Reklama

Cierpliwość popłaca. Sergio Perez zwycięzcą szalonego GP Bahrajnu

Sebastian Warzecha

Autor:Sebastian Warzecha

06 grudnia 2020, 21:52 • 5 min czytania 5 komentarzy

Uf, co to był za wyścig! Wystarczyło wyjąć ze stawki Lewisa Hamiltona – któremu życzymy zdrowia – i nagle dostaliśmy najlepsze Grand Prix w tym sezonie. Choć duża w tym zasługa ekipy Mercedesa, która kompletnie zawaliła pit stopy i prawdopodobnie już nigdy więcej nie zaprosi do swojego garażu ekipy Netflixa. Z ich pecha cieszył się jednak Sergio Perez, czekający 190. wyścigów – najdłużej w historii – na swoje pierwsze zwycięstwo w wyścigu Formuły 1. Sensacja goniła sensację, a zwrotów akcji było tyle i takiej jakości, że nie powstydziłby się ich Quentin Tarantino.

Cierpliwość popłaca. Sergio Perez zwycięzcą szalonego GP Bahrajnu

George, jesteś kozakiem

Jeszcze kilka dni temu nie sądził, że będzie w stanie walczyć o najwyższe cele. Scenariusz miał być standardowy i dobrze znany: jazda gdzieś pod koniec stawki w bolidzie Williamsa, a – przy odrobinie szczęścia i problemach rywali – walka o premierowe punkty w karierze. Aż tu nagle okazało się, że Lewis Hamilton jest zakażony koronawirusem i Russell miał wskoczyć w jego miejsce. Do bolidu Mercedesa.

Młodszy Brytyjczyk spisał się w tej roli wprost znakomicie. Mimo że w bolidzie był ściśnięty jak sardynka w puszce, bo Lewis Hamilton jest o ponad 10 centymetrów niższy. Mimo że na nogach miał za małe buty. Mimo że to był dla niego zupełnie inny samochód, niż ten, jakim jeździł w Williamsie. Mimo tego wszystkiego Russell wręcz fruwał po torze. Z miejsca znakomicie odnalazł się za kierownicą Mercedesa i dawał pokaz jazdy. W kwalifikacjach przegrał jedynie – minimalnie – z Bottasem. Ale już na starcie Grand Prix natychmiast go wyprzedził i długo przewodził stawce.

Wreszcie dostaliśmy więc potwierdzenie tego, o czym mówiło się od dawna: że ten gość to nieprzeciętny talent. Jasne, można powiedzieć, że Mercedes posiada bolid, który nie ma konkurencji. Ale wskoczyć do niego i z marszu jechać najlepiej – to już coś.

Perez odrabia straty

Już na jednym z pierwszych zakrętów doszło do kolizji Sergio Pereza z Charlesem Leclerkiem. Zawinił ewidentnie ten drugi, najpierw przestrzelając dohamowanie, a potem zahaczając o tył samochodu Meksykanina. Próbujący wyminąć obu rywali Max Verstappen władował się za to w bandę i zakończył swój udział w wyścigu. Choć Holendra trzeba usprawiedliwić – nie miał szans (co zresztą sam powiedział przez radio) by zrobić w tej sytuacji cokolwiek więcej. Po chwili mógł sobie poważnie pogadać z Leclerkiem, bo ten też nie był w stanie jechać dalej i obaj wspólnie opuszczali tor.

Reklama

Perez za to dotoczył się do alei serwisowej i wyjechał na końcu stawki. Po zjeździe samochodu bezpieczeństwa mozolnie rozpoczął proces odzyskiwania swojej pozycji. Choć nie było to łatwe, po drodze musiał choćby zaliczyć jeszcze jeden, nieplanowany postój w pit stopie. A jednak ostatecznie wydarzyły się dwie ważne rzeczy: odzyskał dobre tempo i zaczęło dopisywać mu szczęście. Kolejne wirtualne neutralizacje zacieśniały stawkę, a gdy kierowcy rywali zjeżdżali na swoje postoje, to Meksykanin robił swoje.

I odzyskiwał stracone miejsca – pozycja po pozycji.

Tragikomedia Mercedesa

Na czele wciąż jednak były te same dwa bolidy co zawsze, tyle że w innym składzie osobowym. Stawce przewodził George Russell, a za nim jechał Bottas. I nagle Mercedes – w trakcie jednej z neutralizacji – postanowił zaryzykować. Nie do końca wiadomo dlaczego. Bo nie musiał tego robić. Śmiało mógł pozwolić swoim kierowcom dojechać na oponach, które mieli założono. Gdyby w brytyjskiej ekipie tak właśnie postanowiono zrobić, prawdopodobnie dowiozłaby ona do mety dublet. Ale uznano, że dobrym pomysłem będzie ściągnięcie obu swoich kierowców na zmianę opon. Obu naraz, dodajmy.

Już postój Russella był przedłużony. A potem okazało się, że przez pomyłkę założono mu jedno z kół przeznaczonych dla Bottasa. Ten przez to stał przy garażu swojego zespołu niemal pół minuty. Najpierw zdjęto mu koła, potem założono inne, by wreszcie… jeszcze raz założyć stary komplet. Wszystko przez to, że jedną ze świeżych opon należących do Fina miał w swoim bolidzie Russell, który po chwili musiał znów zjechać do alei serwisowej, by ten błąd naprawić. W tym momencie stało się jasne, że Brytyjczyk na podium nie stanie.

Sukces – choć mały – i tak jednak odniósł. Zdobył pierwsze punkty w karierze (choć sędziowie wciąż debatują nad tym, jak ukarać George’a i Mercedesa za przejazd okrążenia z kołem należącym do kolegi – spodziewana jest jednak kara finansowa dla zespołu), a do tego został wybrany kierowcą dnia. Całkiem zasłużenie, dodajmy. Bo wyścig zawalił nie on, a zespół.

Reklama

Łzy Pereza

190 wyścigów. Nikt nie czekał dłużej na premierowe zwycięstwo w Formule 1. Zdarzali się, owszem, kierowcy, którzy przejechali więcej bez triumfów. Stracone przypadki. Długo wydawało się, że takim będzie też Sergio Perez. Aż dziś się to zmieniło. Przypomnijmy: ten gość po pierwszym kółku spadł na ostatnie miejsce w stawce, nie licząc kierowców, którzy już nie jechali. A potem gramolił się do przodu, mozolnie, krok po kroku. Był trzeci, gdy Mercedesy kompletnie zawaliły sprawę, co zresztą filmowała ekipa Netflixa, goszcząca dziś w ich garażu.

Perez szybko uzyskał przewagę. I nie oddał jej do końca. Wreszcie wygrał Grand Prix. Gdy jego inżynier wyścigowy gratulował mu przez radio, Checo nie był w stanie wydusić z siebie słowa, jedynie łkał do mikrofonu. Jest pierwszym kierowcą z Meksyku od 1970 roku, który odniósł taki triumf. Jeśli chcecie zilustrować komuś, jak wygląda szczęście, pokażcie mu zdjęcia Pereza wykonane gdzieś w okolicach podium. – Mam nadzieję, że nie śnię. Tyle lat marzyłem o tej chwili… Dochodziłem do tego przez dekadę. Wiedziałem, że nie mogę się poddać po pierwszym okrążeniu, choć w teorii było po wyścigu. Mieliśmy mnóstwo szczęścia, wykorzystaliśmy problemy Mercedesa – mówił. Wspomniane problemy wykorzystał zresztą nie tylko on, ale i jego zespołowy kolega – Lance Stroll dojechał trzeci, a między kierowcami Racing Point uplasował się Esteban Ocon. Nikt przed wyścigiem nie przewidziałby takiego podium.

https://twitter.com/F1/status/1335665292362526727

W tym wszystkim jest jednak i smutny aspekt – Meksykanin wciąż nie ma podpisanego kontraktu na sezon 2021 i sporo zapowiada, że go nie dostanie. Sam mówi, że przyszłości aktualnie nie ma w swoich rękach. Nic tak naprawdę nie jest w pełni zależne od niego. Ale, jak zapowiada, „jeśli opuści F1 w 2021 roku, to wróci sezon później”.

Trzymamy za słowo. Szkoda byłoby stracić takiego kierowcę.

Fot. Newspix

Gdyby miał zrobić spis wszystkich sportów, o których stworzył artykuły, możliwe, że pobiłby własny rekord znaków. Pisał w końcu o paralotniarstwie, mistrzostwach świata drwali czy ekstremalnym pływaniu. Kocha spać, ale dla dobrego meczu Australian Open gotów jest zarwać nockę czy dwie, ewentualnie czternaście. Czasem wymądrza się o literaturze albo kinie, bo skończył filmoznawstwo i musi kogoś o tym poinformować. Nie płakał co prawda na Titanicu, ale nie jest bez uczuć - łzy uronił, gdy Sergio Ramos trafił w finale Ligi Mistrzów 2014. W wolnych chwilach pyka w Football Managera, grywa w squasha i szuka nagrań wideo z igrzysk w Atenach 1896. Bo sport to nie praca, a styl życia.

Rozwiń

Najnowsze

Ekstraklasa

Do końca sezonu na tyle stać Lecha – na męczenie buły i ciułanie punktów

Paweł Paczul
24
Do końca sezonu na tyle stać Lecha – na męczenie buły i ciułanie punktów

Formuła 1

Komentarze

5 komentarzy

Loading...