Reklama

Wciąż pragmatyzm, już nie romantyzm. Warcie może znowu się udać

Jakub Białek

Autor:Jakub Białek

17 lutego 2022, 15:36 • 13 min czytania 10 komentarzy

Warta Poznań to najbardziej romantyczna historia poprzedniego sezonu, a może nawet i ostatnich lat. Ekipa, która wywalczyła awans wbrew logice i którą każdy przekreślał na starcie, omal nie załapała się do pucharów. Nie tylko wzbudziła emocje – ona po prostu skradła serca. W romantycznej historii wcale nie przeszkodziło działanie, które było maksymalnie pragmatyczne. Dziś z tego romantyzmu zostały tylko strzępy, w Grodzisku Wielkopolskim zadomowiła się szara codzienność, a jednocześnie Warta zrobiła ostatnio wystarczająco duży postęp, by zacząć ją posądzać o kolejny wynik ponad stan. Bo utrzymanie się w Ekstraklasie przy trzech spadkowiczach byłoby bez wątpienia wynikiem ponad stan. Nawet dla klubu, który kończył ligę na piątym miejscu. 

Wciąż pragmatyzm, już nie romantyzm. Warcie może znowu się udać

Warta – klub, który nie popełnił błędów beniaminków

Beniaminkowie po awansie często mówią głośno o tym, że mają pomysł na Ekstraklasę. Powiedzenie wprost, że „awansowaliśmy, żeby przetrwać” nie jest w dobrym tonie. Kibice polskiej ligi żyją przez chwilę przekonaniem – popartym głównie oficjalnym przekazem w mediach, ale też stylem, w jakim został wywalczony awans – że nowa drużyna faktycznie coś wniesie do ligi. Zanim zdążą utrwalić w głowie ten punkt widzenia, spostrzegają, że Aleksander Komor czy Dmytro Baszłaj mogą wnieść nowe standardy co najwyżej do Cyrku Zalewski, a mający zaszczepić ofensywny sznyt Dariusz Skrzypczak zostaje zwolniony po dziewięciu kolejkach.

Jeśli miałbym wybrać dwa najczęściej powtarzające się błędy beniaminków, wskazałbym zbyt dużą chęć grania atrakcyjnej piłki (najpierw powinni opanować skuteczną piłkę – choć to nie beniaminek, pisałem o tym ostatnio w kontekście Wisły Kraków) i oparcie ekstraklasowego składu na piłkarzach, którzy wywalczyli awans. Bo zasłużyli. Bo tak będzie sprawiedliwie. Bo drużyna już funkcjonuje i nie warto zaburzać hierarchii. Wszystko sprowadza się do jednego – złego wymierzenia sił na zamiary, co często kończy się katastrofą.

Reklama

Warta weszła do Ekstraklasy niezwykle świadomie, zdając sobie sprawę z tego, że to miejsce, w którym tak naprawdę nie powinna się znaleźć. Zrobiła więcej transferów niż mają to w zwyczaju beniaminkowie (choć nie wszyscy wypalili, więc nie była to wielka rewolucja) i postawiła na reaktywny – choć będą tacy, którzy nazwą go „prymitywnym” – styl. Poznaniacy pokazali, że powtarzane jak mantra gadki o ofensywnym stylu to jeden wielki mit. Warta nie kupiła piłkarskiej Polski szybkimi wymianami podań, efektownymi golami, atakiem pozycyjnym czy nawet odważnie zakładanym pressingiem. Kupiła ich historią i wynikami, które nie miały prawa się przydarzyć. Widząc cieszącą się na murawie „Swojską Bandę” można było łatwo zapomnieć, że ta przed chwilą zagrała niebywały paździerz. 

Dziś jest o Warcie znacznie ciszej. Dlatego, że nie gra ładnie? Bo nie wprowadza zbyt wielu młodych? Nie. Wystarczyło, że nie ma wyników i cała magia nagle uleciała. 

Działania Warty nie są romantyczne

Napisałem ten wstęp po to, by zasygnalizować, że wbrew powszechnie panującej opinii Warta wcale nie jest tak romantycznym klubem, jak niektórzy chcieliby ją postrzegać. Warta nie chce kreować rzeczywistości i żyć według własnych zasad. Chce dobierać takie środki, by w zastanej rzeczywistości się odnaleźć. Pragmatyzm to według słownika PWN „postawa polegająca na realistycznej ocenie rzeczywistości i podejmowaniu jedynie takich działań, które gwarantują skuteczność”. Romantyzm to z kolei „postawa życiowa charakteryzująca się idealizmem, irracjonalizmem i nadmierną uczuciowością”.

Władze Warty nie są idealistyczne, irracjonalne czy bardziej uczciwe niż powinny. Jej historia? Tak, jest romantyczna. Ale podejmowane działania – absolutnie nie.

Zwolnienie Piotra Tworka było bez wątpienia podyktowane pragmatyzmem, wyrachowaniem i chłodną kalkulacją. Gdyby Warta chciała budować swój wizerunek – czy też szumnie to nazywając: swoje DNA – na romantycznych wartościach, zwolniłaby Piotra Tworka tylko w sytuacji, gdy ten stałby w obliczu spadku do pierwszej ligi. Ten ruch budził duże emocje. Może nawet łamał serca, które dopiero co zostały skradzione. To zwolnienie pokazało jednak, że w Warcie nie liczą się sentymenty. A skoro nie liczą się nawet w Warcie, to nie liczą się nigdzie.

Reklama

I to chyba dobry moment, by przyznać się do błędu. Tak, uważałem, że Tworek został zwolniony przedwcześnie i stał się ofiarą własnego sukcesu. Apelowałem o to, aby pozwolić mu wyjść z kryzysu. Ten punkt widzenia nadal ma dużo sensu, bo gdyby 46-letni trener nie awansował do Ekstraklasy, pewnie wciąż pracowałby w Warcie, kręciłby się gdzieś w środku tabeli pierwszej ligi, a nikt w klubie nie kręciłby głową z rozczarowania, że awans znów się oddala. Warta nie miała takich planów. Zwyczajnie ich nie mogła mieć, zważywszy na sytuację organizacyjno-finansową. Siłą rzeczy jest niejako ofiarą swojego sukcesu. 

Bo jednak zdarzył mu się awans, a po nim sezon zwieńczony piątym miejscem. Rzecz – nie bójmy się tego słowa – naprawdę wielka. O jej skali świadczy fakt, że kiedy Tworek przychodził do Warty, podpisał kontrakt z klauzulą przedłużenia go w sytuacji, gdy… utrzyma klub w pierwszej lidze. Po ledwie kilku miesiącach Warta przestała postrzegać tę niewiarygodną historię jako nową rzeczywistość, która może zniknęła z pola widzenia, ale jest tuż za rogiem i zaraz znowu się powtórzy. Raczej uznała, że to tylko przeszłość, od której trzeba się jak najszybciej odciąć, by przygoda Tworka nie przebiegła w sposób sinusoidalny. Czy – tak czysto po ludzku – należało mu się bezgraniczne zaufanie? Tak, należało. Dostał wprawdzie szansę wyprowadzenia drużyny z kryzysu (ten trwał w zasadzie od początku sezonu, a jednak zdążył zaliczyć serię jedenastu meczów bez zwycięstwa i 762 minut bez gola), ale – gdyby Wartą kierowało głównie docenienie za zasługi – powinien dostać dwie, trzy, cztery takie szanse.

Pragmatyzm.

Nie romantyzm.

Wizerunkowy klincz

Odbioru tego ruchu nie poprawiał fakt, że zarządcy Warty znaleźli się w tamtym momencie w komunikacyjnym potrzasku, który uniemożliwiał przekonującą linię obrony. Gdy zwalniasz kogoś z takimi zasługami, musisz liczyć się z tym, że będzie wrzało. A jednocześnie nie możesz bronić tej decyzji rzetelnymi argumentami, bo masz związane ręce. Opcje są dwie: albo (pośrednio lub bezpośrednio) uderzasz w gościa, który napisał historię, albo nie mówisz nic. Albo wyliczasz konkretne powody, albo mówisz farmazony o „potrzebie impulsu”. Warta wybrała drugą opcję, która wywołała komunikacyjny kryzys. Gdy rozmawialiśmy w Weszłopolskich z Radosławem Mozyrko, dyrektorem sportowym Warty, zapierał się rękami i nogami, by nie analizować powodów zwolnienia Tworka.

Niezręcznie rozmawiać. To trochę jak w małżeństwie. Jak dwie strony się rozchodzą, nie wypada wypowiadać się na temat tej drugiej osoby – mówił nam wtedy, dorzucając do tego ogólniki, jak na przykład ten, że sprowadzanie szkoleniowca do ofiary swoich sukcesów to spłaszczanie sytuacji. Jemu samemu pewnie łatwiej było podjąć taką decyzję, bo patrzył wnikliwie od środka, ale jednak z dystansem. W Warcie pracuje od sierpnia, a więc nie pamięta odbijania klubu z rąk Pyżalskich, absurdalnej biedy, nie miał kiedy zżyć się też z samym Tworkiem.

Ze zwykłego szacunku za ostatnie lata nikt w Warcie nie mógł głośno powiedzieć, że drużyna pogubiła się taktycznie, nie poradziła sobie bez niosącego prawa serii, a sam Tworek robi dobrą minę do złej gry, ale tak naprawdę nie ma pojęcia, jak przetrwać ten kryzys. Zamiast tego w oficjalnym komunikacie klubu znalazła się informacja o potrzebie nowego impulsu, co tylko podsyciło wątpliwości o zasadności tego ruchu. Nie brakowało głosów, że Tworek powinien pracować do końca sezonu nawet kosztem spadku z ligi, a później na nowo walczyć o awans z zaplecza. Sam po części je kupowałem.

I tu dochodzimy do sedna sprawy – pożegnanie Tworka mógł obronić wyłącznie Dawid Szulczek, pokazując, że ta drużyna bez żadnej rewolucji personalnej może lepiej wyglądać taktycznie. Nie jest to oczywiście okres wiosennego Tworka, gdy Warta była równorzędnym rywalem dla każdego w tej lidze, ale poznaniacy zaczęli wiosnę najlepiej spośród wszystkich drużyn „zainteresowanych spadkiem”. Choć to dopiero początek prawdziwej bitwy. Czternaste miejsce w płaskiej tabeli jest złudne, bo już w poniedziałek może zamienić się w siedemnaste. Pokonanie Legii to też wydarzenie, którego nie można przeceniać, bo oglądaliśmy je już czternasty raz w tym sezonie. Z Górnikiem mieli tyle sytuacji, że spokojnie mogli wygrać, wydarli remis w ostaniej minucie. 

Ale patrząc tylko na boisko, trzeba przyznać: tak, Warta wygląda lepiej.

Warta wreszcie rokuje.

Warta może się utrzymać.

OBSTAWIAJ MECZE EKSTRAKLASY W FUKSIARZ.PL. CASHBACK 50% DO 500PLN!

Co poprawił Dawid Szulczek?

Nie chcę w tym momencie deprecjonować Tworka, bo nie wiemy, jakby się potoczyły losy Warty, gdyby został na stanowisku. Może znalazłby nowy sposób na tę drużynę. Może byłby teraz nie na czternastym, a trzynastym miejscu. Wskazuję tylko, że ta trudna decyzja zwyczajnie zaczyna się spłacać.

Dawid Szulczek zdobył w Warcie Poznań dziewięć punktów, co – licząc od momentu, gdy został zatrudniony – plasuje Wartę na dziesiątym miejscu w lidze. Do „po-tworkowego” dorobku można doliczyć jeszcze zwycięstwo z Piastem, które idzie na konto Adama Szały. Wyniki to jedynie konsekwencja tego, co zdążył w Warcie zaszczepić już nowy trener. Faktycznie obserwujemy „nowy impuls”, choć oczywiście to określenie jest zbyt płytkie, by na nim poprzestać. Zmianę w Warcie opisalibyśmy bardziej jako:

  • konkretny pomysł na każde spotkanie, mający na celu zneutralizowanie atutów rywala i próbę wykorzystania jego mankamentów,
  • próbowanie nowych rozwiązań taktycznych, a nie granie ciągle tego samego wyczekując, aż w końcu zażre,
  • poprawę pressingu, który jest odważniejszy,
  • znaczącą poprawę gry w ofensywie (średnia 1 gol / mecz za Szulczka do 0,61 / mecz za Tworka), a przecież goli mogło być więcej, tylko w meczu z Górnikiem Łęczna „Zieloni” trzy razy obili obramowanie bramki, z Legią z kolei Zrelak zmarnował karnego,
  • zwyżkę formy niektórych zawodników, od których miało dużo zależeć (zwłaszcza Zrelaka, ale i Papeau zaczyna wyglądać jak piłkarz, do tego grona można dorzucić też sprawne wkomponowanie Szymonowicza, który dołączył późno i u Tworka nie zdążył udowodnić swojej wartości),
  • wyzwolenie znacznie większej wiary w utrzymanie (bo jak inaczej interpretować gol bramkarza na wagę remisu w doliczonym czasie gry?).

Początek sezonu w wykonaniu ekipy Tworka był jednym, wielkim marazmem. Ze Śląskiem i Pogonią wyglądała jeszcze dobrze, wygrała też z Górnikiem Łęczna, z którym wygrywał wtedy każdy, a potem wszystko się rozmyło. Zawodnicy, którzy przed chwilą byli przekonani o tym, że mogą w lidze pokonać każdego, sprawiali wrażenie, jakby nie wierzyli w to, że potrafią strzelić gola. Wcześniej jechali na prawie serii. Każde kolejne zwycięstwo ich jeszcze bardziej nakręcało. Na początku sezonu też zadziałało prawo serii, tylko że odwrotne. Kolejne porażki jeszcze bardziej ciągnęły w dół.

KIM JEST DAWID SZULCZEK? SYLWETKA TRENERA WARTY POZNAŃ

Warta jednocześnie musi liczyć na to, że Szulczek dalej będzie to wszystko dobrze układał, bo choć zimą doszło kilku piłkarzy, nie są to transfery, po których liga sama się utrzyma. Zimowe okno to głównie zbieranie odrzutów z innych klubów (Szelągowski, Szczepański, Miguel Luis, Courtney-Perkins). Chyba nie ma co spodziewać się cudów, zwłaszcza w kontekście odejścia Aleksa Ławniczaka czy mniej znaczącego Szymona Czyża (odszedł jeszcze Rodriguez). Fin Niilo Maenpaa nie wszedł jeszcze ani na minutę, a transfer Franka Castanedy wypada efektownie nie tylko ze względu na opaskę kapitańską w tym sezonie Ligi Mistrzów, ale i fakt, że odmówił Legii. Można jednak zastanawiać się, czy będzie chciał umierać na boisku za utrzymanie, skoro jest tu tylko na kilka miesięcy (dlatego odmówił Legii, bo ta chciała go na dłużej), po których wylatuje do tajskiego klubu. Warta musiała zgodzić się na ustępstwo i zaryzykować. Gdyby nie to, taki piłkarz nigdy by do niej nie trafił. Tak jak Makana Baku, którego nie dało się zatrzymać na dłużej niż pół roku. On jednak przynajmniej walczył o to, żeby się wypromować. W porównaniu do innych klubów ze strefy spadkowej – Górnika Łęczna czy Bruk-Betu – okno Warty i tak wygląda mimo wszystko nieźle.

Sam Szulczek prezentuje się w tym wszystkim jako trener elastyczny. Szersza widownia usłyszała o nim po raz pierwszy w momencie, gdy w Wigrach Suwałki nakazał bramkarzowi przy rzucie wolnym… stanąć w murze, uprzednio trenując ten wariant i pytając o zdanie piłkarzy. Niektórzy mogli postrzegać go na tej podstawie jako zafiksowanego na punkcie nowinek szkoleniowca, który jest niepoprawnym marzycielem. Niesłusznie, bo Szulczek nie żyje ideałami o autorskim sposobie gry. Nie jest młodym-zdolnym, który ma wizję. Jest młodym-zdolnym, który chce być skuteczny. Zamiast „grać swoje”, woli ustawiać Wartę pod konkretnych rywali. Na Lecha zagęścił środek tak, by odciąć od gry Amarala. „Kolejorz” wygrał, ale dzięki stałym fragmentom gry. Na Legię cofnął się głębiej, jakby mając przekonanie, że stołeczni nic nie stworzą w ataku pozycyjnym. Po odbiorze piłki Warta potrafiła szybko przejść do kontrataku i utrzymać się przy piłce. Na Górnika wyszedł z kolei ofensywnie. Zresztą, przygotowanie pod rywala to jego konik – gdy pracował jeszcze jako asystent, do jego głównych zadań należało rozpracowanie taktyczne przeciwników.

Bardzo dużo osób podkreśla, że Szulczek jest bardzo dobrze przygotowany merytorycznie do zawodu. I to sprawiło, że wiek wcale nie był przeszkodą do wypracowania sobie naturalnego autorytetu w szatni. W szatni, której zamierza słuchać. W pierwszych dniach pracy dał zawodnikom do wypełnienia ankiety, w których ci mieli odpowiedzieć na kilka pytań w stylu „co zmieniłbyś w treningu?” czy „z którym kolegą chciałbyś gonić wynik?”.

W ankiecie jest pytanie „z kim chciałbyś grać, gdy prowadzisz 1:0”. 80% odpowiedzi – z Bartoszem Kielibą. Dla mnie to istotna informacja. Nie jest tak, że Bartek po powrocie do składu będzie grał zawsze. Ale jeśli zdecydowana większość składu dobrze się z nim czuje, to dlaczego mam robić coś przeciwko? Nie jestem głupcem, by popełniać błędy, których mogę uniknąć w bardzo prosty sposób. A tym sposobem jest słuchanie ludziopowiadał Szulczek w rozmowie z Damianem Smykiem.

Przejęcie schedy po Tworku – trenerze, któremu szatnia bardzo dużo zawdzięcza, ale też trenerze, z którym wytworzyła bardzo bliską więź – mogło być dla niedoświadczonego Szulczka potencjalną miną. I już nawet nie chodzi o wiek szkoleniowca. Bardziej o to, że część drużyny mogła nie akceptować zmiany trenera – niezależnie od tego, kto pojawiłby się na jego miejsce. Bardzo szybko trzeba było ugasić pożar i kupić sobie zaufanie zawodników. 

I to się wydarzyło. Pewnie w jakiś sposób pomogło w tym zwycięstwo z Piastem – już po zwolnieniu Tworka, a przed przybyciem Szulczka – które oczyściło trochę atmosferę. Nie da się nie ocenić pierwszych miesięcy pracy nowego trenera pozytywnie. Warta opuściła strefę spadkową, ale nie to jest najważniejsze. Ważniejsze jest to, że jej gra wreszcie nakazuje sądzić, że poznaniacy mogą utrzymać się w lidze.

Warta może się utrzymać

Utrzymanie się nie byłoby oczywiście tak spektakularną historią, jak ta z sezonu 20/21.

Ale wciąż byłby to wynik ponad stan. Bo Warta znów gra o to, żeby przetrwać. Miała wszystko, by oprzeć swoje DNA na pięknych historiach, które mogłaby pisać bez względu na przeciwności losu czy wynik sportowy. Tylko że bez wyników piękne historie nigdy się nie wydarzą, a nawet jeśli, to mało kto lubi piękne historie w pierwszej lidze. To, co było wypadkową rozsądnych ruchów, odpowiednich charakterów, szczęścia i sprzyjających okoliczności, nie wydarzy się w momencie, gdy okoliczności przestają sprzyjać, a szczęście nie chce już dopisywać.

Nawet, jeśli Warta znów się wyratuje, to w przyszłym sezonie znowu będzie kandydatem do spadku. Statystyki nie przemawiają na jej korzyść – połowa zespołów nie jest w stanie przetrwać w Ekstraklasie dłużej niż trzy lata. Ostatnie tygodnie sprawiają jednak, że można patrzeć na Warciarzy z optymizmem i rzucają nową perspektywę na pożegnanie Piotra Tworka. Pamiętacie, od czego zaczęliśmy? Błędem beniaminków jest często opieranie drużyny na składzie, który wywalczył awans. Bo tak jest sprawiedliwie. Bo ci piłkarze na to zasługują. Bo to dla nich nagroda. Sami na to zapracowali. Tworek też po ludzku zasługiwał na to, by zostać na stanowisku. Może pozostawienie go byłoby właśnie takim ruchem – opieraniem drużyny na kimś, komu nagle wypadły z ręki najmocniejsze karty i broni się głównie zasługami i sentymentem?

WIĘCEJ O WARCIE POZNAŃ:

Fot. FotoPyK

Ogląda Ekstraklasę jak serial. Zajmuje się polskim piłkarstwem. Wychodzi z założenia, że luźna forma nie musi gryźć się z fachowością. Robi przekrojowe i ponadczasowe wywiady. Lubi jechać w teren, by napisać reportaż. Występuje w Lidze Minus. Jego największym życiowym osiągnięciem jest bycie kumplem Wojtka Kowalczyka. Wciąż uczy się literować wyrazy w Quizach i nie przeszkadza mu, że prowadzący nie zna zasad. Wyraża opinie, czasem durne.

Rozwiń

Najnowsze

Ekstraklasa

Komentarze

10 komentarzy

Loading...