Szukamy czarnego konia kobiecego French Open. Kto może zaskoczyć Świątek i spółkę?

Sebastian Warzecha

24 maja 2022, 20:14 • 14 min czytania

Szukamy czarnego konia kobiecego French Open. Kto może zaskoczyć Świątek i spółkę?

Już kilka pierwszych dni Roland Garros przyniosło nam niespodzianki. W starciu z Magdą Linette odpadła jedna z największych faworytek turnieju, Ons Jabeur. Z Paryżem pożegnały się też Garbine Muguruza i broniąca tytułu Barbora Krejcikova. French Open w ostatnich latach lubi zresztą zaskakiwać, do dalekich faz – a nawet zwycięstw – często dopuszczając zawodniczki, po których nikt się tego nie spodziewał. Dlatego postanowiliśmy wytypować cztery tenisistki, o których się nie mówi, a które mogą pokazać się w tym turnieju z naprawdę doskonałej strony.

Reklama

Paryż lubi niespodzianki

Zanim jednak przejdziemy do samych nazwisk, powiedzmy sobie nieco o tym, jakie niespodzianki w ostatnich latach przynosiło nam Roland Garros. Gdyby spojrzeć na ostatnich sześć sezonów, właściwie tylko w jednym z nich wygrała faworytka – Simona Halep w 2018 roku (która zresztą też zdobywała wtedy swój pierwszy wielkoszlemowy tytuł). Trzykrotnie w tym czasie triumfowały tam za to tenisistki nierozstawione. W dodatku od 2007 roku i zwycięstwa Justine Henin nikt w kobiecym singlu nie zdołał obronić tytułu. I już wiemy, że nie stanie się to i w tym roku.

Reklama

Seria niespodzianek zaczęła się w 2016 roku. Wcześniej przez cztery kolejne edycje na zmianę wygrywały Serena Wiliams i Maria Szarapowa, czyli postacie, których przedstawiać nie trzeba.

Amerykanka zresztą raz jeszcze zagościła w finale, ale lepsza od niej okazała się tam Garbine Muguruza. I owszem, Hiszpanka była rozstawiona z „4”, ale trudno było uważać ją za faworytkę do triumfu. Nigdy wcześniej nie była nawet w finale jakiegokolwiek turnieju WTA na mączce, za odpowiadające jej grze nawierzchnie uznawano twardą (dwa tytuły) i trawę (finał Wimbledonu). Na Roland Garros dwukrotnie zagościła co prawda w ćwierćfinale, ale wydawało się, że to szczyt jej możliwości. Tymczasem w 2016 roku udowodniła, że jest zupełnie inaczej.

Rok później szok był jeszcze większy. Tytuł zgarnęła Jelena Ostapenko, która w Paryżu nigdy wcześniej nie przeszła przez pierwszą rundę (ogólnie w Szlemie jej najlepszym wynikiem była trzecia runda Australian Open kilka miesięcy wcześniej) i w dniu finału była tuż po 20. urodzinach. W dodatku przed startem turnieju zajmowała 47. miejsce na świecie. W meczu o tytuł pokonała jednak faworyzowaną Simonę Halep. I to właśnie Halep odbiła sobie to rok później, zgarniając wreszcie upragniony tytuł wielkoszlemowy.

W kolejnym roku przyszedł czas Ash Barty. Owszem, Australijka to doskonała i uniwersalna tenisistka, ale – podobnie jak w przypadku Muguruzy – nie spodziewano się jej wygranej na mączce. Nigdy wcześniej we French Open nie wyszła nawet poza drugą rundę, ogółem pierwszą dłuższą przygodę z imprezą tej rangi zaliczyła w ojczystej Australii ledwie kilka miesięcy wcześniej. Choć przed Roland Garros miała na koncie już osiem finałów turniejów WTA (cztery wygrała) i sporo deblowych sukcesów, to jednak jej triumf zaskoczył.

Nie tak jednak, jak zaskoczyła Iga Świątek rok później, w przełożonym na październik French Open. Przed startem turnieju była 54. na świecie, od wprowadzenia komputerowych rankingów w latach 70. tego turnieju nie wygrała niżej notowana tenisistka. W dodatku Iga nie miała w CV żadnego zdobytego tytułu WTA, a tuż przed Roland Garros przegrała swój pierwszy mecz w turnieju w Rzymie – z Arantxą Rus, która przechodziła tam przez kwalifikacje. Szok był więc ogromny, nawet jeśli skalę talentu Igi dobrze znano.

I wreszcie dochodzimy do poprzedniego roku, gdy w Paryżu triumfowała Barbora Krejcikova. Czeszka powszechnie uważana była za specjalistkę od debla (zresztą słusznie), w wielkoszlemowych turniejach w singlu wystąpiła wcześniej ledwie czterokrotnie. Sezon 2021 miała, owszem, naprawdę dobry – awansowała do finału turnieju w Dubaju i wygrała w Strasburgu. Na jej triumf we Francji nie stawiał jednak nikt. Zresztą miał miejsce triumf podwójny – bo najlepsza okazała się przecież również w deblu.

***

Rozumiecie już, co mamy na myśli, pisząc, że Paryż lubi niespodzianki? A przecież moglibyśmy to pojęcie rozszerzyć i wspomnieć też o finalistkach (choćby Markecie Vondrousowej czy Anastasiji Pawluczenkowej) lub zawodniczkach, które choć nie zagościły w finale, to niespodziewanie dochodziły do decydujących faz turnieju. I to też musimy podkreślić – nie twierdzimy, że którakolwiek z czterech tenisistek, jakie poznacie w tym tekście, wygra turniej. Nie zdziwimy się jednak zupełnie, jeśli choć jedna z nich dojdzie naprawdę daleko.

Postanowiliśmy zresztą nieco utrudnić sobie to typowanie. Ustaliliśmy bowiem, że czarnym koniem w naszym typowaniu nie może to być tenisistka, która:

  • jest w czołowej „20” rankingu (przez co wykreśliliśmy np. Jessicę Pegulę, Jelenę Rybakinę czy Darię Kasatkinę);
  • wygrała już turniej wielkoszlemowy lub złoto igrzysk (tu odpadła m.in. Belinda Bencić);
  • znajduje się wśród 10 największych faworytek zdaniem bukmacherów (pożegnaliśmy w tym miejscu choćby powszechnie typowaną na główną niespodziankę turnieju Amandę Anisimovą).

Ważna była też dla nas drabinka – jeśli myśleliśmy o jakiejś tenisistce, ale zauważyliśmy, że w drugiej czy trzeciej rundzie trafi na Simonę Halep czy Igę Świątek, skreślaliśmy ją. Staraliśmy się dobrać zawodniczki, które mają naprawdę spore szanse choć na 1/8 finału (czwartą rundę), bo po dojściu do takiej fazy, spokojnie można myśleć nawet o zawojowaniu całego turnieju.

Oto więc one. W kolejności przypadkowej.

Jil Teichmann

Na karku ma już niemal 25 lat, a przed tegorocznym Roland Garros ledwie trzy razy przeszła do drugiej rundy turnieju wielkoszlemowego. W samym Paryżu trzykrotnie odpadała w kwalifikacjach, raz w pierwszym meczu głównej drabinki. Dopiero w tym roku udało jej się awansować dalej po tym, jak gładko ograła Bernardę Perę – 6:2 6:1.

Historycznie patrząc Teichmann nie powinna być jedną z faworytek do sprawienia niespodzianki. Ale historia mówi swoje, a obecna sytuacja – coś zupełnie innego. Jil notuje właśnie najlepszy okres w karierze, na tyle dobry, że wspięła się na do 24. miejsce w rankingu WTA, a jeszcze niespełna rok temu była poza TOP 70. Jej ostatnie występy na mączce – nawierzchni, która zdaje się jej najbardziej odpowiadać – też napawały optymizmem. W Madrycie doszła do półfinału i przegrała dopiero z Jessicą Pegulą, w Rzymie z kolei zaliczyła ćwierćfinał, w którym ostatecznie skreczowała.

W obu tych turniejach zachwycała grą. Bo to, jak gra, jest u niej chyba najciekawsze. Trudno określić jej styl i nastawienie, Jil po prostu uwielbia różnorodność. – Nigdy nie miałam jednego idola i tak też jest z moją grą. Biorę co najlepsze od wszystkich. Oczywiście, trudniej jest się takiej gry nauczyć, bo na każde zagranie trzeba poświęcić sporo czasu i umieć wykorzystać je w odpowiednim momencie. Ale to mój własny styl. Nigdzie mi się nie śpieszyło i nie śpieszy, wiem, że mam czas – mówiła oficjalnej stronie WTA.

Jej styl zresztą w ostatnim czasie zaczyna się sprawdzać na wielu nawierzchniach. W tym sezonie nieźle zagrała w Dubaju i Dosze, rok temu była w finale w Cincinatti – wszystko to na kortach twardych. Jej dwa triumfy w imprezach rangi WTA – oba z 2019 roku – to jednak mączka. Zresztą to nie może dziwić, bo choć Jil jest Szwajcarką, to wychowała się i do dziś mieszka w Barcelonie, gdzie królują właśnie korty ceglane.

Swoją drogą, skoro już o jej narodowości, to całe życie Jil jest jak jej styl gry – mieszanką wielu czynników. W Hiszpanii (a właściwie – Katalonii) chodziła do szwajcarskiej szkoły, bo jej rodzice to właśnie Szwajcarzy. Ma też dwoje stałych trenerów, co jest rozwiązaniem dość rzadkim – na turnieje jeździ z nią zwykle Arantxa Parra Santonja, a w Barcelonie trenuje z nią Alberto Martin.

Jil mówi kilkoma językami. Sama uważa, że wymyka się stereotypom dotyczącym obu jej ojczystych krajów. Sama opisuje siebie jako „sarkastyczną i wygłupiającą się”, często zresztą te wygłupy widać na korcie, bo tam uwielbia się bawić. Charakterystycznym dla niej momentem był ubiegłoroczny mecz z Eliną Switoliną w Madrycie, gdy po obronie piłki meczowej znakomitym skrótem… zaczęła się szeroko uśmiechać. Podkreślała potem, że śmiała się z niektórymi z kibiców, bo uwielbia dla nich grać. Co nie oznacza, że nie zależy jej na zwycięstwach, wręcz przeciwnie. Przegrywać nie znosi.

Możliwe, że w Paryżu trochę tych zwycięstw nabije. W drugiej rundzie napotka na swojej drodze Olgę Danilović, która przeszła przez kwalifikacje. Schody zaczną się później, gdy powinna zmierzyć się z Wiktorią Azarenką. Białorusinka w obecnej dyspozycji nie jest jednak rywalką, której Szwajcarka nie mogłaby ograć (choć na Australian Open uległa jej łatwo, ale na początku sezonu była w znacznie gorszej formie).

Jeśli pokona Wiktorię (lub Andreę Petkovic, z którą Azarenka zagra w II rundzie), otworzy się przed nią naprawdę niezła drabinka do ćwierćfinału. I kto wie, czy Jil z tego nie skorzysta.

Martina Trevisan

Będziemy szczerzy – mamy nadzieję, że z tym typem się mylimy. A to dlatego, że Trevisan w drugiej rundzie spotka się z Magdą Linette, która sprawiła sensację, odprawiając Ons Jabeur. I wolelibyśmy, żeby to właśnie Magda została czarnym koniem turnieju, choć na nią akurat w tym tekście nie stawiamy. Na Martinę z kolei tak, bo są ku temu podstawy.

Powiedzmy sobie jednak wprost – to bardzo odważny typ. Trevisan nie jest bowiem zawodniczką, o której normalnie cokolwiek by się mówiło w kontekście jakichkolwiek sukcesów. I nie zdziwimy się nawet, jeśli Magda łatwo ją pokona. Z drugiej jednak strony…

Przede wszystkim Włoszka już raz doszła w Paryżu daleko – dwa lata temu przeszła przez kwalifikacje i znalazła się w ćwierćfinale, w którym ograła ją Iga Świątek. Wcześnie jednak Trevisan pokonała między innymi Marię Sakkari czy Kiki Bertens, a więc całkiem uznane tenisistki. Z Igą zresztą spotkała się i w 2017 roku, podczas turnieju ITF w Warszawie. Trevisan wygrała wtedy całą imprezę, już w pierwszej rundzie pokonując młodziutką Polkę.

Oczywiście, Włoszka w rankingu WTA jest stosunkowo daleko – na 59. miejscu, najwyższym w karierze – a na karku ma już ponad 28 lat, ale nie można nie wspomnieć o tym, że przez dużą część gry na kortach hamowały ją walka z kontuzjami i anoreksją. Zwłaszcza ta druga była niesamowicie trudna i zabrała jej sporo czasu. Teraz jednak Martina, której specjalnością są korty ziemne, gra najlepiej w swoim życiu. Potwierdziła to niedawno, wygrywając turniej w Rabacie, odprawiając po drodze między innymi Garbine Muguruzę.

Chcę zadedykować to zwycięstwo tacie. Nie widzi mnie w tej chwili, ale wiem, że jest ze mnie dumny. Jest wojownikiem, tak jak ja byłam wojowniczką w ciągu tego tygodnia. Walczy przez całe swoje życie. To dla ciebie, tato – mówiła po wywalczeniu pierwszego w karierze trofeum rangi WTA. Z Rabatu poleciała prosto do Paryża i turniej zaczęła świetnie – od wygranej 6:0, 6:2 z Harriet Dart, ale zauważyć trzeba, że korty ziemne to zdecydowanie nie specjalność Brytyjki.

Teraz czeka na nią Magda Linette, a jeśli Włoszce uda się pokonać Polkę, najpewniej czeka ją mecz z Petrą Kvitovą. Dwukrotna mistrzyni wielkoszlemowa to jednak specjalistka od kortów szybkich, w Paryżu nigdy nie grała najlepiej, więc zdecydowanie jest do wyeliminowania. A potem? Jeśli wszystko ułoży się zgodnie z rozstawieniami, w IV rundzie powinna zmierzyć się z Angelique Kerber lub Emmą Raducanu. Wczoraj Niemki o mały włos z turnieju nie wyrzuciła Magda Fręch, młoda Brytyjka z kolei nadal oswaja się z tourem i nie potrafi nawiązać do formy z ubiegłorocznego US Open.

Można więc bez trudu wyobrazić sobie scenariusz, w którym Trevisan pokonuje którąś z nich i po raz drugi w karierze dociera co najmniej do ćwierćfinału. Choć, powtórzymy się, wolelibyśmy, by była to Magda Linette.

Kaia Kanepi

Mistrzyni juniorskiego French Open z… 2001 roku. Tego samego, w którym Iga Świątek przychodziła na świat. We Francji dwukrotnie grała w ćwierćfinale – w 2008 i 2012 roku, w ostatnich dwóch edycjach radziła sobie jednak znacznie gorzej, choć jeszcze w 2019 roku potrafiła dotrzeć do IV rundy. W tym sezonie niespodziewanie zawitała do ćwierćfinału Australian Open, po drodze ogrywając Arynę Sabalenkę, a potem zmuszając Igę Świątek do wspięcia się na wyżyny umiejętności w trzygodzinnym meczu.

Czytaj: Kaia Kanepi. Estońska solidność [SYLWETKA]

Wielkoszlemowego ćwierćfinału nie przeszła zresztą jeszcze nigdy, choć łącznie była w nim siedmiokrotnie. Nie wiemy, czy zrobi to we Francji, ale faktem jest, że sama wyczyściła sobie swoją część drabinki, w pierwszej rundzie ogrywając w trzech setach Garbine Muguruzę. Kanepi to zresztą specjalistka od takich meczów. Długich, wyczerpujących fizycznie. Mimo niemal 37 lat na karku pozostaje bowiem doskonale przygotowana fizycznie.

Na mączce w tym sezonie radziła sobie nieźle, choć bez zachwytów – w 1/8 turnieju w Charleston pokonała ją Magda Linette, w Madrycie uległa Jessice Peguli (późniejszej finalistce, o której mówi się, że może stać się rewelacją w Paryżu), a w mniejszym turnieju w Paryżu pokonała ją Claire Liu, która jednak notuje znakomity okres (to z nią w finale w Rabacie wygrała Trevisan) i w sumie również warto zawiesić na niej oko.

Kanepi jednak ma to do siebie, że potrafi doskonale odnaleźć się w dużych turniejach. Zresztą French Open zaczęła podobnie do tego, co zrobiła w Australii – tam pokonała rozstawioną z „16” Angelique Kerber, tutaj turniejową „10” w osobie Muguruzy. Teraz czeka ją mecz z nierozstawioną Beatriz Haddad Maią, która w rankingu zajmuje o dwie pozycje niższe miejsce (Kanepi jest 46.). Potem trafić może na Coco Gauff, grającą w Paryżu z numerem „18”. I to już naprawdę trudna przeszkoda, tyle że Kanepi wydaje się idealną osobą do tego, by Coco ograć.

Przede wszystkim – Estonka potrafi grać mocno, ale umie też rywalki zamęczyć. A Gauff nadal nie radzi sobie z tenisistkami, które potrafią wybić ją z rytmu i długo utrzymywać piłkę w grze. Estonka zdecydowanie się do nich zalicza, dysponując przy tym dodatkowo potężnym wręcz serwisem oraz znakomitymi backhandem i forehandem. Gdyby Kai udało się awansować dalej, to w 1/8 z kolei czekałaby najpewniej albo Elise Mertens, albo Ajla Tomljanovic, która odprawiła turniejową „5” w osobie Anett Kontaveit. Jak więc widać – ta część drabinki, w której znajduje się doświadczona Estonka mocno się przeczyściła.

W całej ćwiartce zresztą najwyżej rozstawioną tenisistką pozostaje Wiktoria Azarenka, grająca w turnieju z „15”. Ona jednak, jak już wspominaliśmy, szybko natknąć się może na Jil Teichmann, a to nie powinien być dla niej łatwy mecz. Nie zdziwi więc nas zupełnie scenariusz, w którym w ćwierćfinale turnieju spotkają się Szwajcarka z Estonką.

Mayar Sherif

Egipska tenisistka, która regularnie przekracza kolejne bariery. Była pierwszą Egipcjanką w głównej drabince turnieju wielkoszlemowego, pierwszą na igrzyskach (oczywiście w tenisie), pierwszą też, która wygrała mecz w Wielkim Szlemie – to w ubiegłorocznym Australian Open. W Roland Garros wyrównała to osiągnięcie, eliminując w pierwszej rundzie Martę Kostiuk. Choć na karku ma już 26 lat, to profesjonalną karierę zaczęła dopiero na początku 2019 roku – wcześniej grała w rozgrywkach uniwersyteckich w Stanach Zjednoczonych.

Jej specjalność? Oczywiście mączka. Właściwie tylko na niej radzi sobie na poziomie, na jaki wskazywałoby jej miejsce w rankingu – aktualnie jest 49. Poza tym potrafi poodbijać na kortach twardych, ale niemal wszystkie sukcesy w karierze odnosiła właśnie na ceglanych kortach. A wśród tych sukcesów znajdą się choćby trzy triumfy – w tym dwa tegoroczne – w imprezach rangi WTA 125. To taki odpowiednik męskich Challengerów, trochę poza głównym cyklem, ale tak blisko niego, jak tylko się da. Innymi słowy: całkiem niezły poziom, na którym regularne triumfy wskazują, że ma się spory potencjał.

A Sherif zdecydowanie go ma. Jak sama przyznaje, jakiś czas temu zaczęła też odblokowywać bariery w swojej głowie. – Zwycięstwo w pierwszej rundzie Australian Open znaczyło wiele, pokonałam dzięki niemu pewien mentalny mur. Nie było łatwo, bo trudno zaadaptować mi się do australijskich warunków, ale się udało. Teraz chcę więcej – mówiła po zeszłorocznej wygranej z Chloe Paquet. Więcej może osiągnąć właśnie na Roland Garros.

O ile bowiem początek sezonu miała słaby (przegrała osiem z dziewięciu meczów!), o tyle potem – po przejściu na korty ziemne – zaczęła grać lepiej. Oczywiście, występowała głównie w mniejszych imprezach, ale nie ma przypadku w tym, że wygrała dwie z nich, a jej ogólny bilans na tej nawierzchni wynosi w tym roku 16 zwycięstw i tylko 3 porażki. Ona po prostu potrafi na tej mączce grać.

Widzą to zresztą ludzie w Egipcie, gdzie tenis jest popularny, ale brakuje zawodników i zawodniczek na poziomie. Gdy Sherif przeszła przez kwalifikacje i zadebiutowała w głównej drabince French Open, gratulował jej nawet Mohamed Salah, a na lotnisku regularnie witają ją tłumy kibiców. Zgłaszają się też sponsorzy, którzy to widzą. Generalnie – nawet bez niezłych wyników Mayar już zawsze będzie w swojej ojczyźnie popularna.

Ale na te niezłe wyniki zdecydowanie ją stać. I możliwe, że pokaże to już teraz w Paryżu. Po wyeliminowaniu Kostiuk czekać będzie na nią albo mecz z Tamarą Zidansek (turniejowa „24”) albo ze wspomnianą Liu. Potem prawdopodobnie zmierzyć będzie musiała się z faworyzowaną Jessicą Pegulą, ale nie jest to rywalka, z którą Sherif byłaby bez szans. A dalej czekałaby najpewniej Karolina Pliskova i, w opcjonalnym ćwierćfinale, Simona Halep lub (oby) Iga Świątek.

Sherif ma więc zdecydowanie najtrudniejszą z drabinek, które tu przytaczaliśmy. Sam ćwierćfinał byłby w jej przypadku dużym sukcesem, a biorąc pod uwagę historię tenisa w jej kraju – nawet jedno zwycięstwo więcej zrobi z niej bohaterkę całego Egiptu. I może znów będzie mogła dzięki temu pogadać z Salahem przez Zooma czy pozdrawiać tłumy fanów na lotnisku. Ci zresztą towarzyszą jej właściwe wszędzie – w czasie meczu z Kostjuk też głośno dopingowali Mayar.

I z pewnością będą to robić też w kolejnym meczu. Może pomogą jej dojść w turnieju daleko?

SEBASTIAN WARZECHA

Fot. Newspix

Czytaj więcej o tenisie: 

Gdyby miał zrobić spis wszystkich sportów, o których stworzył artykuły, możliwe, że pobiłby własny rekord znaków. Pisał w końcu o paralotniarstwie, mistrzostwach świata drwali czy ekstremalnym pływaniu. Kocha spać, ale dla dobrego meczu Australian Open gotów jest zarwać nockę czy dwie, ewentualnie czternaście. Czasem wymądrza się o literaturze albo kinie, bo skończył filmoznawstwo i musi kogoś o tym poinformować. Nie płakał co prawda na Titanicu, ale nie jest bez uczuć - łzy uronił, gdy Sergio Ramos trafił w finale Ligi Mistrzów 2014. W wolnych chwilach pyka w Football Managera, grywa w squasha i szuka nagrań wideo z igrzysk w Atenach 1896. Bo sport to nie praca, a styl życia.

Rozwiń

Najnowsze

Reklama

Inne sporty

Igrzyska

Usłyszała od Piesiewicza, że będzie chorążą. „Jestem dumna”

Jakub Radomski
12
Usłyszała od Piesiewicza, że będzie chorążą. „Jestem dumna”
Igrzyska

Przeanalizował szanse Polaków. „Żurek jedzie po dwa medale”

Jakub Radomski
6
Przeanalizował szanse Polaków. „Żurek jedzie po dwa medale”
Reklama
Reklama