Reklama

Fatih Terim w świecie calcio, czyli półtora roku szaleństwa

Michał Kołkowski

Autor:Michał Kołkowski

12 grudnia 2023, 15:57 • 22 min czytania 4 komentarze

W Mediolanie wypominano mu, że ubiera się jak John Travolta, ucieka z sesji treningowych, żeby oglądać Big Brothera, a jego odprawy taktyczne nie mają sensu. Z kolei we Florencji momentalnie go pokochano, mimo że nie zechciał przedłużyć kontraktu z pogrążonym w chaosie klubem. W 2000 roku Fatih Terim – opromieniony chwałą po triumfie z Galatasaray w Pucharze UEFA – ruszył na podbój Serie A. Koniec końców – z marnym skutkiem, aczkolwiek trzeba Turkowi oddać, że miłośnicy calcio nie mogli się przy nim nudzić. 

Fatih Terim w świecie calcio, czyli półtora roku szaleństwa

– Gdybyś nie poszedł do Fiorentiny, wygralibyśmy Ligę Mistrzów – wypominają Terimowi jego dawni podopieczni z Galatasaray.

Przypomnijmy szalone włoskie przygody „Cesarza”.

„Cesarz” wstępuje na tron

W drugiej połowie lat 90. Fatih Terim rzetelnie zapracował, by wymieniano go wśród najlepszych szkoleniowców Starego Kontynentu. Naturalnie nie należy tu popadać w przesadę, ponieważ Turek nie cieszył się rzecz jasna reputacją równą sir Aleksowi Fergusonowi, Marcello Lippiemu czy Ottmarowi Hitzfeldowi, aczkolwiek osiągnął wystarczająco wiele, by w klubach z topowych europejskich lig na poważnie rozważano zaoferowanie mu kontraktu. Wprawdzie reprezentacja Turcji pod wodzą Terima wypadła bardzo blado na mistrzostwach Europy w 1996 roku, lecz późniejsza kadencja charyzmatycznego trenera w Galatasaray stanowiła już prawdzie pasmo spektakularnych rezultatów. Ekipa ze Stambułu nie ograniczyła się bowiem do pozamiatania krajowego podwórka, gdzie wywalczyła aż cztery mistrzowskie tytuły z rzędu. Podopieczni Terima swoją klasę potwierdzili również na międzynarodowej arenie, sięgając w 2000 roku po Puchar UEFA.

Był to naprawdę niebagatelny wyczyn, który otworzył przed Terimem mnóstwo nowych możliwości.

Reklama

Możliwości nieznanych wcześniej trenerom z Turcji.

Należy pamiętać, że Puchar UEFA został niemal całkowicie zabetonowany przez przedstawicieli potężnej i bogatej Serie A, którym z rzadka potrafiły napsuć krwi jedynie zespoły z Bundesligi. Dość powiedzieć, że w latach 1988-1999 Włosi zatriumfowali w rozgrywkach aż osiem razy, często rozstrzygając je w ramach wewnętrznych, włosko-włoskich finałów, podczas gdy trzy trofea padły łupem Niemców, a w sezonie 1991/92 najlepszy okazał się holenderski rodzynek – Ajax Amsterdam, który niedługo potem zaczął też imponować postawą w Lidze Mistrzów. Dołączenie Galatasaray do tak elitarnego grona musiało zatem robić wrażenie.

Terima natychmiast okrzyknięto architektem największego sukcesu w całych dziejach tureckiego futbolu. Człowiek, którego po klęsce na EURO 1996 rodacy bezlitośnie odsądzali od czci i wiary, przeistoczył się w bohatera. „Lwy” w drodze do końcowego zwycięstwa w Pucharze UEFA 1999/2000 pozostawiły w pokonanym polu Bolonię, Borussię Dortmund, Mallorcę i Leeds United. W decydującym starciu stambulczycy po serii jedenastek uporali się zaś z Arsenalem. Tak, tym wspaniałym Arsenalem – z Arsene Wengerem na ławce trenerskiej oraz Dennisem Bergkampem i Thierrym Henrym w linii ataku. Francuski szkoleniowiec „Kanonierów” zapewne wówczas nie przypuszczał, że przyjdzie mu zakończyć karierę bez choćby jednego europejskiego pucharu na koncie. – Nie skorzystaliśmy na tym, że rywal grał w osłabieniu – mówił Wenger po porażce z Galatasaray. Lider tureckiej ekipy, niezapomniany Gheorghe Hagi, wyleciał z boiska na początku dogrywki. – To paradoksalne, ale czasami łatwiej jest się bronić w dziesiątkę, bo wszyscy mocniej się skupiają na swoich obowiązkach w defensywie.

Cóż, wymówka godna trenera z Ekstraklasy.

A jak swój wielki sukces wspomina Terim?

Reklama

W tamtym czasie analiza przeciwników nie była na tak zaawansowanym poziomie jak obecnie. Na dziesięć dni przed finałem wybrałem się z żoną do Londynu, by obejrzeć mecz Arsenalu z Chelsea. Miałem ze sobą tylko dyktafon, na którym nagrałem różne spostrzeżenia. Stadion opuściliśmy na kilka minut przed końcowym gwizdkiem, żeby uniknąć korków i zdążyć na lotnisko – śmiał się trener w rozmowie z portalem „HaberTurk”. – Nasze zwycięstwo było przede wszystkim triumfem wynikającym z wielkiej wiary w końcowy sukces. Moja żona w drodze powrotnej z Londynu pytała mnie żartobliwie, którego piłkarza Arsenalu obawiam się najbardziej, bo z jej perspektywy wszyscy wydawali się niesamowici. Bergkamp, Henry, Overmars, Suker, Kanu, Petit, Vieira… To był jeden z najlepszych składów w dziejach Arsenalu. Mieli u siebie piłkarzy pochodzących z piętnastu różnych krajów. A my – tylko czterech obcokrajowców.

Odbierz do 3755 zł na start w SuperbetOdbierz do 3755 zł na start w Superbet

Odbierz do 3755 zł na start w Superbet

  • Tydzień bez ryzyka: Cashback do 3500 zł
  • Freebet 100% od pierwszego depozytu do 200 zł
  • Freebet 35 zł tylko z naszym kodem SUPERWESZŁO
  • Freebet na aplikację 20 zł

Kod promocyjny

SUPERWESZLO

18+ | Graj odpowiedzialnie tylko u legalnych bukmacherów. Obowiązuje regulamin.

Po Puchar UEFA sięgnęliśmy w moim czwartym sezonie pracy z zespołem. Wywalczyliśmy też cztery mistrzowskie tytuły z rzędu. Nikt przede mną nie zdołał zatriumfować w lidze tyle razy bez ani jednego potknięcia po drodze. Prawdę mówiąc nie sądzę, by którykolwiek z trenerów Galatasaray w ogóle tak długo pracował – dodał Terim. – Mówię to nie po to, by się chwalić, ale celem wytłumaczenia źródła naszego sukcesu w Europie. Drużyna nabrała niesamowitej pewności, rozumieliśmy się wszyscy bez słów. Zawodnicy grali ze sobą na pamięć. Taki poziom można osiągnąć tylko dzięki stabilizacji.

„Mecz z Arsenalem był wojną, taktyczną wojną”

Fatih Terim w rozmowie z „The Blizzard”

Terim rządził w Galatasaray twardą ręką, zaskarbiając sobie sympatię i oddanie zarówno kibiców, jak i piłkarzy.

Wkrótce przylgnął do niego przydomek: „Cesarz”.

Przed finałową konfrontacją z Arsenalem zapytałem moich zawodników, czy widzą w składzie rywali piłkarza, którego powinniśmy kryć indywidualnie. Nigdy nie stosowałem takich rozwiązań, ale chciałem zbadać ich reakcję. Nie wymienili nikogo. I o to chodziło. Musieliśmy rozegrać nasze własne spotkanie, zamiast oglądać się na oponentów. Współczesny „gegenpressing” to w istocie taktyka bardzo bliska tej, którą my zastosowaliśmy przeciwko Arsenalowi – tłumaczył Turek.

Niewłaściwe miejsce, niewłaściwy czas

Triumfalny marsz „Lwów” przez fazę pucharową Pucharu UEFA spowodował swego rodzaju rewolucję w myśleniu o tureckim futbolu. Wcześniej tak naprawdę nawet sami Turcy nie wierzyli we własnych trenerów. Działacze klubów znad Bosforu wychodzili z założenia, że do budowy zespołu z prawdziwego zdarzenia nieodzowni są fachowcy ściągnięci z krajów o bogatszych piłkarskich tradycjach. Przede wszystkim – z Niemiec. Terim zdołał zerwać z tym stereotypem.

Byłem bardzo młody, gdy zostałem trenerem. Posadę selekcjonera drużyny narodowej objąłem po raz pierwszy w wieku zaledwie 40 lat – opowiadał w rozmowie z magazynem „The Blizzard”. – Zdawałem sobie jednak sprawę, że turecki futbol od dekad po prostu traci czas. Tkwiliśmy w stagnacji. Podczas mojej pierwszej konferencji prasowej po objęciu stanowiska selekcjonera od razu zakomunikowałem, że nie mam zamiaru mówić o cierpliwości, bo od dawna jesteśmy w Turcji zbyt cierpliwi. Taki był też mój przekaz do zawodników: nie czekajcie, nie bójcie się porażek. I tak przecież niejeden mecz już przegraliście i niejeden jeszcze przegracie. Nasza kadra przez lata grała ustawieniem 1-9-0-1, a i tak bez przerwy zbieraliśmy cięgi. Moje myślenie było proste: skoro wciąż przegrywamy, to może chociaż przegrywajmy w ofensywnym stylu? I tak, kroczek po kroczku, zaczęliśmy pokonywać rywali, którzy wcześniej obijali nas przez dekady. 

Awans na EURO 1996 rozbudził więc apetyty, a sukces Galatasaray potwierdził olbrzymi, choć do niedawna uśpiony potencjał tureckiego piłkarstwa. Terim chętnie korzystał z usług zagranicznych gwiazdorów – Hagiego, Popescu czy Taffarela – lecz jego zespół opierał się na krajowych graczach.

Zacząłem od określenia filozofii gry. Gdziekolwiek nie pojechaliśmy, z kimkolwiek się nie mierzyliśmy – z Milanem, Leeds, Borussią czy Mallorcą – zawsze staraliśmy się naciskać na przeciwnika wysokim pressingiem, już na jego połowie. I w kontekście tej strategii dobierałem później zawodników. Umita Davalę wyciągnąłem z drugiej ligi. Zresztą wcześniej, gdy prowadziłem reprezentację U-21, powoływałem go na zgrupowania z trzecioligowego klubu. Inny przykład – Vedat İnceefe. On też trafił do nas z niższej klasy rozgrywkowej. A zresztą, przecież nawet Hagi w piłce klubowej nie potrafił znaleźć sobie nigdzie miejsca, dopiero w Galatasaray poczuł się jak w domu. Mieliśmy spójną filozofię, a poza boiskiem staliśmy się rodziną – przyznał Terim. – Przez cały sezon 1999/2000 ani razu nie zorganizowałem zamkniętej sesji treningowej bezpośrednio przed meczem domowym. Obrywało mi się za to w prasie, ale my po prostu tego nie potrzebowaliśmy. Spotykaliśmy się na półtorej godziny przed pierwszym gwizdkiem, rozpisywałem wyjściową jedenastkę na tablicy i tyle.

Po zdobyciu Pucharu UEFA szkoleniowiec postanowił jednak nieoczekiwanie porzucić swą – jak to sam określił – piłkarską rodzinę. Choć żółto-czerwona część Stambułu głęboko wierzyła, iż sezon 2000/01 może przynieść ekipie Galatasaray nawet triumf w Lidze Mistrzów, Terim przyjął ofertę działaczy Fiorentiny. Historyczne zwycięstwo z Realem Madryt w meczu o Superpuchar Europy stambulczycy odnieśli już z nowym szkoleniowcem u steru.

***

Z jednej strony, trudno się Terimowi dziwić, bo możliwość podjęcia pracy w Serie A nie przytrafia się przecież codziennie. Z drugiej zaś strony, Turek na własne życzenie wpakował się w nie lada tarapaty. To klasyczny przypadek pojawienia się w niewłaściwym miejscu o niewłaściwym czasie.

Jeszcze w latach 90. Fiorentina należała do ścisłej czołówki włoskiej ekstraklasy i zdarzało jej się nawet liczyć w rywalizacji o scudetto. Drużynę nakręcał swoimi strzeleckimi wyczynami Gabriel Batistuta, a bramkostrzelnemu Argentyńczykowi dzielnie towarzyszyli inni gwiazdorzy: Rui Costa, Francesco Toldo, Jörg Heinrich, Edmundo, Stefan Schwarz, Guillermo Amor czy Predrag Mijatović. Nie wszyscy z wymienionych się we Florencji sprawdzili, to prawda, ale imponujący był już sam fakt, że drużynie udawało się przyciągać graczy tego kalibru. Tylko że Juventus, Milan, Inter czy Lazio mogły sobie pozwolić na jeszcze bardziej spektakularne posunięcia na rynku transferowym. W efekcie ekipa ze Stadio Artemio Franchi okazała się po prostu za cienka w uszach, by sięgnąć po upragnione mistrzostwo Italii.

Najbliżej było w sezonie 1998/99, lecz summa summarum Fiorentina zakończyła ligowe zmagania na trzeciej pozycji. Pogrążyła ją wtedy kontuzja Batistuty. Jak gdyby tego było mało, zaraz po bolesnym niepowodzeniu w rywalizacji o scudetto na klub spadły kolejne mocne ciosy.

Fiorentina 1998/99. Eksplozja, kontuzja, karnawał i niespełnione marzenie o scudetto

Kontrowersyjny właściciel Fiorentiny, producent filmowy Vittorio Cecchi Gori, przestał sobie radzić z dźwiganiem ciężaru finansowych zobowiązań. Włoch przez lata z lubością opowiadał wprawdzie o swoich gigantycznych ambicjach – chciał nie tylko uczynić z „Violi” potęgę numer jeden świata calcio, lecz planował także rzucić samemu Silvio Berlusconiemu wyzwanie na płaszczyźnie telewizyjnej i politycznej – lecz jego finansowe imperium okazało się być postawione na glinianych nogach. Przed startem sezonu 2000/01 Cecchi Gori został nawet zmuszony, by sprzedać Gabriela Batistutę, choć Argentyńczyk wcale nie palił się do opuszczenia Florencji. – Wiedziałem, że zaraz mnie wydymają. Mocno pracowano na to, żeby mnie oczernić i zrujnować – użalał się Włoch, który w 2001 roku został zatrzymany przez policję w swojej rzymskiej rezydencji w związku z oskarżeniem o pranie brudnych pieniędzy. Co zabawne, funkcjonariusze mieli sporo problemów, by namierzyć tam właściciela Violi. Spał on bowiem ze swoją ówczesną partnerką w tajnym pomieszczeniu zamaskowanym za ścianą. Kiedy wreszcie go capnięto, przy okazji udało się też odnaleźć w jego sejfie gigantyczną porcję bliżej niezidentyfikowanego proszku. Policjanci twierdzili, że to kokaina. Cecchi Gori zapewniał, że to szafran.

– We włoskim futbolu działa układ, który nie pozwolił mi zwyciężyć w Serie A. Nie boję się o tym mówić. Każdy ma prawo do wygłaszania swoich ocen, nie żyjemy w stalinizmie. Z tym samym problemem mierzył się zresztą przez lata Franco Sensi z Romy. Dlatego w 2000 roku powiedziałem mu: „ja już nie dam rady, ty wciąż masz szanse na scudetto. Chcesz? Sprzedam ci Batistutę”. Bati poszedł do Romy i od razu wygrał z nią mistrzostwo Włoch kosztem Juventusu. Miałem z tego wielką satysfakcję – wspominał Cecchi Gori, który w lutym 2020 roku usłyszał wreszcie wyrok podsumowujący wszystkie jego numery.

Osiem i pół roku pozbawienia wolności. Udowodniono mu między innymi pozorowane bankructwo.

Terim mógł zatem liczyć, że oferta pracy w Fiorentinie stanowi dlań przepustkę do lepszego piłkarskiego świata. W praktyce jednak turecki szkoleniowiec zamienił w 2000 roku stabilny projekt, jakim było Galatasaray, na kompletny bałagan we Florencji. Zamiast realizować wielkie plany, przyszło mu gasić ogromny pożar.

Projekt bez przyszłości

Trzeba wszelako oddać Turkowi, że do pracy zabrał się z werwą. Przystąpił nawet ochoczo do intensywnej nauki języka włoskiego. Jego optymizm wynikał jednak w dużej mierze z tego, że Cecchi Gori omamił go całą masą z gruntu fałszywych obietnic. Zapewniał, że rozstanie z Batistutą wcale nie oznacza, iż klub wkroczył w okres kryzysu, a medialnie doniesienia o dramatycznej sytuacji finansowej „Violi” są wyssane z palca. – To kłamstwa. Mam w tym kraju wielu bezwzględnych wrogów, którzy zrobią wszystko, by ściągnąć mnie na dno – opowiadał producent filmowy. Cecchi Gori bagatelizował też niezadowolenie kibiców, którzy z furią przyjęli wiadomość o rozstaniu z „Batigolem”. – Zaraz ściągniemy trzech czy czterech piłkarzy światowej klasy i wszyscy zapomną o Batistucie – bajdurzył Włoch.

Stanęło na… jednym znaczącym zakupie – na Stadio Artemio Franchi wylądował Nuno Gomes. Choć klub – z powodów, których można się już dziś domyślić, biorąc pod uwagę późniejsze procesy sądowe właściciela – przepalił też sporo forsy na absurdalne transfery Leandro, Amarala, Marco Rossiego oraz Paolo Vanoliego.

Zapłacono za tych zawodników takie kwoty, że należałoby zakwestionować poczytalność osoby odpowiedzialnej za negocjacje – gorzko żartował dziennikarz radiowy David Guetta. – Ta idiotyczna kampania zakupowa okazała się gwoździem do trumny Fiorentiny, która i bez tych wydatków ledwie zipała. „Pożyczyła” wielkie pieniądze innej firmie należącej do Cecchi Goriego, a banki zajęły nawet te wpływy z tytułu sprzedaży praw telewizyjnych, jakie klub miał otrzymać w przyszłości. Za codzienne funkcjonowanie klubu odpowiadali wówczas ludzie z zerowym doświadczeniem. […] Oczywiście łatwo opowiadać o tym z perspektywy czasu. Dlaczego nie informowałem o dramatycznej sytuacji mojej ukochanej Fiorentiny wtedy, latem 2000 roku? Cóż… Wierzyłem, że dla Fiorentiny i tak nie ma przyszłości poza Cecchi Gorim. I, niestety, miałem rację. Żaden inwestor nie był zainteresowany przejęciem klubu. Nie było alternatywy. 

„Nie zdawałem sobie jeszcze sprawy, jak koszmarne czasy czekają Fiorentinę”

David Guetta

Terim szybko zdał połapał się w sytuacji i pojął, że władze Fiorentiny bezczelnie wodziły go za nos. 13 września 2000 roku podczas konferencji prasowej przed starciem z Tirolem Innsbruck w 1. rundzie Pucharu UEFA turecki szkoleniowiec w bardzo ostrych słowach podsumował sytuację kadrową i organizacyjną klubu, co wywołało niemałe poruszenie we florenckim środowisku. Prawdziwa katastrofa wydarzyła się natomiast na murawie – Radosław Gilewicz powiódł Austriaków do zwycięstwa 3:1. Fiorentina nie zdołała też odrobić strat w rewanżu, a w lidze zaczęła od zaledwie jednego zwycięstwa w sześciu meczach.

Zrobiło się nerwowo. Cecchi Gori zaczął poważnie rozważać zwolnienie niepokornego trenera, którego dopiero co sam ściągnął do Włoch ze Stambułu. Tym bardziej że Terim kategorycznie zabronił mu wizyt w szatni, co Włoch potraktował jako dodatkową zniewagę. Problem w tym, że właściwie wszyscy inni – poza właścicielem i wąską grupą jego zauszników – natychmiast przekonali się do Turka. Mowa tu zwłaszcza o kibicach „Violi”, którzy mieli już serdecznie dość kłamstw działaczy i z otwartymi ramionami przyjęli na Stadio Artemio Franchi szkoleniowca walącego prawdę prosto z mostu, nawet jeśli jest to prawda bolesna i trudno do zaakceptowania. Terim ujął też fanów żywiołowymi reakcjami na boiskowe wydarzenia. Były szkoleniowiec Galatasaray już swoje pierwsze zwycięstwo w Serie A uczcił wśród najzagorzalszych kibiców Fiorentiny, do których popędził po końcowym gwizdku arbitra, przeskakując uprzednio nad bandami reklamowymi. Tego rodzaju zachowania stały się wkrótce jego znakiem rozpoznawczym. Bardzo mu zależało, by fani zaakceptowali go jako członka fioletowej rodziny.

Invicibles po turecku. Fenerbahce w drodze po tytuł za wszelką cenę

Po paru tygodniach poprawie uległy również wyniki.

Jestem zwycięzcą, to moja mentalność. Przestańcie pisać, że przyszedłem do Włoch dla pieniędzy. W Galatasaray zarabiałem więcej niż we Fiorentinie, zgodziłem się tutaj na dużo niższe zarobki. Przyjechałem tu, by osiągnąć sukces – grzmiał Terim. W grudniu jego podopieczni w wielkim stylu wygrali z Interem Mediolan, Udinese Calcio i Hellasem Werona. Styczeń 2001 roku zaczęli zaś od wyjazdowego remisu 3:3 z Juventusem (gdy dziennikarz „La Gazzetta dello Sport” pochwalił „Violę” za jej postawę w Turynie, Terim z furią odpowiedział o straconej szansie na pełną pulę) i triumfu 4:0 Milanem. W takich okolicznościach Vittorio Cecchi Gori nie miał już innego wyjścia, jak tylko zacisnąć zęby, zasiąść z Terimem do stołu negocjacyjnego i pogadać o przedłużeniu wygasającego po sezonie kontraktu. Nie było to dla Włocha zbyt przyjemne doświadczenie, ostatecznie miał on już za sobą kilka rozmów z potencjalnymi następcami Terima, między innymi Gianlucą Viallim.

Czekał tylko na odpowiedni moment, by strącić Turka ze stołka. No ale właściwa chwila nie nadeszła.

Charyzmatyczny trener zaskarbił sobie sympatię nie tylko kibiców, ale i piłkarzy.

Terim stał się jednym z nas, współpraca z nim była bardzo inspirująca. Klub znajdował się w trudnym położeniu, ale on robił wszystko, by nas bronić. Zarówno przed krytyką z zewnątrz, jak i przed tą wewnętrzną. To umacniało naszą wiarę we własne możliwości. […] Trener przekonał nas, żebyśmy zawsze starali się narzucać własne warunki gry, niezależnie od klasy przeciwnika. Jego sekretem była perswazja. Nazywano go „Cesarzem”, ale on do niczego nas nie zmuszał. W taki sposób zarządzał grupą, że z własnej inicjatywy wykonywaliśmy to, na czym mu zależało. Poszlibyśmy dla niego na wojnę – opowiadał Nuno Gomes w rozmowie z portalem „Hurriyet”. Do pseudonimu tureckiego szkoleniowca odniósł się także Giuseppe Taglialatela. – Zrozumiałem, skąd ten przydomek, który nadano Terimowi w Galatasaray. W klubie nie pracowała ani jedna osoba, która byłaby mu obojętna. Znał każdego pracownika Fiorentiny i z każdym zbudował chociaż podstawową, osobistą relację. Zaczynając od dyrektorów, przez piłkarzy, po magazynierów. Dał się poznać jako naprawdę porządny facet.

Na pupilka Terima wyrósł Rui Costa, któremu bardzo odpowiadały odważne pomysły taktyczne szkoleniowca. – Rui Costa osiągnął za kadencji Terima życiową formę. Przebudowanie zespołu wokół Portugalczyka po odejściu Batistuty okazało się strzałem w dziesiątkę. […] Terim zdominował zespół swoją osobowością i charyzmą. W niesamowity sposób zarządzał grupą. Był dobrym taktykiem, ale jeszcze lepiej się sprawdzał w układaniu relacji międzyludzkich – uważa Taglialatela.

Terim zawsze namawiał mnie do ofensywnej gry. Był bardzo przekonujący, wszystkim udzieliła się jego odwaga

Christian Amoroso

 

W połowie stycznia 2001 roku doszło do długo wyczekiwanych rozmów na linii Vittorio Cecchi Gori – Fatih Terim. Panowie spotkali się we florenckiej rezydencji należącej do tego pierwszego, którą natychmiast otoczyli podekscytowani kibice Fiorentiny. Najbardziej rozkochani w Terimie fani wykrzykiwali nawet pogróżki. Ostrzegali, że podpalą posiadłość, jeśli prezesowi nie uda się osiągnąć porozumienia ze szkoleniowcem. Mimo tak olbrzymiej presji, Cecchi Gori i Terim nie podali sobie rąk. Rozmowy zerwał Turek – nazwał Fiorentinę „klubem bez przyszłości”, a właścicielowi „Violi” wypomniał liczne kłamstwa oraz próbę potajemnego dogadania się z Viallim. – Upokorzyłem się przed Terimem jak niewolnik. Leżałem przed nim plackiem, lecz on potraktował mnie jak wycieraczkę – rozpaczał Cecchi Gori.

„Cesarz” z żalem poinformował kibiców, że po sezonie opuści Florencję. Jego kadencja zakończyła się jednak znacznie wcześniej, bo jeszcze w lutym 2001 roku, po ligowym remisie 2:2 z Brescią. Turek podał się do dymisji w następstwie kolejnej kłótni z właścicielem. Nie zaczekał nawet do finału Coppa Italia, gdzie Fiorentina – już pod wodzą Roberto Manciniego, stawiającego wówczas pierwsze kroki w trenerce – uporała się z Parmą i sięgnęła po swe ostatnie jak do tej pory trofeum.

Rok później klub zbankrutował.

Nieszczęsny „Big Brother”

Graliśmy w Fiorentinie niesamowity futbol – wspominał Terim na łamach „The Blizzard”. – Pierwszego dnia rozpisałem zawodnikom nasz system taktyczny. Oparty na ofensywie, pressingu, dużej intensywności. Piłkarze obserwowali mnie z uniesionymi wysoko brwiami. Wiadomo, włoska mentalność. Ale po odprawie Moreno Torricelli i Angelo Di Livio – dwaj doświadczeni gracze – obiecali mi, że wystarczy miesiąc, żebyśmy wdrożyli te założenia w życie. I tak się stało. Po miesiącu zaczęliśmy grać niewiarygodną piłkę. Obrywało mi się od mediów za to, że nawet przy wyniku 1:0 dalej atakowaliśmy dużą liczbą zawodników, ale ludzie to kochali. Frekwencja na meczach domowych wzrosła nawet do czterdziestu tysięcy widzów. […] Jestem dumny, że kibice Fiorentiny mnie pokochali. Dziś myślę, że wiele rzeczy powinienem był zrobić inaczej, ale wtedy czułem, że muszę odejść. Nie potrafiłem się dogadać z prezesem, ta współpraca nie miała sensu. 

Faktycznie, fani nie mieli żalu do Turka. W pierwszym odruchu trochę mu się wprawdzie oberwało i nasłuchał się, że jest zdrajcą i dezerterem, ale nienawistne głosy szybko rozpłynęły się w chórze podziękowań. Cecchi Gori był już w 2001 roku postacią tak skrajnie we Florencji niepopularną, że całe odium tak czy owak spadło na niego. Niejako – z automatu. Piłkarze także uznali, że ich ulubiony trener pożegnał się przedwcześnie z klubem z winy nieudolnego szefostwa. W odmienne tony uderzał wyłącznie Predrag Mijatović, który – nawiązując do klasyka – uważał, że Terim „jedzie na picu”, a jego taktyczne propozycje są absurdalne i – na dłuższą metę – samobójcze. Z czym w sumie też trudno dyskutować, bo – patrząc całościowo – „Cesarz” punktował w Serie A ze średnią na poziomie zaledwie 1,35 oczka na mecz.

Umówmy się, nie jest to dorobek zwalający z nóg i mogący zagwarantować trenerowi nietykalność.

Z kolei turecki dziennikarz Firat Topal jest zdania, że „Cesarz” zimą 2001 roku popełnił błąd natury strategicznej. – Pozbawił się szansy wygrania finału Pucharu Włoch, co wydatnie umocniłoby jego pozycję w Italii. To symboliczny moment dla jego kariery – po raz pierwszy Terim postawił osobiste interesy ponad interesem zespołu. Pokochał swoje nazwisko bardziej niż swoją pracę – dowodzi Topal.

Nie brak również zwolenników teorii spiskowej, wedle której Terim chętnie skorzystał z byle okazji, by czmychnąć z Fiorentiny jako udręczony przez przełożonych buntownik, ponieważ w rzeczywistości był już od pewnego czasu dogadany z Silvio Berlusconim odnośnie przejęcia posady trenera Milanu. I rzeczywiście, po fatalnym sezonie 2000/01 „Rossoneri” ogłosili, że to właśnie Turkowi powierzona zostanie misja przywrócenia mediolańskiej ekipy na krajowy i europejski szczyt.

„Król paparazzich” chce wrócić na tron. Fabrizio Corona znów podpalił świat calcio

Jednak na San Siro „Cesarz” trafił na swoje Waterloo.

Terim otrzymał szansę, o której marzył w momencie przenosin na Półwysep Apeniński – możliwość pracy w jednym z najsilniejszych kadrowo i najbogatszych klubów Starego Kontynentu. Z takimi gwiazdami w składzie, jak choćby Paolo Maldini, Andrij Szewczenko, Filippo Inzaghi, Fernando Redondo czy Andrea Pirlo. W Mediolanie wylądowali również starzy znajomi Terima – Rui Costa z Fiorentiny oraz Umit Davala z Galatasaray. Wszystko zdawało się więc układać po myśli Turka. Ale – tylko pozornie. Już powitalna konferencja prasowa „Cesarza” przyniosła bowiem pierwsze zgrzyty. Gdy Terim próbował odpowiadać na pytania dziennikarzy swoim kulawym włoskim, Adriano Galliani momentalnie upomniał go, by trzymał się protokołu i korzystał z pomocy tłumacza. Dyrektor sportowy zareagował również nerwowo na dość niefrasobliwy komentarz trenera na temat Inzaghiego, za którego „Rossoneri” dopiero co wyłożyli gigantyczne pieniądze.

Szkoleniowiec zrozumiał, że Milan to sprawnie funkcjonująca korporacja, w ramach której każdy pracownik musi znać miejsce w szyku. Zachowania, które uchodziły mu na sucho – a nawet przysparzały zwolenników – w pogrążonej w organizacyjnym chaosie Fiorentinie, w Mediolanie uchodziły za absolutnie niedopuszczalne.

W tak sztywnych realiach Terim nie był jednak w stanie swobodnie funkcjonować. To nie był jego świat. Drużyna na starcie sezonu 2001/02 notowała wprawdzie przyzwoite rezultaty – wygrała między innymi z Fiorentiną, Lazio oraz w derbach z Interem – ale pozycja Turka w Milanie i tak słabła w zatrważającym tempie. Nie pomagały mu naturalnie wpadki z niżej notowanymi oponentami w Serie A, lecz zdecydowanie najgorzej szło „Cesarzowi” na płaszczyźnie komunikacyjnej i – ujmijmy to – wizerunkowej. Wspomniany Galliani z przerażeniem obserwował, jak trener reprezentuje Milan podczas oficjalnych spotkań czy konferencji bez marynarki, ubrany w nieuprasowane spodnie i rozchełstaną koszulę. Dyrektora rozwścieczało również podejście Turka do sesji treningowych. Terim często opuszczał je przedwcześnie, zapewniając dowcipnie zawodników, że idzie sprawdzić, czy pod ośrodkiem treningowym „Rossonerich” nie kręcą się jacyś szpiedzy.

Z kolei zawodnicy Milanu dostawali oczopląsu podczas odpraw. Jak wspomina w swojej autobiografii Andrea Pirlo, Terim zwykł rozpisywać taktyczne założenia na tablicy, z której po kilku chwilach nie dało się już zupełnie niczego odczytać i tak naprawdę tylko bramkarz mógł być pewny, w której strefie boiska ma się znajdować podczas następnego meczu. Pozostali gracze zerkali zaś po sobie z otumanionymi minami, bo gryzmoły Terima kompletnie mąciły im w głowach. – Po jakimś czasie trener sam się gubił we własnych wskazówkach. Raz wskazał na tablicy na jedno z jedenastu narysowanych kółek i stwierdził: „Costacurta, to twoja pozycja”. Nie mogłem się powstrzymać i przerwałem mu: „Trenerze, przed chwilą pan mówił, że to kółko oznacza mnie” – opowiadał Pirlo.

Fatih Terim w ośrodku treningowym pojawiał się w naprawdę dziwnych strojach. Wyglądał jak John Travolta. […] To był naprawdę dziwny facet, który zdawał się mieć alergię na wszelkie zasady

Andrea Pirlo w książce „Myślę, więc gram”

Nie pomagał też tłumacz Terima. Miał on w teorii usprawnić komunikację między trenerem a zawodnikami, lecz w praktyce tylko pogłębiał przepaść dzielącą „Cesarza” od zawodników. – Ten tłumacz był cieniem trenera. W pewnym momencie doradził mu, by zerwać wszystkie kontakty z mediami. Zerwać. W Milanie. W klubie, gdzie komunikacja ma podstawowe znaczenie – nie może wyjść z szoku Pirlo. – Tłumacz nie umiał też oddać sensu wypowiedzi trenera. Terim potrafił wygłaszać w szatni naprawdę długie, płomienne mowy, gestykulować, pobudzać nas do walki. Po czym tłumacz z niezmąconym spokojem przekładał na włoski: „panowie, jutro ważny mecz, musimy wygrać. Do widzenia”. Jeden przemawiał przez pięć minut, drugi tłumaczył przez pięć sekund.

4 listopada 2001 roku Milan przegrał 0:1 z Torino. Terim w trakcie spotkania czterokrotnie zmienił ustawienie swojego zespołu, w przerwie jeden z jego podopiecznych – dosłownie – na niego zwymiotował, a tuż po końcowym gwizdku Turek… opuścił drużynę i poleciał do Stambułu, by tam wziąć udział w konferencji biznesowej i opowiedzieć przedsiębiorcom o sztuce przywództwa. W tym samym momencie Galliani dogadywał z Berlusconim jego zwolnienie. – Nie jestem tym zaskoczony – przyznał trener w rozmowie z tureckimi dziennikarzami. – Nie straciłbym pracy dziś, to nastąpiłoby to za kilka dni.

„Cesarza” na ławce trenerskiej Milanu zastąpił Carlo Ancelotti.  – Fatih Terim o tym nie wie, ale prawdziwy powód jego zwolnienia z Milanu miał charakter kulinarny – przekonuje „Carletto” w książce „Nienasycony zwycięzca”. – Jego upadek wiązał się z przepyszną włoską wędliną nazywaną culatello. Było to w listopadzie 2001 roku, kilka dni po Święcie Zmarłych – wspomnijmy więc zwolnionego „Cesarza”, którego zastąpiłem na stanowisku. Po tym jak wybrał mnie na nowego trenera, Galliani wybuchnął śmiechem:

– Mój drogi Ancelotti, jestem szczęśliwy.
– Dziękuję. Traktuję pańskie słowa jako wyraz wiary we mnie. Bardzo mnie to cieszy.
– Jestem szczęśliwy, ponieważ wraz z twoim przybyciem możemy wreszcie zmienić menu w Milanello.

Innymi słowy, Galliani postawił na mnie, ponieważ bardzo mu nie smakowało jedzenie za czasów poprzedniego trenera. Może znalazł mnie w przewodniku Michelina: Trattoria Da Carletto, sugerowana rezerwacja. Niewykluczone, że zadzwonił z wyprzedzeniem: „Pronto, tu Adriano. Przy naszym stoliku będzie jeden gość więcej. Prawdopodobnie będziemy zamawiać culatello i salami Felino dla wszystkich”. Może liczyło się dla niego przede wszystkim to, że znów mógł się zacząć opijać winem. Gdy Galliani zamawia posiłek, na jego stole nigdy nie brakuje wina. Terim tymczasem konsekwentnie przestrzegał diety opartej na chudych bulionach i wodzie z kranu, czego zmysły Gallianiego nie były w stanie znieść. Pojawił się jeszcze jeden problem: Terim pasjami oglądał Big Brothera, w związku z czym często porzucał Gallianiego w połowie lunchu i biegł do swojego pokoju, by zasiąść przed telewizorem. Chciał zobaczyć, czy mieszkańcy domu Wielkiego Brata uprawiają seks. Okazało się, że uprawiają, a potem Milan wydymał jego.

Żart? Niekoniecznie. Ostatecznie nie bez kozery Galliani podczas pierwszej konferencji prasowej po zatrudnieniu Ancelottiego stwierdził: – Milan znów należy do mediolańczyków. Terim okazał się dla dystyngowanych „Rossonerich” opcją zdecydowanie zbyt egzotyczną.

***

Tym samym włoski sen Fatiha Terima dobiegł końca.

„Cesarz” karierę trenerską kontynuował w dwóch miejscach, w których zawsze czuł się najlepiej – Galatasaray (łącznie cztery podejścia) i reprezentacji kraju (łącznie trzy podejścia). – Do dziś dźwięczą mi w głowie słowa, które w 2000 roku powiedział mi Gheorghe Popescu. „Gdybyś nie poszedł do Fiorentiny, wygralibyśmy Ligę Mistrzów”. Inni piłkarze Galatasaray też mi to powtarzają. Po tych wszystkich latach w zawodzie, tylko ta myśl mnie zasmuca.

CZYTAJ WIĘCEJ NA WESZŁO:

fot. NewsPix.pl

Za cel obrał sobie sportretowanie wszystkich kultowych zawodników przełomu XX i XXI wieku i z każdym tygodniem jest coraz bliżej wykonania tej monumentalnej misji. Jego twórczość przypadnie do gustu szczególnie tym, którzy preferują obszerniejsze, kompleksowe lektury i nie odstraszają ich liczne dygresje. Wiele materiałów poświęconych angielskiemu i włoskiemu futbolowi, kilka gigantycznych rankingów, a okazjonalnie także opowieści ze świata NBA. Najchętniej snuje te opowiastki, w ramach których wątki czysto sportowe nieustannie plączą się z rozważaniami na temat historii czy rozmaitych kwestii społeczno-politycznych.

Rozwiń

Najnowsze

Ekstraklasa

Podolski potwierdził, że ktoś nasłał na niego policję. „To znaczy, że się mnie boją”

Patryk Fabisiak
0
Podolski potwierdził, że ktoś nasłał na niego policję. „To znaczy, że się mnie boją”
Ekstraklasa

Vusković, czyli pieniądze w piłce nie grają [KOZACY I BADZIEWIACY]

Jakub Białek
0
Vusković, czyli pieniądze w piłce nie grają [KOZACY I BADZIEWIACY]

Liga Europy

Ekstraklasa

Podolski potwierdził, że ktoś nasłał na niego policję. „To znaczy, że się mnie boją”

Patryk Fabisiak
0
Podolski potwierdził, że ktoś nasłał na niego policję. „To znaczy, że się mnie boją”
Ekstraklasa

Vusković, czyli pieniądze w piłce nie grają [KOZACY I BADZIEWIACY]

Jakub Białek
0
Vusković, czyli pieniądze w piłce nie grają [KOZACY I BADZIEWIACY]

Komentarze

4 komentarze

Loading...