Reklama

„VAR oduczył sędziów zdrowego rozsądku”. Ciemne strony technologii

Szymon Piórek

Autor:Szymon Piórek

07 listopada 2023, 13:11 • 16 min czytania 33 komentarzy

W idealistycznej wizji system VAR miał znieść wszystkie błędy i nieprawidłowości. Świat nie jest jednak idealny, dlatego i wideoweryfikacje nie są. Po latach analiz stało się jasne, że liczba kontrowersji i dyskusji na temat sędziów i ich decyzji nie zmniejszyła się diametralnie, a w zasadzie weszła na inny poziom. Bo VAR przyniósł zarówno wiele dobrego, jak i złego. 

„VAR oduczył sędziów zdrowego rozsądku”. Ciemne strony technologii

Historia futbolu to również historia pomyłek sędziowskich. Argentyna mogłaby nie zdobyć mistrzostwa świata w 1986 roku, gdyby sędzia Ali Bin Nasser dopatrzył się zagrania ręką Diego Maradony. Niemcy pewnie nie przywieźliby brązowego medalu z mundialu w RPA, gdyby gol Franka Lamparda w meczu 1/8 finału z Anglią został uznany. Oba te przypadki nie zaistniałyby w dzisiejszych czasach. Błędy arbitrów wyłapałby system VAR. Odarłby jednak te wydarzenia z emocji, a kto wie, jak rozjemcy prowadziliby te starcia, mając za plecami możliwość wideoweryfikacji wybranych akcji. Tego się nie dowiemy, ale co tydzień widzimy, że liczba kontrowersji w spotkaniach nie zmalała, a czasem rozpala dyskurs publiczny bardziej, niż działo się, gdy systemu VAR nie było.

Sędziowanie w dobie VAR

– VAR przyniósł bardzo dużo dobrego, ale również wiele złego. Zredukowano niemal do minimum liczbę decyzji zdecydowanie krzywdzących jak uznanie bramki, przyznanie rzutu karnego czy czerwonej kartki. Ludzie w pełni nie rozumieją jednak protokołu VAR, czyli tego, w jakich sytuacjach może interweniować, co stwarza problemy – mówi nam Michał Listkiewicz, były sędzia i prezes PZPN.

Osłabiony autorytet sędziów

Długie minuty oczekiwania na decyzję po interwencji VAR, przez które jedna połowa meczu może trwać nawet godzinę. Różne interpretacje podobnych akcji. Ewidentne błędy sędziowskie, które skutkują np. wyrzuceniem zawodnika z boiska i nie są poddawane wideoanalizie. To wszystko możemy oglądać co tydzień w Ekstraklasie. Problem ten nie dotyczy tylko polskiej piłki. Jest znacznie szerszy. Larum podniosło się ostatnio w Niemczech po spotkaniu Eintrachtu Frankfurt z Borussią Dortmund, w którym arbitrzy kompletnie zgłupieli. Te same akcje sędziowscy eksperci oceniali na korzyść i niekorzyść rozjemcy tego starcia Roberta Schroedera. Mowa tu o rzekomym braku faulu Maxa Meyera na Faresie Chaibim czy zagraniu piłki ręką przez Mariusa Wolfa. Za Odrą funkcjonowanie systemu VAR zostało podane w wątpliwość.

Reklama

Nie wierzę już, że dzięki temu futbol jest lepszy i bardziej sprawiedliwy. Dodatkowo osłabia to autorytet sędziów. Widzę niebezpieczeństwo, że zniszczy naszą piłkę. Jeśli chodzi o VAR, jesteśmy w impasie – grzmiał Axel Hellmann, członek zarządu Eintrachu Frankfurt po meczu z Dortmundem cytowany przez „Bild”.

Podobną zależność widzi Listkiewicz, który tłumaczy nam, w jaki sposób wideoweryfikacji osłabiły autorytet arbitrów. – VAR powoduje, że sędziowie oduczyli się sędziowania zgodnie ze zdrowym rozsądkiem. To jak kierowca, który jechał daną trasą setki razy, a po jakimś czasie otrzymał GPS i patrzy wyłącznie na nawigację, przez co gubi się na drodze, którą bardzo dobrze zna. VAR pozbawił arbitrów podmiotowości i poniekąd autorytetu. Siedząc na trybunach, widzę, że jest trzymetrowy spalony, a liniowy go nie podnosi, bo ma czekać na to, co zrobi VAR. Zdroworozsądkowy kibic od razu zastanawia się, czy ten sędzia jest niewidomy.

Marciniak zachował rozwagę

To zupełnie inna sytuacja niż jeszcze pięć lat temu. Najlepszym tego przykładem jest Szymon Marciniak. Arbiter był wielokrotnie krytykowany za to, że samodzielnie podejmuje decyzje na boisku bez konsultacji z VAR. Pojawiały się nawet głosy, że pozostaje na tyle próżny i wszechwiedzący, że celowo ignoruje podpowiedzi z wozu. Wideoweryfikacji używał w ostateczności lub gdy popełnił rażący błąd i przywoływano go na powtórkę. Tak było chociażby po meczu mistrzostw świata w 2018 roku między Niemcami a Szwecją.

Takie oskarżenia to absurd. Nie ma takiej możliwości, by sędzia nie skorzystał z systemu VAR. Każda sporna sytuacja w meczu sprawdzana jest przez sędziów przed monitorami. Jeśli arbiter na murawie otrzymuje od VAR sugestię, by przeanalizować coś na monitorze, nie może takiej informacji zignorować. Przecież po to właśnie jest tych czterech dodatkowych, niezależnych asystentów, by główny słuchał ich podpowiedzi. Gdy zarówno po meczu Argentyny z Islandią, jak i Niemców ze Szwedami patrzyliśmy na ukazujące się w polskim internecie opinie ekspertów i pseudoekspertów, nie mogliśmy w to uwierzyć. Nie mieliśmy pomysłu, jak się do tego odnieść. I czy w ogóle to robić. Kto zna protokół i praktykę, ten nigdy nie wygłosiłby opinii, że sędzia zignorował VAR. A jeśli ktoś o nas tak mówi, to ja pytam: dlaczego kłamie? Bo to po prostu kłamstwo – bronił się wtedy na łamach „WP Sportowe Fakty” Marciniak.

Przyjęło się, że jeśli arbiter biegnie do monitora, to zwykle zmienia decyzję. Sędzia z Płocka wyłamuje się z tego trendu. Zachowuje w tym wszystkim zdrowy rozsądek i trzeźwy osąd na sytuację. Efekt jest taki, że Marciniak to obecnie najlepszy sędzia na świecie i to nie tylko nasze zdanie, lecz także opinia udokumentowana przez Międzynarodową Federację Historyków i Statystyków Futbolu (IFFHS). W odstępie pół roku poprowadził finały mistrzostw świata i Ligi Mistrzów. Tylko jeden arbiter w historii futbolu dokonał podobnej sztuki (Howard Webb). Marciniak nie dał się zwariować i na boisku najpierw myśli samodzielnie, a w ostateczności konsultuje się z VAR.

Reklama

Cztery możliwości interwencji VAR

Sam system wideoweryfikacji stał się problematyczny ze względu na zapisy, które znajdują się w jego protokole. Pokażemy to na przykładach.

Zasada pierwsza: Sędzia asystent wideo (VAR) jest członkiem zespołu sędziowskiego mającym niezależny dostęp do obrazu transmitowanych zawodów i może wspierać sędziego tylko w przypadku „jednoznacznego i oczywistego błędu” lub „pominiętego poważnego zdarzenia” w odniesieniu do sytuacji:

a. bramka/nie ma bramki,

b. rzut karny/brak rzutu karnego,

c. bezpośrednia czerwona kartka (nie dotyczy drugiego napomnienia),

d. błędna identyfikacja (gdy sędzia napomina lub wyklucza niewłaściwego zawodnika przewiniającej drużyny).

Co to oznacza w praktyce? Gdy Josue, według sędziego Damiana Sylwestrzaka, faulował Aleksandrosa Katranisa, zasługiwał na żółty kartonik, który w konsekwencji skutkował czerwoną. Zgodnie z protokołem system VAR nie mógł interweniować, gdyż sytuacja nie dotyczyła bezpośredniej czerwonej kartki. W konsekwencji błędu arbitra Legia Warszawa musiała przez ponad czterdzieści pięć minut grać w osłabieniu z Piastem Gliwice. Mecz zakończył się remisem 1:1.

W drugiej części tego spotkania, a także w analizie pomeczowej wielokrotnie z ust komentatorów i ekspertów padały słowa, że sędzia Sylwestrzak stracił kontrolę nad meczem. Łącznie pokazał dziesięć żółtych kartek i wyrzucił na trybuny dwóch członków sztabu szkoleniowego Legii: Przemysława Małeckiego i Konrada Paśniewskiego. W pomeczowym wywiadzie dla Canal+ arbiter przyznał się do popełnionego błędu, ale czy w rzeczywistości w sytuacji z końca pierwszej połowy stracił kontrolę nad meczem? O świadomość wymykania się spotkań arbitrom zapytaliśmy byłych i obecnych rozjemców.

Jak jest z utratą kontroli nad meczem?

Rafał Rostkowski: – Na pewno są momenty, kiedy sędziowie częściowo tracą kontrolę, ale to bardzo szerokie pojęcie. Arbiter może i powinien próbować zapobiegać pewnym sytuacjom, ale nie zawsze jest to możliwe. Sędziowie są przede wszystkim od tego, aby reagować na wydarzenia boiskowe, prowadzić mecz, a nie „kontrolować poszczególnych zawodników”. Rozróżniłbym również dwa pojęcia: kontroli nad meczem w opinii sędziego, sędziowskiego obserwatora czy eksperta i kontroli w odczuciu na przykład kibica. To są dwa zupełnie różne obozy, bo dla jednych na przykład duża liczba kartek może wynikać z odpowiedniego zarządzania zawodnikami i dobrego prowadzenia meczu, a drugim duża liczba kartek kojarzy się z utratą kontroli. Natomiast w rzeczy samej liczba kartek nie określa kontroli nad danym spotkaniem czy braku kontroli, a jest jedynie pochodną postępowania zawodników. Najczęściej utrata kontroli nad meczem następuje, gdy sędzia ma naiwne podejście, że poprowadzi spotkanie bez kartek i „weźmie to na autorytet”. Takie sędziowanie często kończy się katastrofą.

To, czy sędzia będzie mógł w pełni kontrolować wydarzenia boiskowe, czy nie, w dużym stopniu zależy od zawodników. Jeśli są nastawieni na jakiś cel, np. chcą wygrać jakiś bardzo ważny dla nich mecz, i od samego początku próbują wszelkich możliwych sposobów, by to zrobić, również tych nielegalnych, to często do bólu testują sędziego. Faulują, łamią przepisy i sprawdzają sędziego, na ile mogą sobie u niego pozwolić. Testują, kiedy gwizdnie, co toleruje. Jeśli sędzia oszczędza kartki, to piłkarze idą dalej, dochodzi do poważniejszych fauli, kolejnych przewinień, następuje eskalacja i wtedy naprawdę trudno utrzymać kontrolę nad meczem. Zdarza się, że sędziowie nie są już w stanie zapanować nad sytuacją. Większość sędziów, przynajmniej tych doświadczonych, zdaje sobie sprawę, który błąd lub błędy doprowadził do utraty kontroli.

Tomasz Musiał: – Czasami faktycznie mam poczucie, że tracę kontrolę nad meczem. Nie wiem, czy wtedy komentatorzy też to widzą, bo czasem po prostu spotkanie się zaostrza. Wpływ na utratę kontroli mają zachowania zawodników, ostrzejsza gra, ale również twoja słabsza postawa, którą prowokujesz złymi decyzjami. Najważniejsze wtedy, żeby wrócić do odpowiedniej dyspozycji i skupienia, bo najgorszą rzeczą, jaką można wtedy zrobić to naprawa błędu kolejnym błędem. Dużą rolę mają małe decyzje, które rzutują na przebiegu dalszego spotkania. Jednym z takich zagrożeń jest m.in. przedłużająca się analiza VAR. Oczekiwanie powoduje nerwowość u piłkarzy, sztabów, ale też u mnie. Gdy jesteś w środku meczu, w pełni skupiony na grze i musisz czekać długie minuty, bo tak się wtedy to czuje, na wideoweryfikację, to nie pomaga, a wzmaga poddenerwowanie. Myślę jednak, że już w świadomości wszystkich utrwaliło się, że lepiej spojrzeć na sytuację dwa razy, niż podjąć szybciej złą decyzję. Nikt nie wybaczyłby takiego błędu, natomiast długość oczekiwania zostanie puszczona w niepamięć.

Michał Listkiewicz: – Sędzia zdaje sobie sprawę, że mecz mu się wymyka. Ale nie winiłbym arbitra, tylko zawodników. Często sędziowanie porównuję do wychowania dziecka. Jeśli rodzic nie postawi albo źle postawi granice, co wolno, a czego nie, wtedy rodzą się problemy. Jeśli arbiter pokazuje kilkanaście żółtych i czerwonych kartek, oznacza to, że nie udźwignął tego starcia. Nie poradził sobie innymi metodami, a ma wiele środków, by ustawić sobie spotkanie. Sędziowie, kiedy popełnią błąd, muszą przejść sprawdzian charakteru i klasy, bo nie można naprawiać błędu błędem i szukać wyrównywania szans. Nie podoba mi się, że arbitrzy są w przerwie informowani o popełnionych felerach. Jestem zdania, że powinno zabierać się im telefony, żeby nie wpływało to na ich ocenę drugiej części gry. Taki arbiter obarczony jest wtedy bagażem swojej decyzji.

Piotr Lasyk: – Z perspektywy arbitra kontrola nad zawodami rozpoczyna się od podejmowania prawidłowych decyzji. Jeżeli założeniem projektu VAR jest wyeliminowanie w czasie rzeczywistym poważnych błędów, to wówczas możemy powiedzieć, że VAR może pomóc w tym aspekcie. Jednakże należy pamiętać, że podejmowanie prawidłowych decyzji to tylko jeden z wielu składników zarządzania meczem. Na to składa się wiele innych czynników. Na przykład duża liczba napomnień w spotkaniu nie będzie świadczyła o utracie kontroli, co często jest używane jako argument przez działaczy czy komentatorów. Duża liczba kartek może być wynikiem niesportowych zachowań piłkarzy, charakteru spotkania itp. Tak więc utrata kontroli nad zawodami dla różnych stron: sędziów, kibiców czy działaczy sportowych może znaczyć coś zupełnie innego. W założeniu prawidłowa praca sędziów VAR powinna być pomocna arbitrowi w zarządzaniu zawodami.

Wstrzymanie od decyzji

Wróćmy jednak do protokołu VAR.

Zasada druga: Sędzia musi zawsze podjąć decyzję, tj. sędziemu nie wolno „wstrzymać się” i następnie użyć VAR do podjęcia decyzji. Jeżeli sędzia podejmie decyzję o nieprzerywaniu gry z powodu domniemanego przewinienia, decyzja (o kontynuowaniu gry) może być poddana wideoweryfikacji.

Ta reguła doprowadza czasem do komicznych decyzji arbitrów. Napastnicy mogą stać kilka metrów na spalonym, a daje im się dokończyć akcję strzałem. Dochodzi do ewidentnych przewinień, a gwizdek i tak milczy, choć zawodnik, który zdobył sobie faulem przewagę, kontynuuje grę. Wystarczy przytoczyć tu sytuację z meczu Stali Mielec z Wartą Poznań. Zupełnie niezainteresowany piłką Dario Vizinger odpycha Michała Matrasa, czym zdobywa pozycję i oddaje strzał.

Przeciąganie akcji zagrożeniem

Już po ewidentnym przewinieniu Chorwata gra powinna zostać przerwana. Przeciąganie takich sytuacji powoduje potencjalne zagrożenie kontuzją. Takie sytuacje są incydentalne, ale nie można ich lekceważyć.

Takie przeciągnie akcji generuje również duże ryzyko innych niepożądanych zdarzeń, np. kontuzji w kontynuowanej akcji, która powinna zostać przerwana dużo szybciej. Dotyczy to nie tylko sytuacji z faulem, ale w przypływie frustracji za przewinienie zawodnik może uderzyć rywala. Autorzy protokołu VAR nie przewidzieli takich konsekwencji. Piłka w czasach varowskich jest również odzierana z emocji i niektóre państwa jak Szwecja celowo zrezygnowały z wideoweryfikacji – wyjaśnia Listkiewicz.

VAR stał się również wymówką dla sędziów przed podejmowaniem jednoznacznych decyzji. Daniel Stefański w meczu Ligi Europy między Marsylią a AEK Ateny w sytuacji ewidentnej pokazał bramkarzowi Cicanowi Stankoviciowi żółtą zamiast czerwonej kartki. Skórę arbitrowi uratował Tomasz Kwiatkowski, wzywając swojego kolegę na VAR, dzięki czemu mógł wycofać się ze swojej błędnej oceny. A dowodzi temu trzecia zasada protokołu VAR: Pierwotna decyzja podjęta przez sędziego nie zostanie zmieniona, jeśli wideoweryfikacja wyraźnie nie pokaże, że jego decyzja była „jednoznacznym i oczywistym błędem”.

Ile powinna trwać weryfikacja?

Skoro znajdujemy się ponownie przy przepisach dotyczących wykorzystania systemu wideoweryfikacji, przywołajmy jeszcze jedną zasadę, która z biegiem czasu stała się problematyczna i szczególnie uciążliwa dla widzów.

Zasada szósta: Nie ma limitu czasowego na przeprowadzenie procesu wideoweryfikacji. Precyzja jest ważniejsza niż szybkość. 

Oznacza to, że dla dobra podjęcia decyzji sędziowie mogą zerkać na powtórki i kilkanaście minut. Takich skrajnych przypadków nie ma i zwykle zajmuje to znacznie mniej. Dodatkowo arbitrzy ćwiczą jak najsprawniejsze przeprowadzanie analiz, a składa się na to nie tylko wezwanie sędziego głównego, ale również wybranie odpowiedniej powtórki z kilku ujęć kamery, odtworzenie w zwolnionym tempie i naturalnej prędkości, a także finalne podjęcie decyzji. Jak długo powinna trwać jednak wzorcowa analiza?

Z jednej strony można założyć, że jeżeli zdarzenie jest weryfikowane zbyt długo, oznacza, że mamy do czynienia z sytuacją niejednoznaczną. Jeżeli jest niejednoznaczna, to należy się zastanawiać, czy interwencja VAR jest zasadna. Z drugiej strony musimy pamiętać, że finalnie najważniejsze jest podjęcie prawidłowej decyzji. Długi czas weryfikacji może wynikać również z innych aspektów, tj. np. czynnik technologiczny. Może pojawić się trudność w znalezieniu odpowiedniej kamery do danej sytuacji czy w narysowaniu linii spalonego. W Lidze Mistrzów pracuje się na innym systemie niż w Polsce, tam namalowanie linii spalonego odbywa się automatycznie i trwa dosłownie sekundy. Cały czas pracujemy nad zminimalizowaniem czasu weryfikacji, zależy nam na tym, aby sprawdzanie sytuacji nie miało wpływu na płynność gry – mówi nam Lasyk.

Prawie 7 minut bez gry

Co, jeśli sytuacja nie jest zerojedynkowa? Analiza i jej reperkusje mocno się dłużą, co mogliśmy oglądać m.in. w starciu Jagiellonii Białystok z Zagłębiem Lubin. W polu karnym gości doszło do zderzenia Tomasza Makowskiego z Jarosławem Kubickim (37 minuta i 46 sekunda meczu). Sytuacja była stykowa, sędzia Bartosz Frankowski początkowo na nią nie zareagował i gra została przerwana dopiero po 11 sekundach ze względu na faul ofensywny. Nie wznowiono jej od razu, a czekano aż do 39 minuty i 11 sekund, żeby arbiter zasygnalizował, że konieczna jest wideoweryfikacja. Sama analiza trwała trzy minuty i sześć sekund, lecz należało czekać kolejną minutę, zanim Afimico Pululu wykonał jedenastkę. Natomiast samo wznowienie gry nastąpiło w 44 minucie i 13 sekundzie. Łącznie wszystko trwało sześć minut i 27 sekund!

Tak długie przerwy zniechęcają kibiców do oglądania meczów. Żyjemy w czasach, w których ciężko utrzymać uwagę człowieka na 60 sekund, a mecze piłkarskie zmierzają w zupełnie przeciwnym kierunku. Wydłuża się je i niekiedy połowy spotkań trwają po 60 minut. W przypadku spotkania Jagiellonii z Zagłębiem do pierwszej części gry doliczono siedem minut, ale zdarzały się już mecze, gdzie łącznie grano o kwadrans dłużej.

VAR ma sprawić, że gra będzie bardziej sprawiedliwa, co z pewnością w pewnym stopniu się udało. Ale traci się inne ważne elementy, jak dynamikę czy spontaniczność. Kilkuminutowa przerwa, w której ludzie na stadionie nie wiedzą, co się dzieje, po prostu nie poprawia rozrywkowego charakteru meczu. Czy naprawdę tego chcemy? – pytał w „11Freunde” Bo Svensson, były już trener Mainz.

Zrozumienie VAR a challenge w piłce

Jeszcze mniejszą rozrywkę daje pojęcie wszystkich przepisów gry w piłkę nożną dotyczących sędziowania. Drobne niuanse, które są regularnie zmieniane, rzutują na postrzeganiu i odbiorze meczów. Wciąż panuje duże niezrozumienie dla podstawowych zasad, a co dopiero sposobu funkcjonowania systemu VAR. Opór na wiedzę, w jaki sposób wideoweryfikacji można użyć, widać wciąż w środowisku zawodników, choć są oni regularnie szkoleni w tym zakresie.

Czasami oczekiwania świata futbolu wobec VAR są nieadekwatne do założeń projektu. Pamiętajmy, że protokół VAR jest częścią Przepisów Gry i dokładnie określa, w jakich ramach możemy się poruszać. Odnoszę wrażenie, że w aspekcie ich znajomości, a co za tym idzie i protokołu VAR, wśród kibiców, piłkarzy czy działaczy są jeszcze duże rezerwy. Kwiatek [Tomasz Kwiatkowski przyp. red.] ostatnio opowiadał mi, że jeden z trenerów grup młodzieżowych zadał mu pytanie odnośnie do sytuacji mającej miejsce podczas meczu Ekstraklasy, dlaczego trener nie mógł wziąć challenge’u? To trochę obrazuje, ile mamy jeszcze do zrobienia w tym obszarze – tłumaczy Lasyk.

Między innymi ignorancja na przepisy sprawia, że wszystkie sporne decyzje podawane są w wątpliwość. Arbitrzy znajdują się niemal non-stop na cenzurowanym. Dodatkowo na niższych szczeblach rozgrywkowych wzrosła liczba ataków fizycznych na sędziów, co miało miejsce chociażby tydzień temu w Skalbmierzu, w starciu miejscowej Victorii z Grodem Ćmińsk.

Zaprzepaszczony efekt Marciniaka

Nie podoba mi się stosunek do sędziów. Efektem tego jest coraz więcej aktów agresji, pobić arbitrów, wyzwisk, co w dawnych czasach było nie do pomyślenia. W rezultacie efekt Marciniaka, którego się spodziewaliśmy, czyli nowych sędziów na fali sukcesów Szymona Marciniaka, minął. Przyszło wielu kandydatów, ale szybko rezygnują, gdy zderzają się z realiami – kończy Listkiewicz.

Pogorszył się nie tylko stosunek do sędziów, ale również relacje w samym środowisku. Rywalizacja o kontrakt zawodowy między arbitrami z końcówki rankingu, a tymi aspirującymi, także powoduje problemy. Wszystkie błędy popełnione w meczu spadają na konto sędziego głównego, bez względu na podpowiedzi lub ich brak z wozu. Wszystko sprowadza się do tego, że PZPN nigdy nie wprowadził tego, o czym głośno mówił od początku wdrażania wideoweryfikacji, czyli stałych sędziów VAR. To ograniczyłoby możliwość recenzowania pracy kolegów z boiska. W końcu teraz jednego dnia arbiter prowadzi spotkanie jako główny, a drugiego ogląda wszystko jako VAR. Generuje to wzajemne oskarżenia, pretensje i scysje, o czym nie mówi się głośno.

Stopniowo wkraczamy w okres, kiedy sędziowie będą w jeszcze większym stopniu uzależnieni od VAR z racji braku odpowiedniej praktyki  w prowadzeniu meczów bez systemu wideoweryfikacji. Coraz więcej arbitrów po prostu nie będzie znało czasów przed erą VAR. Oznacza to, że ich autorytet będzie słabł, o ile nie zwiększone zostaną kompetencje systemu analiz wideo. Obecnie mamy tylko cztery sytuacje, w których może interweniować i trwają dyskusje nad powiększeniem tej liczby. Pytanie, czy nie zabije to całej przyjemności z oglądania futbolu przez notoryczne przerwy na analizy. Cały czas możemy wybrać drogę Szwecji i zrezygnować z wideoweryfikacji, choć to dość utopijne myślenie, w końcu VAR przyniósł zdecydowanie więcej dobrego niż złego.

WIĘCEJ O SĘDZIOWANIU:

Fot. Newspix

Urodzony z piłką, a przynajmniej tak mówią wszyscy w rodzinie. Wspomnienia pierwszej koszulki są dość mgliste, ale raz po raz powtarzano, że był to trykot Micheala Owena z Liverpoolu przywieziony z saksów przez stryjka. Wychowany na opowieściach taty o Leszku Piszu i drużynie Legii Warszawa z lat 80. i 90. Były trzecioligowy zawodnik Startu Działdowo, który na rzecz dziennikarstwa zrezygnował z kopania się po czole. Od 19. roku życia związany z pisaniem. Najpierw w "Przeglądzie Sportowym", a teraz w"Weszło". Fan polskiej kopanej na różnych poziomach od Ekstraklasy do B-klasy, niemieckiego futbolu, piłkarskich opowieści historycznych i ciekawostek różnej maści.

Rozwiń

Najnowsze

Ekstraklasa

Musiolik: Podolski jest bezcenny. Nie ma takich ludzi w polskiej piłce

Jan Mazurek
0
Musiolik: Podolski jest bezcenny. Nie ma takich ludzi w polskiej piłce
Ekstraklasa

Podolski potwierdził, że ktoś nasłał na niego policję. „To znaczy, że się mnie boją”

Patryk Fabisiak
2
Podolski potwierdził, że ktoś nasłał na niego policję. „To znaczy, że się mnie boją”

Ekstraklasa

Ekstraklasa

Musiolik: Podolski jest bezcenny. Nie ma takich ludzi w polskiej piłce

Jan Mazurek
0
Musiolik: Podolski jest bezcenny. Nie ma takich ludzi w polskiej piłce
Ekstraklasa

Podolski potwierdził, że ktoś nasłał na niego policję. „To znaczy, że się mnie boją”

Patryk Fabisiak
2
Podolski potwierdził, że ktoś nasłał na niego policję. „To znaczy, że się mnie boją”

Komentarze

33 komentarzy

Loading...