Reklama

Męki Liverpoolu, męki Arsenalu

Jan Mazurek

Autor:Jan Mazurek

13 stycznia 2022, 23:45 • 4 min czytania 3 komentarze

Ech, ech, szalona, intensywna, na wskroś chaotyczna końcówka trochę popsuła nam narrację, że „po takim meczu, to nie sposób zakochać się w piłce w angielskim wydaniu”, ale no, jakby nie patrzeć, nie były to piłkarskie Himalaje czy inny futbolowy Olimp. Pierwszy celny strzał padł w 72. minucie, a drugi to już doliczony czas gry i nawet nie przekonujcie nas, że to nie ma żadnego znaczenia. Dośrodkowania dośrodkowaniami, indywidualne akcje indywidualnymi akcjami, czerwone kartki czerwonymi kartami, ale chyba każdy spodziewał się czegoś więcej. Szczególnie po Liverpoolu, bo Arsenal wyjeżdża z Anfield w całkiem przyzwoitym nastroju. 

Męki Liverpoolu, męki Arsenalu

Michał Probierz narzekał kiedyś, że Ekstraklasa traci na szyderze. Że złośliwie wycinamy katastrofalne zagrania z polskich boisk i nakręcamy karuzelę beki na szkodę ligi. Pośmiejmy się więc z Takumiego Minamino, który nie trafił w takiej sytuacji.

Ha, ha, ha.

Ha, ha, ha.

Reklama

Już, pośmiane? Aaron Ramsdale popełnił błąd, Japończyk miał na nodze piłkę meczową, ale z jakichś siedmiu-ośmiu metrów przeniósł futbolówkę nad poprzeczką. Tak wygrać się nie da.

Liverpool-Arsenal. Męki Kanonierów

Póki jeszcze Arsenal grał w jedenastu, robił zaskakująco dużo, żeby ułatwić zadanie Liverpoolowi. Gabriel wycofał piłkę do Ramsdale’a tak nieodpowiedzialnie, że niewiele zabrakło, a The Reds – bez żadnego większego udziału – cieszyliby się z otwierającego gola, a nie tylko z rzutu rożnego. Ramsdale tak długo zwlekał z wybiciem piłki, że nabił rękę napierającego Hendersona (sędziowie nie dopatrzyli się nieprzepisowego zagrania), a po chwili gospodarze egzekwowali korner, po którym White był bliski nieszczęśliwego samobója. No i, last but not least, jak mawiają Anglicy, do akcji wkroczył niezawodny pan rozrabiaka – Granit Xhaka.

Andrew Robertson zagrał świecę w stronę wybiegającego Diogo Joty. Xhaka był trochę spóźniony, trochę niezdarnie ustawiony, ale wcale nie było tak, że Portugalczyk znajdował się w jakiejś super komfortowej pozycji. Nie, wprost przeciwnie, ale co z tego, skoro szwajcarski pomocnik Arsnealu już wjeżdżał mu nogą w brzuch. Bye, bye, murowana czerwona kartka.

Tym samym Arsenal skazał się na męczarnie. Strzały – trzy. Strzały celne – jeden. Posiadanie piłki – 22%. Podania – 199 (Liverpool – 683!). Przyznacie, że trudno tak wygrać mecz, prawda? Od pewnego Mikel Arteta zaniechał pokazywania swoim podopiecznym jakichkolwiek wskazówek taktycznych. Machał rękoma tylko i wyłącznie w geście kołowrotka – „panowie, koncentracja”, „panowie, intensywność w obronie”. Dość powiedzieć, że przez ostatnie piętnaście minut Alexandre Lacazette biegał na dwudziestym metrze od własnej bramki.

Przy tym jednak wcale nie było tak, że Kanonierzy nie mieli żadnych argumentów w ofensywie. Świetnie wyglądał Bukayo Saka. Dużo biegał, dużo walczył, dużo widział. Dwoił się i troił. Parę razy fizycznie zjadł nawet starego i hardego Jamesa Milnera. To po jego dośrodkowaniu samobója strzelić mógł Joël Matip. To po jego strzale (tym słynnym pierwszym celnym w całym meczu) wyciągnąć musiał się Alisson Becker. Do momentu jego zejścia z boiska Liverpool nie mógł poczuć się bezpiecznie.

Reklama

Liverpool-Arsenal. Męki gospodarzy

Inna sprawa, że The Reds zaprezentowali strasznie nierówny futbol. Trent Alexander-Arnold i Andrew Robertson wykonali dziesiątki dośrodkowań, a kiedy już się zmęczyli, kolejne kilka wrzutek dołożyli rezerwowi – Neco Williams, Curtis Jones i Alex Oxlade-Chamberlain. Czy coś z tego wychodziło? Dwa razy Roberto Firmino był bliski dołożenia stopy do piłki na metr przed bramką Arsenalu, ale dwukrotnie uprzedzał go jeden ze stoperów Kanonierów.

Kilkukrotnie szczęścia próbował Minamino i choć w większości nie były to złe próby, to raz, że niecelne, a dwa, że zapamiętamy tylko pudło z samej końcówki. Niepewnego w doliczonym czasie gry Ramsdale’a postraszył też Jones, ale akurat w tej sytuacji 23-letni angielski golkiper okazał się bezbłędny.

Liverpool kulał na poziomie organizacji własnej gry. Miał zrywy, w czasie których miażdżył Arsenal, w czasie których bawił się w grę pt. „magicznie sprawiamy, że piłka przekracza żadnej linii końcowej”. Momentami wyglądało to imponująco. Szkoda tylko, że w piłce nożnej generalnie chodzi o to, żeby koniec końców futbolówka przekroczyła linię bramki rywala. Szwankował środek pola. We własnym sosie dusili się Jordan Henderson, Fabinho i James Milner, którzy do tego nie mieli przed sobą duetu Mane-Salah, tylko tercet Jota-Minamino-Firmino. Zbliżenia realizatora na twarz Jurgena Kloppa mówiły wszystko. Coś nie grało.

A więc męczyły się wszystkie strony, a losy półfinałowego dwumeczu Pucharu Ligi Angielskiej i tak rozegrają się w rewanżu.

Liverpool 0:0 Arsenal 

Czytaj więcej:

Fot. Newspix

Urodzony w 2000 roku. Jeśli dożyje 101 lat, będzie żył w trzech wiekach. Od 2019 roku na Weszło. Sensem życia jest rozmawianie z ludźmi i zadawanie pytań. Jego ulubionymi formami dziennikarskimi są wywiad i reportaż, którym lubi nadawać eksperymentalną formę. Czyta około stu książek rocznie. Za niedoścignione wzory uznaje mistrzów i klasyków gatunku - Ryszarda Kapuscińskiego, Krzysztofa Kąkolewskiego, Toma Wolfe czy Huntera S. Thompsona. Piłka nożna bezgranicznie go fascynuje, ale jeszcze ciekawsza jest jej otoczka, przede wszystkim możliwość opowiadania o problemach świata za jej pośrednictwem.

Rozwiń

Najnowsze

Komentarze

3 komentarze

Loading...