Reklama

Stalker Swobody i mistrz o jednej sprawnej nodze, czyli najciekawsze historie HMP [REPORTAŻ]

Szymon Szczepanik

Autor:Szymon Szczepanik

19 lutego 2024, 12:35 • 21 min czytania 28 komentarzy

Pia Skrzyszowska, która pomimo dominacji wśród polskich biegaczek na 60 metrów przez płotki, walczyła o swój pierwszy złoty medal w tej konkurencji. Oliwer Wdowik, który do tej pory zmagał się głównie z kontuzjami. I chociaż zdrowie wciąż nie w pełni mu dopisuje, to teraz 22-latek otrzymał namacalny dowód na to, że jego poświęcenie ma sens, bo wywalczył mistrzostwo kraju na 60 metrów. Ewa Swoboda, istna hegemonka polskiego sprintu pań, która tym razem nie walczyła tylko z czasem, ale musiała też stawić czoła… swojemu stalkerowi, który przebywał na trybunach Areny Toruń. Tegoroczne halowe mistrzostwa Polski przyniosły nam kilka niezłych historii. Wybraliśmy dla was najlepsze z nich.

Stalker Swobody i mistrz o jednej sprawnej nodze, czyli najciekawsze historie HMP [REPORTAŻ]

SWOBODA WALCZY Z CZASEM… I STALKEREM

W XXI wieku nie ma szybszej Polki niż Ewa Swoboda. Biegaczka pochodząca z Żor jest świetna zwłaszcza pod dachem hali, co dobitnie potwierdzają statystyki. Do Swobody należą aż 32 najlepsze czasy w biegu na 60 metrów w historii polskiego sportu.

– Hala jest dla mnie ważna, bardzo lubię tu biegać – mówiła Ewa i nie mieliśmy najmniejszego powodu, by jej nie wierzyć.

Owszem, pozostałe Biało-Czerwone podnoszą swój poziom, czego dowodem jest wywalczenie minimum kwalifikacyjnego na halowe mistrzostwa świata w Glasgow przez Magdalenę Stefanowicz. Jednak wciąż, kiedy 26-letnia dominatorka staje wśród krajowej stawki, to ściga się bardziej z czasem, niż z rywalkami. Choć sama bardzo skromnie podchodzi do tej kwestii.

Reklama

– Jestem typem pesymistyczo-realistycznym. Każdy start dla mnie to nowa karta i nowe rozdanie, bo mogę się potknąć, zrobić falstart. Nikt nigdy nie może być pewny sukcesu. Fajnie, bardzo się cieszę z kolejnych medali. Choć moimi ulubionymi mistrzostwami były te pierwsze, kiedy jeszcze pani Irena Szewińska wręczała mi medal. Szkoda, że już nie mogę go od niej otrzymać – powiedziała, kiedy zapytaliśmy ją, czy po seryjnym zdobywaniu tytułów mistrzyni kraju – a tych w hali ma już osiem – trudno jej znaleźć motywację na starcie.

Na pytanie o osiągnięty czas – 7.05 s, który jest przecież naprawdę dobry – odpowiedziała:- Dziś miałam ciężki dzień. Nie wyspałam się. Ale jestem bardzo zadowolona z tego, że cały czas biegam poniżej 7.10. To dobry prognostyk przed mistrzostwami świata. Teraz odpuszczamy starty, muszę trochę odpocząć, podbudować formę. I w nagrodę za mistrzostwo Polski wybrać się do jakiegoś spa.

Cóż, dzień Ewy był ciężki jeszcze z jednego względu. Na trybunach Areny Toruń pojawił się Sebastian Urbaniak. Przypomnijmy, że Urbaniak swego czasu był zawieszony przez PZLA w prawach zawodnika w związku z zachowaniem wobec Swobody a także jej chłopaka Krzysztofa Kiljana, które można określić jako prześladowanie. Według relacji samej zainteresowanej 22-latek miał wysyłać lekkoatletce zdjęcia damskich narządów płciowych i godzinami za nią chodzić. Później Urbianiak postanowił przerwać milczenie i odpowiedzieć na przedstawiane mu publicznie zarzuty. Jednak wywiadem, którego udzielił portalowi Sportowe Fakty, tylko jeszcze bardziej się pogrążył.

Podczas ubiegłorocznych mistrzostw Polski w Gorzowie Wielkopolskim chłopak nękał kobietę na tyle uporczywie, że służby porządkowe wyprowadziły go ze stadionu. Za to zachowanie PZLA ukarała go zawieszeniem w prawach zawodnika na rok. Kara później została skrócona do sześciu miesięcy.

Jak się okazuje, zupełnie niesłusznie, bowiem Urbaniak niczego się nie nauczył. Według relacji świadków, obecność 22-latka w Arenie Toruń nie ograniczała się wyłącznie do obserwowania lekkoatletycznych zmagań. Miał on wyzywać Swobodę, na co lekkoatletka zareagowała powiadomieniem służb porządkowych. Ochrona prosiła Sebastiana, by ten opuścił obiekt, ale ostatecznie musiano siłą wyprowadzić go z hali.

Reklama

Służby porządkowe działające podczas halowych mistrzostw Polski nie miały łatwej przeprawy z Sebastianem Urbaniakiem.

Przed finałem biegu na 60 metrów zaplanowanym na godzinę 21:45 w Arenie Toruń pojawiła się też policja. Po zawodach Ewa opuszczała obiekt w eskorcie ochroniarzy.

– Cóż mogę powiedzieć? Jest to ciężka sytuacja, ale mam nadzieję, że te zdjęcia [z trybun – dop. red.] obiegną Internet. Sprawa jest u prawnika, czekamy jak to się rozwiąże. Ale zostawmy ten temat. Uważam, że to nie jest warte naszej uwagi. Rozumiem jeżeli ktoś jest fanem, ale to coś innego kiedy ktoś jest po prostu popier… – nie gryzła się w język Swoboda, jednocześnie zapewniając: – Mnie to nie łamie, mam to gdzieś. Mam dystans i zupełnie nie rusza mnie jego zachowanie.

W niedzielę o sprawie wypowiedział się Krzysztof Kiljan, który wówczas zdobył srebrny medal w biegu na 60 metrów przez płotki: – Wczoraj bardziej odczułem tę sytuację, bo jestem wrażliwy, bardzo przeżywam takie rzeczy. Ale jestem doświadczonym sportowcem, potrafię się od tego odciąć. Paradoksalnie, najprościej jest to zrobić właśnie na starcie, więc gorzej jeżeli taka sytuacja ma miejsce dzień przed występem. Stąd fajnie, że na nas to negatywnie nie wpłynęło.

Na pytanie o samo zachowanie Urbaniaka, płotkarz odpowiedział: – Nie będę tego szerzej komentował. Trzeba popytać ludzi, jak on się zachowywał. Według mnie samo zachowanie świadczyło o tym, że nie powinien znajdować się na hali.

Kiljan zapewnił też, że przeciwko Urbaniakowi wszczęto postępowanie sądowe: – Sprawa jest w toku. Mam nadzieję, że w tym roku się skończy, bo wiadomo ile trwają procedury w prokuraturze i mam nadzieję, że on poniesie konsekwencje swoich czynów. Bo my jesteśmy bogu ducha winni. A on już bardzo długo uprzykrza nam życie.

Głos w sprawie zabrał także Piotr Lisek, który jest jednym z członków Komisji Zawodniczej PZLA: – Jako że jestem w tym organie, którego przewodniczącą jest Anna Kiełbasińska, Krzysztof zgłosił się do mnie w pierwszej kolejności. Powiedziałem żeby napisał do nas oficjalnego maila, a my od razu przekazujemy go do PZLA, w tym do Tomasza Majewskiego i to było procedowane od dawna. Sebastian został zwolniony z kar, jakie PZLA na niego wcześniej nałożyła i po raz drugi powtarza się incydent, który jest niepokojący.

– Monitorowaliśmy tę postać i całą aferę, zgłaszaliśmy ją do PZLA. Szkoda, że to wszystko nie jest tak zorganizowane, żeby taka sytuacja nie miała miejsca. Mimo że pół roku temu alarmowaliśmy, że jest taka osoba, która potrzebuje pomocy. Byliśmy o tym poinformowani przez Ewę i Krzysia Kiljana. Tu jest potrzebna pomoc PZLA. A jak już nie związku, to innych źródeł. Bo ja nie wiem do końca z czego to wynika, ale jeżeli takie sytuacje powtarzają się już któryś raz, to jest potrzebna pomoc. Mam nadzieję, że nie policji, ale jeżeli tak, to już jest moment w którym trzeba bić na alarm – mówił skoczek o tyczce.

Na pytanie w jaki konkretnie sposób zachowywał się Urbaniak i czy wyrzucenie go z trybun było konieczne, Lisek odpowiedział: – Za klaskanie nie wyrzucamy ze stadionów. Rozwiązanie problemu teraz stoi po stronie związku, który ma szereg informacji i wszystko podane na tacy, opisane w mailach. Myślę, że wczoraj [Urbaniak] bardzo mocno zaczepiał Ewę. Zresztą na Twitterze jest filmik na którym widać, jak szarpie się z ochroniarzami.

Lisek w niedzielę przeskoczył wysokość 5,80, tocząc zacięty i zwycięski pojedynek o złoto z Robertem Soberą. Z tego względu, będąc w dobrym humorze, pozwolił sobie rzucić w swoim żartobliwym stylu: – Jesteśmy z Robertem bardzo dobrze przygotowani fizycznie, tak że jak Ewa Swoboda będzie na starcie potrzebowała ochroniarzy, to służymy uprzejmie!

MISTRZ KRAJU PO PRZEJŚCIACH

Zostańmy przy biegu na 60 metrów, ale tym razem w wykonaniu panów. Dotychczas najlepszym polskim sprinterem bez wątpienia był Dominik Kopeć. Biegacz z Zamościa może pochwalić się najszybszym polskim czasem na „sześćdziesiątkę” w ostatnich trzech sezonach, licząc także ten obecny. W tym roku Kopeć pobiegł 6.59 na początku lutego w Erfurcie. Niestety podczas ORLEN Copernicus Cup zawodnik nabawił się kontuzji, która wykluczyła do ze startu na krajowym czempionacie.

Jednak to, że Kopeć nie pojawił się na linii startu podczas HMP, nie umniejsza sukcesu tegorocznemu mistrzowi, którym został Oliwer Wdowik. 22-latek w tym roku mierzył się bowiem z Kopciem w Łodzi, podczas ORLEN Cupu. I wygrał tamto starcie zdecydowanie, pobiegł w czasie 6.60, o całe 5 setnych szybciej od bardziej renomowanego rodaka. W finale krajowego czempionatu Wdowik wykręcił zaś wynik 6.64.

– Cieszy złoty medal. Okropnie zaspałem na starcie, więc pod względem technicznym to był najgorszy bieg w sezonie. Cieszę się, że wyratowałem sytuację na końcówce i ostatecznie zdobyłem dwa złota – bo wywalczyłem je również w kategorii U23. Fajnie, nareszcie te medale są i może w końcu nastąpi jakaś stabilizacja – analizował.

Na czym polegał sugerowany wcześniejszy brak stabilizacji?

– Przez ostatnie dwa lata miałem trochę pod górkę. Okres przygotowawczy przepracowywałem bezstresowo i zawsze pojawiał się problem w drugim tygodniu startów, albo zaraz przed sezonem. W tym roku też tak było, bo mam problemy z mięśniem półścięgnistym. Co prawda nie ma tam żadnego uszkodzenia, więc jak widać mogę biegać, jednak trening jest bardzo okrojony. Robiłem podstawowe rzeczy, więc obaliliśmy jakiś mit, że nie trenując nie da się szybko biegać. Wyciągniemy wnioski z tego sezonu i zaczniemy inaczej trenować – mówił Wdowik, wprawiając nas w małe osłupienie. 22-latek w końcu został mistrzem kraju biegnąc z urazem!

Wdowik: – Jestem w stanie biegać z jedną nogą. Z medycznego punktu widzenia źle to wygląda, bo nie powinienem w ogóle startować, w końcu sprint to ryzyko zerwania mięśnia. Ale na ten moment nie żałuję. Zająłem drugie miejsce na Copernicus Cup, zdobyłem dużo punktów rankingowych, co otworzyło mi wiele dróg. Trzeba to wykorzystać w lecie.

A o sezonie letnim młody sprinter już może zacząć myśleć, gdyż niestety nie zobaczymy go podczas halowych mistrzostw świata w Glasgow.

– Kontuzja ograniczyła mi trochę szans na zrobienie minimum. Musiałem odpuścić bardzo fajny mityng w Paryżu, czego żałuję. Nie było mnie też na zawodach w Budapeszcie czy Jabłońcu. Ale jestem spokojny. Doceniam to, co jest teraz, bo przez dwa lata nie miałem nic. Cieszę się, że wróciłem na jakiś poziom i zdobywam medale, to jest najważniejsze. W głowie jestem też gotowy na bieganie seniorskie, wszystko jest teraz kwestią zdrowia. Jeżeli ono by było, to o wyniki jestem spokojny – tłumaczył nam Oliwer.

No właśnie – zdrowie. Świeżo upieczony mistrz Polski seniorów mówił, że bywało z nim nie najlepiej, szczególnie w lecie. W ciągu dwóch lat zaliczył zaledwie pięć startów w biegu na 100 metrów. A kiedy już ustawiał się w blokach, był kłębkiem nerwów.

– Psychicznie trudno było się pogodzić z odpuszczaniem. Decyzję zawsze podejmowałem na rozgrzewce. Nie potrafiłem nastawić się na zawody, że mogę bardziej przycisnąć. Na godzinę-dwie przed startem, wszystko rozgrywało się u mnie w głowie. Cieszy mnie moja postawa psychiczna, że podołałem i teraz mogę wygrywać. To też o czymś świadczy i gwarantuje, że jeżeli będę w stu procentach zdrowy, będę biegał szybciej. W tym momencie jestem takim zawodnikiem, że niezależnie od imprezy stres mnie nie zje. Dziś nieco zaspałem na starcie, ale generalnie wydaje mi się, że przez wszystkie perypetie wydoroślałem jako zawodnik, to mnie podbudowało.

Na co konkretnie wystarczy wspomniane podbudowanie?

– Wiem, na co mnie stać. Mój trener też to widzi. Chcę namieszać na mistrzostwach Europy w Rzymie. Jeżeli tam pójdzie dobrze, to będą zastrzyki punktów rankingowych. Później będą mistrzostwa Polski. Mam też dwa dobre starty na hali, to daje już cztery. Pozostaje szukać jeszcze jednego startu do punktów rankingowych. Jeżeli się powiedzie, to zobaczymy – zapewnia sprinter.

Wdowik nie zapomina także o sztafecie 4 x 100 metrów mężczyzn. Dwa lata temu podczas mistrzostw Europy w Monachium Biało-Czerwoni wywalczyli brązowe medale. Tym razem głównym celem jest Paryż.

– Nastawiamy się na sztafetę, bo nie ma co ukrywać, że z chłopakami w maju [podczas mistrzostw świata sztafet – dop. red.] fajnie byłoby wywalczyć kwalifikację olimpijską. Teraz pojawiły się u nas problemy zdrowotne, bo Dominik Kopeć doznał kontuzji, jeden kolega wraca, a drugi jest po artroskopii kolana. Więc zespół na razie leży w gruzach, ale mam nadzieję, że do maja się pozbieramy i damy tam fajny popis umiejętności. Uważam, że od czasu kiedy ja z nią trenuję, ta sztafeta jeszcze nigdy nie biegała w optymalnym składzie – mówi Wdowik, który pokłada ogromną wiarę w możliwości swoje oraz kolegów z zespołu.

– Mamy potencjał, wydaje mi się, że nie odstajemy jakoś specjalnie życiówkami od Włochów, którzy są mistrzami olimpijskimi. Moglibyśmy naszym składem walczyć o finały wielkich imprez, ale zawsze brakuje szczęścia. Dlatego wierzę w to, że jeśli wszyscy się pozbierają, to razem pobiegamy bardzo szybko i rekord Polski jest w naszym zasięgu.

– W tamtym roku na setkę miałem tylko dwa starty, z czego jeden – na czas 10.33 – w optymalnej formie. Na 100 metrów chciałbym być regularny i biegać poniżej 10.20, to mój cel na lato – mówi o swoim indywidualnym progresie. Kiedy z kolei pytamy go o to, czy ktoś z Biało-Czerwonych wreszcie pobije rekord Polski Mariana Woronina z 1980 roku, Wdowik odpowiada pewnie: – Musicie dać nam czas i zdrowie. Myślę, że któryś z nas to zrobi.

PIA PO RAZ PIERWSZY ZŁOTA

Jest aktualną mistrzynią Europy w biegu na 100 metrów przez płotki. W hali, na 60 metrów, radzi sobie równie dobrze. Choć poziom tej konkurencji obecnie jest ogromny, czego dowodem są Devynne Charlton  i Tia Jones, które w tym roku pobiegły w czasie na nowy rekord globu (7.67 s), ona i tak zajmuje na światowych listach wysoką dziewiątą lokatę, aspirując do walki o medale. W kraju zaś, podobnie jak Ewa Swoboda na płaskiej sześćdziesiątce, Pia Skrzyszowska dominuje nad resztą stawki. Dość powiedzieć, że ostatnie trzy edycje stadionowych mistrzostw Polski padały jej łupem.

Jednak do tej pory była to dominacja nieukoronowana w hali. Dziewczyna, która ściga się praktycznie sama ze sobą, jest czołową płotkarką świata, w swojej karierze nie zdobyła do tego roku halowego złota na własnym podwórku. W ubiegłym roku na przeszkodzie stanęło zdrowie. Dwa lata temu biegaczka zdecydowała się wystąpić, lecz na płaskiej sześćdziesiątce. Z kolei w 2021 roku, 19-letnia wówczas Pia musiała uznać wyższość Karoliny Kołeczek i zadowolić się srebrnym medalem.

Brak krajowego złota Skrzyszowskiej w hali zaczął przypominać nam trochę sytuację Bartosza Zmarzlika. Najlepszy polski żużlowiec długo nie miał bowiem szczęścia do indywidualnych mistrzostw kraju. I tak w pewnym momencie posiadał na swoim koncie dwa tytuły czempiona globu, ale ani jednego złota mistrzostw Polski. Choć na co dzień rodacy w lidze zwykle oglądali jego plecy.

Kiedy rozmawialiśmy z Pią podczas mityngu ORLEN Cup, zawodniczka powiedziała nam, że atakuje rekord Polski zawsze, kiedy staje na starcie. Ten wynosi 7.77 – zaledwie o jedną setną szybciej od życiowego rezultatu sprinterki. Tym razem jednak Skrzyszowska sama przyznała, iż bardziej od czasu interesowało ją miejsce.

– Ruszyłam bezpiecznie i wolno. Może trochę bardziej ryzykownie niż w eliminacjach, ale za to niepoprawnie technicznie. Jednak wystarczyło to na złoty medal, więc pozytywnie odbieram ten bieg. Chciałam zdobyć tytuł, a nie pobiec rekord – analizowała swój występ w finale.

Czas 7.91 istotnie w przypadku Skrzyszowskiej nie rzuca na kolana, lecz Polka patrzy na ten rezultat pod nieco innym kątem: – Wiem, że nie muszę się bać, bo zawsze pobiegnę spoko wynik w okolicach 7.80-7.90. Bardzo na luzie mogę tez pobiec wynik 7.90-parę. Czuję się bezpiecznie i uważam, że za każdym razem jak pobiegnę, to osiągam przyzwoity rezultat.

Innymi słowy, dominatorka mogła pozwolić sobie na nieco wolniejszy bieg. Choć przez szacunek do koleżanek nie uważa, by na krajowym podwórku rywalizowała sama ze sobą: – Nie chcę tak mówić, bo jednak dziewczyny też biegają bardzo szybko. Weronika Nagięć pobiegła teraz 8.05 i posiada też minimum na mistrzostwa świata. To też zmotywowało mnie w finale. Ciężej o tą motywację jest w eliminacjach. Jednak w finale nie mogę pozwolić sobie na większe błędy, bo bieg jest bardzo szybki.

Ogromna przewaga nad resztą stawki nie oznacza jednak, że Skrzyszowska nie widzi u siebie elementów do poprawy: – Chcemy troszkę poprawić się technicznie. Już wspominałam, że właśnie w sezonie halowym zauważyłam coś, co jeszcze robię źle i chcę nad tym popracować na przestrzeni dwóch tygodni do halowych mistrzostw świata. Może mi się to uda. Wiemy nad czym pracować. Wiemy, jak to wszystko powinno wyglądać na zawodach i dobrze by było, by wyglądało to perfekcyjnie pod względem technicznym.

Skoro przytoczyliśmy porównanie Pii z Bartoszem Zmarzlikiem, to dodajmy, że odkąd Polak zdobył pierwszy tytuł indywidualnego mistrza kraju, już nie opuszcza najwyższego stopnia podium. Bardzo możliwe, że przełamanie Skrzyszowskiej podczas halowego czempionatu także poskutkuje jej wieloletnią dominacją. Tymczasem biegaczka spogląda już w kierunku zwieńczenia tegorocznego sezonu halowego, czyli mistrzostw świata w Glasgow. Wcześniej prawdopodobnie zaliczy jeszcze jeden występ w Hiszpanii.

– Jadę do Madrytu, choć nie wiem jak będzie wyglądał ten tydzień w przygotowaniach. Pewnie będzie ukierunkowany raczej pod halowe mistrzostwa świata. W stolicy Hiszpanii będzie jeden bieg, przyjeżdża na niego Devynne Charlton, więc to będzie bardzo mocny start. Gdzieś przeczytałam na Twitterze, że aby wygrać Gold Tour, muszę zwyciężyć i pobiec 7.74. Nic nie obiecuję, bo zawodniczki będą mocne. Jadę pobiec jak najszybciej, a co wyjdzie – zobaczymy. Mogę się ścigać z rekordzistką świata, a w hali jeszcze nigdy nie miałam takiej możliwości – powiedziała, zdając sobie sprawę ze skali postawionego zadania.

POWRÓT Z NIEBYTU. „TERAZ JESTEM PEWNA SWOICH SIŁ”

– Do profesora mi daleko, na razie jestem licencjatem! – odpowiedziała Anna Wielgosz na sugestię jednego z dziennikarzy, że w finale biegu na 800 metrów pobiegła jak profesor. Biegaczka miała na myśli swoje wykształcenie, lecz ów dziennikarz wiele nie pomylił się w ocenie jej wyczynów na bieżni. Wielgosz w finale pobiegła świetnie. Od razu narzuciła swoje tempo i warunki gry, na które rywalki nie znalazły odpowiedzi.

– Cieszę się, że wróciłam w pełni sił, przygotowywałam się do tego sezonu w dobrych warunkach i bez kontuzji. Oto wynik tej pracy – mówiła uradowana po wywalczeniu pierwszego w karierze złota HMP. – W tym biegu był zaplanowany właściwie każdy metr. Sprawdziła się taktyka, że wychodzę i prowadzę. Jeżeli nikt nie atakuje, prowadzę dalej. Jeśli któraś z rywalek chciałaby bardziej rozkręcić tempo, to pewnie bym na to przystała i próbowała troszkę później przyspieszać. Ale akurat w miejscach, kiedy ja zwiększałam obroty, nikt inny tego nie planował. Wyszło więc na to, że byłam pierwsza.

Wielgosz tak obraną taktyką zaimponowała wytrzymałością, ale także pewnością siebie. Kiedy zapytaliśmy 30-latkę o to, czy w trakcie biegu woli przewodzić rywalkom, czy jednak w mocniejszej stawce – a taką spotka podczas halowych MŚ – będzie raczej wyczekiwać swojej szansy na atak na finiszu, odpowiedziała nam: – To wychodzi podczas biegu. Jeżeli stawka zawodniczek ułoży się tak, że każda będzie lubiła biegać za rywalką, to chętnie poprowadzę – oczywiście w najkorzystniejszym dla siebie tempie. Ale kiedy znajdzie się ktoś odważniejszy, by samemu poprowadzić wagonik ludzi, to ja chętnie się przyłączę, bo zawsze to nieco lżej biec za kimś. Nie myśli się o tempie, o tym że trzeba gdzieś przyspieszać, tylko biegnie za zawodniczką. Jak tylko jest, mówiąc kolokwialnie pod butem, to da się wtedy dobiec z dobrym wynikiem i być może nawet wygrać tę serię. Reasumując, każda taktyka mi odpowiada, jeżeli tylko jestem w formie.

ZWROT 50% DO 500 zł – BEZ OBROTU W FUKSIARZ.PL!

Anna w Toruniu emanowała pewnością siebie i pozytywną energią. To była miła odmiana po fatalnym dla Polki ubiegłym sezonie, który bardzo źle się ułożył. Był rozczarowaniem tym większym, że w 2022 roku Wielgosz odniosła największy sukces w karierze – brązowy medal mistrzostw Europy w Monachium.

– Sukces z 2022 roku był bardzo duży, ale też przytłaczający. Nie przyniósł on też aż tak wysokich korzyści, na jakie sama liczyłam. Od strony finansowej wiele się nie zmieniło, a jednak mam 30 lat, więc powinnam ze sportu żyć i zapewniać sobie przyszłość, a nie funkcjonować tak, że ledwie starcza mi na bieżące wydatki – tłumaczyła nam Wielgosz. – Obecnie mam dużego sponsora – Pumę. Po medalu mistrzostw Europy miałam stypendium z Ministerstwa Sportu, ale ono mi się skończyło. Wpiera mnie też województwo podkarpackie i miasto Rzeszów, to tyle. Myślę, że mogło by być tych sponsorów więcej, ale zobaczymy co przyniesie czas.

Wydawało się zatem, że po medalu na mistrzostwach kontynentu czas postawić następny krok. Jednak w realizacji tego celu stanęły problemy zdrowotne oraz niepotrzebne nakładanie na siebie presji.

– Do każdego sezonu podchodzę bardzo ambitnie. Wystarczyło gorzej sobie radzić na treningach i już to się odbijało w zawodach. Do tego złapałam kolejną kontuzję podczas okresu przygotowawczego, która opóźniła moje przygotowania o miesiąc. Wiedziałam, że wszyscy już startują, a ja jeszcze jestem w lesie. Była duża presja, której w tamtym roku nie zdołałam ogarnąć. Dziś na treningach biegam w czasie 1:59. Wtedy było to 2:02, czym byłam zdołowana.

Biegaczka wspominała także mistrzostwa świata w Budapeszcie, które zupełnie jej nie wyszły: – Budapeszt to był gwóźdź do trumny. Miałam tam problem mentalny, który wpływał na moje samopoczucie, byłam bardzo spięta. Nie potrafiłam poradzić sobie ze stresem związanym ze startem. Już przed biegiem byłam wyczerpana. Tak bardzo nastawiałam się na dobre bieganie, że aż pękałam w szwach. Robiłam, co mogłam, ale wystarczyło to tylko na czas 2:03, podczas gdy na treningach robiłam życiówki na 400 metrów. Zatem nie byłam przetrenowana, tylko przemęczona psychicznie.

Co takiego zatem zmieniło się, że w Toruniu mieliśmy okazję oglądać Anię z Monachium? Tę pewną siebie kobietę, która bez oglądania się na rywalki pędziła do celu?

– Poprzedni sezon to było bardzo ciężkie przeżycie, musiałam współpracować z terapeutką. Polski Związek Lekkiej Atletyki w tym roku stworzył fajną inicjatywę, ponieważ teraz na samych badaniach okresowych mamy pokój psychologa, czyli rozmowy i ankiety, na podstawie których przypisują zawodnikom pomoc, jeżeli ktoś jest do naprawy i oczekuje takiego wsparcia. Ja z tego skorzystałam. To mój czwarty psycholog, który w końcu był w stanie do mnie dotrzeć, by poukładać problemy. Bo nie ukrywajmy, w pracy z psychologiem sportowym nie tylko omówienie kwestii zawodowych daje wynik. Trzeba też poukładać życie prywatne – tłumaczyła Wielgosz.

– Cieszę się, że teraz ogarnęłam to wszystko mentalnie i jestem w stanie kolejny raz stanąć na linii startu. W tamtym roku tego mi brakowało. Wystarczyły dwa słabsze starty i nie ukrywam, że byłam zmiażdżona. Łatwo było mi tracić kontrolę nad biegami. Teraz jestem pewna swoich sił – dodała biegaczka.

Teraz Annę czeka zwieńczenie sezonu halowego, którym będzie wylot do Szkocji: – Chcę wystartować na mistrzostwach w Glasgow. Potwierdziłam tutaj formę i pokazałam, że stać mnie na to by kolejny raz reprezentować Polskę na halowych mistrzostwach świata. Nigdy nie startowałam na tych zawodach, więc fajnie byłoby się sprawdzić w takiej imprezie.

Wielgosz zdaje sobie sprawę z tego, że w sezonie olimpijskim wszystkie priorytety są skierowane w stronę igrzysk w Paryżu, ale jak zapewnia, w Glasgow nie będzie odpuszczać: – Halowe mistrzostwa świata to przystanek, najważniejszy jest sezon letni, ale nie ukrywam, że chciałabym dobrze tam pobiec. Być może powalczyć o mocny rekord życiowy. Wtedy można myśleć o walce o jak najlepsze miejsca. Świat biega szybko, ale mi niewiele brakuje do najlepszych. Tam wszystko może się zdarzyć, jednak dojście do finału będzie dużym sukcesem.

– W tej chwili jest pod butem i się z tego cieszę. Myślę, że uda mi się pokazać jeszcze więcej – zakończyła rozmowę świeżo upieczona halowa mistrzyni Polski na 800 metrów.

NAJMOCNIEJSZE PŁOTKI W HISTORII POLSKI

Jeżeli chodzi o polskie płotki, nie tylko Pia Skrzyszowska może stanowić nasz powód do dumy. Tak się bowiem składa, że w rywalizacji mężczyzn aktualnie możemy oglądać na linii startu trzech spośród pięciu najszybszych płotkarzy w historii naszego kraju. Mowa o trójce Jakub Szymański, Damian Czykier i Krzysztof Kiljan.

W Toruniu wymienieni płotkarze mieli o co walczyć. Każdy nich miał apetyt na to, by pojechać na halowe mistrzostwa świata do Glasgow, lecz bilety na tę imprezę były tylko dwa. Ostatecznie podczas mistrzostw Polski najlepszy okazał się Jakub Szymański. 21-latek zwyciężył z czasem 7.50. przed Kiljanem (7.59) i Czykierem (7.60). Co ważne, cała trójka wypełniła wyśrubowane minimum kwalifikacyjne do Glasgow. Zatem w teorii, ostateczną decyzję co do wyboru dwóch zawodników do Szkocji mógł podjąć PZLA. Jednak od razu po finale wybór zasugerował sam Damian Czykier, czyli trzeci zawodnik mistrzostw Polski.

– Płotki teraz są bardzo fajnie napędzane naszymi wynikami. Jakby nie patrzeć, cała nasza trójka zrobiła minimum na halowe mistrzostwa świata, tylko teraz pytanie, kto pojedzie do Glasgow. Ale wydaje mi się, że powinno być uczciwie – na mistrzostwach Polski Krzysiu był przede mną, więc to on powinien pojechać. Dla nas obu to będzie dobre, bo wtedy będę miał czas aby wyleczyć mięsień i przygotować się do igrzysk olimpijskich, które są najważniejszą imprezą w tym roku – powiedział zawodnik z Białegostoku.

– Męskie płotki to teraz najbardziej wyrównana i nieprzewidywalna konkurencja lekkoatletyczna. Bardzo cieszę się ze swojego dzisiejszego występu. Chciałem złamać barierę 7.60, a rezultat o setną szybszy daje mi piąty czas w historii polskich płotków. To najlepszy dowód na nasz poziom, bo trzech płotkarzy z tej listy obecnie występuje. Naprawdę w Polsce w tej konkurencji jeszcze nigdy nie było takiego poziomu, zresztą to najszybsze podium w historii mistrzostw kraju – rzekł Krzysztof Kiljan.

Krzysztof Kiljan, Jakub Szymański i Damian Czykier podczas halowych mistrzostw Polski.

Damian też zrobił dziś minimum, ale myślę, że związek podejdzie do tego uczciwie i wyśle pierwszą dwójkę. Mam nadzieję, że w Glasgow przede mną będą trzy biegi. Choć nie powiem, chwaliliśmy płotki w Polsce, ale na świecie ogólnie ta konkurencja poczyniła ogromny progres. Wyniki, które dwa-cztery lata temu dawały finały, teraz mogą zapewnić najwyżej półfinał – stwierdził wicemistrz kraju. I trudno z tym polemizować. W ten sam dzień za Oceanem Grant Holloway poprawił własny rekord świata osiągając kosmiczny wynik 7.27.

– Fajnie, że zarówno męskie i damskie płotki u nas się rozwijają, choć jest to niewdzięczna konkurencja przez różnice w wysokościach. Przez to płotkarzom zajmuje nieco więcej czasu, by wejść na najwyższy poziom. Stąd mam nadzieję, że młodsi zawodnicy będą wytrwali w tej konkurencji, pomimo że na seniorskich płotkach może jeszcze im nie idzie. Uspokajam – mi też nie szło, ale byłem cierpliwy i w kolejnym sezonie robię życiówkę – skomentował sytuację w polskich płotkach Kiljan.

Z kolei Jakub Szymański powiedział: – Na pewno działamy na siebie pozytywnie. Chłopaki byli zaledwie jedną dziesiątą sekundy ode mnie, czułem ich oddech na plecach. Gdybym wystartował równo z nimi, na pewno dodałoby mi to skrzydeł. A tak to była trochę nerwówka.

– Na początku popełniłem błąd, ale starterzy na mistrzostwach Polski nie zadowalają – i to nie jest tylko moja opinia. Z reakcją na poziomie 0.230 trudno oczekiwać pobicia rekordu kraju. Wystarczy odjąć z tego pięć setnych – a to i tak byłaby nie za dobra reakcja – i ten rekord by padł. Więc nie jestem do końca zadowolony, ale wiem też na co jestem gotowy i to mnie cieszy – opisywał swój występ mistrz kraju. – Taka reakcja nie wynikała z niedotrenowania, a przez obawę. Ale generalnie, kiedy analizuję biegi z zeszłego roku, to odczuwam dużą różnicę na plus. Biegam dobrze i właśnie tylko na reakcji startowej mogę coś zepsuć.

– Kiedy już widziałem, że zostałem, to musiałem gonić. Wtedy automatycznie człowiek się spina. I tak cieszę się, że wykręciłem czas 7.50. Szkoda, że dodali mi tą setną, bo jednak czwórka z przodu to trochę inna ranga wyniku – zakończył Szymański, który jest też rekordzistą kraju w biegu na 60 metrów przez płotki (czas 7.47).

W Glasgow Szymańskiego czeka jeszcze większe wyzwanie – walka o medal mistrzostw świata, między innymi ze wspomnianym już genialnym Hollowayem.

Finał wziąłbym w ciemno, bo najcięższe zadanie to dostać się go decydującego biegu. Kiedy już się tam jest, to spada kamień z serca – powiedział Szymański.

SZYMON SZCZEPANIK

Fot. Newspix

Czytaj więcej o lekkiej atletyce:

Pierwszy raz na stadionie żużlowym pojawił się w 1994 roku, wskutek czego do dziś jest uzależniony od słuchania ryku silnika i wdychania spalin. Jako dzieciak wstawał na walki Andrzeja Gołoty, stąd w boksie uwielbia wagę ciężką, choć sam należy do lekkopółśmiesznej. W zimie niezmiennie od czasów małyszomanii śledzi zmagania skoczków, a kiedy patrzy na dzisiejsze mamuty, tęskni za Harrachovem. Od Sydney 2000 oglądał każde igrzyska – letnie i zimowe. Bo najbardziej lubi obserwować rywalizację samą w sobie, niezależnie od dyscypliny. Dlatego, pomimo że Ekstraklasa i Premier League mają stałe miejsce w jego sercu, na Weszło pracuje w dziale Innych Sportów. Na komputerze ma zainstalowaną tylko jedną grę. I jest to Heroes III.

Rozwiń

Najnowsze

Lekkoatletyka

Komentarze

28 komentarzy

Loading...