FC Barcelona za moment może pożegnać się z grą w fazie pucharowej Ligi Mistrzów. Tym samym po raz pierwszy od 20 lat nie zobaczymy Blaugrany w wiosennej części tych rozgrywek. Czy będzie to kompromitacja? Na pewno, zwłaszcza że Barca nie jest w grupie śmierci. Ale historia pokazuje, że już w przeszłości klub z Katalonii potrafił wsadzić sobie kija w szprychy i efektownie wywalić się w pucharach. Oto wszystkie pucharowe wpadki Barcelony.

Powrót Metz, hattrick Szewczenki, ciężary z Legią. Krótkie pucharowe przygody Barcelony

Żeby była jasność: przez wpadki rozumiemy tym razem tylko porażki na początkowych etapach. Wiadomo, że 2:8 od Bayernu to eurowpierdol wszech czasów, ale to trochę inna sytuacja niż – dajmy na to – ostatnie miejsce w grupie Ligi Mistrzów z Newcastle, PSV Eindhoven i Dynamem Kijów. Albo oberwanie w pędzel w pierwszej rundzie europejskich pucharów z Rinusem Michelsem za sterami. Jako że Barca znów może dać ciała na początkowym etapie, skupiliśmy się na podobnych przygodach.

Są polskie wątki. Są ogromne niespodzianki. Jest masa historii, które można wspominać latami. Zwłaszcza jeśli opowiada się je z perspektywy tego, kto Barcelonę poskromił.

1963/1964 – 2. runda Pucharu Zdobywców Pucharów

Pierwsze występy FC Barcelony w europejskich pucharach? Druga połowa lat 50. XX wieku. Pierwsza duża wpadka? Rok 1963. Hiszpanie wpadli wtedy na jeden z klubów-założycieli Bundesligi, czyli HSV. W barwach Blaugrany Sandor Kocsis, czyli gwiazda Igrzysk Olimpijskich i mundiali, członek węgierskiej „Złotej Jedenastki”. Po drugiej stronie inna międzynarodowa gwiazda, Uwe Seeler, który kilka miesięcy później miał zostać pierwszym w historii królem strzelców Bundesligi. Nic dziwnego, że do rozstrzygnięcia takiej konfrontacji potrzebny był trzeci, dodatkowy mecz. I faktycznie był to w dużej mierze pojedynek tego duetu. Zwłaszcza w trzecim meczu:

  • Baehre strzela, HSV prowadzi 1:0
  • Kocsis odpowiada, a potem daje Barcelonie prowadzenie
  • Seeler bierze sprawy w swoje ręce i strzela dwa gole na wagę awansu

HSV wyeliminował Barcę po golu w 82. minucie. Nie była to wielka wpadka czy kompromitacja, ale jednak to klub z Katalonii miał wówczas więcej sukcesów międzynarodowych na koncie (grał w finałach Pucharu Miast Targowych). Wydawało się, że to Blaugrana zajdzie dalej, tymczasem po raz pierwszy zaznała tak bolesnego rozczarowania.

WYNIKI:

  • Shelbourne: 2:0; 3:1
  • HSV: 4:4; 0:0; 2:3

1971/1972 – 2. runda Pucharu Zdobywców Pucharów

Uroki europejskich pucharów w czasach, gdy każdy mógł trafić na każdego? Steaua Bukareszt w 1971 roku wyeliminowała ekipę z Malty (Hibernians) tylko dlatego, że rywale walnęli sobie samobója. Dwumecz skończył się wynikiem 1:0. W międzyczasie Barcelona na pewniaka ograła Distillery z Irlandii Północnej. Co było potem? Łatwo zgadnąć. Rumuni odprawili z kwitkiem zespół z Hiszpanii już w drugiej rundzie. Barca miała pecha, bo trafiła na Viorela Nastase. 18-letni chłopak ledwo wygrzebał się z drugiej ligi, gdzie zaczynał karierę w Progresulu Bukareszt, by chwilę później w pojedynkę pogrzebać Barcelonę. Rumun strzelił wszystkie trzy bramki.

– Na oczach 40 tysięcy ludzi to Steaua zaczęła mecz lepiej. Wynik końcowy był jednak szokiem, bo na ławce Barcy siedział Rinus Michels, twórca wielkiego Ajaksu. Z kolei rumuński klub niewiele wtedy znaczył, nie był rozpoznawalny, piłkarze Steauy byli dla Hiszpanów zupełnie anonimowi. Niektórzy twierdzą, że na rewanż przyszło tylko 5000 osób, bo w Bukareszcie wierzyli, że Barcelona rozbije Steauę i nikt nie chciał tego oglądać. 18-letni Nastase odpowiedział jednak na gola gości dwoma trafieniami i zapewnił swojej drużynie awans. Kilka lat później ten lewonożny zawodnik strzeli kolejną bramkę w pucharach. Co ciekawe, także w meczu z Barceloną – pisali o tym spotkaniu Rumuni.

WYNIKI:

  • Distillery: 3:1; 4:0
  • Steaua Bukareszt: 0:1; 1:2

1972/1973 i 1973/1974 – 1. runda Pucharu UEFA

Początkowe lata pucharowych przygód FC Barcelony to sporo dotkliwych i szokujących porażek. Niedługo po tym, jak Rinus Michels przełknął wpadkę ze Steauą, przeżył kolejne bolesne rozczarowanie – już na starcie rozgrywek o Puchar UEFA. Dwukrotnie lepsze od Blaugrany okazało się FC Porto. Co ciekawe, gdy Barca przegrała dwa spotkania na początku fazy grupowej Ligi Mistrzów 2021/2022, statystycy informowali, że była to pierwsza taka sytuacja właśnie od 1972 roku i porażek z Portugalczykami. Z drugiej strony możemy stwierdzić, że portugalska piłka była wtedy na fali. Pierwszą rundę bez problemów przebrnęły także CUF Barreiro oraz Vitoria Setubal. Ci drudzy zrobili to ogrywając 6:1 Zagłębie Sosnowiec.

Z kolei w 1973 roku w Pucharze UEFA dłużej od Barcy pograła nawet Gwardia Wrocław. Wielki Rinus Michels, który miał już na koncie mnóstwo sukcesów i który na koniec sezonu 1973/1974 miał poprowadzić reprezentację Holandii do mistrzostwa świata, na starcie rozgrywek dostał w łeb od OGC Nice. Klub z Nicei jeszcze do niedawna grał w drugiej lidze francuskiej, ale sprawę awansu rozstrzygnął w zasadzie w trakcie pierwszego spotkania. 3:0, w rewanżu Barcelona próbowała gonić wynik. Bezskutecznie. Jednym z bohaterów dwumeczu okazał się Dick van Dijk, który parę lat wcześniej święcił sukcesy z Ajaksem Michelsa.

FILOZOF. WSPOMNIENIE RINUSA MICHELSA

Przez lata porażka 0:3 w Nicei była najwyższą wyjazdową klęską Barcy w europejskich pucharach. Warto jednak zaznaczyć, że Blaugrana radziła sobie bez Johana Cruyffa.

WYNIKI:

  • FC Porto: 1:3; 0:1
  • OGC Nice: 0:3; 2:0

1984/1985 – 1. runda Pucharu Zdobywców Pucharów

W 1986 roku FC Barcelona dotrze do finału Pucharu Europy. Zanim jednak Blaugrana zaliczy marsz na szczyt, będzie musiała przełknąć gorzką pigułkę porażki. Sezon 1984/1985 zaczął się bowiem od szybkiego nokautu w pucharach. 3 października to chyba najważniejsza data w historii FC Metz. Francuski klub był świeżo po wygraniu swojego pierwszego trofeum, czyli pucharu kraju. Losowanie europejskich rozgrywek nie było dla niego łaskawe, bo od razu trafił na Barcę. W pierwszym meczu wszystko potoczyło się zgodnie z założeniami: Blaugrana wygrała 4:2, przez większość czasu kontrolowała grę, gospodarze popisali się efektownym samobójem. – Myślałem, że mamy dobry zespół, ale rany boskie: oni byli dwie klasy nad nami. Jeśli chodzi o siłę i technikę, nie mieliśmy szans – oceniał strzelec jednej z bramek, Jean-Philippe Rohr.

Rewanż sprawił jednak, że we Francji powstało hasło Metz que un club. Carlo Molinari, prezydent Metz, stwierdził, że jego zespół wierzył w wygraną w Hiszpanii. Nie w awans, ale w to, że można jeszcze postawić się Barcelonie. Że można wykorzystać szybkich napastników, którzy powinni urwać się obrońcom gospodarzy. Zawodnicy mieli chyba nieco inne podejście. Do Katalonii zabrali żony, bawili się w hotelu, a potem na murawie podczas rozgrzewki, ciesząc się samą obecnością na takim stadionie. Barca objęła prowadzenie w meczu, ale szybko je straciła. Później gol samobójczy sprawił, że Metz prowadziło i Francuzi zaczęli wierzyć, że nie wszystko stracone. Zwłaszcza że Hiszpanie trochę im podpadli.

– Po pierwszym meczu wiceprezydent Barcelony stwierdził, że zaproszą nas na mecz drugiej rundy w roli ich gości honorowych. Bernd Schuster mówił z kolei, że załatwi nam najlepszą katalońską szynkę w ramach podziękowania za prezenty w postaci bramek. W drugim meczu Schuster także był pewny siebie. A potem, gdy prowadziliśmy, przestał się uśmiechać i zaczął nas obrażać i prowokować – wspominają Francuzi.

65. minuta – Metz wyrównuje wynik dwumeczu. 85. minuta – Zvonko Kurbos kompletuje hattricka. Kilka minut później piłkarze Les Grenats padają wycieńczeni na ziemię. Większość z nich nie miała siły chodzić, a co dopiero biegać. Tylko kilku wariatów, niesionych adrenaliną, wyrwało się do Schustera i krzyczało: gdzie jest nasza szynka?!. Po meczu zawodnicy z Francji udali się na porządny i długi balet w Barcelonie. Zostali bohaterami, a hiszpańska prasa pisała tylko o tym, że Barca się skompromitowała.

WYNIKI:

  • FC Metz: 4:2; 1:4

1989/1990 – 2. runda Pucharu Zdobywców Pucharów

Nawet wielka Barcelona naszej Legii nie pokona — ta przyśpiewka w 1989 roku nie była wcale żartem. Blaugrana grała bowiem z warszawskim klubem w Pucharze Zdobywców Pucharów i mocno się namęczyła, żeby uniknąć kompromitacji. Rudolf Kapera, trener Legii, w wywiadzie z „Ofensywnymi” chwalił się przebiegłością: zauważył, że Zubizarreta lubi sobie wyjść na spacer z bramki, a Barca nie wiedziała nawet kim jest Andrzej Łatka, który miał tę słabość wykorzystać. W 25. minucie meczu Camp Nou dobrze znało już jego nazwisko, bo zawodnik warszawskiego klubu z czterdziestu metrów pokonał bramkarza i dał gościom prowadzenie.

JAK KOEMAN POMÓGŁ WPROWADZIĆ BARCELONĘ NA SZCZYT

Na stadionie w Katalonii miała panować ogromna cisza. Aż do końcówki spotkania, gdy wynik wyrównał Ronald Koeman, wykorzystując kontrowersyjną „jedenastkę”. Sędziowie mieli wtedy mocno zaszkodzić Legii: zanim wskazano na „wapno” Polacy strzelili gola na 2:0, ale nie został on uznany. Jego autor, czyli Roman Kosecki, żartował później, że przydałby się VAR, który rozwiałby wątpliwości. W rewanżu wygraną Barcelonie dał Michael Laudrup, jednak Legia szybko została pomszczona. Już w drugiej rundzie Anderlecht pokonał renomowanego rywala w pierwszym spotkaniu, a potem, dzięki bramce strzelonej w dogrywce na Camp Nou, odpalił hiszpańską ekipę z pucharów.

Dla ekipy Johana Cruyffa nie był to zbytnio udany sezon: Barca przegrała wszystko poza Copa del Rey.

WYNIKI:

  • Legia Warszawa: 1:1; 1:0
  • Anderlecht: 0:2; 2:1

1992/1993 – 2. runda Ligi Mistrzów

1992 rok, Puchar Europy jest już Ligą Mistrzów, ale faza grupowa to dwie „tabelki” po cztery drużyny. Trzeba więc przebrnąć przez eliminacje, które z pozoru zawsze wydają się łatwe. Ciężko się dziwić, gdy Michael Laudrup, Ronald Koeman, Christo Stoiczkow, Pep Guardiola, Andoni Zubizarreta czy Jose Maria Bakero trafiają na norweskiego Vikinga i rosyjskie CSKA. Norwegowie do dziś wspominają starcia z Barceloną jako najważniejsze wydarzenie w historii klubu. Nic dziwnego: parę miesięcy wcześniej Barcelona wygrała przecież najważniejsze klubowe rozgrywki na kontynencie.

– Straszna szkoda, że nie strzeliłem. Moglibyśmy to wygrać. Nigdy nie grałem jednak z lepszym rywalem – ubolewał po meczu Egil Ostenstad, 20-letni piłkarz Vikinga.

W podobnym tonie wypowiadali się inni zawodnicy norweskiej ekipy. Viking przyjechał na Camp Nou i przez 87 minut remisował z Barceloną. Miał swoje okazje, miał też świetnie dysponowanego bramkarza. Wymowne jest jednak to, że spora grupa przyjezdnych naprawdę czuła, że może zagrozić europejskiemu gigantowi i nie było to bezpodstawne myślenie. Pokazał to także drugi mecz, w którym padł bezbramkowy remis. Norwegowie pisali, że ten dwumecz to porażka, ale nie klęska. Ładne określenie. Klęską, przynajmniej dla Barcelony, było jednak kolejne starcie. CSKA dokonało cudu na Camp Nou. 80 tysięcy kibiców Blaugrany oglądało, jak gospodarze roztrwaniają przewagę 2:0 i przegrywają 2:3.

– W przeciwieństwie do pewnych osób, które były pewne swego, obawiałem się tego dwumeczu – atakował Johana Cruyffa, trenera Barcelony, prezydent klubu Josep Lluis Nunez. Media pisały, że Barcelona po prostu zlekceważyła rywala i po remisie w Moskwie, a następnie szybkim objęciu prowadzenia, stwierdziła, że awans jest już pewny. Cruyff nie miał z kolei pomysłu na to, jak pobudzić „Dream Team” do działania. Zresztą nie miał też za bardzo czasu, bo CSKA wyprowadziło szybkie ciosy: tuż przed przerwą padła bramka na 1:2, a potem w 57. i 61. minucie Rosjanie dorzucili dwie kolejne sztuki.

WYNIKI:

  • Viking: 1:0; 0:0
  • CSKA Moskwa: 1:1; 2:3

1997/1998 – 4. miejsce w grupie Ligi Mistrzów

FC Barcelona tylko raz znalazła się na dnie fazy grupowej Ligi Mistrzów. Co więcej: był to akurat sezon, w którym jej grupa nie była przerażająco mocna. Blaugrana zmierzyła się z Newcastle United, PSV Eindhoven i Dynamem Kijów. No, mało ekskluzywne grono, nawet jeśli chcemy się silić na wyliczanie liderów tamtych ekip, a byli nimi Faustino Asprilla, Phillip Cocu czy Andrij Szewczenko. Jeśli od razu macie skojarzenia: tak, to właśnie wtedy Ukraińcy rozbili Barcę na Camp Nou 4:0 po hattricku przyszłej gwiazdy Milanu. Dwumecz z Dynamem zakończył się zresztą potężnym blamażem, bo i w Kijowie Barca dostała lanie (0:3).

„Dynamo znakomicie funkcjonowało w tak zwanym średnim pressingu. Odbierało mnóstwo piłek w centralnej części boiska i momentalnie przechodziło z obrony do ataku. Przede wszystkim za sprawą dwójki niezwykle dynamicznych, kreatywnych napastników – Serhija Rebrowa i Andrija Szewczenki. Dynamo zmasakrowało Barcę intensywnością” – opisywaliśmy pierwsze spotkanie z siłą ze wschodu.

Przed drugim Barcelona miała już nóż na gardle. Pisano o „rosyjskiej ruletce”, zapowiadano heroiczną walkę, nawiązując do udanego dla odmiany startu w lidze. Cztery dni przed drugim meczem z Dynamem Blaugrana przedłużyła passę meczów bez porażki na krajowym podwórku do dziewięciu, pokonując w klasyku Real Madryt. I co?

JAK DYNAMO KIJÓW PRÓBOWAŁO PODBIĆ EUROPĘ?

„Szkoleniowiec Dynama, Walery Łobanowski, dokonał tylko jednej zmiany w wyjściowym składzie względem pierwszego meczu. Z kolei van Gaal, rozpaczliwie poszukujący skutecznych rozwiązań taktycznych, całkowicie przemodelował zespół. Pięć pierwszych minut rewanżowej konfrontacji z Dynamem mogło nawet zasugerować, że tym razem van Gaal rozgryzł swoich rywali, ale przyjezdni błyskawicznie zatarli to wrażenie. W dziewiątej minucie gry Szewczenko dał swojemu zespołowi prowadzenie po stałym fragmencie gry, wykorzystując błąd bramkarza Barcelony, Vitora Baii. Dwadzieścia minut później „Szewa” trafił do siatki po raz drugi, a jeszcze przed przerwą skompletował klasycznego hat-tricka”.

Ale tamten sezon to nie tylko Dynamo Kijów. Barcelona miała ciężary od samego początku. W eliminacjach dwa gole na Camp Nou strzeliło Skonto Ryga. Mistrz Łotwy dwukrotnie prowadził na terenie hiszpańskiego giganta. Już na starcie rozgrywek hattricka zapakował im Faustino Asprilla. W drugiej kolejce ponad 80 tysięcy widzów w stolicy Katalonii oglądało remis z PSV Eindhoven. Na ostatni domowy mecz fazy grupowej przyszło już 26 tysięcy osób, bo wszystko było już pozamiatane i nikt nie chciał uczestniczyć w stypie. Akurat wtedy Barca wygrała swój jedyny mecz w grupie, pokonując Newcastle 1:0.

Koniec końców Barcelona kończyła grupę z pięcioma punktami i 14 straconymi bramkami. Żaden zespół nie miał w tamtej edycji bardziej dziurawej defensywy: nawet słowackie Koszyce dały sobie wbić jednego gola mniej.  Wstyd.

WYNIKI:

  • Newcastle United: 0:3; 1:0
  • Dynamo Kijów: 0:3; 0:4
  • PSV Eindhoven: 2:2; 2:2

TEMURI KECBAJA – SZALONY MNICH Z NEWCASTLE

1998/1999 – 3. miejsce w grupie Ligi Mistrzów

Co wy wiecie o grupach śmierci? W 1998 roku okazało się, że FC Barcelona zagra w jednej grupie Ligi Mistrzów z Manchesterem United i Bayernem Monachium. Broendby? Duńczycy mieli być tylko przystawką, nikt nie zwracał na nich uwagi. Zresztą — bolesne, ale szczere — słusznie. Bo Broendby co prawda ograło Bayern, ale niewiele to zmieniło. Bawarczycy i tak wygrali grupę, a Barcelona dojechała do mety na trzecim miejscu. Wszystko dlatego, że niemieckiej drużynie nie potrafiła strzelić nawet bramki z gry.

Rywalizacja z Bayernem, który wygrywa grupę i skazuje Barcelonę na trzecie miejsce, od razu budzi skojarzenia z obecnym sezonem. Natomiast o tamtej porażce wspominamy jednak bardziej jak o ciekawostce. Głównie dlatego, że w późniejszym finale, który — o ironio — rozegrano na Camp Nou, spotkały się… Manchester United i Bayern Monachium. Ciężko więc odbierać za wielką klęskę to, że Barca skończyła dwa punkty za „Czerwonymi Diabłami”. Przy okazji: warto odświeżyć kapitalne starcia Barcy z United — dwa mecze, sześć bramek i show z obu stron.

WYNIKI:

  • Broendby: 2:0; 2:0
  • Manchester United: 3:3; 3:3
  • Bayern Monachium: 0:1; 1:2

2000/2001 – 3. miejsce w grupie Ligi Mistrzów

Jeśli Barcelona pożegna się z Ligą Mistrzów już w fazie grupowej, zrobi to pierwszy raz od ponad dwóch dekad. W 2000 roku Blaugrana straciła latem Luisa Figo na rzecz Realu Madryt, ale to był dopiero początek problemów. Już na starcie ligi Barca zaliczyła dwie wpadki, ale jeszcze gorzej wyglądało to w europejskich pucharach. To była dziwna jesień zespołu z Katalonii w międzynarodowych rozgrywkach. Z jednej strony zwycięstwo 4:0 z Leeds United na start fazy grupowej i 5:0 z Besiktasem na jej zakończenie. Z drugiej: to były dwie jedyne wygrane drużyny Lorenzo Ferrera w tamtej edycji rozgrywek.

To duża sztuka: w składzie Barcelony grał wtedy Rivaldo, który zresztą strzelił sześć bramek, Patrick Kluivert, Simao Sabrosa, Xavi, Carles Puyol czy Phillip Cocu. Koniec końców Barcelonie zabrakło bowiem punktu, żeby zrównać się z drugim w tabeli Leeds United. Z drugiej strony: Blaugrana dopiero w doliczonym czasie gry rewanżowego spotkania uratowała remis z angielską drużyną, więc nie było kolorowo. Trener Ferrera stwierdził, że drużyna słono zapłaciła za 0:3 w Stambule, gdzie lepszy okazał się Besiktas. Równie bolesna była wyprawa do Włoch. Prezydent Joan Gaspart rzucał kibicom: zespół zapewnił mnie, że ma jaja i wygra w Mediolanie. Tymczasem okazało się, że na San Siro Rivaldo może strzelić hattricka, a i tak nie da to trzech punktów.

Niepowodzenie w Lidze Mistrzów Barca odbiła sobie w Pucharze UEFA. Trzecie miejsce dało jej transfer do tych rozgrywek, a w nich hiszpański zespół dotarł do półfinału.

WYNIKI:

  • Milan: 0:2; 3:3
  • Leeds United: 4:0; 1:1
  • Besiktas: 0:3; 5:0

CZYTAJ TAKŻE:

SZYMON JANCZYK

fot. Newspix