Z kim kojarzy nam się gruziński futbol? Kakhaber Kaładze, to na pewno, w końcu jest najbardziej utytułowanym piłkarzem z tego kraju. Szota Arweładze? Król snajperów w średnich, europejskich ligach – Holandii, Szkocji czy Turcji. Jest jeszcze jeden gość, którego z miejsca kojarzymy z piłką nożną w Gruzji. Temuri „Temur” Kecbaja, „Szalony Mnich” z Newcastle, który na swój przydomek zapracował nie tylko fryzurą. Skrzydłowy potrafił skopać bandy reklamowe po golu, ostrzelać kolegów, zwyzywać dziennikarzy, ale też strzelać kapitalne bramki. Jako trener i jako piłkarz wyrobił sobie renomę „typowego fizola”, który walką i zaangażowaniem podbijał serca kibiców.

Temur Kecbaja, gruzińska legenda. Historia „Szalonego Mnicha” z Newcastle

Jakim był piłkarzem i jakim jest trenerem? Zapraszamy na opowieść, którą współtworzą ludzie dobrze go pamiętający. Jego rodacy – Mamia Dżikia i Walerian Gwilia, a także jego podopieczni z szatni – Łukasz Sosin oraz Michał Żewłakow.

Kim jest Temur Kecbaja?

Jeśli chcesz wkurzyć Temura Kecbaję, zapytaj go o mecz z Boltonem z 1998 roku. Gruziński skrzydłowy wszedł na boisko z ławki rezerwowych, a potem strzelił zwycięskiego gola. Newcastle przerwało serię ośmiu meczów bez wygranej, jednak nie to zapamiętali kibice Srok i całej Premier League. Pomocnikowi po bramce kompletnie odcięło prąd. Zerwał z siebie koszulkę, cisnął ją w trybuny, próbował też zdjąć buty, ale ta sztuka mu się nie udała. W ramach kompromisu postanowił więc skopać bilbordy reklamowe za linią końcową boiska. Koledzy próbowali powstrzymać ten atak furii, jednak na nic się to zdało. Kecbaja po chwili ostygł, Alan Shearer skoczył na trybuny po jego koszulkę i grę jak gdyby nigdy nic wznowiono. Ta krótka chwila już na zawsze zapisała się w historii ligi angielskiej.

Skąd wziął się ten przypływ szaleństwa? Na łamach „Chronicle Live” piłkarz wyjaśnił tę sprawę. – Byłem wtedy sfrustrowany wyborami trenera, grałem mało. Wkurzało mnie, że siedzę na ławce i nie dostaję szans. Nawet piłkarze z drugiego składu byli włączani do kadry pierwszej drużyny i grali, a ja byłem ignorowany. Kiedy strzeliłem gola, wszystko ze mnie uszło, a był on o tyle istotniejszy, że szło nam wtedy słabo. Szczerze mówiąc, nie chciałbym tego powtórzyć. Nie oglądałem też nigdy powtórek tej akcji. Zawsze odwracam wzrok, kiedy pokazują to w telewizji.

Sprawa wydaje się zamknięta, prawda? A jednak wraca przy każdej okazji, z czego sam zainteresowany nie jest zbytnio zadowolony. – Przykro mi, bo zrobiłem wiele lepszych i ważniejszych rzeczy dla Newcastle, które ludzie powinni pamiętać – mówił w rozmowie ze „Sportsmail”.

„Sroki” wleciały do raju

Rzeczywiście, ciężko się z tym nie zgodzić. Gruzin w 1997 roku przyczynił się do wielkiego sukcesu angielskiej drużyny. Sroki grały wówczas w eliminacjach do Ligi Mistrzów, jako wicemistrz kraju. W pierwszym meczu Newcastle wygrało 2:1 z Croatią (dziś Dinamem – przyp.) Zagrzeb, w drugim wynik był odwrotny. Kecbaja na boisku pojawił się w dogrywce, a kiedy wszyscy szykowali się już do rzutów karnych, zdobył wyrównującego gola.

Nie była to wirtuozeria futbolu. Ale nie o to chodziło. Newcastle dzięki tej bramce po raz pierwszy w historii awansowało do Ligi Mistrzów, zarabiając przy okazji miliony. Gruziński pomocnik został też bohaterem kolegów z szatni, którzy dzięki niemu zgarnęli sowitą premię. Piłkarze z północy Anglii dostali za ten wyczyn 100 tysięcy funtów na głowę. W tamtych czasach – kupa forsy. Zresztą dzisiaj też. Co ciekawe, bonusu nie otrzymał… bohater meczu.

– Wypłacono mi tę premię, ale później ktoś zauważył, że nie miałem wpisanej takiej klauzuli w umowę. Zabrano mi więc te pieniądze. Mój gol przyniósł klubowi 10 milionów funtów, ale mieli rację. Skoro zapisu nie było, pieniądze mi się nie należały – mówił Kecbaja bez żalu w rozmowie z „Daily Mail”.

Jeśli myślicie, że Temuri chciał zachować polityczną poprawność, mylicie się. To po prostu gość, który niespecjalnie poczuwa się do bycia gwiazdą. Na łamach tej samej gazety wspomina, jak stał się obiektem szyderki w klubie, bo postanowił… sam kupić sobie buty. – Kiedy podpisałem kontrakt z Newcastle, poszedłem do „MetroCentre”, żeby kupić sobie jakieś korki. Sprzedawcy byli w szoku, kiedy zobaczyli mnie w sklepie. Koledzy w szatni, kiedy im o tym opowiadałem, też. Śmiali się i tłumaczyli mi, że nie muszę sobie kupować butów, dostanę je za darmo. Ale to nie w moim stylu, dlatego zawsze chodziłem na zakupy i kupowałem je z własnej woli.

Strzelał do kolegów, zaatakował trenera

Bez tamtego gola nie byłoby nie tylko sowitej premii dla zawodników, ale też jednego z najbardziej znanych hat-tricków w historii Ligi Mistrzów. Mowa rzecz jasna o trzech trafieniach Faustino Asprilli przeciwko Barcelonie. Kecbaja stał się więc bohaterem, niedocenionym przez klub, który sprowadził go do siebie nieco przypadkowo. Dostrzeżono go podczas meczu reprezentacji Anglii z Gruzją. Sroki wyczuły moment, bo Gruzin mógł wówczas trafić do ligi niemieckiej. – Miałem szansę na grę w Bundeslidze, chciało mnie wtedy Kaiserslautern, z którym rozmawiałem. Nie żałowałem jednak wyboru, bo chciałem grać w Anglii. Wierzyłem, że to najlepsza liga świata – wspominał w „Chronicle Live” sam zainteresowany.

Kecbaja też zresztą wyczuł moment, bo trafił na złote czasy Newcastle. Rob Lee, Alessandro Pistone, Shay Given, Alan Shearer, Gary Speed… Dzielić szatnię z takimi gośćmi, to było coś. The Magpies dwukrotnie docierali wtedy do finału Pucharu Anglii. Mimo porażki, z tymi rozgrywkami Gruzin wiąże świetne wspomnienia. Popis dał strzelając dwa gole z dystansu w ćwierćfinałowym meczu z Evertonem.

Ale Newcastle to nie tylko świetne wyniki, a przede wszystkim świetna atmosfera. Shay Given twierdził, że szatnia Srok była wtedy szalonym miejscem, a Mad Monk, jak z racji fryzury nazywano Kecbaję, był jednym z powodów. Do dziś wspomina się ponoć, jaki żart wycięli mu koledzy w ramach prezentu gwiazdkowego. Temur dostał piękną paczkę, ale kiedy ją rozpakował zobaczył… szczotkę do włosów. Steve Harper i Alan Shearer odpowiedzialni za ten numer musieli wykazać się zdolnościami sprinterskimi, żeby uniknąć konfrontacji z łysym oprawcą.

Kecbaja dopadł jednak kolegów innym razem. Shay Given wspomina wypad na paintballa. – Podczas rozgrywki Rob Lee postrzelił jednego z kolegów ze swojej drużyny. Wszyscy zaczęliśmy się śmiać i żartować, a wtedy zbombardował nas Kecbaja. Zobaczył, że idealnie się wystawiliśmy, więc zaczął ładować w nas cały magazynek, krzycząc 'dobrze wam tak, sukinsyny!’ – mówił Irlandczyk w „Balls.ie”. – Cóż, jak dostaniesz taką kulką, cholernie to boli, dlatego musiałem ich uprzedzić – tłumaczył gruziński pomocnik.

No tak, skoro ktoś potrafił walczyć z reklamą przy boisku, takie ataki agresji raczej nie dziwią. Choć Kecbaja raz był bliski przegięcia, gdy… rzucił telefonem w Bobby’ego Robsona. Gruzin trochę się ze szkoleniowcem posprzeczał, więc sięgnął do kieszeni i wyjął broń. Tym razem – na szczęście – celował gorzej niż podczas „walki” w lesie.

„Potrafi uderzyć!”

Gra w Newcastle była szczytowym momentem kariery Gruzina, choć on sam uważa, że lepszą formę prezentował w Dundee United. Ale jednak – Premier League to Premier League. Jego rodacy przyznają to do dziś. – Grał w angielskich klubach, ma duże zasługi. Jest postrzegany jako dobry zawodnik – mówi nam były piłkarz ekstraklasowych klubów, Mamia Dżikia. – Na pewno jest na liście najlepszych piłkarzy w historii naszego kraju. Był pracowity, nie miał tak dużego talentu, jak choćby Kinkladze, ale zawsze wkładał w grę serce. Na boisku był bardzo żywiołowy, zaangażowany. Kiedy grał byłem jeszcze młody, nie oglądałem jego meczów, ale widziałem wideo z golami czy najlepszymi akcjami. Doceniał go właśnie za to zaangażowanie – wtóruje mu Walerian Gwilia, zawodnik Legii.

Nie tylko rodacy doceniają Kecbaję za grę dla The Magpies. Kiedy władze klubu postanowiły sprzedać zawodnika, kibice głośno protestowali, jednak nie udało im się go zatrzymać. Odszedł do Wolverhampton, gdzie zaczęły trapić go urazy. Mimo to dzięki jednej z bramek śmiało mógł powalczyć o nagrodę im. Ferenca Puskasa.

Tak, Kecbaja miał „kopyto” i „potrafił uderzyć”. Łukasz Sosin, który miał okazję grać przeciwko niemu, a potem był jego podopiecznym w Anorthosisie Famagusta, wspomina to podobnie. – Ja byłem tym, który żył w szesnastce. Nie pamiętam goli, które zdobywałem zza pola karnego. Kecbaja natomiast miał odwrotnie, pewnie nie pamięta, czy kiedykolwiek trafił do bramki inaczej niż sprzed szesnastki – żartuje były reprezentant Polski.

Anorthosis w Lidze Mistrzów

Gruziński piłkarz wrócił na Cypr i zaliczył szybkie oraz płynne przejście do życia po karierze. Jednego dnia zawiesił buty na kołku, drugiego wszedł już do szatni Anorthosisu. W takiej sytuacji wielu trenerów mogłoby mieć problemy, w końcu parę dni wcześniej ci sami zawodnicy byli kumplami z boiska, a teraz są już podopiecznymi. Ale kto podskoczyłby Szalonemu Mnichowi? – Nie musiał przypominać swoich dokonań z boiska. Ja akurat przyszedłem do klubu, kiedy już zaczął trenerską przygodę, ale większość szatni z nim grała. Zresztą to ciekawe, bo zwykle, kiedy trenerzy mówili o tym, co zrobili jako piłkarze, nie odnosili potem sukcesów. Przynajmniej ja tak to pamiętam – opowiada Sosin.

Kiedy Sosin dołączył do klubu, Kecbaja zaczął odnosić największe sukcesy. Gra w Pucharze UEFA, a potem mistrzostwo kraju – to było coś. Ale Gruzin dokonał jeszcze jednej rzeczy, która dała mu sławę. – To pierwszy trener, który wprowadził zespół z Cypru do Ligi Mistrzów – mówi nam dumnie Gwilia.

Anorthosis Famagusta napisał kawał historii, kiedy w sezonie 2008/2009 stanął ramie w ramie z potęgami. Cypryjczycy przedarli się przez trzy rundy eliminacji i znaleźli się w grupie z Interem, Panathinaikosem i Werderem Brema. – Eliminacje fajnie mi wyszły, strzelałem bramki z Rapidem i Olympiakosem – wspomina Łukasz Sosin. – Przed meczem z Olympiakosem mówiłem Michałowi Żewłakowowi, że zgotujemy im piekło – to już cytat z dawnej rozmowy napastnika ze „Sport.pl”.

Łukasz Sosin i Adriano w meczu Ligi Mistrzów. Fot. FotoPyK

Polak i spółka piekło zgotowali zresztą nie tylko klubowi z Pireusu. Banda Kecbai na awansie nie poprzestała. Tylko punktu zabrakło Anorthosisowi, żeby wiosną zagrać w Pucharze UEFA. W fazie grupowej mistrz Cypru ograł Panatę, dwukrotnie zremisował z Werderem Brema i przede wszystkim podzielił się punktami z Interem. Nerazzurri stracili w tym meczu aż trzy gole, choć Sosin nie miał szansy ukąsić rywali. W Lidze Mistrzów grał mało. – Był trochę żal, że nie udało się zagrać choćby w tym meczu. Dostałem po nosie od trenera. Wiem za co, ale niech to zostanie między nami – mówi nam sam zainteresowany.

Ekipa Kecbai radziła sobie w Lidze Mistrzów tak dobrze, że nawet Jose Mourinho mówił, że zasłużyła na awans do kolejnej rundy. I choć Anorthosis odpadł, to napisał kawał historii. No i zarobił 25 milionów euro. Ciekawe, czy Gruzin chociaż tym razem dostał swoją część premii…

Kecbaja-trener, czyli motywator

Jaki był sekret sukcesów Anorthosis? – Przywiązywał dużą wagę do cech wolicjonalnych. Mogliśmy przegrać, ale po walce. Powtarzał słowa, które weszły mi do głowy: najtrudniej jest grać prosto. Nie komplikujmy sobie życia, jest wielu zawodników, którzy sami sobie robią problem – wyjaśnia Łukasz Sosin.

Kto wie, być może Temur Kecbaja przyniósłby do gabloty kolejne trofea, ale – jak to na Cyprze – wszystko zaczęło się sypać, kontrowersje wokół zarządu klubu zaczęły narastać i Gruzin odszedł. Na oferty długo nie musiał czekać. Szybko znalazł pracę w Olympiakosie Pireus, który jeszcze niedawno wyrzucił za burtę Ligi Mistrzów. W Grecji drogi gruzińskiego trenera skrzyżowały się z drogami piłkarza Olympiakosu, Michała Żewłakowa. – Mogę o nim mówić w samych superlatywach, choć to trener dla piłkarzy o mocnej psychice. Tak zwanego „leszcza” zniszczy. Zresztą on sam był bardzo silny psychicznie. Nawet na mecz z trzecioligowcem wychodził tak, jakby miał walczyć z bykiem. Bardzo konkretny, lubił dyscyplinę i ciężką pracę. Nie lubi artystów, którzy robią sztukę dla sztuki. Woli, jak piłkarz gra prosto i dobrze niż ładnie i z większym ryzykiem. Samiec Alfa, z duszą zwycięzcy, nie chce 'srania po krzakach’, tylko rzetelnego podejścia do zawodu – charakteryzuje trenera były obrońca Legii.

Charakter Kecbai podobnie opisuje też Sosin. – Bardzo ciężko było mi z nim współpracować. Jak wchodził do szatni po przegranym meczu albo w przerwie, to trzeba było chować wszystko dookoła. Radość po wygranej? Nie pokazywał jej. Po remisie 3:3 z Interem mieliśmy normalny trening, na Cyprze nie było czasu na zabawę. Był impulsywny, ale wiedział, czego chce. To jeden z moich lepszych trenerów. Teraz, kiedy patrzę jako trener na to, co robił, rozumiem go lepiej.

Na czym bazował Temur jako trener? – Jeśli chodzi o warsztat treningowy, piłkarze uwielbiali jego zajęcia – uważa Michał Żewłakow. – Miał trochę typowo piłkarskich ćwiczeń, które lubią zawodnicy: dziadek, strzały z różnych pozycji, rzuty wolne, uderzenia wolejem. Tymi ćwiczeniami przeplatał treningi kondycyjne, ciężkie, który były podstawą podczas okresu przygotowawczego. Na tygodniu trzeba było pracować tak, żeby w meczu nie zejść poniżej pewnego poziomu – tłumaczy były piłkarz Olympiakosu.

Kecbaja-człowiek, czyli równy gość

– Kiedy Temur wyszedł poza szatnię, był do rany przyłóż – zdradza nam Sosin, mówiąc o jasnej stronie gruzińskiego szkoleniowca. Okazuje się bowiem, że Kecbaja to nie tylko krzyk, motywacja i żelazne zasady. – Podobało mi się to, że nie ingerował w życie piłkarzy. Jeśli na boisku oddawałeś mu jakość, nie interesowało go to, co robisz poza nim – uważa Żewłakow.

Defensor ma zresztą dowód na potwierdzenie swoich słów. – Po meczu eliminacji Ligi Mistrzów poszedłem zapalić pod prysznic. Zasunąłem kotarę i paliłem w ukryciu. Nagle zajrzał do mnie trener Kecbaja.
– Co robisz?
– Palę trenerze. Nie chciałem w szatni, jest dużo młodych zawodników, nie muszą na to patrzeć.
– Zrobiłeś robotę? To masz zachowywać się tak, jak piłkarz po wygranym meczu. Nie musisz się chować.

Dla mnie szok, ale pewnie wynikało to z tego, że jako piłkarz wiele widział i potrafił się dostosować. To nie był typ Ernesto Valverde, który stronił od żartów i kontaktu z piłkarzami. Kecbaja w jakichś proporcjach był zżyty z szatnią, choć jego charakter trochę ją dzielił. Piłkarze z Brazylii i Argentyny nie mieli z nim łatwo, bo bo byli przyzwyczajeni, że piłka to artyzm, a nie przygotowanie fizyczne, bieganie i trochę siły – opisuje Kecbaję 102-krotny reprezentant Polski.

Jeśli Żewłakow mógł swobodnie palić po wygranym meczu, to za kadencji Kecbai w Pireusie miał ku temu wiele okazji. Drużyna szła jak burza, zwyciężając pięć razy z rzędu w eliminacjach Ligi Mistrzów oraz w lidze greckiej. – Wygraliśmy nawet na wyjeździe z Larissą, z którą Olympiakos nie potrafił tam wygrać od 20 lat – mówi. A jednak, po remisie z Kavalą w drugiej kolejce, Kecbaję… zwolniono. Kuriozalna sprawa: zespół nie tylko nie przegrał ani razu, ale nawet nie stracił bramki. Przeciwko Gruzinowi byli jednak kibice, którzy pamiętali go z gry dla AEK-u i z tego, że niedawno wyrzucił ich z Ligi Mistrzów. – To było trochę tak, jakby były piłkarz Lecha chciał zostać trenerem Legii. Kibice kręcili nosem. Ja osobiście żałuję, bardzo go lubiłem i żyłem z nim dość blisko – wyjaśnia obrońca Olympiakosu.

Mówiono, że klub z Pireusu grał zbyt defensywnie. To sztandarowy zarzut czyniony do tego szkoleniowca. Kecbaja odnosił sukcesy, budując zespół od tyłu. Nawet kiedy objął reprezentację Gruzji, zarzucano mu brak jakiegokolwiek polotu. – To mój przyjaciel, nie chcę go krytykować, ale uważam, że możemy grać bardziej ofensywnie – mówił „Faktowi” Szota Arweładze. – Ofensywny futbol? Do jasnej cholery! To nie jest coś, co można kupić w supermarkecie. Trzeba patrzeć, kim mamy grać. Gramy taki futbol, na jaki nas stać. W Gruzji zapomina się już, że przed tym jak przyszedłem do reprezentacji, nie wygraliśmy przez dwa lata – mówił sam zainteresowany w rozmowie z Przemysławem Zychem ze „Sport.pl”.

„Krytyka? Nie twój interes!”

Drogi jego oraz reprezentacji Polski przecinały się wielokrotnie. Jako piłkarz strzelił nam raz bramkę, jednak przeżył też mocne rozczarowanie. – Byłem na meczu w Katowicach, przegraliśmy wtedy 1:4. Nie są to najlepsze wspomnienia… – mówi nam Mamia Dżikia, nawiązując do starcia z 1997 roku.

Jako selekcjoner też przyjął czwórkę goli od biało-czerwonych. To był mecz, który zakończył jego reprezentacyjną karierę. Polacy jednak go nie zwolnili – decyzję o odejściu podjął już przed meczem. Być może był to efekt krytyki, z jaką się spotkał? Kiedy wspomniany wcześniej Zych próbował dociec, skąd wziął się jego konflikt z gruzińską pracą, usłyszał tylko: nie twój pierdolony interes!

Temur Kecbaja i Adam Nawałka podczas meczu Gruzja – Polska w Tbilisi. Fot. FotoPyK

Tak, Kecbaja miał specyficzny stosunek do dziennikarzy. Potrafił wyjść z programu w trakcie nagrania, obrażony na jednego z nich. Piłkarzy miał rzekomo wysyłać na kuracje odchudzające. Ale nie było tak, że jego kadencja jako opiekuna kadry narodowej stała pod znakiem niepowodzeń i kontrowersji. Zaczął od serii 10 spotkań bez porażki, potem potrafił też zremisować z Francją. Choć odchodził po przegranej 0:4, jego pomnik wcale nie został zburzony. – Nie było negatywnych reakcji, nie zepsuł swojej reputacji. Zawsze może być lepiej, ale uważam, że więcej było pozytywnych momentów. Może nie zawsze miał wyniki, ale nikt nie odbierał tego tak, że się nie nadaje – uważa Dżikia.

– Miał dobre chwile i trochę tych przeciętnych. Zawsze jest tak, że jedni cię lubią, a drudzy nie. W jego przypadku więcej było osób, które go doceniały – ocenia Walerian Gwilia. – Ale ja dla przykładu wolę grę ofensywną, a on w reprezentacji wolał grać bardziej defensywnie – dodaje.

On sam o swojej pracy selekcjonera nie chciał zbytnio mówić. W jednym z wywiadów stwierdził jedynie, że być może nie była to najlepsza decyzja w jego karierze, ale nie mógł odmówić, kiedy wzywała go ojczyzna. Typowy Temur – zasady ponad swój interes.

Największy łysy w historii Gruzji

Po odejściu z kadry wrócił na Cypr, a potem zaliczył dwa bardzo krótkie epizody w AEK-u Ateny oraz FK Orenburg. Dziś znów jest na wyspie, na której odnosił największe sukcesy. – Zebrał mocny skład. Wiem, że chciałby znów zdobyć mistrzostwo kraju z Anorthosisem – zdradza nam Gwilia. Co ciekawe, 13-krotni mistrzowie Cypru nie wygrali ligi od kiedy… Kecbaja odszedł z klubu.

Był też czas, kiedy Gruzin był bliski prowadzenia Legii Warszawa. „Przegląd Sportowy” w 2017 roku informował, że Temur był już nawet po rozmowach z Dariuszem Mioduskim. Miało to być zresztą drugie podejście prezesa pod zatrudnienie tego szkoleniowca. Michał Żewłakow zdradził nam jednak, że nie tyle drugie, a… trzecie. – Był temat jego pracy w Legii, kiedy jeszcze współpracowałem z Bogusławem Leśnodorskim. Jego nazwisko było na liście. Kecbaja jest trochę jak trener Czerczesow, a jeśli miałbym porównać go do polskiego trenera, to jest trochę jak Michał Probierz – mówi były dyrektor warszawskiego klubu.

Pod jednym z artykułów opisujących jego karierę w Newcastle pełno jest pozytywnych komentarzy. Kibice chwalą Kecbaję jako gościa, którego nie dało się nie kochać za serducho do gry. Jeden z nich nazwał go nawet… największym łysym piłkarzem i człowiekiem w historii Gruzji. A skoro rozmawialiśmy z jego rodakami, postanowiliśmy to skonfrontować. Walerian Gwilia wydawał się idealną do tego osobą – jakkolwiek patrzeć, trochę o byciu łysym Gruzinem wie.

– Ha! Teraz mamy łysego kapitana reprezentacji, Jabę Kankavę, to także dobry piłkarz. No i ja też jestem łysy. W sumie jest jedna rzecz, która nas łączy. Zawsze dajemy z siebie wszystko na boisku, maksymalne zaangażowanie. Widocznie łysi już tak mają – żartuje piłkarz stołecznego klubu.

Pozostaje mieć nadzieję, że reprezentant bezwłosej, gruzińskiej braci, oszczędzi bandy reklamowe w Ekstraklasie.

SZYMON JANCZYK

Fot. Newcastle United/nufc.co.uk

Liczba komentarzy: 1
Subscribe
Powiadom o
guest
1 Komentarz
Oldest
Newest Most Voted
Inline Feedbacks
View all comments
Michał
Michał
2 lat temu

Pomyśleć jak niewiele brakowało, by wymieniając skład Kaiserslautern z ’98 wspominalibyśmy Kecbaję zamiast Ratinho.