Reklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • Reklama
Reklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • Reklama

Sandecja. Spalarnia pieniędzy z Nowego Sącza [REPORTAŻ]

Jakub Białek

Autor:Jakub Białek

27 listopada 2023, 10:40 • 68 min czytania 42 komentarzy

Nie potrafi na siebie zarobić. Tylko w 2023 roku miasto musiało przelać jej 10 milionów złotych. Nie potrafi też wydawać. Spadła z pierwszej ligi i jest na drodze do spadku z drugiej. Za jedno zwycięstwo w lidze podatnicy płacą około miliona złotych. W Nowym Sączu miała powstać spalarnia śmieci, ale powstała spalarnia pieniędzy. Nazywa się Sandecja i jest klubem piłkarskim.

Sandecja. Spalarnia pieniędzy z Nowego Sącza [REPORTAŻ]

Reportaż o Sandecji Nowy Sącz

Zastanówmy się na spokojnie: czy istnieje w polskiej piłce bardziej zdemoralizowany klub niż duma Nowego Sącza?

Ratusz regularnie przelewa miliony na konto miejskiego klubu. 

2023: 10 milionów złotych.
2022: 7,5 milionów złotych.
2021: 5 milionów złotych
2020: 2 miliony złotych
2019: 6 miliony złotych
2018: 7,8 miliony złotych

38,3 milionów złotych z kieszeni podatnika na konto klubu przez sześć lat.

Reklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • Reklama
Reklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • Reklama

Jeśli policzymy od 2009 roku, kiedy to „Sączersi” awansowali na zaplecze Ekstraklasy, miasto wydało na ich funkcjonowanie 60 milionów. Drugie tyle kosztuje stadion, który buduje się od 2017 roku, ale wciąż nie może powstać.

Sandecja spełnia wszystkie kryteria modelowej spalarni pieniędzy. Miasto da jej dokładnie tyle, ile sobie zażyczy, nie stawiając przy tym żadnych warunków. Władze klubu nie słyszą, że to już ostatni raz. Wręcz przeciwnie. 

Wiceprezydent Nowego Sącza Artur Bochenek mówi wprost na sesji rady miasta: – Każdego roku będziemy wydawać na klub kilka milionów złotych.

Niektórzy patrzą na niego ze zdziwieniem, ale on kontynuuje: – Każdego roku będzie to samo. Będą wiosenne i jesienne prośby do rady miasta.

I dalej: – Dyskutowanie o tym, czy przyznawać klubowi środki, jest bez sensu. Jeśli chcecie, żeby klub istniał, trzeba wydać co roku kilka milionów złotych.

Przekaz jest jasny: cokolwiek się wydarzy, miasto zamierza płacić.

Reklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • Reklama
Reklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • Reklama

Ale czy musi tak być?

Nowy Sącz to zagłębie polskich milionerów. Żyje ich tam aż 560. W teorii w żadnym innym polskim mieście nie powinno być łatwiej o znalezienie partnerów biznesowych, którzy chcą się reklamować przy największym klubie sportowym w regionie. Tymczasem żaden klub pierwszej ligi w sezonie 2022/2023 nie miał tak niskich przychodów jak Sandecja, która ma dziś ledwie siedmiu małych sponsorów.

Klub jest skrajnie nierentowny. Zarabia trzy miliony rocznie. Wydaje dziesięć. Z pełną premedytacją zakłada w budżecie siedmiomilionową stratę, bo wie, że miasto załata każdą dziurę. Tak jest co roku.

Sandecja nie kosztowałaby mieszkańców tak dużo, gdyby była dobrze zarządzana. Władze klubu nie muszą się starać, bo zawsze dostaną od ratusza tyle, o ile poproszą.

Samorządowcy nie pozwolą na upadek Sandecji, bo klub piłkarski to dla nich oręż wyborczy. Od lat zbijają na nim kapitał polityczny. 

Koło się zamyka.

Płacą podatnicy.

Układ nie ma granic. Samorządowcy świadomie marnotrawią pieniądze podatników i spełniają przy tym swoje partykularne interesy. Ich działania nie są postrzegane jako nieudolność, a raczej jako wyższa konieczność. Choć nie ma perspektyw na to, że Sandecja zacznie na siebie zarabiać, Nowy Sącz dalej zamierza wyrzucać na nią prawdziwą fortunę.

Ile milionów musi jeszcze spłonąć?

Od zawsze zastanawiałem się, co siedzi w głowach miejskich polityków, którzy z pełną świadomością godzą się na utrzymywanie tak patologicznie nierentownych biznesów z miejskich pieniędzy.

O tym jest ten reportaż.

222% przychodów na pensje

Istnieje roczny limit wydatków na Sandecję? – pytam wiceprezydenta Nowego Sącza.

Artur Bochenek:W tym roku został już osiągnięty.

– Dziesięć milionów i ani złotówki więcej?

Artur Bochenek: Nie mam zamiaru przekraczać tej kwoty.

– Jak długo Nowy Sącz będzie łożył na klub tak wielkie pieniądze?

Artur Bochenek:Dopóki miasto nie znajdzie prywatnego sponsora bądź inwestora strategicznego, dopóty musimy liczyć się z wydatkami rzędu kilku milionów złotych rocznie, jeśli chcemy się utrzymać w drugiej lub pierwszej lidze. Może to być siedem milionów, może to być inna kwota. Na pewno będą to wydatki milionowe.

Wiosną Sandecja wygrała tylko trzy mecze. Spadła z pierwszej ligi z ostatniego miejsca. Jesienią, grając o szczebel niżej, wygrała ich cztery. Znów jest na szarym końcu tabeli. Cierpliwości do trenera starczyło jej na trzy kolejki. Tomasz Kafarski został pożegnany na korytarzu. To wyraz ambicji o szybkim powrocie na zaplecze.

Tabela z 90minut.pl

Ludomir Handzel, prezydent Nowego Sącza, jasno wyznaczył cele przed sezonem: – Celem Sandecji jest walka o awans do I ligi.

Na pierwszy rzut oka brzmi to logicznie. Sandecja spadła do drugiej ligi po czternastu latach. Jeden sezon spędziła nawet w Ekstraklasie.

Tylko czy ona w ogóle pasuje do tego poziomu?

Pierwsza liga jeszcze nigdy nie miała tak wielkich przychodów jak w sezonie 2022/2023 (łącznie 194 miliony złotych według raportu Grant Thornton). Sandecja, mówiąc delikatnie, nie dołożyła wielkiej cegiełki do tej rekordowej sumy. Jej przychody w zeszłym sezonie to trzy miliony złotych.

Przyjęło się, że zdrowo zarządzany klub nie wydaje na wynagrodzenia więcej niż siedemdziesiąt procent przychodów. Aż trzynastu pierwszoligowców nie przekroczyło tego pułapu. Najmniejszy procent notuje Stal Rzeszów, gdzie budżet płacowy pochłania tylko 20% przychodów klubu. Stawkę zamyka Sandecja. Jej wydatki na wynagrodzenia w sezonie 2022/2023 wynosiły 222% przychodów.

222% przychodów!!!

222% przychodów!!!!!!!!!

Raz jeszcze.

Przychody: 3 miliony złotych.
Uposażenia: 6,66 milionów złotych.

Pytamy o te szokujące kwoty prezesa klubu. 

Miłosz Jańczyk, prezes Sandecji Nowy Sącz: To nie jest 222% naszego budżetu. Taki przekaz idzie w świat. 

– Nie? Zapytam konkretnie: czy w sezonie 22/23 mieliście trzy miliony przychodów, nie licząc miejskiego dokapitalizowania, a wydaliście na wynagrodzenia 6,66 milionów złotych? 

Miłosz Jańczyk: Tak, zgadza się. Za przychód nie jest liczone dokapitalizowanie, które miasto przekazało nam w formie emisji nowych akcji.

– Innymi słowy: zarabiacie na siebie trzy miliony złotych, a miasto przekazuje wam rocznie o wiele więcej. To nie jest zdrowe. 

Miłosz Jańczyk: – Trzeba wziąć pod uwagę sytuację, w której się znajdujemy. My przecież trzeci sezon gramy na wyjeździe. Nie mamy własnego stadionu, kibiców, wpływów z dnia meczowego. Wpływy od sponsorów adekwatnie się pomniejszyły. Ponosimy koszty z tytułu grania poza Nowym Sączem. Są one bardzo duże. 

– W trakcie procesu licencyjnego miasto zapewnia wypłacalność stosownym dokumentem, czyli promesą. Nowy Sącz jest naszym gwarantem. To nie tak, że planuję budżet, nie mając pokrycia i zapewnienia, że będę miał środki.

– Kto wystawia taki dokument?

Miłosz Jańczyk:Właściciel klubu, czyli miasto Nowy Sącz.

– Właściciel klubu nie może mieć pewności, że rada miasta przegłosuje dofinansowanie.

Miłosz Jańczyk: W teorii nie, aczkolwiek to też nie jest tak, że temat finansowania Sandecji jest czymś, czego nikt się nie spodziewa i na sesji zaskakujemy tym radnych. Wcześniej tematem zajmują się stosowne komisje w radzie miasta, m.in. komisja sportu czy finansów. Tam te sprawy są omawiane i weryfikowane. Zaznaczam, że wszyscy radni zawsze wypowiadają się w takim tonie, że zależy im na Sandecji, jej istnieniu w polskiej piłce i jak pokazuje historia zawsze głosowania kończą się uzyskaniem przez klub niezbędnego do funkcjonowania dofinansowania.

– Dostaliście od miasta rekordowe dziesięć milionów.

Miłosz Jańczyk: Na papierze ładnie to brzmi, dziesięć milionów. Jednak to nie jest tak, że nagle pieniądze wpadają na konto i żyjemy chwilą. Sezon piłkarski i nasz okres obrachunkowy nie idą w parze. Dostając pieniądze musimy brać pod uwagę wiele czynników, z którymi mierzymy się w ciągu całego roku. Czas pokazał, że spadek do niższej klasy rozgrywkowej mocno skomplikował nasze założenia finansowe.

Co, jeśli radni z jakiegoś powodu jednak zablokowaliby pieniądze? Kto zapłaciłby za pensje, które kosztują klub 222% przychodów?

Sikający rycerzyk

Nowosądecka scena polityczna to wymagające uniwersum. Wiele mówi o nim historia o sikającym rycerzyku, która idealnie wprowadzi was w klimat.

W 2008 roku na ruinach zamku w Nowym Sączu stanęła figurka sikającego rycerzyka. Miała nawiązywać do legendy o magicznym źródełku, które podobno bije spod tamtejszej twierdzy. Posąg powstał z inicjatywy Jerzego Gwiżdża, byłego prezydenta miasta, który ufundował go ze swoich prywatnych środków. Sikający posąg, jak to sikający posąg, jednych śmieszył, drugich oburzał, trzecich żenował, a pozostali nie zwracali na niego uwagi.

Gwiżdż to pierwszy prezydent Nowego Sącza po 1989 roku (jedna kadencja, 1990-1994). Po ustąpieniu ze stołka trafił do sejmu, ale wciąż aktywnie uczestniczył w życiu samorządu, zasiadał w radzie miasta i prezesował miejskiej spółce. Popierała go partia, która dziś jest uznana w Nowym Sączu za największą opozycję. Gwiżdż schował się już w cieniu. Nie kandyduje. Stracił wpływy.

Ale jego rycerzyk dostał w 2021 roku drugie życie.

Obecnie panujący prezydent Ludomir Handzel i jego ludzie zdecydowali o budowie parkingu na rogu ulicy Młyńskiej i Matejki. Duża działka mogłaby pomieścić trzydzieści aut, lecz samorząd zaprojektował przestrzeń dla dziesięciu pojazdów. Obok niej powstał „skwer”. Ów „skwer” to po prostu cztery stojące na przeciwko siebie ławki, kosz na śmieci, kostka brukowa i… sikający rycerzyk. Dokładnie ten, który podarował miastu prezydent Gwiżdż. Został przeniesiony z turystycznego miejsca. Tak zdecydowali politycy.

„Skwer” powstał tuż przy ogrodzeniu prywatnej posesji.

Na tej posesji mieszka Jerzy Gwiżdż.

Tak, miejskie władze przeniosły kontrowersyjną figurkę pod dom byłego prezydenta, tylko po to, żeby uprzykrzyć mu życie. Na ławkach wokół posągu, umiejscowionych na skwerku na uboczu, regularnie zbiera się towarzystwo, niekiedy szemrane, co zakłóca spokój mieszkańca pobliskiej posesji. Gwiżdż napisał petycję do radnych, w której prosił o usunięcie posągu. Bez skutku. Emerytowany polityk poruszył media. Sprawa trafiła nawet do głównego wydania „Faktów” w TVN.

Obejrzyjcie.

Gwiżdż żali się w telewizji: – Odnotowaliśmy jednego golasa. Lądują [na posesji – red.] butelki po winie, po wódce. (…) Dlaczego rycerzyk został przeniesiony? Ze zwykłej złośliwości. Żeby mi zrobić na złość.

Przynależący do obozu władzy radny Krzysztof Ziaja zachwala rycerzyka w TVN: – Pięknie komponuje się z tym parkingiem, z tym miejscem. Cieszy oko zarówno okolicznych sąsiadów, jak i wszystkich sądeczan.

Istna groteska.

Rycerzyk wywołał jedną z najgorętszych dyskusji na radzie miasta w ostatnich miesiącach. Opozycja domagała się usunięcia figurki. Obóz władzy wyjaśniał przy użyciu pozornie rzeczowych argumentów, dlaczego nowy parking to idealne miejsce dla rycerzyka. Poważni, wydawałoby się, ludzie zachowują się jak duże dzieci w piaskownicy. A rycerzyk dalej „cieszy oko sądeczan” pod domem byłego prezydenta, który w weekendy zbiera z podwórka puste butelki. 

Skoro pretekstem do politycznej wojny w Nowym Sączu może stać się sikająca figurka, to dlaczego miałaby nią nie być Sandecja, która rozpala wyobraźnię mieszkańców w nieporównywalnie większym stopniu?

Jak wygląda sesja rady miasta Nowego Sącza?

Październik 2023 roku, sesja rady miasta. Samorządowcy głosują nad przyznaniem Sandecji kolejnych 2,5 milionów złotych. Klubowi przekazano już w tym roku 7,5 miliona. Łącznie będzie więc dziesięć.

To sporo pieniędzy. Powinny robić wrażenie, nawet jeśli wydajesz je czwarty raz w ciągu roku na ten sam cel. Skoro miejscy radni decydują o takich sumach, to możemy w ciemno zakładać, że ich ostateczny werdykt poprzedza jakaś rzeczowa dyskusja, analiza oparta na liczbach i merytoryczne argumenty?

Teoretycznie tak powinno być.

A jak jest?

Oto streszczenie „debaty” miejskich radnych, która poprzedza decyzję o kolejnym dofinansowaniu dla nowosądeckiego klubu. Dyskusja, która trwa około pięćdziesiąt minut, jest kompletnie niepoważna. Radni niczego nie ustalili, do niczego nie doszli, niczego się nie dowiedzieli, aż nagle okazało się w pół zdania, że muszą głosować. Ci sceptyczni zadawali rzeczowe pytania, ale nikt nie udzielił na nie odpowiedzi. Ci przychylni, wzorem wiceprezydenta, wychodzili z założenia, że „dyskutowanie o tym, czy przyznawać klubowi środki, jest bez sensu”. Skoro tyle razy już o tym dyskutowali i zawsze na koniec większość wciskała zielony przycisk, to po co robić to jeszcze raz?

Jako pierwszy głos zabiera radny Michał Kądziołka. Twierdzi, że gdy latem głosował za dofinansowaniem dla Sandecji, był zapewniany, że do końca roku klubowi nie będzie potrzebne już żadne wsparcie. Domaga się, by na sali pojawiał się w takich momentach prezes spółki, choćby po to, by powiedzieć wszystkim, dlaczego klub znowu potrzebuje pomocy.

To nie jest wirtualne zarządzanie jak w Football Manager czy w FIFIE. Pan prezes powinien znaleźć czas, by się z nami spotkać i porozmawiać – krytykuje radny.

Pyta, na co będą przeznaczone pieniądze, o których losie ma decydować. Chce się dowiedzieć, jak wzrosły koszty operacyjne organizacji i dlaczego ratusz ma wspomagać ją rekordową kwotą. 

Prezesa klubu nie ma wśród zgromadzonych. Odpowiada radny Jakub Prokopowicz, który nie ukrywa, że wywodzi się ze środowiska kibiców. Jest w ofensywnym nastroju. Mówi, że dawno nie widział radnego Kądziołki na meczu. Zarzuca mu, że ten nie chodzi na Sandecję i zachęca go do przyjścia na kolejkę ligową. To ma dyskredytować jego krytyczny głos o finansowaniu klubu z miejskich środków.

Obecność zarządu Sandecji na sesji rady miasta? Prokopowicz wyśmiewa: – To taki problem zadzwonić do prezesa i się spotkać? Ja dzwonię do niego i się spotykamy.

Kądziołka odpowiada w trybie ad vocem, że nie jeździ na mecze, bo ostatnio widział jak „pana radnego wyprowadzano ze stadionu”: – Nawet część ubioru spadła. Było mi wstyd.

Głos zabiera radny Grzegorz Fecko. Zaczyna od tego, że rada miasta wydaje nieswoje pieniądze, więc mieszkańcy zasługują na rzetelną i wyczerpującą dyskusję. Apeluje o nią w kilku zdaniach. Prosi o konkretną informację: jakie są przychody spółki i jaki jest w nich udział miasta? Przywołuje Puszczę Niepołomice, która awansowała do Ekstraklasy, mając jednocześnie pięć milionów przychodu w skali sezonu. To połowa tego, ile Sandecja dostała z ratusza.

Następny w kolejce Józef Hojnor stawia zarzuty. Twierdzi, że to nieeleganckie, iż klub nie jest reprezentowany przez prezesa zarządu na tak ważnym głosowaniu. Orientował się na temat wad i zalet spółki akcyjnej jako formy prawnej, twierdzi, że można z niej zrezygnować, bo jest kosztowna. Prosi o audyt prawno-finansowy.

Przypomina, że proponował kilka miesięcy temu wielką debatę o Sandecji, ale radni nie chcieli w niej uczestniczyć. „Skończyło się w okręgówce”, rzuca pod koniec, utożsamiając drugą ligę z okręgowym poziomem rozgrywkowym. Gdy później do niego dzwonimy, także nas przekonuje, że „druga liga to jak dawniej okręgówka”.

Radny Maciej Prostko chciałby brzmieć jak głos rozsądku. „To się robi nudne”, zaczyna swoją wypowiedź. Twierdzi, że radni sprowadzają dyskusję do tego, kto jest większym kibicem, a on ostatni raz był na meczu dwadzieścia lat temu. Uważa, że skoro miasto zdecydowało się wziąć na siebie prowadzenie klubu, to bierze na siebie też koszty tej decyzji.

Prostko: – Jak powiedzieliśmy A, to powiedzmy B. Dopóki nic się nie zmieni, trzeba finansować.

Odnosi się też do wspomnianej Puszczy Niepołomice: – To klasyczny przykład na to, że pieniądze nie grają.

Wojciech Piech zarzuca radnemu Prokopowiczowi prymitywne sztuczki socjotechniczne. Jego słowa o indywidualnych spotkaniach z prezesem określa „kuriozalną sugestią”. Staje w obronie tych, którzy nie chodzą na mecze Sandecji, bo oni także mają prawo do zadawania pytań. Później punktuje:

– Nie dysponujemy planem finansowym. Zarząd nam go nie przedstawił. Sam siebie nie przedstawił, a co dopiero plan. Nie przedstawił też sprawozdań kwartalnych do analizy. Nie wiemy nic o przyczynach wzrostu kosztów operacyjnych. Różnica na przestrzeni 2022 i 2023 roku wynosi już niemalże cztery miliony złotych. Nie wiemy, z czego się to bierze. Nie wiemy nic na temat przepływów finansowych. Nie wiemy tak podstawowych rzeczy jak to, kto płaci za wynajem stadionu Sandecji. Co w związku z tym właściciel? Czy planuje zmiany w zarządzie spółki, skoro ten jest tak nieefektywny? Warto utrzymywać spółkę w sytuacji, gdy Sandecja szoruje po dnie drugiej ligi?

Głos zabiera ponownie radny Prokopowicz. Zaczyna od personalnego ataku:

Chciałbym się odnieść do radnych Kądziołki i Piecha, ale jak zwykle podczas mojej wypowiedzi wybiegają z sali. Dobrze, że nie z płaczem. Radny Piech nie zrozumiał mojej wypowiedzi. Może poszedł sobie do toalety po to, żeby ją zrozumieć?

Dalej Prokopowicz przypomina o sukcesach klubu. „Coraz lepiej radzi sobie akademia”. „Zespoły U-19 i U-17 grają w CLJ”. Mówi o rosnącej liczbie szkolonych dzieci. Swój wywód puentuje stwierdzeniem „Sandecja była przed nami i będzie po nas”.

Jako przedostatni głos zabiera Artur Czarnecki, czyli wiceprzewodniczący rady.

Widzimy, jakie środki wydane są na reprezentację Polski. I też mamy problem – zauważa w przypływie bezradności.

Szuka przyczyn marazmu. „Być może to przejściowe zawahanie”. „Szczęścia może brakuje”.

Puentując wywód wypala: – Jeżeli ktoś jest przeciwny, niech złoży na piśmie projekt o rozwiązanie klubu Sandecja. Dlaczego do tej pory nie ma takiego odważnego? Do krytyki jest wielu.

Na koniec ostra i zdecydowana przemowa Artura Bochenka, wiceprezydenta miasta. Popiera ostatnie słowa przedmówcy: jeśli się komuś nie podoba, faktycznie może złożyć wniosek o rozwiązanie spółki. To droga dla sceptyków. Twierdzi, że trzeba płacić na Sandecję i nic się z tym nie zrobi. Im szybciej każdy się z tym pogodzi, tym lepiej.

Procentowo wyglądało to następująco:

Pytania, na które nikt nie odpowiedział: 40%
Wycieczki personalne: 30%
Off topic: 15%
Gadanie o tym, że nie ma co gadać: 15%

Jeden obóz chciał się dowiedzieć, na co mają zostać przeznaczone te 2,5 miliona. Mimo że nie otrzymał żadnej odpowiedzi, nakazano mu głosować. Radni protestowali. Żadna z ich wątpliwości nie została rozwiana. Twierdzą, że nie mają żadnej wiedzy na temat finansów Sandecji, a każe im się decydować o milionach.

Drugi obóz sądził, że już wszystko zostało powiedziane i nie ma co przedłużać.

Przewodniczący jest nieubłagany.

Głosowanie.

Dziesięciu radnych jest za.
Jeden się wstrzymał.
Dwunastu, mimo obecności na sali, nie wcisnęło żadnego przycisku.

Po wszystkim zarządzono pięciominutową przerwę.

Takim sposobem Sandecji zostały przyznane kolejne 2,5 miliona złotych.

Ta dyskusja była kompletnie niepoważna.

Dlaczego prezes klubu nie odpowie na pytania?

Radni zaadresowali podczas sesji kilka pytań do prezesa klubu, którego jednak nie było na sali. Dlaczego? Czy spadłaby mu z głowy korona, gdyby odpowiedział na kilka pytań, skoro prosi o przelanie kolejnych 2,5 milionów?

– Dlaczego nie pojawia się pan na sesjach rady miasta?

Miłosz Jańczyk: – Kluczowe prace dotyczące spraw finansowania i działalności klubu rozgrywają się w gabinecie prezesa, podczas spotkań z radą nadzorczą oraz na komisjach. Sesja to głosowanie oraz analizowanie tego, co wypracowaliśmy wcześniej. Drugi aspekt jest taki, że miasto posiada pełne i aktualne raporty o naszym stanie finansowym oraz planowanych wydatkach. Regularnie przekazuję prognozy finansowe oraz rozliczenia. Nie ma więc konieczności referowania tego na każdej sesji. Ta wiedza jest w posiadaniu władz miasta.

Konfrontujemy tłumaczenie Miłosza Jańczyka z radnym Michałem Kądziołką, który jako pierwszy na sesji rady miasta domagał się jego obecności. 

Michał Kądziołka: Nie decydujemy o własnych pieniądzach. To środki mieszkańców. Oczekuję w takiej sytuacji, że prezes klubu, który przychodzi po tak duże pieniądze, przedstawi nam, na co konkretnie chce je wydać, co chce za nie zrobić, jaki ma plan na rozwój klubu albo czy ma plan naprawczy. Prezes nie jest aktywny w poszukiwaniu sponsorów. Chcieliśmy stoczyć z nim debatę. Dać mu się wykazać. Niestety, po raz kolejny się nie pojawił. W poprzednich kadencjach nie było takich sytuacji, by prezes klubu unikał pojawiania się na sesjach rady miasta. To zupełnie nowe podejście.

– Jańczyk twierdzi, że jeśli radni chcą pozyskać wiedzę o Sandecji, to mogą pojawić się na komisji finansów.

Michał Kądziołka: – Nie przekonuje mnie takie tłumaczenie. Sesje rady miasta są transmitowane i protokołowane. Może je obejrzeć każdy mieszkaniec. Gdy zadawałem pytania, zwolennicy pana prezydenta odpowiadali, że przecież mogę umówić się z prezesem i wszystko mi powie. Nie jestem zainteresowany rozmowami w kuluarach. Chcę transparentnej debaty. Jeśli pan prezes nie ma nic do ukrycia, to powinien pojawić się na sesji i pokazać nam, że pieniądze nie są przejadane. Chcę Sandecji, która nie wyciąga rąk do urzędu, ale potrafi sobie sama radzić. Widok aktywnego prezesa, który nie mówi „dajcie”, a sam potrafi znaleźć środki… Ale to byłaby radosna chwila.

Bezsensowne bicie piany”

– To taki problem zadzwonić do prezesa i się spotkać? Ja dzwonię i się spotykam – bagatelizuje na sesji rady miasta Jakub Prokopowicz, gdy radni domagają się możliwości zadania jakiegokolwiek pytania władzom klubu.

Dzwonimy.

Jakub Prokopowicz: Kiedy Sandecja grała w Ekstraklasie niektórzy radni kreowali się na wielkich kibiców, robiąc sobie na tym PR. To był ich sposób na politykę. Dawniej kochali Sandecję, teraz na sesji ich zarzuty były śmieszne, żaden z nich nie pofatygował się do klubu, żeby porozmawiać z prezesem, nie widuje się ich już na meczach. Ich zachowanie na sesji to nic innego jak bicie piany. Ta kadencja trwa pięć lat – znamy się doskonale i wiemy, czego można się po kim spodziewać.

– Prezes nie powinien stawiać się na sesjach rady miasta, ale to radni mają spotykać się po kolei z prezesem i dowiadywać się, na co chce przeznaczyć 2,5 miliona?

Jakub Prokopowicz:  Transparentność jest potrzebna, ale niektóre dane stanowią tajemnicę spółki i powinny zostać w czterech ścianach. Wysokości kontraktów, umowy sponsorskie, wynagrodzenia sztabu to dane poufne. Temat Sandecji na sesji pojawił się już czwarty raz w tym roku, zadając te same pytania oczekiwali innych odpowiedzi? To niepoważne.

– Może pytają, bo nie dostają odpowiedzi?

Jakub Prokopowicz: – Sprawowanie mandatu radnego wiąże się z obowiązkami, ale i przywilejami  mamy wszelkie możliwości, żeby sprawdzić w spółce interesujące nas dokumenty. Wałkowanie jednego tematu dziesiąty raz nic nie zmieni, herbata od samego mieszania łyżką nie staje się słodsza. Moja postawa w głosowaniach zawsze wynika z dbałości o dobro klubu. Opozycyjnym radnym chodzi tylko o zadymę na sesji, a Sandecja to dobro wspólne i powinno być poza orbitą lokalnej walki politycznej. Miasto jest właścicielem spółki i odpowiada za jej utrzymanie. Jako rada możemy zadecydować, że przestajemy dotować spółki miejskie, wtedy one upadną. To wybór radnych. Jak jestem czegoś właścicielem, to o to dbam.

– Jeśli radny pyta, na co ma zostać przeznaczone 2,5 miliona, nad którymi głosuje, to bije pianę?

Jakub Prokopowicz: – Każdy z radnych ma doskonałą wiedzę, na co idą te środki. Nie trafiają na nic innego jak na utrzymanie działalności klubu. Wszystko jest dokładnie wyjaśnione. Niektórzy chcą po raz dziesiąty usłyszeć to samo. Autokar z piłkarzami nie zacznie nagle jeździć na powietrze. Zachowanie opozycyjnych radnych jest niepoważne.

O to samo pytamy innego radnego, Józefa Hojnora.

Józef Hojnor: Dwudziestu trzech radnych nie ma żadnej konkretnej wiedzy o tym, na co głosują.

Aż tak?

Józef Hojnor: – Najgorsze jest to, że około dwunastu radnych nawet nie chce tej wiedzy mieć. Nie rozumieją istoty funkcji, którą pełnią.

– To co wiecie?

Józef Hojnor:Jedynym przedstawionym nam argumentem jest to, że skoro się powołało spółkę, to trzeba za nią odpowiadać. Prezydent pisze uchwałę rady miasta na 2,5 mln, a na stół nie daje żadnych danych, wyliczeń czy argumentów, z których cokolwiek by wynikało. Alternatywą do dokapitalizowania spółki jest jej likwidacja.

– Prezydent kilka razy w roku pisze uchwały o dofinansowanie Sandecji, co jest obliczone na tworzenie PR. Zero informacji. Każdy rozsądny człowiek zada sobie pytanie: czy tak to powinno wyglądać? Czy w drugiej lidze musi funkcjonować spółka akcyjna? Co wiedzą ludzie? Co wiedzą radni? Co wiedzą mieszkańcy? To zasadne pytania. Odpowiedź brzmi: nic nie wiedzą.

Miejski klub, który oszalał w Ekstraklasie

Sandecja od zawsze była wspomagana przez miejskie środki. Po awansie do pierwszej ligi w 2009 roku nie wymagała jeszcze wielkich nakładów. W 2015 roku dostała z miasta 1,6 miliona, co stanowiło 80-90% jej budżetu. Zupełnie inne realia.

W latach 2008-2017 Nowy Sącz przekazał Sandecji dziewiętnaście milionów złotych.

Szaleństwo zaczęło się dopiero po awansie do Ekstraklasy, w której duma Sądecczyzny kompletnie straciła głowę. Sezon w elicie zakończyła ze stratą 7,44 miliona złotych, a po spadku dalej płaciła za życie ponad stan. Od 1 czerwca 2018 do 30 listopada 2018, czyli w ledwie sześć miesięcy, wygenerowała stratę w wysokości 4,04 milionów złotych. Już w pierwszej lidze.

Dziury zasypywało oczywiście miasto.

Podsumujmy to eldorado.

Rok 2017. Ratusz dokapitalizował klub w kwocie 2,3 miliona złotych. Rok później do klubu leci aż 7,8 milionów złotych. Mniej więcej wtedy oszacowano, że koszt funkcjonowania Sandecji to około 10,5 miliona złotych rocznie. Miejscy politycy zobowiązali się pokrywać znaczną część tej kwoty. 7,6 miliona złotych – tyle miało trafiać na konto pierwszoligowej Sandecji co roku.

Gdy „Sączersi” grali w Ekstraklasie, prezydentem był jeszcze Ryszard Nowak, do dziś postrzegany jako niezwykle życzliwy klubowi gospodarz miasta. „Sandecja będzie w Ekstraklasie”, rzucił publicznie kilka miesięcy przed historycznym awansem. Obecny prezydent, Ludomir Handzel, nie zbiera wśród fanatyków tak dobrych notowań. Nawet odkręcenie kurka z forsą do dziesięciu milionów nie czyni z niego faworyta kibiców.

Gdy objął stanowisko w 2018, chciał zaciskać pasa. Bulwersował się, że klub wymaga tak wielkich nakładów finansowych. Zarządził audyt. Gdy zobaczył wyniki, określił sytuację spółki jako „bardzo trudną”. Diagnozował, że „środki przekazane na klub z miasta zostały przejedzone”. Z dużą energią rozpoczął poszukiwania prywatnego inwestora. Miasto chciało ukrócić finansowe rozpasanie. Rok wcześniej deklarowało na piśmie wysłanym do PZPN-u, że przeleje Sandecji sześć milionów, co było podstawą do otrzymania licencji. Ratusz nie chce się wywiązać z tej deklaracji. Przygotował w budżecie zaledwie milion złotych na potrzeby „Biało-Czarnych”.

Milion.

Miało być sześć.

Kontrakty już podpisane.

Ówczesny prezes klubu, Tomasz Michałowski, apeluje, że potrzebne jest siedem milionów, a nie jeden. Handzel zaznacza, że miasta nie stać na coroczne przeznaczanie takich sum na potrzeby klubu piłkarskiego. „Ten model byłby dobry, gdybyśmy byli bogatym miastem, a tak nie jest”, tłumaczy prezydent. Polityk przy każdej okazji powtarza, że Sandecja musi znaleźć prywatnego inwestora. Do mediów co rusz trafiają przecieki o prowadzonych rozmowach, ale nic z nich nie wychodzi.

Sesje rady miasta są długie i gorące. Już w lutym klub zgłasza się z prośbą o pomoc. Dostaje 1,2 miliona, czyli już nieznacznie przekracza ustalony limit. Z czasem traci płynność finansową i zalega z płatnościami. W maju ustami prezydenta prosi o kolejną zapomogę – aż 4,8 milionów złotych. Radni są zdezorientowani, przecież miał być tylko milion, a tu sam Handzel prosi o pieniądze i wygraża upadłością spółki, jeśli miasto szybko nie zareaguje. Radni zgadzają się na ten zastrzyk gotówki. Wszyscy zastrzegają, że jak najszybciej musi pojawić się inwestor.

Rok 2020. Temat dofinansowania dla Sandecji pojawia się na sesji rady miasta tylko raz. Klub otrzymał pod koniec grudnia dwa miliony złotych, dzięki którym ma zakończyć rok na zero. Prezes Artur Kapelko, który przyszedł z Górnika Łęczna, chwali się, że Sandecja zwiększyła swoje przychody o prawie sto procent. Pieniądze płyną z PZPN-u (drugie miejsce w Pro Junior System), Cracovii (transfer Thiago) czy firmy Fakro, która została sponsorem klubu. Potencjalni właściciele spotykają się z urzędnikami. W rozmowach bierze udział nawet Piotr Świerczewski, który urodził się w Nowym Sączu i dysponuje – jak wiadomo – telefonem pełnym kontaktów. „Świr” idzie jeszcze dalej. Do spółki z Marcinem Jałochą prowadzi Sandecję w czterech meczach. Ratuje pierwszą ligę.

Potem powie gorzko w „Przeglądzie Sportowym”: – Dziś z Sandecją nie mam już nic wspólnego. Wycofałem się. Nie bez żalu zresztą, bo planowałem poświęcić czas i pracę, by klub bliski mojemu sercu podążał w kierunku rozwoju, a nie… niedorozwoju. Absolutnie nie widzę przed nim przyszłości. Dryfuje w kierunku zaścianka, a mnie działanie w organizacyjnej partyzantce już nie bawi.

Inwestorzy nie są zainteresowani. W 2021 roku ich temat przygasa. Przekaz jest następujący: dopóki nie powstanie stadion, ciężko będzie przekonać kogoś do wykupienia większościowego pakietu akcji. Klub generuje skromniutkie przychody. Ma tylko czterech sponsorów (!). Rekompensuje sobie to sprzedażą Kamila Ogorzałego za sześćset tysięcy złotych. Radni przekazują „Sączersom” dwie zapomogi: dwa i trzy miliony złotych. Drużyna pod przewodnictwem Dariusza Dudka gra tak, że zanosi się na kolejną walkę o awans.

„Sączersi” kończą jednak na siódmym miejscu. Tuż za barażami.

Ich przychody w roku 2022 wynoszą dwa i pół miliona złotych. Wydają jednocześnie dziesięć i pół miliona. Deficyt jest ogromny. Samo wynagrodzenie zawodników pochłania z budżetu cztery miliony. Miasto przeznacza na klub siedem i pół miliona złotych.

Od 2009 roku Nowy Sącz wydał na Sandecję około 60 milionów złotych.

Lekkość wydawania pieniędzy

Jeśli można opisać klub piłkarski za pomocą jednej anegdoty, to o Sandecji wiele powie nam ostatni mecz domowy sezonu 2016/2017, gdy Nowy Sącz miał już przyklepany awans do Ekstraklasy.

Wszyscy wiedzieli, że komisja licencyjna nie pozwoli „Sączersom” grać na własnym stadionie. Plan był taki, żeby klub pograł w gościach przez jeden sezon, a później – w razie utrzymania – wrócił na zmodernizowaną arenę przy Kilińskiego. Miasto było zdecydowane na budowę nowego stadionu i chciało z nią jak najszybciej ruszyć. Według pierwszych planów, obiekt miał być gotowy już na rundę wiosenną debiutanckiego sezonu Sandecji w najwyższej lidze.

Plany delikatnie rozjechały się z rzeczywistością.

Ale o tym później.

Prezydent Ryszard Nowak, przekonany że już za chwilę na obiekcie będą rozstawiać się koparki, proponuje kibicom, by po ostatnim meczu zabrali ze sobą krzesełka na pamiątkę. Każdy po jednym, akurat jest komplet widzów. Władze miasta proszą tylko, by kibice nie wyrywali siedzeń, a odkręcali je kluczem.

Kibice entuzjastycznie podchodzą do akcji. Sandecja remisuje bezbramkowo z Wisłą Puławy. Po meczu publiczność wykręca pamiątkowe krzesełka i zabierają je do domów. Nikt nie myśli o tym, że mogą się jeszcze przydać.

Sandecja została dopuszczona do rozgrywek Ekstraklasy na stadionie w Niecieczy.

Rozegrała na nim cały sezon.

Spadła z ligi.

Budowa stadionu w Nowym Sączu jeszcze nie ruszyła.

Po spadku na zaplecze Sandecja nie potrzebowała dalej wynajmować obiektu w Niecieczy. Mogła znów grać na własnym. I tu pojawił się problem: bo przecież kibice zabrali do domów krzesełka. Władze miasta mogły więc dalej wynajmować stadion w Niecieczy, albo zamontować na nowo krzesełka, lecz tylko na chwilę, bo za niedługo miała przecież ruszyć budowa nowego obiektu.

Nowy Sącz kupił krzesełka na nowo.

Za 2800 plastikowych siedzisk zapłacił dokładnie 730 tysięcy złotych.

Zakup miejsc siedzących staje się przedmiotem politycznej wojny, bo przecież gdyby prezydent Nowak najpierw podpisał papiery na budowę nowego stadionu, a dopiero później zezwalał na rozbiórkę starego, to nie trzeba byłoby wydawać nieplanowanej forsy. A tu 730 tysięcy miejskich środków zostało przepalone tylko dlatego, że prezydent miasta dał się ponieść euforii po awansie.

A stadion…

No cóż, nie powstał do dziś.

Dlaczego ta historyjka wiele mówi o klubie z Nowego Sącza? Bo to idealny przykład zatrważającej lekkości wydawania miejskich pieniędzy. Inna scenka. Kilka tygodni później. Sandecja, będąca do tej pory stowarzyszeniem, musi przekształcić się w spółkę akcyjną, bo tego wymaga Ekstraklasa. Klubem rządzi od kilku lat Andrzej Danek. Po awansie nie może już prezesować, bo wymogiem na to stanowisko w spółce akcyjnej jest świadectwo ukończenia wyższych studiów. Najważniejszy działacz Sandecji nie miał wyjścia, musiał ustąpić. Prezesem został Grzegorz Haslik, a Danka mianowano dyrektorem klubu, cokolwiek to oznaczało.

Niemniej: Danek tracił władzę i wpływy. W stowarzyszeniu mógł robić, co chciał, a teraz Sandecja miała przejść w stu procentach w posiadanie miasta. Były prezes „Sączersów” wyczuł, że w nowym układzie mocno straci na znaczeniu, więc postanowił… upomnieć się o swoje, skoro jest na to ostatni dzwonek.

Powiedział, że nie zgodzi się na przekazanie klubu w ręce miasta, bo w ostatnich latach zainwestował w niego sporo pieniędzy i nie chce zostać wykolegowany. No chyba, że ratusz mu zapłaci, wtedy się zastanowi. Ile osób w Nowym Sączu, tyle wersji o tym, w jakiej formie Danek wspierał finansowo klub i czy w ogóle. Wielu twierdziło, że utrzymywał Sandecję za miejskie środki, a z własnej kieszeni pożyczał jej jedynie pieniądze na procent, próbował je jak najszybciej odzyskać, a potem znów pożyczał.

Miasto na to: OK, zrekompensujemy ci to, co zainwestowałeś w Sandecję, jeśli wykażesz swoje wydatki na piśmie. 

Ale Danek niczego nie wykazał. Nie posiadał żadnych dokumentów, żadnych potwierdzeń, żadnych papierów. Nie przedstawił jakiegokolwiek dowodu na to, że przekazał klubowi choćby złotówkę. A mimo to nie wyglądał na człowieka, który cokolwiek odpuści. Władze miasta nie mogły sobie pozwolić na czasochłonne przepychanki. Musiały zakładać ekspresowo spółkę akcyjną. Zaraz startował sezon.

Ratusz mógł kłócić się z Dankiem (i wygrałby, lecz trochę by to potrwało).

Ratusz mógł też mu zapłacić (i swobodnie działać od razu).

Zapłacił.

2,5 miliona złotych i 30% od przyszłych transferów zawodników, którzy przenieśli się formalnie z Sandecji (stowarzyszenia) do innej Sandecji (spółki akcyjnej). Na takie warunki dogadali się miasto i Danek, który może nie udokumentował swojego wsparcia dla klubu, ale wykorzystał to, że ratusz znalazł się pod ścianą. Miasto po prostu uwierzyło na słowo, że Danek faktycznie „dużo włożył” w Sandecję tylko po to, żeby ruszyć z tworzeniem spółki akcyjnej.

To naprawdę zdumiewająca lekkość do wydawania miejskich pieniędzy.

Czy Sandecja jest rentowna?

Nie licząc miejskiej kroplówki, która formalnie jest dokapitalizowaniem, a nie przychodem, Sandecja miała w sezonie 22/23 najniższe przychody w pierwszej lidze. Do jej kasy wpłynęły ledwie trzy miliony złotych. Klub tłumaczy swoje niewielkie wpływy przeciągającą się budową stadionu. Twierdzi, że zarabia mało, bo nie notuje zysków z dnia meczowego.

Przedostatnia Skra Częstochowa, która wykręciła w 22/23 4,86 milionów złotych przychodu, też nie grała na własnym obiekcie. Modernizowała go. Czy klub z Częstochowy ma większy potencjał marki niż Sandecja? Raczej wątpliwe. A jakoś uzbierał prawie dwa miliony więcej. Następna w stawce Puszcza to już 5,26 milionów przychodu. To wystarczyło na awans.

Sandecja, która ma zdecydowanie najmniejsze przychody w całej stawce, zajmuje ósme miejsce w wielkości wynagrodzeń. Nowosądeczanie wydawali na pensje w sezonie 22/23 więcej niż GKS Tychy, GKS Katowice czy Zagłębie Sosnowiec. 6,66 miliona. Najskromniej pod tym względem żyły Chojniczanka Chojnice (2,40 milionów), Skra Częstochowa (3,69 milionów) i Stal Rzeszów (3,82 milionów).

Sandecja oczywiście planuje wydatki ze świadomością, że miasto dołoży jej tyle, ile będzie chciała, ale czy nie powinniśmy dążyć do tego, by miejskie kluby choćby próbowały same się finansować?

Z raportu wynika, że Sandecja ma najgorsze przełożenie wysokości płac na zdobyte punkty. Jeden punkt w sezonie 22/23 kosztował ją aż 250 tysięcy złotych. Jeśli weźmiemy pod uwagę rok kalendarzowy 2023, w którym „Sączersi” nieustannie okupują ostatnie miejsca w tabelach, wyliczymy, że Sandecja zapłaciła za jedno oczko około trzysta tysięcy złotych. Wygranie meczu kosztuje ją prawie milion.

Drugoligowy klub.

Miejskie pieniądze.

– Jaki macie pomysł, by stać się jakkolwiek rentownym klubem?

Miłosz Jańczyk: – Zadajmy sobie inne pytanie: który klub w Polsce jest rentowny? Czy któryś przynosi w ogóle zyski?

– Niewiele jest rentownych, ale Sandecja jest tym najbardziej nierentownym.

Miłosz Jańczyk: – Spierałbym się. Znam całkiem dobrze sytuacje finansowe klubów zarówno w na naszym szczeblu rozgrywek, jak również w pierwszej lidze. Kluby naprawdę borykają się z wieloma problemami, nazwijmy je organizacyjnymi.

– Sandecja jest ekstremalnie nierentowna.

Miłosz Jańczyk: Robimy to, na co mamy wpływ. Pewne kwestie nie są od nas zależne. Wielokrotnie powtarzałem, że kwestie własnego obiektu, dnia meczowego i marketingu, który w każdym jednym mieście budowany jest wokół stadionu oraz kibiców to sprawy kluczowe. Jesteśmy w momencie, gdzie nasze możliwości są mocno ograniczone. To wszystko sprawia, iż nasza sytuacja jest skomplikowana.

Radny na wyborach w PZPN

Na wybory PZPN, gdy głową federacji został Cezary Kulesza, mógł z ramienia Sandecji jechać prezes, ale pojechał Krzysztof Ziaja, który jest radnym.

Dlaczego akurat radny reprezentował klub na tak istotnym wydarzeniu?

Ziaja należy do przyjaciół polskiej piłki. Chętnie wrzuca do mediów społecznościowych zdjęcia z Cezarym Kuleszą. Nie widzi nic zdrożnego w tym, że jako miejski polityk, niemający formalnego umocowania w klubie, reprezentuje go w wyborach na prezesa związku. Kiedy ktoś pyta radnego Ziaję, jak znalazł się na zjeździe PZPN, odpowiada zawsze, że delegował go prezes Sandecji Nowy Sącz, Arkadiusz Aleksander.

Nam mówi to samo.

– Dlaczego akurat pan reprezentował Sandecję Nowy Sącz na wyborach PZPN w 2021 roku?

Krzysztof Ziaja: – Zarząd spółki reprezentowany przez prezesa Arkadiusza Aleksandra zgłosił moją osobę, a ja wyraziłem zainteresowanie. Pragnę przy tym zauważyć, iż zawsze wysoko ceniłem i nadal wysoko cenię osobę prezesa Arkadiusza Aleksandra, a nasza współpraca w mojej ocenia zawsze była bardzo merytoryczna i w moim przeświadczeniu taki stosunek do mnie odwzajemniał również pan prezes.

Niedługo przed wyborami w PZPN Aleksander zrezygnował z pełnionej funkcji i odszedł z Sandecji.

Taki przypadek…

Dzwonimy do Arkadiusza Aleksandra, który po rezygnacji z Sandecji wylądował na fotelu prezesa w Zagłębiu Sosnowiec.

Dlaczego zarekomendował pan radnego Krzysztofa Ziaję jako osobę, która miała reprezentować Sandecję Nowy Sącz na wyborach w PZPN?

Arkadiusz Aleksander: – Pomidor.

Czy to pana pomysł?

Arkadiusz Aleksander: – Pomidor.

Był pan poddany jakimś naciskom?

Arkadiusz Aleksander: – Pomidor.

Czy można wiązać z tą sytuacją pana rezygnację z Sandecji Nowy Sącz, która dokonała się w podobnym czasie, latem 2021 roku?

Arkadiusz Aleksander: – Na pewno tak.

Aleksander niby nie mówi nic, ale między wierszami można wiele wyczytać. Od ludzi związanych z Nowym Sączem słyszymy, że od dłuższego czasu zbierała się w nim frustracja, a sytuacja z Ziają przelała czarę goryczy i popchnęła go do rezygnacji ze stanowiska. Oczywistym jest, że były prezes Sandecji nie wpadł sam z siebie na pomysł „mnie nie kręci wyjazd na wybory PZPN, może niech jedzie jakiś radny”. To byłby nonsens.

Publicznie temat ten ruszył w „Gazecie Krakowskiej” Paweł Cieślicki, czyli prezes podokręgu MZPN w Nowym Sączu.

Odnośnie odejścia Arka Aleksandra nie może być tak, że radny, nie zdradzę nazwiska, chciał reprezentować Sandecję na sierpniowych wyborach prezesa PZPN… To rola prezesa klubu i myślę, że Arek odszedł właśnie przez to. Rozmawiałem z nim po 7 lipca, by nakłonił prezydenta Ludomira Handzla do tego, że to on ma jechać na te wybory, a nie jakaś tam osoba, która się na tym nie zna – opowiadał działacz.

Oto zdjęcia wrzucane przez Ziaję do mediów społecznościowych:

Przepytujemy Ziaję, dlaczego akurat on pojechał na walne zgromadzenie delegatów.

– Dlaczego akurat pan? Radni nie reprezentują klubów w takich sytuacjach.

Krzysztof Ziaja: – Czy ktoś jest radnym, czy senatorem, czy posłem – nie łączyłbym tego. Zakładam, że piłka łączy, a nie dzieli. Nie widzę w tym nic nadzwyczajnego, że ktoś kto pełni jakąś funkcję społeczną wykazuje również aktywność na niwie sportowej, a na tej niwie od kilkudziesięciu lat byłem aktywny jako sędzia piłkarski, oraz członek zarządu struktur związkowych. Aktywność w futbolu jest mi zatem bardzo bliska.

– Dlaczego Arkadiusz Aleksander nie chciał się pojawić osobiście? Na wybory pojechali głównie prezesi klubów. 

Krzysztof Ziaja: Nie wiem, czy nie chciał. O to należałoby zapytać bezpośrednio pana Arkadiusza Aleksandra. Delegatami na zjazd PZPN byli przeróżni ludzie. Prezesi, dyrektorzy sportowi, właściciele, sędziowie, działacze sportowi, samorządowi i parlamentarzyści. W tej bardzo dużej grupie można było dopatrzyć się zatem osób niemal ze wszystkich środowisk.

Zabiegał pan o to, by jechać na wybory? 

Krzysztof Ziaja: – Z największą ochotą przyjmuję wszelkie wyzwania, propozycje i prośby, którym jestem w stanie sprostać. Sandecję od najmłodszych lat mam głęboko w sercu, a nadto lubię działać pro publico bono, zatem propozycję tę przyjąłem z radością.

Ale czy pan czynił działania, które miały na celu przekonanie kogoś, że to pan powinien jechać? 

Krzysztof Ziaja: – Czy czyniłem działania? Wie pan, cała historia mojej aktywności jest jakąś legitymacją do tego, żeby spodziewać się różnych sytuacji – w tym tego typu propozycji. Zakładam zatem, że moje szerokie doświadczenie na niwie sportowej sprawiło, że otrzymałem taką propozycję i z niej skorzystałem. Reprezentowanie tak zasłużonego klubu to wyjątkowy zaszczyt.

Kiedy Ziaja wraca ze zjazdu w Warszawie, chętnie opowiada nowosądeckim mediom o zaszczycie, jaki go spotkał.

Dlaczego Ziaja tak bardzo chciał znaleźć się na wyborach w PZPN?

Niedługo po objęciu stołka przez Cezarego Kuleszę radny Ziaja staje się członkiem Komisji ds. Bezpieczeństwa na Obiektach Piłkarskich PZPN i delegatem meczowym z ramienia federacji. Nagle wizytuje spotkania piłkarskie i czuwa nad bezpieczeństwem imprez masowych. Zasiada w komisji, która dyskutuje na poważne tematy dotyczące organizacji spotkań piłkarskich. Skromny społecznik z Nowego Sącza pojechał na jeden zjazd PZPN-u i najważniejsze osoby w polskiej piłce dostrzegły w nim iskrę i talent.

– Na kogo pan zagłosował? 

Krzysztof Ziaja: Nie jest tajemnicą, że zagłosowałem na pana Cezarego Kuleszę. 

– Jak pan opisze swoją relację z Cezarym Kuleszą? Znał się pan już z nim przed wyborami? 

Krzysztof Ziaja: – Środowisko piłkarskie – zawodnicy, trenerzy i działacze – utrzymuje ze sobą kontakty z racji rywalizacji sportowej, która toczy się między drużynami, wymienia się doświadczeniami i uwagami. Rzeczą zupełnie naturalną jest zatem, że ci, którzy funkcjonują w środowisku piłki nożnej od wielu lat, po prostu się znają. To jest, można powiedzieć, jedna wielka rodzina, stąd też z panem prezesem Kuleszą znałem się już wcześniej i utrzymujemy kontakt, chociaż nie jest to kontakt intensywny. Cenię tego człowieka przede wszystkim za otwartość na rozmowę oraz za to, że z uwagą wsłuchuje się we wszelakie sugestie i podpowiedzi. 

– Od kiedy zasiada pan w Komisji ds. Bezpieczeństwa PZPN?

Krzysztof Ziaja: – Oczekuje pan ode mnie precyzyjnej informacji? Nie jestem w tym momencie przygotowany. 

– Mniej więcej. 

Krzysztof Ziaja: – Mniej więcej od dwóch lat

– Czyli zasiada pan w komisji od wyborów w PZPN.

Krzysztof Ziaja: – Wszystkie komisje zostały powołane przez nowy zarząd. Osoby, które pojawiły się w komisjach, zostały wybrane przez zarząd.

– Czym się pan zajmuje w ramach tej funkcji? 

Krzysztof Ziaja: – Komisja ds. Bezpieczeństwa jest ciałem doradczym dla zarządu i prezesa PZPN. Zajmuje się wszelkimi zagadnieniami z obszaru organizacji meczów piłkarskich jako imprez masowych. Zarząd PZPN podejmuje decyzje, sporządza uchwały i tworzy regulaminy także w oparciu o nasze sugestie i podpowiedzi.

– Jakie ma pan doświadczenie w organizacji imprez masowych? 

Krzysztof Ziaja: – W przeszłości pracowałem przy organizacji imprez o charakterze masowym. Byłem odpowiedzialny między innymi za organizowanie takich wydarzeń na terenie południowej Małopolski (pełniłem funkcję członka zarządu w firmie). Od ponad dwudziestu lat aktywnie funkcjonuję w świecie piłki nożnej. Wielokrotnie w takich imprezach uczestniczyłem – w tym jako organizator jak i obserwator. Ponad dwadzieścia lat aktywności w tym obszarze, w różnym zakresie, jest – zdaje się – odpowiednią legitymacją.

– Jest pan także delegatem PZPN, czyli jeździ na mecze, by doglądać, czy przebiegają zgodnie ze standardami bezpieczeństwa.

Krzysztof Ziaja: – Tak, wszystko się zgadza. Jako delegat współpracuję z klubami, mając na uwadze przede wszystkim zapewnienie bezpieczeństwa wszystkim uczestnikom tych imprez. Może pan porozmawiać z przedstawicielami klubów, jak podchodzę do swoich obowiązków. Nie słyszałem nigdy krytycznej opinii na temat mojej pracy jako delegata. Jestem człowiekiem, który stara się pomagać w rozwiązywaniu problemów, a nie próbuje je tworzyć. Byłem ostatnio na szeroko komentowanym meczu Hutnika Kraków z Kotwicą Kołobrzeg. Po meczu doszło do sytuacji kryzysowej. Dzięki dobrej współpracy i wzajemnej empatii rozwiązaliśmy ją w sposób absolutnie polubowny. Warto pochylić się nad tym, jak wyglądała współpraca służb z delegatem. Mam doświadczenie w rozładowywaniu napięć. Ponadto jestem przewodniczącym Rady Nadzorczej Beskidzkiego Centrum Mediacji i mediatorem z listy Prezesa Sądu Okręgowego w Krakowie.

– W jaki sposób znalazł się pan w Komisji ds. Bezpieczeństwa? 

Krzysztof Ziaja: – Zarząd PZPN wybrał moją osobę. 

– Z wdzięczności za głos na Cezarego Kuleszę w wyborach? 

Krzysztof Ziaja:Uważam, że zdecydowały moje kwalifikacje i doświadczenie. Przypomnę, że głosowanie miało charakter tajny. Pan mnie zapytał, a ja nie mam problemu z mówieniem na kogo zagłosowałem. Wyznaję zasadę, że łatwiej się żyje, gdy mówi się zawsze prawdę, bo człowiek się nie pomyli. Była to mocno przemyślana decyzja w oparciu o przedstawiony program i wizję funkcjonowania piłki nożnej w naszym kraju. Przypomnę, że zarząd, który mnie wybrał, nie jest ciałem jednoosobowym. Kierując się tą logiką, że to z wdzięczności za głos na Cezarego Kuleszę, to taki”zarzut” można postawić wszystkim delegatom na zjazd, którzy są członkami komisji statutowych PZPN, a są tam przecież ludzie ze wszystkich środowisk. To jest jedna wielka piłkarska społeczność. Bardzo często te same osoby działają w klubach, wojewódzkich związkach i w centrali. To nie jest tak, że ktoś przypadkowy, kto nie ma kontaktu z piłką nożną i nie funkcjonował w strukturach, nagle pojawia się i zaczyna swoją aktywność w kluczowych obszarach dla związku. To pewna ścieżka, którą się przechodzi jak w każdym zawodzie. W zawodzie dziennikarza też, jak sądzę, przechodzi się pewne szczeble.

– Zawsze chcę działać tak, żeby było dobrze. Ofiaruję siebie i swój czas. Dzielę się doświadczeniami. Od 45 lat, jak tylko pamiętam, byłem zawsze na meczach. Widziałem ich tysiące. Byłem kibicem jeżdżącym także na mecze wyjazdowe. Jak każdy mam przyjaciół i wrogów, takich co zazdroszczą albo współczują. Rodzina mówi mi: po co ci to wszystko? Często spotykam się z krytyką. „Dorabiasz się na piłce”. Ja piłkę traktuję wyłącznie w kategoriach pasji. Nigdy nie patrzyłem na tę pasję jak na sposób na zarabianie.

– Wiele moich aktywności nie wiąże się z żadnymi profitami finansowymi. Często są obciążeniem. Żona mi zarzuca, że nie poświęcam wystarczająco dużo czasu najbliższym, bo ważniejsze są sprawy społeczne. Nie łączę pewnych kwestii w żaden sposób. I nie sądzę, że ktokolwiek życzliwy to robi. Zawsze można doszukiwać się spisku i nieprawdopodobnych układów. Ja się tego w żaden sposób nie dopatruję.

Ilu sponsorów ma Sandecja? 

To oczywiste, że trudno pozyskać sponsorów, gdy nie masz własnego stadionu i nie jesteś w stanie oszacować, kiedy on powstanie.

Ale czy to jest niemożliwe?

Wystawianie rąk po miejską kasę jest przyjemne i wygodne, lecz czy miasto nie ponosiłoby mniejszych kosztów, gdyby Sandecja dała z siebie więcej przy szukaniu sponsorów?

Umowy sponsorskie zapewniają Sandecji około pół miliona rocznie. Na oficjalnej stronie klubu znajdujemy logotypy siedmiu partnerów. Przed obecnym sezonem Miłosz Jańczyk nawiązał trzy nowe współprace – z Solgro, JawTrans i FonMix.

Najwięcej sponsorów w pierwszej lidze 22/23 ma Chojniczanka Chojnice, która chwali się 138 partnerami biznesowymi. Jeden sponsor zostawia w tym klubie średnio czterdzieści tysięcy złotych, co przy tej liczbie partnerów przekłada się na pięć milionów przychodu tylko z tego tytułu.

Pięć milionów.

Sandecja ma pół miliona.

Chojniczanka to najlepszy przykład na to, że się da. Klub nie ma wielkiej społeczności. Na jego mecze przychodzi średnio 1281 widzów. Wyciska maksa z tego, co ma i nie musi wisieć na garnuszku miasta. Chojnice opłacają lokalnemu klubowi wynajem stadionu (322 tysięcy złotych) i rzucają symboliczną zapomogę (ostatnio mniej niż sto tysięcy złotych).

Jest zdrowo, co widać po obficie pokrytych logami koszulkach. 

Jak wyglądają pana działania, żeby mimo wszystko pozyskać sponsorów?

Miłosz Jańczyk: – Przed rozpoczęciem sezonu rozmawiałem z wieloma przedstawicielami firm w Nowym Sączu i okolicach (kilkadziesiąt spotkań). Mamy więcej reklamodawców niż rok temu. Pomimo spadku udało mi się przedłużyć ważną umowę z firmą Szubryt. Pozyskaliśmy kolejnych sponsorów: JawTrans na tył koszulki, FonMix na przód spodenek i Solgro. Wspiera nas nadal lider branży ubezpieczeniowej DB Patron oraz producent okien „Bogdański”. Oczywiście nie można na tym opierać budżetu, kwoty są niższe i adekwatne to szczebla rozgrywek. Sukcesywnie jednak powiększamy siatkę sponsorów. Co istotne, bo warto o tym wspomnieć. Wielokrotnie podczas moich rozmów z właścicielami czy prezesami firm słyszałem, że wsparcie nastąpi ale w momencie powrotu do gry w Nowym Sączu. W czasach, w których żyjemy działy marketingu średnich lub dużych firm bardzo precyzyjnie potrafią wyliczyć zwrot z ekspozycji marki.

Są już chętni na kilka sky boxów. Prowadzę zaawansowane rozmowy z dużym przedsiębiorstwem, które chciałoby wziąć pod opiekę sektor rodzinny na stadionie. Czekamy po prostu na to, aby obiekt został otwarty. Gramy któryś już rok z rzędu na wyjeździe. Lokalne firmy chcą się pokazywać w Nowym Sączu, ale muszę mieć się komu zaprezentować.

– Ile odbył pan spotkań z potencjalnymi sponsorami?

Miłosz Jańczyk: – Trudno o konkretną liczbę, to cała masa spotkań, rozmów telefonicznych, korespondencji mailowej.

– Ile możecie zarobić, gdy zaczniecie spieniężać dni meczowe i otworzycie rynek sponsorski?

Miłosz Jańczyk: – Nie byłbym poważny, gdybym powiedział, że to można wyliczyć co do złotówki. Owszem zakładamy różne warianty, mniej lub bardziej optymistyczne. Przyjmujemy szacunkowe kalkulacje, ale mówimy tutaj o kwotach bardzo istotnych w kontekście całego budżetu. Zawsze starałem się czerpać od najlepszych, popatrzmy na Widzew Łódź. Duża marka, zauważmy, jak wielkie znaczenie odgrywa tam stadion.

– Dalekie porównanie.

Miłosz Jańczyk: Oczywiście, nie ta skala, zachowujemy oczywiście proporcje. Chciałbym, abyśmy mogli podzielić przychody do klubu uzyskując 50% potrzebnego budżetu od sponsorów. Z działań marketingowych i obecności na stadionie w Nowym Sączu. Mamy pomysły, są różne warianty. Nie próżnujemy.

Zagłębie milionerów

Nowy Sącz istotnie nazywany jest „zagłębiem milionerów”. Redakcja „Wprost” podała w sierpniu tego roku, że obecnie żyje ich w tym mieście aż 560. Sytuuje to Nowy Sącz na dwunastym miejscu w Polsce pod względem liczby osób z siedmioma zerami na koncie. Mówimy o dziewięć razy mniej licznym ludnościowo mieście niż Kraków. W Nowym Sączu żyją 83 tysiące osób.

Mądre głowy próbowały dojść do tego, dlaczego akurat w tym małopolskim mieście obrodziło w tak wielu bogatych ludzi. Jedna z teorii sięga aż XVIII wieku. W Galicji odbywała się wówczas tzw. kolonizacja józefińska, czyli akcja osadnicza, w ramach której na Sądecczyźnie osiedlała się niemiecko-protestancka ludność. To ona miała zaszczepić w regionie przedsiębiorcze postawy. Podejrzenia padają także na XIX wiek, gdy panowała tzw. nędza galicyjska, czyli okropna bieda, która miała popychać ludność do ciężkiej pracy.

Inna z teorii to czasy PRL, kiedy to Nowy Sącz był objęty tzw. eksperymentem sądeckim. Ten region w Małopolsce zyskał w czasach słusznie minionych dużą autonomię i niezależność. Żaden inny fragment Polski nie mógł cieszyć się takimi przywilejami. Szereg udogodnień miało pobudzić go gospodarczo. Pozwolono mu np. utworzyć fundusz z dochodów z lokalnej gospodarki, który Nowy Sącz reinwestował w infrastrukturę i przemysł. Powstało w tamtym okresie wiele fabryk czy kombinatów budowlanych.

Zbigniew Jakubas prowadzi w Nowym Sączu jeden ze swoich największych biznesów, Newag z branży kolejowej. Mieszkańcy tego miasta lądują co roku w setce „Forbesa”. Z Nowym Sączem związane są takie firmy jak bramy Wiśniowski, lody Koral, okna Fakro, napoje Tymbark czy Optimus. Bezrobocie jest tu minimalne.

Aż samo nasuwa się pytanie: czy istnieje na mapie Polski miasto, które jest potencjalnie łatwiejszym terenem do szukania sponsorów?

Żadne inne miasto nie ma tak dużej liczby milionerów na metr kwadratowy. Prezes klubu może zapukać do 560 drzwi. W stu pierwszych może pocałować klamkę, a i tak będzie miał fantastyczną pozycję wyjściową do szukania partnerów biznesowych. Nowy Sącz jest średniej wielkości miastem, a w średniej wielkości miastach łatwiej o przywiązanie do dóbr regionalnych i lokalny patriotyzm.

Czy transparentny, zdrowy klub z dobrym wizerunkiem, miałby w takim miejscu problemy ze znalezieniem bogatych darczyńców?

Matematyka wskazuje, że nie powinien.

– Dlaczego biznes nie lubi Sandecji? – pytamy osobę związaną z nowosądeckim klubem, która chce pozostać anonimowa. 

 – Lokalny biznes nigdy nie był na poważnie zainteresowany Sandecją. Gdyby tutejsze firmy chciały, to wspólnie stworzyłyby klub grający o czołówkę Ekstraklasy. Sandecja popełniała duży błąd od 2009 roku. Przyzwyczaiła lokalne firmy, że nosi je na piedestale i reklamuje nawet za darmo.

– Za darmo? 

– Niektóre firmy miały reklamę na koszulce, za którą nie płaciły. Trzymano je w nadziei, że… może zapłacą. Większość reklam przy stadionie wisiała latami za darmo albo półdarmo. Często lądowały tam w ramach wdzięczności, gdy firma zapłaciła za paliwo na wyjazd albo jakąś inną pierdołę. Szubryt dawał w Ekstraklasie tyle, że to przecież śmiech na sali. Lokalna firma zapewniła drużynie miesiąc życia, a zachowywano się, jakby dała nie wiadomo jaki majątek. Szubryt miał logo wszędzie, reklamę przy wszystkim. Brakowało, żeby lektyka go woziła na stadion.

– Limit większości firm to 200-300 tysięcy na sezon. To nie sytuacja z ostatnich lat, tak jest od 2009 roku, kiedy Sandecja awansowała do pierwszej ligi. Nowy Sącz to zaścianek mentalny. Milionerzy, potężne przedsiębiorstwa, a ludzie tyrają za grosze. Te firmy i tak są uwielbiane, bo przecież dają pracę. A że mało płacą? Nieważne. Gdy się na to tak łatwo godzisz, to jak później walczyć o pieniądze, jakie płaci się w innych ośrodkach?

Gdy Sandecja awansowała do Ekstraklasy, jej „osiągnięcia” na polu sponsorskim były zdumiewająco dramatyczne. Po promocji do najwyższej ligi nie nawiązała współpracy z ani jednym nowym partnerem. Dotychczasowi sponsorzy uciekali od niej lub obcinali swoje nakłady. Powody? Między innymi to, że odpychające wrażenie robił na nich Andrzej Danek, który przez kilka lat rządził Sandecją. Firma „Wiśniowski” przeniosła się z wspierania pierwszego zespołu na sponsorowanie klubowej akademii. Uznała, że Danek nie jest wzorem gospodarności, więc po co ma topić pieniądze. Producent bram deklarował, że wróci do finansowania klubu dopiero wtedy, gdy Danek przestanie się wokół niego kręcić.

Danka nie ma, firmy „Wiśniowski” także. Nowy Sącz może żałować, bo lokalnego giganta ewidentnie ciągnęło do piłki – wspierał kadrę narodową i francuski Girondins Bordeaux, którego piłkarze nosili logo polskiej firmy na rękawkach.

Firma „Termy Szaflary” jeszcze w pierwszej lidze przelewała Sandecji 250 tysięcy złotych i utrzymywała kontrakt Wojciecha Trochima. Ona także odeszła po awansie. I tu także decydujące okazały się złe relacje z prezesem, a później dyrektorem klubu. Szubryt pozostał w Sandecji, ale mocno ograniczył swoje finansowanie.

 Szubryt w pierwszej lidze opłacał kontrakty Małkowskiego, Korzyma, Barana, Kasprzaka i Tarasenki. Dawał około 50-60 tys. miesięcznie. Danek tak omotał Szubryta, że ten daje teraz 25 tys. miesięcznie. Sandecja w Ekstraklasie od sponsorów dostaje zdecydowanie mniej niż w pierwszej lidze. Kilku straciła i żadnych nie pozyskała – wysłuchaliśmy kiedyś od dobrze zorientowanej osoby.

Exodus sponsorów po historycznym awansie do Ekstraklasy?

Istne kuriozum.

Zanim Szubryt związał się z Sandecją, był głównym sponsorem Limanovii, która spadła do trzeciej ligi. W szczytowym okresie zakłady mięsne przekazywały jej milion złotych rocznie.

Sandecja nigdy od nich takich pieniędzy nie otrzymała.

Może klub z Nowego Sącza faktycznie traci na tym, że przez lata się nie cenił?

Freddy Adu, czyli marketing Sandecji

Sandecja to autorka jednej z najbardziej brawurowych akcji marketingowych w historii polskiej piłki. Pamiętacie, jak w 2017 roku na testy przyjechał Freddy Adu, czyli cudowne dziecko amerykańskiego soccera?

Do pewnego momentu nawet miało to potencjał na fajny strzał wizerunkowy. Chłopak tarabanił się przez pół świata do Nowego Sącza (jak to w ogóle brzmi), by na miejscu zobaczyć, że został wykorzystany do gierki pomiędzy dyrektorem sportowym a trenerem. Arkadiusz Aleksander od dawna chciał sprawdzić Adu w treningu. Radosław Mroczkowski kategorycznie odmawiał takiej propozycji. No więc Aleksander jednak go zaprosił, stawiając szkoleniowca przed faktem dokonanym. A ten… No cóż, obraza majestatu. Zrobił awanturę i stanęło na tym, że nie zamierza sprawdzać umiejętności biednego Adu, skoro z góry mówił, że nie chce go w swoim zespole.

A więc chłopak tarabanił się przez pół świata do Nowego Sącza, by nawet nie wziąć udziału w treningu.

Arkadiusz Aleksander napisał na Twitterze: „My swój cel minimum osiągnęliśmy już po 5 min jego pobytu w Polsce”.

Adu wyjechał z poczuciem, że został wykorzystany.

O Sandecji nigdy wcześniej i nigdy później nie było tak głośno. Była w „The Sun”, „Daily Mail”, „L’Equipe” czy „ESPN”. W klubie podobno stwierdzili, że wywołali dokładnie taki efekt, jaki chcieli, bo o Sandecji mówiło się nawet w Wietnamie.

To historia przychodzi do głowy jako pierwsza, gdy myślimy o marketingu Sandecji. I chyba dobrze odzwierciedla przaśność nowosądeckiego klubu.

Może sponsorzy nie chcą wchodzić do klubu ze względu na wizerunek, jaki ma Sandecja?

– Jak wygląda dział marketingu Sandecji? 

Miłosz Jańczyk: Bardzo duży nacisk kładziemy na wizerunek klubu w internecie, mediach społecznościowych oraz szeroko pojętej prasie. Jedna osoba odpowiedzialna jest za social media: Facebook, Twitter, Instagram. Mamy operatora kamery (klubowa telewizja) oraz profesjonalnego fotografa. Od wielu lat obecni jesteśmy na każdym meczu, zarówno domowym jak i wyjazdowym. Niezależnie od wyniku sportowego dbamy o naszego kibica, udostępniając przekaz z każdego miejsca w Polsce. Nie ma tak, że drużyna gdzieś jedzie i nikt nie wie, co się z nią dzieje.

– Oferty sponsorskie? Gdy jeżdżę do sponsorów, to nie z pustymi rękami, a ofertą, którą prezentuję przygotowałem sam. Nie mamy zatrudnionej firmy zewnętrznej, która tworzy nam materiały reklamowe. Działamy we własnym gronie. A więc trzy osoby: operator kamery, osoba odpowiedzialna za stronę oraz media społecznościowe i fotograf. I tyle. Mamy ponadto jedną osobę odpowiedzialną za sekretariat i kontakt z partnerami. Obserwujemy, co się dzieje w innych klubach. Staramy się dotrzymać kroku. Oceniam nasz wizerunek w przestrzeni medialnej jako bardzo dobry. Robimy całkiem niezłe zasięgi.

To trochę szokujące. Klub narzeka, że trudno mu pozyskiwać sponsorów i jednocześnie daje z siebie absolutne minimum, jeśli chodzi o marketing. Dostaje z miasta wielkie pieniądze, ale nie zatrudnia etatowego pracownika do działu marketingu, który – odmieniając nastroje wokół klubu – mógłby zdziałać więcej niż jakikolwiek piłkarz. Sandecja praktycznie w ogóle nie przeprowadza akcji marketingowych. Żeby znaleźć jakiś ciekawy ruch marketingowy, kopiemy do 2016 roku. Sandecja rzuciła wyzwanie swoim kibicom: ci mieli oddać sto litrów krwi, inaczej piłkarze z Nowego Sącza mieli zagrać mecz domowy w różowych koszulkach.

Od 2016 roku minęło siedem lat.

Podczas jednego z ekstraklasowych spotkań Sandecja rozpaliła swoich kibiców do granic czerwoności. „Sączersi” grali z Wisłą Kraków. Policja uznała ten mecz za starcie podwyższonego ryzyka, co oznaczało, że nie można sprzedawać biletów na stadionie w Niecieczy w dniu spotkania. Sandecja dostała to na piśmie, ale chyba go nie doczytała. Kibice pytali dzień wcześniej, czy będzie można kupić bilety na stadionie. Oficjalne kanały Sandecji potwierdzały, że tak.

No więc kibice przyjechali do Niecieczy, a tam zobaczyli takie kartki… 

Rozegrano to tak źle, jak tylko się da.

Co jest ważniejsze od marketingu?

Na przykład spełnianie zachcianek zagranicznych piłkarzy. Sandecja opłacała osobę, która meldowała się codziennie w mieszkaniu Damira Sovsicia, by… wyprowadzić jego psa. Kiedy Chorwat przychodził do nowosądeckiego klubu, postawił to jako warunek.

O nietrafionych inwestycjach nie wspominamy. Przykład z ostatnich miesięcy: Zvonimir Kożulj miał być gwiazdą Sandecji i tak też zarabiał. Podpisał półtoraroczy kontrakt, a spędził w Nowym Sączu jedynie trzy miesiące. No i nie zagrał w ani jedynym spotkaniu. Trenerzy nie byli zadowoleni z tego, jakie ma podejście do pracy.

Sandecja mogła zasięgnąć tej wiedzy przed wyrzuceniem pieniędzy w błoto.

Sandecja a druga liga

W Nowym Sączu twierdzą, że przedłużająca się budowa stadionu jest odpowiedzialna za całe zło panujące w klubie.

Klub nie generuje przychodów z dnia meczowego. Musi dopłacać do wynajęcia stadionu. Sponsorzy stoją w blokach, bo chcą się reklamować dopiero na nowym obiekcie. Inwestorzy także czekają, aż przy Kilińskiego zostanie przecięta wstęga, wtedy na pewno zechcą zainwestować w „Sączersów” grube miliony.

Jeszcze chwila.

Czy cyrki ze stadionem to przekonująca wymówka? Mówimy: sprawdzam.

Wbrew pozorom to wcale nie tak, że kluby posiadające swoje stadiony pławią się w kokosach. Znów zaglądamy do raportu Grant Thornton. Tylko pięciu pierwszoligowców skasowało z dnia meczowego więcej niż milion złotych w skali sezonu.

  • Wisła Kraków – 5,4 mln zł;
  • ŁKS Łódź – 3,1 mln;
  • Ruch Chorzów – 2,9 mln;
  • Arka Gdynia – 1,8 mln;
  • Zagłębie Sosnowiec – 1,5 mln;

GKS Tychy posiada nową arenę, a jego przychód z dnia meczowego to zaledwie sześćset tysięcy złotych w skali roku. Podbeskidzie Bielsko-Biała – milion. GKS Katowice – pół miliona. Górnik Łęczna i Odra Opole – po czterysta tysięcy.

Ze stadionem Sandecja dalej byłaby nierentowną firmą.

„Przegląd Sportowy” oszacował przed sezonem, ile wynoszą budżety poszczególnych klubów w drugiej lidze. Podejdźmy do nich bardzo orientacyjnie. 10 milionów dla Sandecji w tym świetle musi robić wrażenie (budżet nowosądeczan liczony był jeszcze przed dofinansowaniami).

  • 5 milionów – Chojniczanka Chojnice.
  • 4,5 miliona – Kotwica Kołobrzeg, Sandecja Nowy Sącz.
  • 4 miliony – Olimpia Grudziądz, Stomil Olsztyn.
  • 3,5 miliona – GKS Jastrzębie.
  • 3 miliony – KKS Kalisz, Pogoń Siedlce, Radunia Stężyca, Wisła Puławy, Zagłębie II Lubin.
  • 2,8 miliona – Hutnik Kraków.
  • 2,7 miliona – ŁKS II Łódź.
  • 2,5 miliona – Polonia Bytom.
  • 2,2 miliona – Skra Częstochowa.
  • 2 miliona – Olimpia Elbląg, Stal Stalowa Wola.

Ile w drugiej lidze dostaje się od miasta?

Kotwica uchodzi za klub z rozmachem i aspiracjami. Dostała od Kołobrzegu 1,28 miliona złotych.

Radunia Stężyca to fanaberia szalonego wójta. Gmina daje jej 2,3 miliona złotych rocznie.

Postrzegany za krezusów Motor Lublin przyjął od samorządu w 2021 roku 4,3 miliona dotacji, z czego połowę na opłacenie wynajmu nowoczesnej areny.

Stomil wnioskował do miasta o dofinansowanie na poziomie jednego miliona. Olsztyn zgodził się tylko na 162 tysiące złotych.

To są realia finansowe drugiej ligi.

– Jaki jest sens w nieustannym utrzymywaniu klubu, który jest źle zarządzany?

Jakub Prokopowicz: Pragnę przypomnieć, że finansowo klubu był przygotowany na pierwszą ligę. Budżet spółki tworzony jest na rok kalendarzowy, a sezon piłkarski zaczyna się w jednym roku, a kończy w następnym. W Sandecji nie ma wydumanych kosztów czy kominów płacowych. Po spadku do drugiej ligi kadra została znacząco przebudowana i odmłodzona. Spadły też zarobki w porównaniu do pierwszej ligi. Wzrosły zaś inne koszty związane z podróżami  – druga liga to miejscowości dużo bardziej oddalone od Nowego Sącza niżli rywale z ligi wyższej, w której graliśmy. Dążymy do tego, żeby w momencie oddania stadionu Sandecja była postrzegana jako klub stabilny finansowo. W ten sposób zachęcimy lokalnych przedsiębiorców i inwestora strategicznego. Nasz długo falowy cel to oddanie klubu w ręce pasjonata, który będzie mógł walczyć z nim o najwyższe cele. Miasto naturalnie nadal będzie wspierać Dumę Sąddeczyzny. Sandecja powstała w 1910 roku jest chlubą i dumą miasta, która na stałe wpisała się w Nowy Sącz. Mamy dużo pięknych historii z czasów okupacji niemieckiej, gdzie zawodnicy Sandecji odznaczyli się walką i honorem, choćby Kurierzy Sądeccy. Klub od lat wychowuje młode pokolenia w duchu lokalnego patriotyzmu.

– Wyniki sportowe pierwszej drużyny są poniżej oczekiwań. Natomiast nasze grupy młodzieżowe i Akademia Sandecji święcą triumfy – U-19 i U-17 grają w CLJ, U-15 może za chwilę powtórzyć ich sukces. Zespół rezerw jest w czubie tabeli. To w połączeniu ze stabilnością finansową, powstającą infrastrukturą sportową rysuje przyszłość klubu w kolorowych barwach. Fundamenty są solidne, a z każdym wyzwaniem sobie poradzimy. O Dumie Krainy Lachów jeszcze będzie głośno, wierzę, że największe sukcesy Sandecji jeszcze przed nami. Mimo trudnego okresu, jesteśmy z klubem na dobre i na złe.

– Staramy się, by Sandecja nie była tematem politycznym. Była przed nami i będzie po nas. Każdy dobrze jej życzy. Całe miasto żyje Sandecją – jej sukcesami i porażkami. Nie wyobrażam sobie, żeby klubowi nie pomóc. Nie budujemy stadionu ekstraklasowego, żeby grać w drugiej lidze. Mamy większe ambicje. W sporcie, jak w życiu – wiele zależy od szczęścia. Szczęściu należy pomagać. My pomagamy.

Dlaczego Sandecja potrzebuje 10 milionów?

– Po co Sandecji aż dziesięć milionów złotych?

Miłosz Jańczyk: Kwota dotyczy także gry na zapleczu Ekstraklasy. To nie tak, że drugoligowiec ma dziesięć milionów budżetu. Nasz klub to nie tylko pierwsza drużyna. Mamy roczniki młodzieżowe – Fundacja Akademia Sandecja, trzy zespoły w CLJ i rezerwy. Jako jedyni w II lidze możemy już w tej chwili pochwalić się kompletem drużyn na centralnym szczeblu rozgrywkowym (awans do CLJ drużyna U-15 uzyskała w miniony piątek). Te drużyny jeżdżą po całej Polsce dokładnie tak jak pierwszy zespół. Mieszkają, jedzą. To kosztuje. Ponadto nie mamy własnej infrastruktury, wynajmujemy boiska w okolicy, płacimy za dojazdy na treningi oraz mecze ligowe. Oceniam, że koszt utrzymania pierwszej drużyny to około 60% budżetu.

– Nikt w drugiej lidze nie dostaje takich dofinansowań. Nawet Radunia Stężyca, uchodząca za anomalię i patologię, dostaje od gminy 2,3 miliona złotych.

Miłosz Jańczyk: – Średnia zarobków naszych piłkarzy nie odbiega od drugoligowej średniej. Straszną robotę w kontekście finansów zrobią drużyny w CLJ. W skali sezonu będzie to ponad milion złotych. Oczywiście dumny jestem z chłopaków, kilku z nich po awansie U-19 wcielonych zostało do pierwszego zespołu, kolejni bardzo dobrze rokują. Lwią część budżetu stanowią koszty związane z wynajmem boisk oraz stadionu zastępczego na potrzeby zespołu seniorów.

– Ile?

Miłosz Jańczyk: – W Niepołomicach płaciliśmy kilkadziesiąt tysięcy za mecz. Teraz cena jest nieco niższa, powiedzmy o połowę. Straciliśmy wpływy z tytułu gry w pierwszej lidze. Benefity z Polsatu, od bukmachera i z PZPN to około 1,8 miliona. Nasz zespół w drugiej lidze jest tańszy o około 1,9 miliona względem tego pierwszoligowego. Różnica będzie widoczna, ale dopiero pod koniec przyszłego roku. Po sezonie rozwiązaliśmy dwadzieścia kontraktów. Przepisy mówią, że rozwiązując umowę po spadku trzeba wypłacić jedną pensję do przodu z tytułu rekompensaty. Ponieśliśmy trochę kosztów. Przy takiej liczbie umów zrobiła się ładna kwota. I tak to wychodzi. Inaczej się tego naprawdę nie da skalkulować. To nie tak, że prezes ma samowolę. Jest nade mną rada nadzorcza. Każdy mój ruch jest kontrolowany. Każdą złotówkę wydajemy w sposób przemyślany.

Dotacja na pijaństwo

Miasto rozdysponowało w 2020 roku 1,8 miliona złotych dotacji w ramach konkursu „krzewienia kultury fizycznej”. Podobną sumę przeznacza co roku na inicjatywy, które aktywizują sportowo mieszkańców. Ratusz postanowił zrobić kontrolę i sprawdzić wszystkie instytucje, które wsparł finansowo.

Negatywnie przeszedł ją Okręgowy Związek Piłki Nożnej, który musiał oddać 52 tysiące złotych.

Na co działaczom była dotacja? 

Dociekało w tej sprawie TVP Sport. Konkretne nadużycia, o jakich można przeczytać w tekście Mateusza Migi:

  • OZPN Nowy Sącz opłacał wysokie faktury za obsługę medyczną osobie, która nie posiadała uprawnień i nazywała się identycznie jak wiceprezes zarządu OZPN;
  • OZPN Nowy Sącz pokrywał wysokie uposażenie sędziego, który nazywa się identycznie jak wiceprezes zarządu OZPN i nie da się ustalić, jakie mecze prowadził;
  • OZPN Nowy Sącz dysponował fakturami za korzystanie z hali, ale nie był w stanie wykazać, w jakim celu była ona wynajmowana;
  • OZPN rozliczał dotację fakturami za usługi cateringowe, co opisywał hasłem „catering na zebranie członków zarządu”, w ramach tego cateringu miały być organizowane „kosztowne uczty”;
  • podczas kontroli głównym księgowym OZPN mianował się jeden z członków zarządu, choć nie ma do tego kwalifikacji;
  • przy rozliczeniach pokazywano kserokopie dokumentów, które zostały poświadczone za zgodnością z oryginałem, ale różniły się treścią od oryginałów.
  • gdy OZPN został poproszony o precyzyjne wyjaśnienia, odpowiedział, że zalało dokumenty – w siedzibie związku miało dojść do awarii grzejnika, akurat pod nim były ważne papiery… (to już info „Gazety Krakowskiej”).

W artykule Mateusza Migi czytamy, że dotacje były od lat przyznawane uznaniowo, bez klarownych kryteriów. W 2019 roku piłkarska centralna zlikwidowała OZPN-y, czyli okręgowe związki piłki nożnej. Zgodnie z uchwałą federacji, wszystkie lokalne związki miały wykreślić się z KRS-u, dokonać samorozwiązania i wejść w struktury wojewódzkich związków. Ludzie z Nowego Sącza dołączyli do MZPN-u prowadzonego wówczas przez śp. Ryszarda Niemca. I jednocześnie… nie zakończyli działalności poprzedniego związku.

Co więcej, jak co roku zgłosili się do miasta po dotację, mimo że nie prowadzili już w ramach OZPN żadnej działalności i nie powinni już tak właściwie istnieć. Ratusz od lat wspierał OZPN, więc środki na tę organizację szły właściwie z automatu.

Pożyczka

Nierentowna Sandecja, wyciągająca ręce po dziesięć milionów miejskiej forsy, pożyczyła pracownikom swojego klubu pieniądze w kwocie 140 400 złotych.

Kwota może nie robi wrażenia, to nie brak 140 tysięcy złotych wpędził klub w ruinę, zwłaszcza że te pieniądze zostały oddane już na początku tego roku.

Suma nie ma znaczenia.

– Jakiemu pracownikowi i dlaczego klub udzielił pożyczki?

Miłosz Jańczyk: – Nie mogę udzielić odpowiedzi. Stanowi ona tajemnicę przedsiębiorstwa. Nie zrobiliśmy nic, co jest niezgodne z przepisami. To nie była jednorazowa pożyczka, tylko trzy w mniejszych kwotach.

Czy miejski klub piłkarski jest od pożyczania pieniędzy?

Czy miejski klub piłkarski będący w ruinie jest od pożyczania pieniędzy?

Czy miejski klub piłkarski będący w ruinie i proszący ratusz o dziesięć milionów jest od pożyczania pieniędzy?

„Czeka nas poważna rozmowa z zarządem”

Prezes Sandecji Nowy Sącz ma klawe życie. Nieważne, w jak słabej kondycji będzie zarządzany przez niego klub, i tak dostanie dofinansowanie z miasta. Po co ma się starać i szukać sponsorów, skoro miasto i tak załata każdą dziurę?

– Gdybym był prezesem Sandecji, to pewnie nie przemęczałbym się szukaniem sponsorów, skoro miasto zawsze dawałoby mi tyle, o ile poproszę.

Artur Bochenek, wiceprezydent Nowego Sącza:  – To, ilu sponsorów jest w klubie, zależy od sprytu i obrotności zarządu.

– Rozleniwiacie zarząd?

Artur Bochenek: – Myślę, że czeka nas w najbliższym czasie poważna rozmowa z zarządem. Od dłuższego czasu zastanawiamy się nad reorganizacją finansową, dostosowaniem się do obecnej sytuacji. Jeszcze kilka miesięcy będziemy grali na emigracji w trudnych drugoligowych warunkach. Wydatki na wynagrodzenia piłkarzy pierwszej drużyny zostały znacznie ograniczone po spadku do drugiej ligi, co będzie miało przełożenie na wysokość finansowania w przyszłym roku.

– Za te osiem czy dziesięć milionów wybudowalibyśmy dużo więcej dróg, chodników, placów zabaw… I wiadomo, że one są też potrzebne mieszkańcom.

– Czy nie bardziej?

Artur Bochenek: – To takie same potrzeby. To jakby pytać: ważniejsze jest pójście do teatru czy kupienie sobie swetra?

– Wolałbym mieć najpierw sweter, czyli drogi w mieście, by myśleć o teatrze.

Artur Bochenek: – Zgadza się. Wątpię, by rada miasta podjęła decyzję o likwidacji klubu lub przyznała mu takie środki, które naraziłyby go na spadek do lig okręgowych. To zbyt duża duma dla sądeczan. Każda złotówka wydawana przez miasto powinna być dwa razy oglądana. Także w klubie piłkarskim. W klubie to może nawet trzy razy.

– Stawiam tezę: jeśli klub ma trzy miliony przychodów i potrzebuje przy tym dziesięciu milionów z miasta, żeby się utrzymać, to jest ekstremalnie źle zarządzany.

Artur Bochenek, wiceprezydent: – Nie mieliśmy, że tak powiem, okresu szturmu i naporu. Uniknęliśmy problemów z wypłatami dla pracowników czy kadry zawodniczej. Nie mamy zobowiązań wobec podmiotów zewnętrznych. Nie rolujemy ich. Jeśli przesuwamy terminy płatności ZUS-ów bądź innych świadczeń państwowych, to po wcześniejszym uzgodnieniu. Potem wszystko zerujemy. Wszystkie zobowiązania klubu są wyczyszczone. Klub nie ma nawisów finansowych. Potencjalny inwestor nie ma się czego obawiać, że zastanie klub z ogromnymi długami ukrytymi. Tego u nas nie ma. 

– Czyli Sandecja jest dobrze zarządzana?

Artur Bochenek: – Oczywiście, gdyby klub był w Ekstraklasie i generował kwoty o połowę mniejsze niż w tej chwili, to byłaby to sytuacja optymalna. Do niej należy dążyć.

– Jesteście bardzo daleko. 

Artur Bochenek: – Trzeba sobie wysoko stawiać poprzeczkę. W Ekstraklasie są wyższe przychody. Prawa telewizyjne na poziomie co najmniej ośmiu milionów złotych. Konieczność wydawania na klub jest mniejsza, choć też zwiększają się nakłady na kadrę… Kwota przekazywana przez miasto nie ulegnie drastycznej zmianie, jeśli nie uda nam się znaleźć inwestora bądź sponsora strategicznego. Na tym się musimy skupić.

– Miasto utrzymuje kompletnie nierentowny biznes.

Artur Bochenek: – No tak, niestety tak. Żadna ze spółek komunalnych nie jest powołana w celu świadczenia ogromnego zysku, ale zakładamy tak zwany rozsądny zysk w granicach sześciu procent. W niektórych spółkach się to udaje. Są takie, które generują znacznie większy przychód jak MPEC czy TBS. Jeśli chodzi o kluby piłkarskie, to kosztowne zajęcie. Kibice i ludzie związani z Nowym Sączem wymagają, by klub grał na wysokim poziomie. Miasto jest powołane do tego, by zapewnić mieszkańcom także tę potrzebę.

Sandecja nie chciała awansować

Sandecja to jeden z nielicznych klubów, który w ostatnim czasie naprawdę nie chciał awansować do Ekstraklasy. I to nie w czasach prehistorycznych, gdy o wielu klubach mówiono w ten sposób, a wiosną 2019 roku. Nowosądecka drużyna podejmowała 3 kwietnia Stal Mielec w meczu dwóch zespołów z szansami na promocję do wyższej ligi.

Marcin Feddek wypalił wtedy na antenie Polsatu, że usłyszał od nowosądeckich piłkarzy, iż władze klubu nie chcą awansować do Ekstraklasy, co mieli przekazać drużynie w klarownym komunikacie.

Później komentator opowiadał nam: – Powiedziałem to z pełną świadomością. Informację przed meczem przekazali mi ludzie z Sandecji i nawet mnie poprosili, żebym puścił je dalej. Nie sprecyzowali jednak dokładnie, o kogo chodziło, dlatego najpierw powiedziałem o prezesie, który zaraz potem napisał smsa i uściślił, że był to przekaz od rady nadzorczej, czyli po prostu od osób z miasta, będącego współudziałowcem. Prezes nie miał pretensji, wszystko sobie wyjaśniliśmy.

Miasto uznało, że skoro nie ma wciąż stadionu, to klub i tak nie zostałby dopuszczony do gry w Ekstraklasie. A to byłby dla niego słaby układ, bo musiałby wypłacić zawodnikom premie za awans (w końcu osiągnęliby cel) i nie otrzymałaby żadnego zwrotu (np. w postaci pieniędzy z praw telewizyjnych). Klub z Nowego Sącza wpisywał też w kontrakty automatyczną podwyżkę o dwadzieścia procent w razie przeskoczenia o ligę wyżej. To też mogłoby pogrążyć go finansowo.

Wyszło pokracznie, ale to jeden z nielicznych momentów, gdy Sandecja pomyślała o tym, że nie warto rozrzucać hajsu na prawo i lewo.

Przejaw rozsądku po nowosądecku.

Handzel na koszulkach

Politycy wykorzystują miejskie kluby do ocieplania swojego wizerunku. Dla Małgorzaty Mańki-Szulik Górnik był przez lata najważniejszym orężem wyborczym. Reputacja Jacka Sutryka rośnie z każdym kolejnym zwycięstwem Śląska Wrocław. Miejscy urzędnicy lubią się pokazywać przy klubie, gdy ten odnosi sukcesy. Albo wykonywać ruchy pod publiczkę, gdy trzeba jakoś zareagować.

Ale żaden prezydent w Polsce nie próbował pójść tak szeroko jak Ludomir Handzel. Herb miasta na koszulkach utrzymywanych przez ratusze klubów to norma. Prezydent Nowego Sącza chciał iść krok dalej.

Na koszulkach Sandecji znalazł się w 2021 roku napis: „Patron honorowy Ludomir Handzel Prezydent Miasta Nowego Sącza”

Trykoty zostały zaprezentowane na oficjalnej stronie klubu. Oczywistym jest, że kibice szybko zaprotestowali. “Brzmi to tak jakby to on prywatnie finansował klub. Co nie jest zgodne z prawdą i jest to obrzydliwa manipulacja. Doceniamy wkład i zaangażowanie prezydenta w zapewnienie finansowania klubu. Ale bez przychylności Rady Miasta środków na to by nie było. Do tej pory był herb miasta, bo to miasto promuje klub, a klub promuje miasto. Całe miasto, w tym Prezydenta i Radę Miasta, nie jedną konkretną osobę”, pisali na swoich kanałach.

Po dwóch godzinach od publikacji zacytowanego posta prezydent miasta wycofał się ze swojego pomysłu.

Marazm i „jakoś to będzie” 

Radosław Mroczkowski żalił się w wywiadzie dla “Przeglądu Sportowego”:

– Gdybym wiedział, że po awansie do ekstraklasy w Sandecji nastanie taki marazm, na pewno bym nie podpisał nowej umowy. 

– Przygotowania do rozgrywek rozpoczęliśmy z siedemnastoma piłkarzami. Od podpisania kontraktu odnoszę wrażenie, że nasza strategia brzmi: „jakoś to będzie”.

– Odnoszę wrażenie, że większość ludzi, których spotykam w pracy w Nowym Sączu, nie szuka nowych rozwiązań, tylko przyjmuje to, co jest. Ten minimalizm mnie czasami przeraża.

– Gdy pytam, czy trawa jest skoszona i wymalowane są linie na boisku, też robi się z tego sensację. Gdyby ktoś tego pilnował, nie byłoby tematu. To wszystko detale zapewniające odpowiednią jakość pracy.

Wynika to z nieudolności ludzi, którzy nie rozumieją, co to znaczy dbać o wizerunek zespołu. Mówiłem o tym prezesowi, ale skoro ktoś nigdy nie działał w sporcie, to nie czuje tematu. Poziom zarządzania Sandecją jest naprawdę słaby.

– Prawdziwych dyrektorów sportowych możemy w Polsce policzyć na palcach jednej ręki. Większość jest z nadania, albo – jak w Sandecji – z przypadku. Na zasadzie: „Raz, dwa, trzy dyrektorem jesteś ty”.

Awansował z Sandecją do Ekstraklasy. Wyrzucono go w grudniu. 

Budowa stadionu trwa już siódmy rok 

Budowa stadionu w Nowym Sączu to niekończąca się opowieść. Portal „Twój Sącz” sporządził opasłe kalendarium, w którym miesiąc po miesiącu opisuje zawiłe dzieje tamtejszego obiektu.

Streszczamy je tak zwięźle, jak tylko się da.

Maj 2017: Sandecja awansuje do Ekstraklasy, kibice demontują za zgodą prezydenta miasta krzesełka i zabierają je do domu, nowy obiekt ma być gotowy na wiosnę przyszłego roku.

Październik 2017: ogłoszenie przetargu na budowę stadionu. Termin na wykonanie robót to maksymalnie osiemnaście miesięcy. Stadion ma mieć osiem tysięcy miejsc.

Listopad 2017: do przetargu zgłasza się tylko jeden wykonawca (konsorcjum śląskich firm). Proponuje postawienie obiektu za 60 mln zł.

Grudzień 2017: przetarg unieważniony, Nowy Sącz oczekuje oferty o dziesięć milionów mniejszej. „Miasto stać na to, żeby w latach 2018 i 2019 wydać maksymalnie 50 milionów na budowę stadionu. Taka jest decyzja moja i komisji, która zajmowała się przetargiem”, tłumaczy prezydent.

Styczeń 2018: miasto uznaje, że inwestorem zastępczym przy budowie stadionu będzie spółka Sądecka Infrastruktura Miejska, która zarządza parkingami i szaletem.

Luty 2018: powyższa spółka ogłasza nowy przetarg.

Maj 2018: zgłaszają się cztery firmy, wygrywa „ATS 999” z Białej Podlaskiej z ofertą o 650 tysięcy złotych niższą niż pozostali. Sandecja spada z ligi, władze miasta montują na nowo krzesełka za 730 tysięcy złotych.

Czerwiec 2018: w celu przeprowadzenia robót, miasto kupiło działkę z budynkiem za 1,6 mln zł, do którego przeprowadziła się administracja klubu.

Sierpień 2018: nowy wykonawca i projektant stadionu przedstawia pierwsze koncepcje budowy.

Wrzesień 2018: obecny prezydent Lubomir Handzel, wtedy jeszcze kandydat na ten urząd, pisze w liście do kibiców Sandecji, że zasługują na lepszy stadion niż ten, który ma się wybudować.

„Uważam że Nowy Sącz musi posiadać stadion miejski spełniający wymogi co najmniej 3 kategorii UEFA”.

„Stadion ten musi mieć pojemności minimum 8000 miejsc, co bezwarunkowo umożliwiało będzie organizowanie zawodów sportowych i innych imprez na najwyższym poziomie, w tym spotkań międzypaństwowych z uwzględnieniem reprezentacji kraju. Nowy Sącz musi być stać na taki obiekt”.

„Ekonomia podpowiada, że każda inwestycja powinna być realizowana możliwie szybko, ponieważ generuje to mniejsze koszty a uciążliwości trwają krócej. Będę zatem stał na stanowisku, że stadion miejski powinien powstać niezwłocznie w najszybszym możliwie terminie”.

Kwiecień 2019: nie ma pozwolenia na budowę, nie ma pieniędzy w budżecie, nie ma więc szans na rozpoczęcie budowy do końca roku. Koszty mają wzrosnąć do 100 mln zł. Prezydent i radni piszą apel do premiera z prośbą o dofinansowanie.

Sierpień 2019: zmiana koncepcji, miasto chce rozliczyć budowę stadionu w barterze, oddać nowemu inwestorowi miejskie grunty w zamian za budowę stadionu i siedziby urzędu miasta.

Październik 2019: wciąż nie ma pozwolenia na budowę, ma być w lutym.

Luty 2020: powstaje nowa miejska spółka, która ma odpowiadać za budowę stadionu. Pozwolenia wciąż nie ma, nowy obiekt ma zostać sfinansowany z kredytu, termin to „drugi kwartał 2022”.

Maj 2020: projekt stadionu ma już prawie wszystkie pozwolenia, ale ląduje w koszu, bo prezydent chce tańszego obiektu na 4,5 tysiąca krzesełek. „Zamawiający jest zmuszony do wykonania znaczącej redukcji kosztów realizacji niniejszej inwestycji”, czytamy w wyjaśnieniu.

Grudzień 2020: kończy się kolejny przetarg, tym razem zwycięzcą jest firma Grand Andrzej Grygiel z Korzennej, która deklaruje budowę areny za 49,2 mln zł.

Luty 2021: Krajowa Izba Odwoławcza wykluczyła firmę Grand z przetargu, trzeba było ponownie wyłonić zwycięzcę. Została nim  Grupa Blackbird budująca stadion za 53,4 mln zł.

Marzec 2021: ten przetarg również unieważniono, miasto przypomniało sobie, że chce wydać na stadion maksymalnie 50,5 mln zł.

Kwiecień 2021: rusza kolejny przetarg.

Czerwiec 2021: kolejny przetarg znów wygrywa Grupa Blackbird, która oferuje wykonanie obiektu za 50,67 mln zł. Tym razem miasto podpisuje umowę, na której realizację wykonawca ma 730 dni. Prezydent Nowego Sącza i Jan Kos, prezes Blackbird, odpalają wspólnie race w ramach happeningu.

Listopad 2021: Powstaje wizualizacja projektu, Lubomir Handzel mówi o postępie prac: – Wkrótce będą tu tak szybkie ruchy wykonane, że niektórym oko zbieleje. I dalej będzie swędział ten otwór który, mam nadzieję, swędzi ich dzisiaj. Sandecja jest jak jedna pięść i taka będzie zawsze.

Marzec 2022: miasto i wykonawca podpisują aneks, w ramach którego Grupa Blackbird zarobi 25 mln zł więcej, ale wybuduje obiekt, który ma pomieścić jednak 8,1 tysięcy widzów, a nie 4,5, jak dotąd zaplanowano. Termin oddania inwestycji nie zmienia się.

Sierpień 2022: nadzór budowlany wszczyna postępowanie, istnieje podejrzenie, że jedna z trybun budowana jest bez pozwolenia.

Październik 2022: na stadionie Sandecji trwają nocne i potajemne rozbiórki. „Nieoficjalnie słyszymy, że to wina wykonawcy, którego poniosła fantazja i zrobił coś, czego nie było w projekcie”, tłumaczą kibice. Jan Kos, właściciel firmy „Blackbird”: – Za swoje budujemy, za swoje burzymy. Trybuny stoją, proszę się nie martwić.

Listopad 2022: trwają kolejne rozbiórki, portal „Nasze Miasto”: „Robotnicy wyburzali ścianki, po czym zdemontowane pustaki ładowali na podstawiony samochód. Co ciekawe pracownicy, gdy tylko zobaczyli człowieka z aparatem, zaprzestali prac”.

Grudzień 2022: sądeckie wodociągi wstrzymują dostawę wody na stadion ze względu na nieuregulowane płatności.

Marzec 2023: Ludomir Handzel deklaruje, że termin oddania stadionu nie jest zagrożony. Tymczasem sprawa budowy stadionu Sandecji trafia do CBA. Powód? PAP podaje, że „postępowanie przetargowe na budowę stadionu miejskiego w Nowym Sączu zostało przeprowadzone z naruszeniem ustawy Prawo zamówień publicznych”.

Kwiecień 2023: Jan Kos, wykonawca stadionu, pisze do „Gazety Krakowskiej”: „Gdyby nie wasze nieżyczliwe i nierzetelne artykuły, to stadion byłby gotowy”. Wiceprezydent Nowego Sącza Artur Bochenek mówi: „Nie da się tego stadionu nie zrealizować”.

Maj 2023: wykonawca prosi o wydłużenie terminu na oddanie stadionu.

Czerwiec 2023: mija 730 dni, jakie Grupa Blackbird miała na zrealizowanie inwestycji.

Lipiec 2023: prezydent Nowego Sącza ma nadzieję, że budowa skończy się w tym roku.

Sierpień 2023: podpisany zostaje aneks do umowy, wykonawca ma oddać obiekt do listopada. „Gazeta Krakowska” pyta Jana Kosa, czy zdąży na nowy termin. „Tak, chyba że wybuchnie wojna”, odpowiada.

Wrzesień 2023: Regionalna Izba Obrachunkowa zawiadamia prokuraturę o możliwości popełnienia przestępstwa po tym jak chciała przeprowadzić kontrolę budowy, ale jej to uniemożliwiono.

Październik 2023: czas mija, na budowie stadionu nie dzieje się nic.

Listopad 2023: Jan Kos ogłasza, że zrywa umowę z miastem. Miasto ogłasza, że zrywa umowę z Janem Kosem.

27 listopada 2023: o szczegółach dokończenia budowy nic nie wiadomo, nie jest znany nawet żaden termin.

Po Janie Kosie pozostały nieśmiertelne zdjęcia, na których piecze kiełbaski przy budowie obiektu.

Serio.

Każdy kolejny tydzień bez obiektu przy Kilińskiego 47, to kilkadziesiąt tysięcy złotych mniej z budżetu Nowego Sącza, który od kilku lat gości na okolicznych stadionach. W Ekstraklasie była to Nieciecza, ostatnio “Sączersi” grali w Niepołomicach, obecnie jeżdżą do Krakowa na obiekt Garbarni.

– Kto płaci za grę na stadionie Garbarni?  

Miłosz Jańczyk: Wykonawca miał dwa lata na oddanie stadionu. Podręcznik licencyjny stanowi, że to my jako klub musimy mieć podpisaną umowę z operatorem stadionu. Czyli na przykładzie z zeszłego sezonu: my podpisujemy umowę ze spółką Niepołomicki Sport, która wystawia nam faktury, a my je opłacamy. Na mocy porozumienia z firmą Blackbird mieliśmy pozyskiwać od niej środki w formie rekompensaty.

– Udawało się je ściągać?

Miłosz Jańczyk:Powiem wprost: na początku firma rzeczywiście wywiązywała się ze swojego obowiązku. Z biegiem miesięcy niestety faktury nie były opłacane. W sierpniu zdecydowałem się skierować sprawę na drogę postępowania sądowego. Uzyskaliśmy w październiku nakaz zapłaty. Został on skutecznie doręczony wykonawcy. Nie mamy jeszcze prawomocnego wyroku. Kiedy go dostanę, będę mógł podjąć działania windykacyjne.

Aha.

Jeszcze scenka z listopadowej sesji rady miasta w sprawie stadionu.

Radny Jakub Prokopowicz nazywa jednego z radnych “intelektualnym impotentem”.

W mediach społecznościowych odżywają zdjęcia publikowane przez politycznych oponentów Prokopowicza, na których radny ma publicznie się obnażać.

Klimacik.

Izba wytrzeźwień

Czy w Nowym Sączu są instytucje, którym bardziej przydałoby się dofinansowanie niż Sandecji?

Tak.

W tym 83-tysięcznym mieście zlikwidowano z początkiem 2023 roku izbę wytrzeźwień.

– W obecnej sytuacji jest ona dla miasta nie do udźwignięcia – argumentował tę decyzję Ludomir Handzel.

Miasto musiało dokładać do placówki. Władze uznały, że jest ona zbyt kosztowna.

Handzel mówił wręcz: – Uważam, że utrzymywanie tej jednostki jest wynaturzeniem. Pobyt jednego pensjonariusza kosztował dziennie ponad 1000 zł. Nawet jeden z pięciogwiazdkowych hoteli nad Jeziorem Rożnowskim nie ma takich stawek.

Likwidacja izby wytrzeźwień nie wygląda na pierwszy rzut oka jak poważny społecznie problem. Ale kiedy znika izba wytrzeźwień, nie znikają wraz z nią ludzie, którzy półprzytomni słaniają się po mieście. Dawniej procedura wyglądała następująco: ktoś znalazł rozpijaczonego poszukiwacza przygód z rozwaloną głową, więc dzwonił po karetkę, ta jechała na SOR, opatrywała delikwenta i wysyłała na izbę wytrzeźwień. Obecnie szpital nie może wypisać takiego pacjenta, dopóki nie wytrzeźwieje.

Dzwonimy do Agnieszki Zelek-Rachtan, rzeczniczki prasowej szpitala im. Śniadeckiego w Nowym Sączu.

– Jak zmieniła się sytuacja na SOR w związku z likwidacją izby wytrzeźwień? 

Agnieszka Zelek-Rachtan: – Jest bardzo trudna. Każdej doby pojawia się u nas średnio pięciu-sześciu pacjentów przywiezionych w stanie nietrzeźwości. Każdego z nich musimy trzymać na sali wśród innych pacjentów aż do wytrzeźwienia, bo nie mamy ich gdzie przekazać. Żaden lekarz nie podejmie decyzji o wypisaniu pacjenta w stanie nietrzeźwości, bo jeśli cokolwiek mu się stanie, to lekarz poniesie za to winę i odpowiedzialność. Bardzo często dostajemy telefony od pacjentów. Mówią, że tak się nie da, nie są w stanie uleżeć w takich warunkach.

– Przyjechali z nagłym problemem zdrowotnym, cierpią…

Agnieszka Zelek-Rachtan: – A ktoś wyzywa, klnie. Chory człowiek leży obok i chce mieć spokój. Ten spokój często wspomaga leczenie.

– Ile jest łóżek na oddziale SOR? 

Agnieszka Zelek-Rachtan: – Trzynaście. 

– Sześć osób dziennie, trzynaście łóżek…

Agnieszka Zelek-Rachtan: – Tak to wygląda. 

– Połowa łóżek zajęta przez zwiezionych z ulicy pijanych. 

Agnieszka Zelek-Rachtan: – Mamy dwa oddzielne pokoje z jednym łóżkiem, do których kierujemy tych najbardziej agresywnych. Pilnuje ich ochrona. Chcemy izolować ich od pacjentów. Ktoś wyzywa, załatwia swoje potrzeby fizjologiczne pod siebie… Chcemy oszczędzić reszcie pacjentów takich przeżyć. Nie zawsze się da. Zdarza się, że agresywnych jest sześciu. Dwóch leży wtedy w osobnych pokojach, a czterech zostaje na sali z pacjentami.

– Pijani załatwiają potrzeby fizjologiczne przy innych pacjentach?

Agnieszka Zelek-Rachtan: – Tak.

– Ekstremalna sytuacja.

Agnieszka Zelek-Rachtan: – Takie ekstremalne sytuacje zdarzają się praktycznie za każdym razem, gdy przywiezieni są do nas pacjenci w stanie nietrzeźwości. Załatwiają swoje potrzeby fizjologiczne na łóżkach, ale nie tylko, bo także na korytarzu. Zdarzyło się nawet, że pacjent wysikał się pod rejestracją. Personel medyczny jest regularnie obrażany i atakowany, nie tylko słownie, ale też fizycznie. Jeden z takich pacjentów kopnął pielęgniarkę. Musiała iść na chorobowe. Innym razem nietrzeźwy pacjent pobił lekarza… 

– Jak sobie radzicie?

Agnieszka Zelek-Rachtan: – Mamy swoją ochronę. To generuje nam dodatkowe koszty. Ochroniarze muszą pilnować tych pacjentów. Słyszymy głosy, że lekarze chcą odchodzić, bo tak się nie da pracować. Jeszcze żaden nie nie złożył wymówienia, ale jeśli sytuacja będzie tak wyglądać dalej… Mogą wybrać miejsce pracy: takie, w którym na każdym dyżurze trzeba się użerać z nietrzeźwymi, albo takie, w którym nie trzeba.

– Sytuacja jest naprawdę skomplikowana i ciężka. My nie możemy nic. Izba wytrzeźwień była w rękach miasta. Działała przez lata. Nasza współpraca była zawsze dobra. Gdy pojawił się u nas nietrzeźwy pacjent, to był zaopatrywany i przebadany. Jeśli nie wymagał hospitalizacji, to przekazywaliśmy go do izby wytrzeźwień. Na tym polega funkcja tej instytucji. Teraz taki pacjent zostaje u nas do wytrzeźwienia, choć otrzymał pomoc i nadaje się do wypisu.

Do wytrzeźwienia, czyli jak długo?

Agnieszka Zelek-Rachtan: – To zależy, ile pacjent ma promili. Żeby można było go wypisać, musi mieć mniej niż 0,5.

Zdarzają się tacy, którzy zostają dobę?

Agnieszka Zelek-Rachtan: – Czasem nawet ponad dobę. Zdarzają się takie przypadki. 

– Istnieje możliwość rozszerzenia SOR-u, żeby to jakkolwiek pogodzić?

Agnieszka Zelek-Rachtan: Tu jest kolejny problem, bo nie mamy takich możliwości lokalowych. Gdyby istniały, to oczywiście byśmy to zrobili. Nie mamy nawet kawałka działki, żeby dobudować pomieszczenia. To szpital z 1906 roku. Ile się dało go rozbudować, to już rozbudowaliśmy. Obecnie nie mamy już żadnej możliwości. 

– Władze miasta wiedzą, w jakiej sytuacji się znaleźliście?

Agnieszka Zelek-Rachtan: – Robiliśmy, co mogliśmy. Nasza rada społeczna pisała do pana prezydenta. Niestety, nie ugiął się na nasze apele.

– Jaki jest powód? 

Agnieszka Zelek-Rachtan: – Izba wytrzeźwień przynosiła olbrzymie straty. 

Koszty utrzymania izby wytrzeźwień w 2023 roku oszacowano na 2,7 miliona złotych, z czego miasto miałoby pokryć 2,35 miliona złotych.

Sandecja dostała w 2023 roku 10 milionów złotych.

To o 2,5 miliona więcej niż w 2022 roku.

Jak na dłoni widać, skąd władze Nowego Sącza wzięły pulę dodatkowych środków.

Czy było warto? 

* * *

Nowy Sącz przepala na Sandecji pieniądze. Klub nie ma wyników sportowych, zaraz może być w III lidze. Niczego nie buduje. Ani klubu jako organizacji, ani stadionu.

Zbija jedynie kapitał polityczny.

Samorządowcy zdają sobie sprawę, że przychylnością wobec Sandecji zyskują sympatię kibiców, którzy są w Nowym Sączu naprawdę silną grupą.

Jak silną?

Budżet obywatelski to coroczna inicjatywa, w ramach której mieszkańcy mogą zgłaszać swoje pomysły projektów. Te, które zyskają największą popularność w głosowaniu lokalnej społeczności, zostaną zrealizowane z miejskich środków. Czasem wygrywają pomysły związane ze sportem. Powstają osiedlowe boiska albo ścieżki rowerowe. W 2018 roku stowarzyszenie kibiców Sandecji Nowy Sącz zgłosiło do budżetu obywatelskiego projekt, w ramach którego miasto miało ufundować im… karnety na całą rundę. Fanatycy poprosili o 400 tysięcy złotych na realizację tego celu.

– To taki nasz pomysł na rekompensatę kibicom tego ostatniego roku, który obfitował w masę problemów, awantur, szkodzenia wizerunkowi klubu oraz wstydu, jakiego musieliśmy się najeść my, którzy jesteśmy z Sandecją zawsze, na dobre i na złe – mówił przedstawiciel stowarzyszenia na sądeczanin.info.

Mowa o sezonie, w którym „Sączersi” lecieli z Ekstraklasy. Inicjatywa kibiców szła łeb w łeb z konceptem „zintegrowanego systemu udostępniania rowerów miejskich”.

I wygrała.

Budżet obywatelski finansował bilety dla najbardziej fanatycznych kibiców Sandecji, których wskazało stowarzyszenie. Kibice Sandecji to naprawdę liczna grupa. Miejscy politycy doskonale o tym wiedzą, dlatego nie pozwolą klubowi zginąć.

Nawet jeśli to kosztuje absurdalnie duże pieniądze i nie ma żadnego sensu.

CZYTAJ WIĘCEJ O MIEJSKICH KLUBACH: 

Fot. FotoPyK / newspix.pl

Ogląda Ekstraklasę jak serial. Zajmuje się polskim piłkarstwem. Wychodzi z założenia, że luźna forma nie musi gryźć się z fachowością. Robi przekrojowe i ponadczasowe wywiady. Lubi jechać w teren, by napisać reportaż. Występuje w Lidze Minus. Jego największym życiowym osiągnięciem jest bycie kumplem Wojtka Kowalczyka. Wciąż uczy się literować wyrazy w Quizach i nie przeszkadza mu, że prowadzący nie zna zasad. Wyraża opinie, czasem durne.

Rozwiń

Najnowsze

Hiszpania

Henry do Xaviego: Mógłbym cię porównać tylko do Guardioli

wstellmach
0
Henry do Xaviego: Mógłbym cię porównać tylko do Guardioli

Niższe ligi

Hiszpania

Henry do Xaviego: Mógłbym cię porównać tylko do Guardioli

wstellmach
0
Henry do Xaviego: Mógłbym cię porównać tylko do Guardioli

Komentarze

42 komentarzy

Loading...