Reklama

Zieliński trafi do topowego klubu. Mało jest tak zorganizowanych ekip jak Inter

Dominik Piechota

Autor:Dominik Piechota

21 lutego 2024, 12:42 • 6 min czytania 15 komentarzy

Inter Mediolan na tle Atletico (1:0) w Lidze Mistrzów wyglądał jak drużyna, której nie da się ugryźć w żaden sposób. Zawodnicy Simone Inzaghiego na dłuższą metę potwierdzają, że finał Champions League nie był przypadkiem. Wybiegani, gryzący trawę, kawał skurczybyków, ale też o wielkiej jakości piłkarskiej. Piotr Zieliński robi krok w przód w karierze, ale nie jest powiedziane, że przy takiej organizacji Interu będzie mu łatwo o wyjściową jedenastkę.

Zieliński trafi do topowego klubu. Mało jest tak zorganizowanych ekip jak Inter

Na razie Zielińskiemu pozostało oglądanie Ligi Mistrzów na trybunach, bo Napoli wykreśliło go z listy zgłoszonych piłkarzy, ale jeśli rzeczywiście przeszedł już testy medyczne w Interze Mediolan, to gra jego przyszłego pracodawcy musi działać na wyobraźnię. Nie jest to specjalnym zaskoczeniem, bo w Italii spędził całe dorosłe życie i zna jakość tych graczy, ale drużyna Simone Inzaghiego naprawdę może swoim poziomem robić wrażenie.

Rewanż na Metropolitano w Madrycie może być zupełnie innym spotkaniem. Atletico może odrobić gola straty, ale na Giuseppe Meazza wyglądało na tle swojego rywala bardzo blado. Klub z Madrytu nie oddał ani jednego celnego strzału, w żadnym momencie nie dało się poczuć, że może zagrozić gospodarzom. Włosi ułożyli spotkanie całkowicie pod siebie, a to 1:0 i tak jest minimalną nagrodą za tak udane spotkanie.

Reklama

Przede wszystkim Inter imponował intensywnością i mądrością grania. Atleti też uchodzi za jedną z drużyn, która potrafi narzucić bardzo wysoki rytm, ale tutaj czuć było różnicę. Nie chodzi nawet o to, że Samuel Lino odbijał się jak dzieciak od Denzela Dumfriesa, a Lautaro Martinez przestawiał konkretnych stoperów jak młodych, ale gdy Inter sunął z atakiem, to naprawdę cała drużyna leciała jak do pożaru. Dla kogoś, kto nie ogląda ligi włoskiej co kolejkę, to obrazek robiący wrażenie.

Przede wszystkim dlatego, że zawodnicy Simone Inzaghiego pokazali wzorową organizację, ale też dużą różnorodność środków. Czuli się bardzo komfortowo, broniąc nisko i czekając agresywnie na doskok do rywala. Marcus Thuram i Lautaro Martinez w ciemno wiedzieli, co robić, gdy tylko Inter dorwał się do piłki. Ale po przerwie potrafili też stłamsić przeciwnika, grając atakiem pozycyjnym i prowadząc dominującą grę na połowie Atletico. Kontry? Najgroźniejsze. Wrzutki na Lautaro? Precyzyjne i dochodziły, jak trzeba. Gra kombinacyjna? Też była, zabrakło tylko skuteczności Arnautovicia czy właśnie Martineza.

Można by opowiadać, że wyszło im świetne spotkanie, ale Inter przed chwilą grał w finale Ligi Mistrzów i momentami też sprawiał konkretne zagrożenie na tle Manchesteru City. W pojedynczym spotkaniu pewnie są w stanie nawiązać rywalizację z każdym, mając taki poziom organizacji i intensywności. Są cholernie niewygodni. 12 straconych goli w 24 kolejkach w Serie A też nie wzięło się z niczego – we większości spotkań z tyłu są nie do ruszenia. I można grać godzinami, a oni i tak nie zrobią złego ruchu, gdy mają swój dzień.

Inzaghi zaimponował też szerokością kadry, bo kto nie wchodził do gry, wnosił coś ekstra. Marko Arnautović okradł kolegów z dwóch trafień, ale finalnie zdobył jedyną bramkę w meczu. Dumfries i Carlos Augusto dorzucili nową moc na skrzydłach. Imponował szczególnie ten drugi, Antoine Griezmann czy Angel Correa nie byli przy nim w stanie zrobić nic. Davide Fratessi w środku trzymał poziom, tylko Alexis Sanchez miał ledwie kilka minut na rozwinięcie skrzydeł, ale też jest zupełnie inną opcją w ataku. Nie mieliśmy tam zmian, które jakkolwiek wyhamowałyby mediolańczyków. A w teorii zaraz powinno być jeszcze lepiej.

Reklama

Najlepszy na placu był Nicolo Barella – maszyna do rywalizacji. Skurczybyk, z którym nikt nie chce się mierzyć, ale zarazem postrzeganie go w kontekście wyłącznie biegania i walki byłoby mocno krzywdzące. Serwował świetne, celne dośrodkowania, znajdował zawodników wybiegających na wolne pole, kreował grę Interowi jak wyśmienity, konkretny playmaker. Zresztą Hakan Calhanoglu & Henrikh Mkhitaryan również wyglądali jak świetny balans między harówką w tyle a magią z przodu. Jak trzeba to zakładają pelerynę i czarują, ale nie mają żadnego problemu z pobrudzeniem getrów. Rodrigo de Paul, czyli mistrz świata, zniknął na ich tle.

Jeśli z kimś Zieliński ma nawiązać rywalizację, to przede wszystkim z Ormianinem. Ze względu na jego wiek (35 lat), ale również samą pozycję na boisku, bo jest ustawiony bliżej lewej strony. Mehdi Taremi czy Piotr Zieliński jeszcze podniosą konkurencyjność oraz różnorodność ekipy idącej pewnie po mistrzostwo Italii. To zbiór postaci o silnej mentalności, które nie pękają na robocie – w Lidze Mistrzów przechodzą kolejne rundy, w Superpucharze nie zawodzą i wzbogacili gablotę, w Coppa Italia odpadli z Bologną, ale umówmy się: to ich druga porażka w sezonie, a jesteśmy powoli kończy się luty.

Indywidualnie te nazwiska nie sprawiają, że komukolwiek opada szczęka, ale Inzaghi zbiorowo wyciska z nich to, co najlepsze.

Simone zbudował maszynę, która od miesięcy nie zawodzi i póki co idzie po swoje. Poziom mechanizacji tej drużyny naprawdę może imponować, jeśli ktoś lubi się wgłębić w detale. Nawet kiedy byli gorsi, to wyciągali remis jak z Realem Sociedad w Champions League. Trudno ich pokonać, a wpadki notowali z niżej notowanymi zespołami jak Sassuolo czy Bologna. Nie będzie najmniejszą kontrowersją, że dzisiaj to półka wyżej niż Napoli pogrążone w kryzysie i zatrudniające trzeciego trenera w ciągu kilku miesięcy po mistrzostwie.

Nie ma sensu oceniać dzisiaj, czy Zieliński będzie tam grał, jaką będzie pełnił rolę, bo na to za wcześnie kilka miesięcy przed końcem sezonu. Z pewnością przychodzi tam odgrywać ważną rolę w drużynie Inzaghiego, ale nie jest też prosto rozbić tak dobrze zorganizowane maszyny. Jedno jest pewne: Inter jak mało kto potrafi w darmowe transfery, na takiej samej zasadzie ściągnęli Mkhitaryana, Calhanoglu czy Marcusa Thurama.

Na przyszły sezon już pozyskali Taremiego oraz najpewniej Zielińskiego. Jeśli chodzi o ściąganie kogoś z wygasającym kontraktem, są w ścisłej czołówce takich ruchów. Potrafią odgruzować piłkarzy i dać im drugą młodość. Zieliński będzie miał najlepsze warunki do pracy, bo obudzeni w środku nocy gracze Interu wiedzą, gdzie biegać. Pavard i Bastoni ustawiają się wysoko i dają opcje rozgrywania jako środkowi obrońcy, Calhanoglu oraz Barella cofają się nisko, ale mają duszę dziesiątek, Darmian wie, kiedy zejść do środka, Dimarco nie czuje różnicy, kiedy musi być szeroko ustawionym skrzydłowym, a kiedy bocznym obrońcą. Współpraca napastników to w zasadzie wisienka na torcie z doskonałym Lautaro Martinezem.

Praca w takich warunkach powinna być czystą przyjemnością dla reprezentanta Polski. Simone Inzaghi ma pomysł, jak uwypuklić atuty wszystkich, o ile jesteś w stanie harować na rzecz drużyny, jeździć na tyłku i schować ego do kieszeni w odpowiednich fragmentach meczu. Czym więcej mówi się o całej drużynie, tym bardziej zyskują poszczególne indywidualności.

O ile Inter awansuje do ćwierćfinału Champions League, a historia ich meczów rewanżowych wiele na to wskazuje, to pewnie każdy potraktuje ich w losowaniu jak okropny wariant. Z Realem Madryt czy Manchesterem City faworyt będzie oczywisty, lecz Inter potrafi skomplikować życie najlepszym. To niewdzięczna drużyna do grania uwypuklająca wszystkie stereotypowe cechy włoskiego podejścia do piłki – to piękna mieszanka spryciarzy prima sort, ale też panów piłkarzy.

Na dzisiaj trudno sobie wyobrazić, aby Zieliński będący pod formą i przytłoczony pożegnaniem z Neapolem mógł grać od początku w tak doskonale funkcjonującej machinie. Ale pewnie przejście pod skrzydła Simone Inzaghiego powinno dać mu inspirację do przeżycia drugiej młodości i latania po murawie tak jak Barella i spółka.

CZYTAJ WIĘCEJ NA WESZŁO:

fot. NewsPix.pl

Kiedy tylko może, ucieka do Ameryki Południowej, żeby złapać trochę fantazji i przypomnieć sobie, w jak cywilizowanym, ułożonym świecie żyjemy. Zaczarowany futbolem z krajów Messiego i Neymara, ale ciągnie go wszędzie, gdzie mówią po hiszpańsku albo portugalsku. Mimo że w każdym tygodniu wysłuchuje na przemian o faworyzowaniu Barcelony albo Realu, od dziecka i niezmiennie jest sympatykiem wielkiej Valencii. Wierzy, że piłka to jedynie pretekst, aby porozmawiać o ważniejszych sprawach dla świata, wsiąknąć w nową kulturę i po prostu ruszyć na miejsce, aby namacalnie dotknąć tego klimatu. Przed ołtarzem liga hiszpańska, hobbystycznie romansuje z polskim futbolem.

Rozwiń

Najnowsze

Liga Mistrzów

Komentarze

15 komentarzy

Loading...