Reklama

„W juniorach byłem totalnym fusem. Nie łapałem się do osiemnastki”

Leszek Milewski

Autor:Leszek Milewski

30 stycznia 2021, 10:47 • 11 min czytania 2 komentarze

W juniorach Warty Poznań był osiemnasty do grania. Bywało, że nie jechał na trening, a zakuwał do sprawdzianu, bo tu widział większą przyszłość. W podstawówce, gdy złamali mu na boisku nogę, od starszych usłyszał „wstawaj, rozchodzisz”. Przygoda w piłce Aleksa Ławniczaka to przykład cierpliwości, konsekwencji, ale też tego, jak ważne jest trafić w odpowiednie miejsce, które pomoże cię zbudować. Zapraszamy.

„W juniorach byłem totalnym fusem. Nie łapałem się do osiemnastki”
***

– W Mosinie – piętnaście tysięcy mieszkańców – nie było nic do roboty poza tym, żeby od rana do wieczora grać w piłkę. Pamiętam, któregoś dnia miałem trening o 18. Więc i tak od dziesiątej do siedemnastej grałem na takim tartanie ze starszymi. Jeden gość spadł mi na wyprostowaną nogę. Pękła kość piszczelowa. Czasy podstawówki.

No to sobie pograłeś.

Przyjemnie. Mama akurat przyjechała zabrać mnie na trening, a ja ze złamaną nogą. Z dziesięć minut leżałem na boisku. Starsi na to:
– Dobra, wstawaj, rozchodzisz.

I co, rozchodziłeś?

Nawet próbowałem wstać. Ja stałem, to jeszcze jako tako. Adrenalina zadziałała. Ale zrobiłem jeden krok i do szpitala.

Reklama
Na ile byłeś wyłączony?

Kilka miesięcy. Noga w gipsie. Czas do wymazania z pamięci. Ale ta złamana noga sprawiła, że zostałem obrońcą. Wcześniej byłem napastnikiem.

W jaki sposób cię to przestawiło?

Był wtedy taki turniej Deichmanna, dość prestiżowy. Jak wróciłem do zdrowia, to bez treningów, bez niczego, trener mnie tam zabrał. Ale ustawił mnie na stoperze, żeby nie ryzykować. Zły byłem w środku, że gdzieś na obronie stoję zamiast bramki strzelać. Ale tak zostało i jakoś źle na tym nie wyszedłem. Ot, życie.

Trener Rokicki, który prowadził cię w dawnych latach mówił, że podobno grałeś zachowawczo. W sensie: szybko dojrzałeś fizycznie, ale nie wykorzystywałeś tej przewagi, jakby bojąc się o innych.

To raczej wiązało się z tym, że zawsze byłem cichym, spokojnym chłopakiem, takim introwertycznym. Nie grałem zachowawczo, raczej się tak w sensie ogólnym zachowywałem. Pamiętam, trener Rokicki rzucał mnie czasem po pozycjach. Kiedyś ze Zniczem Pruszków wylądowałem na prawej pomocy. Pierwsza gimnazjum. Puściłem sobie piłkę, jednego z bara, drugiego z bara. Utorowałem sobie drogę. Trener powiedział, żebym nie ważne czy gram z dziadkiem czy z młodym, każdego traktował tak samo: zamykał oczy i ładował się w niego.

Taka dosyć mało piłkarska porada.

Nie należy jej rozumieć dosłownie. Chodziło o to, żeby bardziej wierzyć w siebie. Natomiast jeszcze w liceum ta fizyka robiła różnicę na moją korzyść. Nie byłem jakiś nabity, tylko raczej po prostu wysoki. Nie myślałem o tym tak, że ok, jestem większy, to sobie będę przestawiał chłopaczków. Robiłem swoje nie myśląc o tym. Po prostu grałem sobie mecze. Ale wiadomo jak to jest – przechodzisz do seniorów, to przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie. Wtedy od razu widziałem, że muszę fizycznie nadrobić.

Pamiętasz swoje pierwsze zderzenie z seniorami?

Okres przygotowawczy. Bieganie w roli głównej. Był u nas chłopak na testy. Przyszedł we wtorek. Mieliśmy po dwa treningi dziennie, ale pierwszy piłkarski trening miał w czwartek. A też poprzedzone półgodzinnym bieganiem. Potem dopiero jakaś gierka, ćwiczenie podań.

Ty podobno w swoim roczniku w Warcie się nie wyróżniałeś.

Nie tyle się nie wyróżniałem, co nie odgrywałem żadnej roli.

Reklama
Byłeś fusem?

No, totalnym fusem. Ja się tam w osiemnastkach nie łapałem. Zacząłem grać, jak wszyscy najlepsi poodchodzili. Pamiętam, wtedy w Warcie był Kuba Kamiński w środku pola – poszedł do Legii po turnieju Nike Cup. Świetny technicznie zawodnik. Potem Dawid Kurminowski do Lecha, Kuba Paprzycki do Pogoni. Kuba Moder, Mateusz Ciapa. Albo Mateusz Lewandowski, który dziś gra w Płocku – tytan pracy. Cristiano Ronaldo grup młodzieżowych.

Losy juniorskie. Pierwszego wymieniłeś Kubę Kamińskiego, a Modera dopiero jako czwartego. Moder dziś w Premier League, a Kamiński ostatnio w Gromie Plewiska.

Do kolejności aż tak się nie przywiązuj, ale tak, wtedy o Kubie Kamińskim raczej więcej osób powiedziałoby, że był lepszy. Nie była to duża różnica, ale jednak. Tam była po prostu paka.

A jakbym ci powiedział, że to ty prędzej od Kuby Kamińskiego zagrasz w ESA?

No co, zaśmiałbym się. Trener czytał skład, wymieniał siedemnastu, a potem się zastanawiał. I jak rzucał „no dobra, zaufamy Aleksowi”, to się cieszyłem. Albo jak wchodziłem na dziesięć sekund. Grałem wtedy na tyle mało, że nie sprawiało mi to zbytniej frajdy. Ciężko się cieszyć piłką, jak tylko trenujesz, nie grasz meczów. Myślałem, żeby wrócić do Mosiny, pograć sobie dla frajdy. Bywały sytuacje też, że stawiałem bardziej na szkołę. Nie jechałem na trening, bo sprawdzian. Natomiast rodzice bardzo mnie wspierali. Mówili, że skoro tyle poświęciłem ja i oni, to szkoda teraz to zmarnować. No i mieli rację. Jest to przykład, że chociaż powoli, ale warto cały czas kroczyć konsekwentnie w jedną stronę, zamiast iść do przodu, do tyłu, w prawo, w lewo. Pochwała cierpliwości.

W jaki sposób poświęcali się twoi rodzice?

Mama pracowała do 16. Wracała po mnie do Mosiny. Każdy wie jak ciężko jest wyjechać z Poznania o takiej porze, ile to trwa. Szczyt korków. I zgarniała mnie i jechaliśmy z powrotem do Poznania. Czekała 1.5 godziny w samochodzie i jechaliśmy z powrotem.

Czym się zajmowali?

Mama pracowała w TVP3, tata w wojsku.

Tata zaszczepiał wojskową dyscyplinę czy trochę stereotyp?

Raczej stereotyp, przynajmniej w moim przypadku.

Dość niebanalny był twój przełom, bo mało kto go zalicza idąc do rezerw Miedzi Legnica.

Miałem bardzo dużo szczęścia kilka razy w tej przygodzie z piłką. W juniorze młodszym było tak, że grało się ligę pół roku, a jak awansowałeś, no to miałeś dalsze granie. My nie awansowaliśmy, w rezultacie… zostałem przesunięty do CLJ rocznika 1997, czyli do starszych. Tam byłem trzecim obrońcą. Przed ligą pierwszy się wysypał i ja wskoczyłem. Potem jak wrócił, to ten drugi się wysypał. I grałem dalej. Zagrałem w CLJ-otce prawie wszystkie mecze. Później, gdy już młodsze roczniki zaczęły grać w CLJ, to miałem inną pozycję. To był taki pierwszy przełom, ale uczciwie, dużo w nim było farta, dopiero potem mojej pracy.

Miedź Legnica – szedłem ograć się do III ligi. Trener Nemec mówił, że mam potencjał, ale teraz grać nie będę. Zainteresowania szczególnego mną nie było. Moja mama znała się z panem Dadełłą z Miedzi, tak trochę po znajomości załatwiono mi testy. Pojechałem, zdałem i zostałem na sezon. Kilka razy miałem okazję trenować z pierwszym zespołem, wtedy ekstraklasowym. Natomiast w III lidze okazało się, że nie jest tak strasznie, że to nie jest taki przeskok. Minusem było to, że graliśmy cały rok na sztucznej murawie, ale pod każdym innym względem… Pełen profesjonalizm. Każdy trening nagrywany z drona. Potem codziennie analizowaliśmy to, co działo się na wczorajszych zajęciach. Każda gierka, każde ćwiczenia co można lepiej, co gorzej. Widziałem, że tu źle jestem ustawiony, że słabo skanowałem przestrzeń. Ciągle coś się wyłapywało. Radek Bella był wtedy naszym pierwszym trenerem.

A znam Radka, robiłem z nim wywiad. Bielsista.

Tak, słuchałem jego podcastu dwa razy, wiem, że ebooki wydaje. Zapalony trener z pełną pasją. Jak widzisz, że komuś tak zależy, żeby się rozwijać, a przy tym też ci pomóc w rozwoju, no to trudno tego nie załapać.

Miedź II grała wtedy jak dzisiejsze Leeds?

Na pewno chciała grać w piłkę, a nie wybijać piłki na oślep. Mieliśmy młody zespół, może trzech starszych chłopaków, w tym Wojtek Łobodziński, a tak sama młodzież.

No tak, jest tu spory element przypadku. Możliwe, że gdybyś poszedł do innego trzecioligowca, to byś się zakopał. A tutaj z jednej strony możliwość treningów z ekstraklasowym zespołem, bardzo profesjonalne treningi, Wojtek Łobodziński doradzający w szatni, z góry stawianie na młodzież. Wszystko się dobrze zbiegło. A gdyby twoja mama miała kontakty gdzie indziej, to by się mogło nie zrealizować.

Tak, zdaję sobie sprawę, że moja przygoda jest nieoczywista. Ta Miedź była najlepszym możliwym miejscem, w które mogłem trafić. Zamroziłem się na początku w Warcie. Nie byłem żadnym kozakiem. Trochę szczęścia, odpowiednie osoby wokół i stało się.

Podobno nabrałeś takiej pewności siebie po Miedzi, że powiedziałeś po powrocie, już do I ligi, że jeśli dostaniesz szansę to na pewno ją wykorzystasz.

Może nie sama Miedź to dała, ale wróciłem na treningi do Warty i znowu zobaczyłem, że daję sobie radę. OK, widać w pierwszej lidze nie grają ludzie, co mają po trzy nogi, dwa mózgi, siedem par oczu. Widać ja też coś umiem. To mnie zbudowało. W międzyczasie zmienił się zarząd, każdy zaczynał z białą kartą. To też był aspekt, który mi pomógł.

Podobno marzyłeś o debiucie w Warcie, najpierw III-ligowej, potem II-ligowej, ale zdarzyło się dopiero w I lidze.

To nie tak, że jakimś moim wielkim marzeniem, tak jak czyimś gra w Barcelonie, była minuta w III-ligowej Warcie. Chodzi o to, że wiesz, każdy chłopak jak jest w jakimś klubie, marzy o tym, żeby zagrać dla seniorów. Obojętnie jaka to liga. Siedzisz na tej biologii w liceum, oglądasz na telefonie Wartę ze Stargardem i myślisz: mógłbym tam teraz grać.

To, jak rozumiem, biologia w szkole nieszczególnie cię interesowała.

Akurat byłem na rozszerzonej, wchodziła mi całkiem. Z geografią gorzej.

Uczyłeś się w miarę, czy jednak stawiałeś bardziej na piłkę?

W miarę. Jak był lekki kryzys, na przykład z matmy, to siadałem dłużej i ogarniałem. Byłem średnim uczniem. Lepszym z tej biologii. I z polskiego, bo obie moje babcie to polonistki.

Książki odgrywały w twoim życiu większą rolę?

Lubiłem czytać, wchodziło mi to łatwo. Do dziś poczytam parę książek, które mnie zainteresują, ale nie róbmy ze mnie mola książkowego. Nie mam jakiegoś głodu. Jak akurat coś podejdzie, do przeczytam, jak nie to nie.

Mimo wszystko, dopytam: najważniejsze dla ciebie książki?

„Inny świat” Herlinga-Grudzińskiego robił wrażenie. Ale też sporo mi dało „Jak zdobyć przyjaciół i zjednać sobie ludzi”.

Brzmi trochę coachingowo.

Dla mnie jest to trochę inna książka. Przeczytałem ze trzy encyklopedie psychologii sportu i tam jest zawsze to samo. Nie czytam książek coachingowych. Spoko, jak komuś pomagają. Jakby nie pomagały, to by ich nie pisano. Natomiast ta książka nie mówi co trzeba robić, tylko co można zrobić. Że warto zwrócić uwagę na punkt widzenia drugiej osoby.

Pomaga ci to na boisku?

Nie. W życiu codziennym. Patrzę czasem na problem z kilku stron. Przydaje się.

Co jakbym ci powiedział przed pierwszoligowym sezonem, że awansujecie?

Wyśmiałbym. Chociaż nie wiem. Sparingi mieliśmy niezłe. Remis z Pogonią, z Zagłębiem. Więc może nie wyśmiałbym, ale podszedł sceptycznie.

Co, twoim zdaniem, było sekretem w ścieżce po awans?

Dotarcie w szatni. Te relacje utrwalały się latami. Dużo osób, które w tym klubie są od lat. Wiele sporo przecierpiało.

W końcu „swojska banda”.

Tak powstał charakter drużyny. Nikt nogi nie odstawiał. Bez gwiazd, ale też bez osób, które odstawią nogę albo na coś się poobrażają.

Ta wasza szatnia jest trochę jak z innych czasów, dziś już nie ma takich zażyłych relacji.

Nie wiem czy nie ma, byłem w dwóch szatniach tylko. Na pewno w Miedzi takiej nie było, a z opowieści wiem, że gdzie indziej bywa, że do szatni ludzie przychodzą jak do zwykłej pracy. Robią swoje i OK. Natomiast u nas tak nie ma. Wszyscy się znają, jest dużo śmiechu, ale też skupienia na wspólnym celu. Rodzinnie, naprawdę. Wiem, że to banał, ale tak jest.

Kto najbardziej trzyma szatnię?

Właśnie to jest najlepsze, że nie ma jednej takiej osoby. Jakby jedna osoba trzymała szatnia, to co jakby zachorowała? A tak robią to wszyscy.

Dużo ci daje gra w Bartkiem Kielibą? Jest dziś jednym z najlepszych stoperów.

Dużo, uczę się cały czas, wiele mi podpowiada. Generalnie jak się trenuje z kimś lepszym, to się poprawia warsztat. Świetnie się z nim współpracuje. Z Robertem Ivanowem też mam super kontakt, niejednokrotnie na wyjazdach jesteśmy razem w pokoju. Przyjacielska atmosfera.

Czym cię zaskoczyła Ekstraklasa?

Szybką grą. Co chwila gra idzie z lewej na prawą, błyskawicznie. W pierwszej lidze nie było zmian stron długimi piłkami. Szybciej też piłka krąży na małych przestrzeniach, nie ma tej statyki.

Ale jednak nie wyglądaliście tak źle.

Sami byliśmy ciekawi, ale okazało się, że, cóż, umiemy grać w piłkę. Może frycowe trzeba było zapłacić, ale graliśmy od pierwszego meczu, czy z Lechią, czy z Zagłębiem Lubin.

Mieliście takie mecze jak z Lechem czy Rakowem, czyli mocnymi ekipami, a przegrywane przez karnego w końcówce.

Raków: karny pod koniec. Lech: karny pod koniec. Jagiellonia w 89 minucie. Zagłębie Lubin, 88 minuta. Nie wiem z czego to wynika. Jakbyśmy wiedzieli, to byśmy poprawili. Ale takie mecze, żebyśmy przegrywali wysoko, prawie się nie zdarzały.

Z tym, że porażki jednobramkowe liczą się za tyle samo co te trzybramkowe.

No co mogę powiedzieć, tak jest.

Wasza specjalność wręcz to wyrównane mecze, które przegrywacie.

W drugiej rundzie już tak nie będzie.

Gol z Wisłą Płock, pierwszy Warty w ESA po tylu latach, musiał mieć szczególny smak.

Moment przełomowy dla nas chyba. Na pewno dla mnie osobiste wyróżnienie. Kurczę, coś pięknego, mecz wygrany – lepiej się potoczyć nie mogło. To znaczy mogło, bo mogliśmy wygrać wcześniej. Ale bardzo się cieszę.

Mówiłeś, że jakbyście wiedzieli czemu tak przegrywacie wyrównane mecze, to byście to poprawili. Ale oddajmy, że na pewne rzeczy nie macie wpływu. Mieliście mocno przetrzebiony skład, bywało, że sami juniorzy na ławce, a trener Tworek nie robił zmian.

No potrafiło tak być, ale trzeba patrzeć na siebie, pracować i tyle. Nie podkręcać, żeby ktoś tam nas dobrze odebrał, że jedziemy w szesnastu na mecz. Za to dodatkowego punktu nie dostaniemy.

Ty jak przechodziłeś koronawirusa?

Dość ciężko. Pamiętam jak się śmiałem z kolegą, gdy dziewczyna czy żona Piotrka Zielińskiego powiedziała, że Zielu ma zadyszkę nawet podczas krojenia cebuli. Bo co to w ogóle znaczy? A potem jak sam dostałem… Wchodziłem po schodach, to musiałem po drodze usiąść. Zatykało strasznie.

To zadyszkę przy cebuli też miałeś?

Akurat nie kroiłem. Nie wiem, może bym miał.

Myślisz o tym, co po sezonie, czy na razie tylko Warta?

Jestem takim człowiekiem, który pierwszego stycznia nie wiesza sobie celów na cały rok, tylko raczej mierzy w te najbliższe. Krótsze cele, ale bardziej konkretne. Numer jeden to utrzymanie, a tak naprawdę: każdy mecz.

Ostatnie pytanie. Piotr Tworek idzie w ogień, co robicie?

Idziemy też.

LESZEK MILEWSKI

Fot. NewsPix

Ekstraklasa. Historia polskiej piłki. Lubię pójść na mecz B-klasy.

Rozwiń

Najnowsze

Komentarze

2 komentarze

Loading...