Reklama

Rumble in the Jungle dla Fluminense. Esencja latynoskiego futbolu w finale Copa Libertadores

Szymon Janczyk

Autor:Szymon Janczyk

05 listopada 2023, 01:01 • 6 min czytania 5 komentarzy

Sto pięćdziesiąt tysięcy osób przyjechało do Brazylii za ukochanym Boca Juniors. Dwukrotnie więcej niż w ogóle pomieści Maracana, na której przecież musiało znaleźć się miejsce także dla hordy zdzierającej gardła dla Fluminense, w porównaniu z Flamengo znacznie mniej licznej, ale jednak ekipy z Rio de Janeiro, grającej u siebie. W takiej otoczce latynoamerykański futbol po prostu nie mógł zaserwować nam niczego innego niż absolutne szaleństwo.

Rumble in the Jungle dla Fluminense. Esencja latynoskiego futbolu w finale Copa Libertadores

Felipe Melo stuknęła już czterdziestka, ale na stoperku jeszcze pyknie. Wcale nie w Klasie A, tylko w Serie A, rozgrywkach, w których zatrzymać trzeba choćby takiego Endricka, chłopca, który na świat przyszedł, gdy Melo rozkręcał już swoją karierę w Hiszpanii. W Hiszpanii, gdzie nie tak dawno hasał Marcelo, który na starość zawinął do domu i mimo miana najbardziej utytułowanego zawodnika w dziejach Realu Madryt, ale wcale nie dał sobie spokoju z chęcią zdobywania złota za złotem.

Takich postaci w finale Copa Libertadores było na boisku co niemiara. U jednych za kierownicą siedział Ganso, po przeciwnej stronie na gola polował Edinson Cavani,  kolei bramki strzegł Sergio Romero. Szkoda byłoby jednak skupiać się tylko na weteranach, nawet jeśli łzy Marcelo i wzruszająca przemowa Melo to obrazki, które poniosą się po świecie.

Twarzy tego Rumble in the Jungle w najlepszym wydaniu było znacznie więcej.

Fluminense wygrywa Copa Libertadores 2023

John Kennedy ma przydomek wyprzedzający jego popularność o kilka długości. Od dzisiaj ma także bramkę dającą zwycięstwo Fluminense w Copa Libertadores. Dotychczas wiodło mu się marnie, w lidze walnął cztery sztuki. Ktoś rzekłby, że to napastnik pracujący i blisko dwugodzinna batalia na Maracanie na pewno tę tezę potwierdza. Niewyczerpane siły białowłosego snajpera obróciły się nawet przeciwko Flu, bo najbardziej kuriozalnym obrazkiem finału było to, co stało się po bramce Kennedy’ego.

Reklama

Brazylijczyk najpierw powalczył o piłkę. Później zagrał na ścianę z Keno, który chyba niekoniecznie liczył, że koledze z drużyny starczy wyobraźni na to, żeby w dziewięćdziesiątej dziewiątej minucie zdecydować się na odpalenie z woleja bez namysłu, jak leci. Kennedy jednak dokładnie to zrobił – huknął tak, że intuicyjnie rozglądaliśmy się za znaną z siatkarskich hal tablicą z pomiarem prędkości zagrywki.

Młodziakowi było jednak mało adrenaliny. Chwilę później mknął już z prędkością błyskawicy w kierunku trybun. Pofrunął nad bandami, przedarł się przez barierki, zameldował się w ramionach kibiców Fluminense, którzy nie mieli zamiaru go wypuszczać. Zaaferowani tym, że za moment ich ulubieńcy podniosą pierwszy puchar Copa Libertadores w klubowej historii, nie zorientowali się nawet, że gdzieś w oddali sędzia Wilmar Roldan był na łączach z asystentami przed monitorami, kombinując jak złamać kilkadziesiąt tysięcy serc.

Nie złamali, cudowny gol Kennedy’ego zostanie z nim na zawsze. Tak samo jak czerwona kartka, którą otrzymał za rajd na trybuny. Nadmierna radość. W przepisach nie przewidziano wyjątków od najważniejszego gola w życiu.

Luis Advincula przypomniał o plastrach Mięciela

Fluminense strzeliło więc bramkę Schroedingera. Jednocześnie było w lepszej sytuacji, w końcu prowadziło w dogrywce, ale też skomplikowało sobie zadanie. Bartłomiej Rabij, chodząca encyklopedia latynoamerykańskiego futbolu, już odgrzebał w pamięci kompletną informację o tym, jak fantastycznie Boca Juniors radzi sobie w rzutach karnych, co oznaczało rychłą klęskę gospodarzy. Wszak nie sposób utrzymać jednobramkowego prowadzenia, gdy tej klasy rywal poczuje krew.

Reklama

Albo po prostu: nie sposób dokonać czegokolwiek zgodnego z logiką, gdy mowa o meczu o statusie podwyższonego szaleństwa.

W finale Copa Libertadores futbol wymyka się standardom zwykłego spotkania. Co chwilę ktoś leży na murawie. Co kilkadziesiąt sekund jedni lub drudzy eksplodują. Strefy dla rezerwowych są zbędnym marnowaniem wapna do malowania linii, czego uparcie dowodził Jorge Almiron. Szkoleniowiec Boca po prostu wbiegał na boisko, niemal domagając się podania, jak ekipa z boiska w „Ajlawju”. Juniors w pewnym momencie grali zresztą w dwunastu, bo Nicolas Figal po tym, jak został zmieniony, i tak wpadał na murawę, dyrygując atakami.

Spotkania takie jak te naginają rzeczywistość do tego stopnia, że nawet większość z dwudziestu jeden strzałów z dystansu nie wyglądała jak bezsensowne straty futbolówki, gdy gdzieś obok istniało lepsze rozwiązanie konkretnej sytuacji. Keno i Fernandez ładowali sprzed pola karnego, a świat czekał jak wryty, czekając już na gola, który stanie się viralem. W pewnym sensie zresztą coś takiego dostaliśmy, bo wyrównujące trafienie dla Boca, autorstwa Luisa Advinculi z „mięcielowym” plastrem na nosie, było takim właśnie dziełem sztuki: mierzonym strzałem, po którym nawet analitykom głupio byłoby udowadniać na podstawie expected goals, że strzały sprzed pola karnego mijają się z celem.

Piąty z rzędu tytuł dla klubu z Brazylii. Boca bez triumfu w Copa Libertadores od 2007 roku

Skoro jednak latynoamerykańskie spektakle miewają niewiele wspólnych punktów z logiką, należało zakładać, że z Fluminense nie będzie tak źle, jak sugerowała mina zdruzgotanego swoją karą Kennedy’ego. I nie było, bo gdy w końcu dobrnęliśmy do mety pierwszej części dogrywki — po dwudziestu trzech minutach! – siły na boisku już się wyrównały.

O ile kiera Kennedy’ego można było uznać za moment zaćmienia, niekontrolowanej euforii, tak już Frank Fabra pogrzebał nadzieje swojej drużyny w sposób, który otrzaskanemu ligowcowi po prostu nie przystoi. W trakcie awantury, jakich na latynoamerykańskich boiskach wiele, Kolumbijczyk jak gdyby nigdy nic wypłacił liścia Nino. Ocierający się o reprezentację Brazylii kapitan Flu przyjął cios z nieskrywaną radością. Fakt, że początkowo Fabra obejrzał jedynie „żółtko”, rozjuszył go bardziej niż zniewaga ze strony rywala. Gdy jednak arbiter swój błąd naprawił, ekipa z Rio powoli zaczęła świętowanie.

Przeczołgać się przez kwadrans, gdy dookoła nie biega o jeden człowiek więcej, to już sztuka łatwiejsza. Fluminense zrobiło to niemal wzorcowo, oczywiście w brazylijskim stylu, w którym zwykłe zablokowanie dośrodkowania jest ujmą na honorze. Trzeba to zrobić w powietrzu, wyginając się jak na konkursie gimnastycznym, z nogą uniesioną nad głową. „Niemal” dodajemy tylko dlatego, że Guga mógł zakończyć całą zabawę sześć minut przed czasem, gdyby tylko wykorzystał kapitalne podanie w kontrataku, zamiast obijać słupek.

Niemniej efektu to nie zrujnowało. Flu ma upragniony sukces i ponad dwadzieścia milionów dolarów na koncie, Boca skończyła tak, jak niemal za każdym razem, gdy w tej edycji Copa Libertadores wychylała nos poza Argentynę (wygrana, cztery remisy, porażka). Zawiedziona. Sto pięćdziesiąt tysięcy ludzi w drodze powrotnej posłucha opowieści o piątym z rzędu brazylijskim triumfie w najbardziej prestiżowych rozgrywkach klubowych w Ameryce Południowej i jeszcze dłuższej serii bez złota dla Juniors.

Fluminense – Boca Juniors 2:1 (1:0)

Cano 36′, Kennedy 99′ – Advincula 72′

WIĘCEJ O PIŁCE NOŻNEJ W AMERYCE POŁUDNIOWEJ:

SZYMON JANCZYK

fot. Newspix

Nie wszystko w futbolu da się wytłumaczyć liczbami, ale spróbować zawsze można. Żeby lepiej zrozumieć boisko zagląda do zaawansowanych danych i szuka ciekawostek za kulisami. Śledzi ruchy transferowe w Polsce, a dobrych historii szuka na całym świecie - od koła podbiegunowego przez Barcelonę aż po Rijad. Od lat śledzi piłkę nożną we Włoszech z nadzieją, że wyprodukuje następcę Andrei Pirlo, oraz zaplecze polskiej Ekstraklasy (tu żadnych nadziei nie odnotowano). Kibic nowoczesnej myśli szkoleniowej i wszystkiego, co popycha nasz futbol w stronę lepszych czasów. Naoczny świadek wszystkich największych sportowych sukcesów w Radomiu (obydwu). W wolnych chwilach odgrywa rolę drzew numer jeden w B Klasie.

Rozwiń

Najnowsze

Piłka nożna

Komentarze

5 komentarzy

Loading...