zespół niezbyt dużo biega (dwunaste miejsce) i jeszcze mniej sprintuje (czternaste miejsce). W oczy rzuca się fakt, iż „Miedziowi” są zdecydowanie najłagodniej grającą ekipą Ekstraklasy. W dwudziestu ośmiu kolejkach otrzymali zaledwie 41 żółtych kartek, podczas gdy następni w zestawieniu po 51 (Raków, Korona). Mówienie o braku determinacji ociera się o populizm, ale może coś w tym jest. Inna sprawa, że w czerwonych kartkach (5) lubinianie są już w czołówce, ale to bardziej efekt głupoty niż niepohamowanego zaangażowania.

Największą przywarą Zagłębia jest jednak wspomniana nijakość. W przypadku większości zespołów dostrzeżemy jakieś cechy charakterystyczne, pozwalające określić założenia i sposób gry. Raków opiera się na intensywności, wysokim odbiorze (z którego coraz rzadziej może korzystać, to osobny temat) i żelaznych zasadach przy bronieniu dostępu do własnego pola karnego. Jagiellonia to imponujące budowanie akcji od tyłu, odwaga i rozmach w grze. Pogoń to bardzo duża intensywność i błyskawiczne fazy przejściowe na skrzydłach. Puszcza do niezwykle wysokiej intensywności dokłada kapitalnie wykonywane stałe fragmenty. I tak dalej. W przypadku Zagłębia mamy prawie zawsze nudne 4-2-3-1, z którego coraz mniej wynika.

Co rzecz jasna nie znaczy, że pojedyncze wschody słońca już nigdy się nie pojawią. Równie dobrze wedle logiki Ekstraklasy – ożywionej po krótkim śnie – lubinianie mogą pokonać w ten weekend Jagiellonię. Długoterminowo jednak mówimy o kolejnym sezonie spisanym na straty w kontekście wyższych celów.

Odkąd Zagłębie w 2015 roku wróciło do elity i jako beniaminek wywalczyło awans do eliminacji Ligi Europy, zajmowało kolejno miejsce dziewiąte, siódme, szóste, jedenaste, ósme, trzynaste, dziewiąte i teraz najpewniej będzie coś między miejscem ósmym a jedenastym. Jedna wielka szarość. I nie byłoby w tym nic wielce zdrożnego – każda liga ma swoich średniaków – gdyby nie świadomość, że potencjał jest tu większy, o czym świadczą także wydawane kwoty. Jedyne, czym ciągle jeszcze może bronić się klub z Lubina, to szkolenie i promowanie młodzieży (choć i tu widać regres), ale przydałoby się w końcu dopisać do tej listy kolejne podpunkty.

Nic dziwnego, że według medialnych doniesień obecny projekt zdaje się dobiegać końca. Zagłębie latem ma zatrudnić nowego trenera (pojawiło się nazwisko Dawida Szulczka, mocno przymierzanego też do Cracovii), a według informacji Sport.pl sprzed paru tygodni, również dyrektor Burlikowski może zostać wymieniony (padła kandydatura Krzysztofa Paluszka). Kolejne nowe rozdanie, ale czy jednocześnie nowe nadzieje? Balibyśmy się je rozbudzać.

CZYTAJ WIĘCEJ:

fot. NewsPix.pl

Jeżeli uznać, że prowadzenie stronki o Realu Valladolid też się liczy, o piłce w świecie internetu pisze już od dwudziestu lat. Kiedyś bardziej interesował się ligami zagranicznymi, dziś futbol bez polskich akcentów ekscytuje go rzadko. Miał szczęście współpracować z Romanem Hurkowskim pod koniec jego życia, to był dla niego dziennikarski uniwersytet. W 2010 roku - po przygodach na kilku stronach - założył portal 2x45. Stamtąd pod koniec 2017 roku do Weszło wyciągnął go Krzysztof Stanowski. I oto jest. Najczęściej możecie czytać jego teksty dotyczące Ekstraklasy – od pomeczówek po duże wywiady czy reportaże - a od 2021 roku raz na kilka tygodni oglądać w Lidze Minus i Weszłopolskich. Kibicowsko nigdy nie był mocno zaangażowany, ale ostatnio chodzenie z synem na stadion sprawiło, że trochę odżyła jego sympatia do GKS-u Tychy. Dodając kontekst zawodowy, tym chętniej przyjąłby długo wyczekiwany awans tego klubu do Ekstraklasy.

Rozwiń

Najnowsze

Polecane

EURO GRILL #2 – ŁUKASZ GIKIEWICZ NASZYM GOŚCIEM W STUDIU

Paweł Paczul
0
EURO GRILL #2 – ŁUKASZ GIKIEWICZ NASZYM GOŚCIEM W STUDIU

Ekstraklasa

Polecane

EURO GRILL #2 – ŁUKASZ GIKIEWICZ NASZYM GOŚCIEM W STUDIU

Paweł Paczul
0
EURO GRILL #2 – ŁUKASZ GIKIEWICZ NASZYM GOŚCIEM W STUDIU

Komentarze

21 komentarzy

Loading...