Reklama

Liga Mistrzów na Menhattanie. Czy Eintracht Frankfurt na dłużej zagości w elicie?

Michał Trela

Autor:Michał Trela

16 marca 2023, 13:12 • 11 min czytania 5 komentarzy

W niemieckiej piłce nastał moment dziejowy, który otworzył przed klubem ze stolicy europejskich finansów szansę dołączenia na stałe do czołówki Bundesligi. Debiutancka przygoda w kontynentalnej elicie była dla Eintrachtu Frankfurt całkiem udana. Ale dopiero to, co nastąpi po jej zakończeniu, zdefiniuje kierunek dla tego klubu na wiele lat.

Liga Mistrzów na Menhattanie. Czy Eintracht Frankfurt na dłużej zagości w elicie?

Choć jest mniejszy od Krakowa, na pierwszy rzut oka nie ma wielu europejskich miast, które bardziej niż Frankfurt przypominałyby Nowy Jork. Położona nad Menem dzielnica drapaczy chmur, w której mieszczą się siedziby najważniejszych instytucji finansowych kontynentu, sprawia wrażenie, jakby wjeżdżało się do jednego z globalnych centrów, podczas gdy nie jest to nawet stolica swojego kraju związkowego. Po Frankfurcie chodzi się z zadartą głową, bo między wieżowcami co kilka sekund przemykają samoloty startujące z jednego z największych europejskich lotnisk. Dla wielu podróżnych z innych kontynentów stanowi ono bramę do Europy. To miasto, przynajmniej w niektórych, najbardziej ociekających blichtrem okolicach, potrafi przytłaczać.

STRACONA SZANSA NA WIELKOŚĆ

Jego klub piłkarski jakby do niego jednak nie pasował. Owszem, gdy rodził się europejski futbol, miał szansę na wielkość. Był pierwszym niemieckim klubem, który dotarł do finału Pucharu Mistrzów. Bił się na Hampden Park z wielkim Realem Madryt na oczach ponad stu tysięcy fanów o najważniejsze trofeum w Europie. Przegrał, ale i tak był zapraszany na modne wówczas różnego rodzaju światowe tournée. Należał do grona założycieli Bundesligi i w jej pierwszym sezonie zajął trzecie miejsce. Choć miewał chwalebne momenty, jak w latach 90., gdy fascynująca drużyna wokół Jay-Jaya Okochy i Anthony’ego Yeboaha zachwycała cały kraj, nigdy nie zdołał jej wygrać. A na przełomie wieków został klubem-windą, bliskim bankructwa reliktem przeszłości w niemieckim futbolu, który miał rzesze wiernych fanów, ale nie miał pomysłu, jak funkcjonować w nowych realiach.

UDANY DEBIUT W LIDZE MISTRZÓW

Mimo to trudno uwierzyć, że właśnie dobiegł końca dopiero pierwszy sezon, w którym Frankfurtowi udało się wpisać na mapę Ligi Mistrzów. W 30-letniej historii przewinęło się przez nią trzynaście niemieckich klubów. Eintrachtu, do zeszłej jesieni, w tym gronie nie było. Wygrywając Ligę Europy, mimo zajęcia jedenastego miejsca w Bundeslidze, został najniżej sklasyfikowanym w swoim kraju klubem, który awansował do elitarnych rozgrywek. Wstydu absolutnie nie przyniósł. Wykorzystując rozstawienie zyskane dzięki zeszłorocznemu pucharowemu triumfowi, trafił na przystępną grupę, z której zdołał wyjść. Mknące po mistrzostwo Włoch Napoli okazało się za silne, ale frankfurtczycy i tak potwierdzili markę specjalistów od rozgrywek pucharowych.

SPECE OD PUCHARÓW

Docierając w 2017 roku do finału Pucharu Niemiec, rozpoczęli serię magicznych wieczorów na coraz wyższym poziomie. Dwanaście miesięcy później ograli w Berlinie Bayern Monachium, zdobywając pierwsze od trzech dekad trofeum. Po kolejnym roku mieli już w dorobku półfinał Ligi Europy, którą zeszłej wiosny wygrali. Jesienią zaś zdołali przezimować wśród najlepszych klubów świata. Spektakularne osiągnięcia, jak na klub, który siedem lat temu ratował miejsce w Bundeslidze dopiero po barażach.

Reklama

NIESTABILNA CZOŁÓWKA

Niemieckiemu futbolowi nigdy nie udało się wykształcić stabilnej czołówki, która dekadę po dekadzie nadawałaby ton całemu krajowi. Jedyne, co w okolicach szczytu stałe, to Bayern Monachium, jednak jego główni rywale zmieniali się maksymalnie co dziesięć lat. Po Borussii Moenchengladbach przyszło HSV, potem FC Koeln, VfB Stuttgart, Borussia Dortmund, Schalke 04, Werder Brema, nie licząc sezonowych rywali w rodzaju Bayeru, Kaiserslautern czy Wolfsburga. Od czasów Juergena Kloppa w BVB i inwestycji Red Bulla w Lipsk zaczyna być widoczna pewna stabilizacja. Borussia pozostaje czołowym niemieckim klubem już od dziesięciu lat, a Lipsk od siedmiu. Czwarte miejsce w Lidze Mistrzów wciąż jest jednak całkowicie rotacyjne. W ostatnich siedmiu latach w fazie pucharowej grały Gladbach, Schalke, Bayer Leverkusen i Wolfsburg, a w fazie grupowej także Hoffenheim. Gdyby Bundesliga skończyła się dziś, do tego grona dołączyłby Union Berlin.

ROZMACH W DZIAŁANIACH

To jednak moment dziejowy, w którym w istniejącą lukę mógłby spróbować wcisnąć się Eintracht. Kilkudziesięciotysięczne tłumy ciągnące za nim po całej Europie nie pozostawiają wątpliwości, że to klub o potężnym potencjale. Liczba jego opłacających składki członków w ciągu kilku lat potroiła się i dziś przekracza już sto tysięcy. Klub przejął od miasta w zarządzanie stadion na 51 tysięcy miejsc i planuje go rozbudować do 60 tysięcy. Mimo pandemii, w 2020 roku sprzedał prawa do jego nazwy na siedem lat za około 50 milionów euro. Otworzył nową imponującą siedzibę. I podwoił liczbę pracowników do około trzystu. Mniej więcej w tym samym czasie po raz pierwszy wskoczył do czołowej dwudziestki najbogatszych klubów świata wg Deloitte, wykazując ponad dwieście milionów euro przychodów. W najnowszym rankingu obsunął się tylko nieznacznie, na 22. pozycję, co jednak i tak uzasadnia spore sportowe ambicje. Utworzone biura w Szanghaju i Nowym Jorku pokazują, że Eintracht także marketingowo zamierza być jedną z lokomotyw Bundesligi.

PROBLEMY WIELKICH FIRM

Szansa na rozpanoszenie się w szerokiej niemieckiej czołówce powstała jednak nie tylko dlatego, że Eintracht w ostatniej dekadzie zaczął działać mądrzej niż wcześniej, ale także dlatego, że w poważne tarapaty wpadli ci, którzy przed chwilą byli daleko przed nim. Hamburger SV, Werder Brema, Stuttgart czy Schalke 04 jeszcze całkiem niedawno grały w finansowo wyższej lidze od Frankfurtu. Nie wnikając zbytnio w szczegóły, wszyscy popadli jednak w tarapaty z podobnego powodu: mając koszty jak zespoły z Ligi Mistrzów, planowały je rekompensować wpływami z UEFA. Jakiekolwiek niepowodzenie sportowe, sezon bez awansu do pucharów, powodowało w budżecie dziurę, która nakręcała coraz bardziej paniczne i obliczone na krótkofalowy efekt ruchy, mające ją zasypać. A gdy to nie przynosiło efektu, problem błyskawicznie się pogłębiał. Każdy z tych klubów w ostatnich kilku latach przypłacił to spadkiem do 2. Bundesligi. Eintracht, właśnie teraz, kiedy ma szansę skorzystać z ich problemów, chce się uczyć na ich błędach.

BEZPIECZNA BUDOWA BUDŻETU

Markus Kroesche, dyrektor sportowy frankfurckiego klubu, szczegółowo opowiadał niedawno w „SportBildzie” o wdrożonym planie, który ma uchronić Eintracht przed zostaniem ofiarą własnego sukcesu. Klub stara się przestrzegać pewnych wewnętrznych zasad. Aktualnie wydaje na pensje zawodników około 80 milionów euro rocznie. Zarobki piłkarzy mogą wzrosnąć o 20 procent w ramach premii, którą uzyskają w razie awansu do Ligi Mistrzów. Jeśli zakończą sezon na miejscu premiowanym grą w Lidze Europy, zarobią 10% ponad bazowej kwoty. Budżet jest jednak skalkulowany tak, by wydatki dało się pokryć samymi wpływami z gry w Bundeslidze. Sezon bez pucharów nie będzie więc oznaczał deficytu, a jedynie wynik w okolicach finansowego zera.

TRANSFEROWE ZASADY

Eintracht, podobnie jak kilka innych niemieckich klubów, musi też generować regularnie przychody z transferów. By jak najbardziej to ułatwić, nowym piłkarzom przed 25. rokiem życia oferuje się zwykle pięcioletnie umowy, a starszym trzyletnie. Po maksymalnie trzech latach, gdy w klubie uznają, że zawodnik osiągnął już pełnię potencjału, ma dostawać zgodę na kolejny transfer, by klub dysponował jak najsilniejszymi kartami w negocjacjach. Plany transferowe na letnie okienko mają być zamykane maksymalnie przed świętami Bożego Narodzenia, a lista atrakcyjnych piłkarzy, którym kończą się kontrakty, nawet na początku sezonu. W ten sposób udało się przejąć choćby Faride Alidou, jeden z największych talentów HSV, z którym Eintracht zaczął rozmawiać o kontrakcie już w październiku, kilka tygodni po jego debiucie w 2. Bundeslidze. – Gdybyśmy zrobili to później, przegralibyśmy. Nie możemy rywalizować o zawodników z Bayernem, Borussią, Lipskiem czy Bayerem, więc musimy być od nich szybsi i bardziej efektywni – tłumaczył Kroesche.

MAJSTERSZTYK Z WICEMISTRZEM ŚWIATA

Wprawdzie 21-latek nie wywarł jeszcze istotnego wpływu na zespół, ale w przypadku innego pozyskanego latem za darmo piłkarza strategia wypaliła wzorcowo. Randal Kolo Muani trafił do Frankfurtu z Nantes zeszłego lata na zasadzie wolnego transferu. Kilka tygodni później zadebiutował w reprezentacji Francji, pojechał z nią na mundial i zagrał w finale mistrzostw świata, a jego wartość niebotycznie poszybowała. Dziś mówi się o zainteresowaniu napastnikiem przez Manchester United, który byłby chętny wyłożyć ponad sto milionów euro. To właśnie takimi złotymi interesami Eintracht w ciągu kilku lat wydostał się z niebytu. Za Antego Rebicia, Lukę Jovicia i Sebastiena Hallera zapłacił łącznie 30 milionów, by sprzedać ich za ponad sto. Andre Silvę wysłał do Lipska za 20 milionów więcej, niż wydał na niego, przejmując go od Milanu. Filipa Kosticia wziął ze spadającego do II ligi HSV, by potem dwa razy drożej sprzedać go Juventusowi. Solidną przebitkę przynosiły też transfery Mariusa Wolfa do Dortmundu, Omara Mascarella do Schalke, czy trenera Adolfa Huettera do Borussii Moenchengladbach. A przy tym klub cały czas podnosił poziom sportowy.

Reklama

SZUKANIE CZTEROKROTNEJ PRZEBITKI

Choć jedynym transferem powyżej 10 milionów w historii klubu wciąż pozostają 22 miliony euro przelane za Jovicia Benfice, Eintracht nie stroni od transferów gotówkowych. Właśnie sposobi się do wydania dziewięciu milionów za Williama Pacho, 21-letniego środkowego obrońcę Antwerpii. Klub stara się jednak szacować tak, by za każde euro przyjąć w przyszłości czterokrotnie więcej. Można więc zakładać, że jeśli za Ekwadorczyka jest skłonny dać dziewięć, to wierzy, że w przyszłości może się rozwinąć w piłkarza wartego około 40 milionów. Przy czym nowym daje się półtora roku na aklimatyzację. Jeśli w tym okresie nie zdołają potwierdzić potencjału, dąży się do rozstania. Możliwie bez finansowej straty. I choć Eintracht w ostatnich latach bardzo wykorzystuje swoje położenie W Sercu Europy (przy ulicy tej nazwy znajduje się zresztą siedziba klubu), pozyskując piłkarzy z wielu różnych krajów, nierzadko wypożyczając takich, którzy nie mieścili się w składach globalnych superklubów, wieża Babel też ma mieć jakieś granice. By szatnia funkcjonowała zdrowo, uznano, że będzie się ściągać maksymalnie trzech przedstawicieli danej nacji (nie licząc Niemców). Choć to oczywiście bardziej ramowe plany niż sztywne zasady. Gdy pojawiła się okazja, nie wahano się sięgnąć po czwartego Francuza.

DRENAŻ WAŻNYCH MÓZGÓW

Wszystko to brzmi bardzo sensownie, jednak kluczowy jest zawsze element ludzki. A w tej kwestii Eintracht jest solidnie doświadczany na wszystkich frontach. Odchodzą z niego nie tylko najlepsi piłkarze i trenerzy (Niko Kovac do Bayernu, Huetter do Gladbach, obecny Oliver Glasner też wyrobił sobie świetną markę na rynku), ale i działacze. Fredi Bobić, dyrektor sportowy, który rozpoczął odbudowę, skusił się na przeprowadzkę do Berlina, gdzie chciał zamieniać Herthę w Big City Club. Ben Manga, szef skautów, w grudniu przeniósł się do Watfordu. Axel Hellmann, od dziesięciu lat z ramienia zarządu wysyłający ważne sygnały rozwojowe dla całego klubu, aktualnie zarządza DFL, spółką zrzeszającą kluby Bundesligi i 2. Bundesligi. Na razie tylko tymczasowo, ale ubiega się, by robić to na stałe, co oznaczałoby, że musiałby zrezygnować z pracy w Eintrachcie. Tego rodzaju ubytki mogą być na dłuższą metę trudne do zrekompensowania.

KIEPSKI POCZĄTEK ROKU

Tym bardziej wiele zależy od tego, jaką pracę wykonają w najbliższych miesiącach dwie najważniejsze osoby w dziale sportowym: trener Glasner i dyrektor sportowy Kroesche. Eintracht był w ostatnich latach drużyną pucharową, ale niekoniecznie ligową. Aktualne rozgrywki zdawały się to zmieniać, bo frankfurtczycy zimę spędzili na czwartej pozycji w Bundeslidze, premiowanej grą w elicie także w kolejnych rozgrywkach. W rok weszli jednak kiepsko. Mimo że już mają na koncie 46 strzelonych goli, czyli więcej niż w całym poprzednim sezonie, pozostają bez wygranej już w pięciu kolejnych meczach. W ostatnich siedmiu odnieśli ledwie jedno zwycięstwo. Formy sprzed mundialu szuka Mario Goetze, Jesper Linstroem, Daichi Kamada czy Evan N’Dicka sprawiają wrażenie zbyt zajętych rozmowami z nowymi pracodawcami, by skupić się na dobrej grze w Eintrachcie. Sytuację ratuje będący w świetnej formie Muani. Jego brak w Neapolu był aż nadto widoczny.

LIGA MISTRZÓW WCIĄŻ W ZASIĘGU

To wszystko poskutkowało obsunięciem się na szóstą pozycję, dającą jedynie Ligę Konferencji Europy, a w najlepszym przypadku eliminacje Ligi Europy. Jeszcze jest jednak o co się bić, bo bezpośrednio nad sobą Eintracht ma kluby o teoretycznie mniejszych możliwościach kadrowych. SC Freiburg i Union Berlin rozgrywają świetne sezony, ale ukończenie przez nie ligi w czołowej czwórce byłoby sensacją. Zwłaszcza że oba wciąż uczestnicą w Lidze Europy i — podobnie jak Eintracht — są w ćwierćfinale Pucharu Niemiec. Rywalizacja na trzech frontach drenuje siły wszystkich, ale zwłaszcza tych, którzy nie są do tego przyzwyczajeni i nie mają odpowiednio szerokich kadr. Eintrachtowi też zwykle trudno było jednocześnie dobrze grać w różnych rozgrywkach. Teraz jednak może się skupić na Bundeslidze, gdzie sprawa finiszu w czwórce jeszcze nie została przegrana.

KUSZĄCA PERSPEKTYWA LIGI MISTRZÓW

A kolejna kwalifikacja do fazy grupowej Ligi Mistrzów dałaby Kroeschemu nieporównanie większe możliwości negocjacyjne w lecie. Nie ma wątpliwości, że drużynę znów czeka kolejna w ostatnich latach rewolucja. Kolo Muani i Lindstroem są raczej nie do zatrzymania, ale chociaż przyniosą wielkie pieniądze, w przeciwieństwie do N’Dicki i Kamady, których też trzeba będzie zastąpić. Dotąd po odejściu każdej z gwiazd Eintrachtowi udawało się wykreować nową, ale utrata czterech w jednym okienku nie może przejść bez echa. Przebudowa będzie łatwiejsza, jeśli nowych piłkarzy będzie można kusić perspektywą gry w Lidze Mistrzów oraz pieniędzmi, które klub dzięki niej zyska. Być może też uda się dzięki niej zatrzymać w klubie na dłużej któregoś z najważniejszych zawodników.

KLUCZOWE OKNO EINTRACHTU

Od tego, jak Eintracht wyjdzie z kolejnej przebudowy, w dużej mierze zależy, czy uda mu się w najbliższych latach ustabilizować miejsce w niemieckiej czołówce. Jeśli znów dyrektor sportowy okaże się złotą rączką i za drobne pieniądze wynajdzie graczy nie gorszych od tych, którzy odejdą, a trener szybko zdoła wkomponować ich do zespołu, we Frankfurcie może wreszcie powstać klub na miarę blichtru tego miasta. Jeśli Eintracht nie zbierze się w ostatnich dwóch miesiącach sezonu i — jak przystało na klub o przydomku „Kapryśna Diwa” – zaprzepaści to, co wypracował, nie kwalifikując się w ogóle do europejskiej piłki albo lądując np. jedynie w Lidze Konferencji, jest ryzyko, że Menhattan znów pożegna się z Ligą Mistrzów na długie lata. W niemieckich warunkach, przy wyrównanej stawce i braku bogatych właścicieli zasypujących dziury budżetowe, jedno okno transferowe może czasem wytyczyć kierunek dla całego klubu na wiele lat.

WIĘCEJ TEKSTÓW MICHAŁA TRELI O BUNDESLIDZE: 

Fot. newspix.pl

Patrzy podejrzliwie na ludzi, którzy mówią, że futbol to prosta gra, bo sam najbardziej lubi jej złożoność. Perspektywę emocjonalną, społeczną, strategiczną, biznesową, czy ludzką. Zajmując się dyscypliną, która ma tyle warstw i daje tak wiele narzędzi opowiadania o świecie, cierpi raczej na nadmiar tematów, a nie ich brak. Próbuje patrzeć na futbol z analitycznego dystansu. Unika emocjonalnych sądów, stara się zawsze widzieć szerszą perspektywę. Sam się sobie dziwi, bo tych cech nabywa tylko, gdy siada do pisania. Od zawsze słyszał, że ludzie nie chcą już czytać dłuższych i pogłębionych tekstów. Mimo to starał się je pisać. A później zwykle okazywało się, że ktoś jednak je czytał. Rzadko pisze teksty krótsze niż 10 tysięcy znaków, choć wyznaje zasadę, że backspace to najlepszy środek stylistyczny. Na co dzień komentuje Ekstraklasę w CANAL+SPORT.

Rozwiń

Najnowsze

Ekstraklasa

Trela: Opóźniony rachunek za cały sezon. Dlaczego Warta Poznań spadła?

Michał Trela
1
Trela: Opóźniony rachunek za cały sezon. Dlaczego Warta Poznań spadła?

Felietony i blogi

Ekstraklasa

Trela: Opóźniony rachunek za cały sezon. Dlaczego Warta Poznań spadła?

Michał Trela
1
Trela: Opóźniony rachunek za cały sezon. Dlaczego Warta Poznań spadła?

Komentarze

5 komentarzy

Loading...