Kto przepala kasę, a kto roztropnie porusza się po transferowym rynku?

redakcja

Autor:redakcja

10 lutego 2021, 12:41 • 8 min czytania

Reklama
Kto przepala kasę, a kto roztropnie porusza się po transferowym rynku?

Interesujące zestawienie przygotowali analitycy z Międzynarodowego Centrum Studiów Sportowych (CIES Football Observatory). Wzięli oni na tapet dziesięć ostatnich okienek transferowych i sprawdzili, które kluby z pięciu topowych europejskich lig są w tym okresie na największym minusie, a które zdołały najwięcej w tym okresie zarobić. Na szczycie listy wydatków od lata 2016 nie ma niespodzianki. Góruje Manchester City, zaraz za nim sąsiedzi z Old Trafford. Ale znalazło się też w czołówce kilka klubów, których nie posądzalibyśmy o przepalanie pieniędzy na aż taką skalę.

Reklama

Wielka kasa w Anglii

Oto piętnaście klubów, które wg CIES są na największym transferowym minusie od lata 2016 roku:

źródło: CIES Football Observatory

Już na pierwszy rzut oka widać to, co było w sumie dość oczywiste. Największą kasą obracają kluby angielskie. Ciekawe jest jednak to, w jak niewielu przypadkach gigantyczne wydatki przełożyły się na realne sukcesy. Zajmujący pierwsze miejsce w zestawieniu Manchester City, owszem, w latach 2017 – 2020 dwukrotnie zdobył mistrzostwo Anglii, ale do sukcesu w Lidze Mistrzów nawet się nie zbliżył. Manchester United nawet krajowym triumfem nie może się pochwalić. „Czerwone Diabły” są na transferowym minusie sięgającym prawie 600 milionów euro, a ich największy sukces od 2016 roku to zwycięstwo w Lidze Europy. Dla porównania – Sevilla, która w LE zwyciężyła w 2016 i 2020 roku, legitymuje się bilansem na poziomie -92 milionów euro. Warto też odnotować absurdalnie wysoką pozycję Evertonu. The Toffees na jakikolwiek nowy puchar w gablocie czekają od ćwierćwiecza, choć w trakcie dziesięciu ostatnich okienek transferowych wywalili na wzmocnienia 700 milionów euro (!).

Reklama

Wyniki ligowe Evertonu w latach 2017 – 2020:

  • sezon 2016/17 – 7. miejsce w Premier League
  • 2017/18 – 8. miejsce
  • 2018/19 – 8. miejsce
  • 2019/20 – 12. miejsce

Jeszcze ciekawsze przypadki to Aston Villa, Fulham, Brighton i Wolverhampton. Mówimy bowiem o klubach, które w omawianym okresie dopiero wybiły się do Premier League. Fortunę wydano tam zatem nie na europejskie podboje, ale na wywalczenie sobie w miarę wygodnego miejsca w krajowej elicie. Z naciskiem na „w miarę”. Przykładowe Fulham w 2018 roku awansowało do angielskiej ekstraklasy, by rok później z niej zlecieć i w następnym sezonie znów wywalczyć promocję. W tej chwili ekipa z Craven Cottage jest zaś na najlepszej drodze, by ponownie spaść.

Włosi też sypią złotem

Zwraca uwagę, że w pierwszej piętnastce rankingu jest tylko jeden przedstawiciel ligi hiszpańskiej. FC Barcelona, która sporo kasy z rynku podniosła, ale wydała jeszcze więcej, bo grubo ponad miliard euro. Znacznie więcej w czołówce znajdziemy jednak przedstawicieli Serie A.

Najwyżej plasują się dwa kluby rezydujące na San Siro – Inter Mediolan (-368 milionów) i AC Milan (-311). Co istotne, mówimy o zespołach historycznie wielkich, ale jednak będących na etapie odbudowy dawnej potęgi. Inter ostatnie wielkie triumfy święcił w 2010 roku, Milan na scudetto czeka od 2011. Nerazzurri niby ostatnio powrócili do wielkiej gry, ale w praktyce wciąż mają problemy, by choćby wyjść z grupy w Lidze Mistrzów. Z kolei Rossoneri obecnie prowadzą w Serie A, ale wciąż trudno uwierzyć, by ten stan rzeczy miał się utrzymać do końca rozgrywek.

Reklama

W fazie pucharowej Champions League nie widziano Milanu od 2014 roku.

Oczywiście zupełnie inaczej ma się sytuacja z zajmującym czternastą lokatę w rankingu Juventusem, ale nawet „Stara Dama” krajowej hegemonii nie zdołała przekuć w europejskie triumfy. Przegrany finał LM to jej największy wyczyn w omawianym czasie. Warto tu zatem podkreślić, jak trudna jest Liga Mistrzów. Możesz wydać naprawdę olbrzymi majątek na najlepszych piłkarzy świata, a uszatego pucharu i tak się nie doczekasz.

Gdzie giganci?

No właśnie, dobre pytanie. Gdzie w tym rankingu triumfatorzy ostatnich czterech edycji Champions League?

Reklama
  • 18. Bayern Monachium (-472 mln / +301 mln): -171 milionów euro
  • 23. Liverpool FC (-603 mln / +474 mln): -129 milionów euro
  • 30. Real Madryt (-661 mln / +570 mln): -91 milionów euro

Bez niespodzianki, wszyscy na minusie. Ale też nie mówimy tutaj o aż tak olbrzymich wydatkach jak w przypadku niektórych ekip z Premier League, FC Barcelony czy też Paris Saint-Germain. Zwłaszcza może imponować bilans Realu Madryt. „Królewscy” w latach 2017 – 2020 dwukrotnie wygrali mistrzostwo Hiszpanii i dwukrotnie zatriumfowali w Lidze Mistrzów, a wcale nie wymagało to od nich odpięcia wrotek na rynku. W sumie Florentino Perez największe pieniądze przeznaczył na Edena Hazarda, który, jak na ironię, wygląda jak na razie na całkowity transferowy niewypał.

Na niską pozycję Realu w rankingu wydatków warto też spojrzeć w kontekście innych klubów. Na pokaźniejszym minusie niż ekipa z Madrytu znajdują się wg CIES takie kluby jak: Hertha BSC (-109 milionów euro), VfL Wolfsburg (-108 mln), Parma Calcio (-158 mln) czy też Crystal Palace (-100 mln). Większe wydatki od Realu ponieśli też ich lokalni rywale z Atletico (-104 mln).

Niemcy się nie ścigają

Skoro już wymieniliśmy Herthę i Wolfsburg, to warto na dłużej zawiesić oko na naszych zachodnich sąsiadach. Ostatnio napisaliśmy szeroki tekst o tym, że wiele historycznych potęg niemieckiego futbolu zmaga się z kryzysem sportowym.

„Nie brakuje głosów, że wszystkiemu winna słynna „reguła 50+1”, która uniemożliwia potężnym inwestorom przejmowanie pełnej władzy w niemieckich klubach. Co ma swoje oczywiste plusy. Żadna ekipa z Bundesligi nie natnie się na jakiegoś Petera Lima, dewastującego obecnie w najlepsze hiszpańską Valencię. Ale ma też minusy, bo żaden niemiecki klub nie doczeka się dobrodzieja w stylu Romana Abramowicza. Karl-Heinz Rummenigge wielokrotnie apelował, że niezbędne jest zniesienie zasady 50+1, by niemieckie kluby zaczęły nadążać za przedstawicielami Premier League. Ostatnio w podobnym tonie wypowiedział się również Herbert Hainer, prezydent Bayernu. – W przeszłości byłem wielkim zwolennikiem tej zasady, ponieważ nie chciałem, aby jakiś inwestor z zewnątrz wykupił sobie drogę do swego rodzaju autopromocji. Zmieniłem zdanie. Wolałbym zrezygnować z reguły 50+1 i dać klubom szansę na ustalenie własnych zasad – powiedział Hainer, cytowany przez portal DieRoten.pl”.

Reklama

Abstrahując już od oceny samej reguły 50+1, faktem jest, że niemieckie kluby nie uczestniczą w transferowym wyścigu na równi z angielskimi czy włoskimi. Poza Bayernem, na znacznym minusie są albo kluby wyłączone z działania zasady 50+1 (Wolfsburg), albo próbujące ją na różne sposoby omijać (RB Lipsk, Hertha). Poza tym, przedstawiciele Bundesligi trzymają swoje wydatki w ryzach. Nie szaleją na rynku.

  • Borussia Dortmund (-582 mln / +659 mln): +77 milionów euro
  • Bayern Monachium (-472 mln / +301 mln): -171 milionów euro
  • RB Lipsk (-390 mln / +214 mln): -176 milionów euro
  • Bayer Leverkusen (-321 mln / +303 mln): -18 milionów euro

Tutaj czołówka Bundesligi pod względem kasy przeznaczonej na wzmocnienia. Jak widać na przykładzie Bayeru Leverkusen (też wyłączonego spod zasady 50+1) i Borussii Dortmund – spore wydatki na ogół rekompensowane są w Niemczech potężnymi zarobkami ze sprzedaży talentów.

Kto zarabia?

Właśnie, skoro o sprzedaży mowa. Czas wreszcie, by rzucić też okiem na drugą stronę medalu. Czyli na kluby, które od lata 2016 dorobiły się największej kasy na rynku. Także i tutaj nie ma chyba wielkiej sensacji – przodują Francuzi, Niemcy oraz Włosi. Anglików natomiast ani widu, a ani słychu. Ani jeden klub z Premier League w branym pod uwagę okresie nie znajduje się bowiem na plusie, jeżeli chodzi o zakup i sprzedaż piłkarzy.

Reklama
źródło: CIES Football Observatory

Muszą imponować dokonania transferowe Lille, gdzie model rekrutacji piłkarzy stworzył Luis Campos, znany jako „billion euro man”. Wcześniej pracował on zresztą w Monaco, które również znajdziemy w ścisłej czołówce rankingu najlepiej zarabiających klubów.

Pisaliśmy o nim swego czasu na Weszło: Luis Campos zdradzał tajniki swojego systemu skautingu. – Tworzę własny model. Załóżmy, że zaimponował mi prawy obrońca grający w Hiszpanii. Moi skauci muszą nie tylko znać jego statystyki i oglądać go na wideo. Muszą też obejrzeć go na żywo, a potem porównać z graczami, których widzieli w innych krajach. Muszą dużo podróżować i zmieniać miejsce zamieszkania praktycznie co miesiąc. (…) Wszyscy chcielibyśmy zatrudniać graczy wartych 30 milionów euro. Ale mój prezes przychodzi i mówi mi, że mamy 30 milionów do zainwestowania w cały rynek. Stworzyłem więc listę dziewięciu zawodników: trzech za od 0 do 3 milionów, trzech wartych od 3 do 6 oraz trzech od 6 do 10. Dzieje się tak dlatego, że nasza luka w podpisywaniu umów zwykle wynosi od 0 do 10 milionów. Pod koniec sezonu omawiamy tę listę i wybieramy piłkarzy, którzy pasują do nas najlepiej pod kątem ekonomicznym i sportowym.

Cóż – z pewnością jest to model skuteczny. Lille w ostatnich latach za olbrzymie pieniądze sprzedało takich graczy jak: Victor Osimhen (do Napoli), Gabriel (do Arsenalu), Nicolas Pepe (do Arsenalu), Rafael Leao (do Milanu) czy Thiago Mendes (do Lyonu).

Reklama
***

Słowa uznania należą się także Atalancie, która jest w stanie wykręcać wyniki ponad stan na krajowym podwórku i w Lidze Mistrzów, jednocześnie zarabiając ładne sumki na sprzedaży zawodników. Aczkolwiek realia są mimo wszystko brutalne. Wśród klubów będących na transferowym plusie jest tylko jeden, któremu w latach 2017 – 2020 udało się zdobyć mistrzostwo w jednej z pięciu najlepszych lig Starego Kontynentu. To rzecz jasna AS Monaco, mistrzowie Francji w sezonie 2016/17. A, jak wiadomo, właśnie po tym triumfie ekipa z Księstwa urządziła wyprzedaż swych najcenniejszych skarbów. Z klubu odeszli między innymi Kylian Mbappe, Bernardo Silva, Fabinho, Benjamin Mendy i Thomas Lemar.

Być może sukces Monaco powtórzy jednak w tym sezonie Lille, które po 24. kolejce Ligue 1 zajmuje pierwszą lokatę w tabeli. Dwa punkty przed Lyonem, trzy oczka przed PSG. W ekipie Les Dogues aż roi się od graczy, którzy lada moment mogą wyfrunąć ze Stade Pierre-Mauroy. Mowa o takich graczach jak choćby Jonathan Bamba, Jonathan Ikone, Boubakary Soumare, Domagoj Bradarić, Sven Botman czy Jonathan David. Niektórzy z nich dopiero niedawno dołączyli do Lille, często za niezłe pieniądze, ale szybki pomnożyli swoją wartość.

Cóż – pewnie dlatego wiele europejskich potęg chciałoby u siebie nie tylko Davida czy Ikone, ale Luisa Camposa.

Reklama

fot. NewsPix.pl

Najnowsze

Reklama
Niższe ligi

KTS Weszło idzie jak burza! Jagiellonia II kolejną ofiarą

Jan Broda
2
KTS Weszło idzie jak burza! Jagiellonia II kolejną ofiarą
Ekstraklasa

Kolegium Sędziów wydało werdykt. Widzewowi należał się karny!

Jan Broda
24
Kolegium Sędziów wydało werdykt. Widzewowi należał się karny!

Bundesliga

Reklama