Reklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • Reklama
Reklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • Reklama

Brawa od Realu i wielka bójka, czyli Maradona w Barcelonie

Michał Kołkowski

Autor:Michał Kołkowski

25 listopada 2020, 17:41 • 8 min czytania 8 komentarzy

Argentyński bóg futbolu w Barcelonie? Brzmi znajomo, zwłaszcza, kiedy wspomnimy o noszeniu dychy na plecach. Jeśli jednak pomyśleliście, że chodzi nam o Leo Messiego, to musimy was rozczarować. Sześciokrotny zdobywca Złotej Piłki miał swojego wielkiego prekursora w osobie Diego Maradony. Obydwu panów porównuje się ze sobą zdecydowanie zbyt często, przy czym równie często zapomina się, że Boski Diego pierwsze kroki w Europie stawiał właśnie w Katalonii. 

Brawa od Realu i wielka bójka, czyli Maradona w Barcelonie

Jego przygoda z Barcą była jednak krótka, szalona i zupełnie nieudana.

(TEKST SPRZED KILKU MIESIĘCY, KTÓRY ODŚWIEŻAMY PO ŚMIERCI DIEGO MARADONY)

Diego Armando Maradona w Barcelonie

Maradona przybył do Barcelony w 1982 roku, ale Blaugrana chciała go ściągnąć znacznie wcześniej. Już pięć lat przed transferem wpadł on w oko łowcy talentów, Josepa Marii Minguelli, który wspomina, że 16-letni Diego oczarował go podczas jednego ze spotkań. Minguella działał jako pośrednik przy transakcjach, więc momentalnie spostrzegł, że młody chłopak z przedmieść Buenos Aires może przynieść mu fortunę. Gdy po raz pierwszy odezwał się do Barcy, cena za Maradonę wynosiła jednak… 100 tysięcy dolarów. Groszowa sprawa, nawet jak na tamte czasy, ale działacze nie dali się przekonać do inwestycji w 16-latka.

W końcu Nicolau Casaus, wiceprezydent klubu, udał się do Argentyny, żeby osobiście obejrzeć Maradonę w akcji, Barcelona momentalnie zmieniła zdanie. Jeśli jednak Hiszpanie myśleli, że przyjdą, otworzą walizkę i zabiorą gwiazdę ze sobą, to mocno się przeliczyli.

Reklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • Reklama
Reklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • Reklama

Karty w grze o przyszłą gwiazdę rozdawali… argentyńscy wojskowi.

– Prawdziwe negocjacje rozpoczęły się w 1979 roku i zamknęliśmy je rok później. Wszystko było dograne, ale po jakimś czasie zadzwonił do mnie Julio Grondona, prezydent AFA i powiedział, że mamy problem. Musiałem przylecieć do Argentyny i spotkać się z ministrem z ramienia wojska, admirałem Lacostą – wspomina Minguella na łamach hiszpańskiego „Sportu”. – Szybko zrozumiałem, jak wygląda życie w dyktaturze. Trafiłem do sceny jak z horroru: żołnierze doprowadzili mnie do jakiejś bramy, która prowadziła do ciemnego tunelu z małym światełkiem na końcu. Tam spotkałem admirała, który zakomunikował mi, że transfer został odwołany. Stwierdził, że nie mogą sprzedać Diego przed mundialem w 1982 roku, bo bardzo go potrzebują.

Maradona zamiast do Barcelony, trafił do Boca Juniors, a sprawy mocno się skomplikowały. Od teraz negocjacje w sprawie transferu prowadził komisarz Domingo Tesone. Minguella znów poleciał za ocean i choć tym razem spodziewał się, jak wyglądają rozmowy z Argentyńczykami, rzeczywistość przerosła jego oczekiwania. Obydwie strony usiadły do stołu, po czym Tesone położył przed sobą gnata i z uśmiechem na ustach stwierdził: – Mam nadzieję, że ci to nie przeszkadza. Strasznie dużo waży.

Ostatecznie jednak agent dopiął swego i doprowadził deal do końca. Tym razem nie towarzyszyła mu delegacja z klubu, która po ostatniej wycieczce do Argentyny, wolała uniknąć powtórki z rozrywki. Barca za Maradonę płaciła już jednak nie w tysiącach, a w milionach dolarów.

15759050749435

Kiedy „Boski Diego” przybył do Hiszpanii, nie nosił jeszcze niebiańskiego przydomka.

Reklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • Reklama
Reklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • Reklama

Był po prostu 21-letnim gościem z ogromnym potencjałem, ale status, jaki miał w ojczyźnie, sprawiał, że jego ego prześcignęło już jego talent. W Barcelonie tylko utwierdzono młokosa w przekonaniu, że jest kimś wyjątkowym. Maradona od początku mógł liczyć na wsparcie władz klubu, w tym wiceprezydenta Casausa, z którym zaprzyjaźnił się podczas poprzedniego mundialu. – Pan Causas jest moim drugim sportowym ojcem, zaraz po moim menedżerze. Jest osobą, którą najmocniej kocham i której najbardziej ufam – mówił gwiazdor.

Ale Barca nie potrzebowała przyjaciół, tylko sukcesów. Diego został ściągnięty w jasno określonym celu – przywrócenia Blaugrany na hiszpański tron. Od początku widać było jednak, że Maradona chodzi swoimi ścieżkami. W stolicy Katalonii była wtedy mocna opcja niemiecka. Gwiazdą zespołu był Bernd Schuster, a trenerem był jego rodak, Udo Lattek, który nie do końca dogadywał się z Argentyńczykiem. – Ich mentalność i podejście było różne niczym dzień i noc. Lattek podchodził do wszystkiego śmiertelnie poważnie, Diego był wyluzowany. – Maradona mógł trenować z piłką nawet po pięć godzin dziennie, ale po pięciu minutach bez niej był zmęczony i zrezygnowany. Już podczas przygotowań do sezonu widzieliśmy, że bieganie nie należy do jego ulubionych czynności. Zjeżdżał do bazy po chwili takich zajęć. Miał też problem z dyscypliną, w szatni pojawiał się na pięć minut przed startem treningu, a kiedy drużyna kładła się spać, on rozpoczynał drugie życie – wspomina kolegę z szatni Schuster.

Szkoleniowiec Barcelony robił wszystko, żeby upilnować młodego gwiazdora i zintegrować go z drużyną, ale nie wychodziło.

Nic dziwnego, że dla Lattka, Maradona był dzieciakiem. Nie mógł oprzeć na kimś takim gry zespołu, więc mimo że Diego potrafił czarować na boisku i zdobyć 6 goli w pierwszych 13 meczach, zespołowi nie szło. Inna sprawa, że nawet gdyby Niemiec chciał uczynić z nowego nabytku lidera, nie mógłby, bo Maradona miał problemy zdrowotne.

Najpoważniejszym okazało się zapalenie wątroby, które wykluczyło go z gry na trzy miesiące. Argentyńczyk był tak sfrustrowany wykryciem u niego tej choroby, że obrażony zamknął się w domu.

Sytuacji drużyny nie poprawiał też fakt, że konflikt między Maradoną a Lattkiem był już widoczny gołym okiem. Pewnego razu Diego spóźnił się na odprawę przed wyjazdowym spotkaniem. Niemiecki trener wspominał po latach, że miał dwa wyjścia: poczekać na gwiazdę i stracić szacunek szatni, albo trzymać się swoich zasad i odjechać. Odjechał, co miało tak wkurzyć Argentyńczyka, że ten poskarżył się prezydentowi klubu, Josepowi Nunezowi. Plotki, w które do dziś wierzy sam Udo, mówią, że Maradona kazał wybierać szefowi: albo on, albo Lattek.

Głowa trenera została więc ścięta krótko po tym, jak Barca pojechała na mecz bez Diego na pokładzie.

– Być może Lattek zaszedłby dalej, a my osiągnęlibyśmy więcej, gdyby nie sprowadzono Maradony? – zastanawiał się po latach Schuster.

W Katalonii nastało nowe – stery objął Cesar Luis Menotti, były selekcjoner reprezentacji Argentyny. Stało się jasne, że u swojego rodaka Maradona będzie miał specjalne względy, a wybór komentowano jako nieprzypadkowy. Barcelona wciąż wierzyła, że Diego wprowadzi zespół na szczyt, a prezydent Nunez uwielbiał latynoskiego piłkarza. – W klubie potrafiliśmy wiele zmienić, żeby Maradona był zadowolony. Przełożyliśmy nawet treningi na popołudnia, żeby Diego mógł się wyspać – mówił.

Cóż, to wersja, którą poznaliśmy po latach. Wtedy piłkarze słyszeli, że brak porannego treningu lepiej wpływa na ich organizmy i proces regeneracji. Złośliwi powiedzą, że zwłaszcza dla tych, którzy nocy nie spędzili w swoich łóżkach.

Maradona pozwalał sobie na coraz więcej. Przed wyjazdowym meczem z Mallorcą rozważał rezygnację z gry, bo… nie podobały mu się buty. Koledzy z szatni wspominali, że Diego przywiózł ze sobą przynajmniej sześć różnych par, ale ostatecznie żadna nie przypadła mu do gustu. Menotti musiał wręcz prosić go, żeby wyszedł na boisko. Sztuka się udała i Argentyńczyk strzelił nawet gola, ale jeśli takie cyrki działy się na początku sezonu, ciężko było sobie wyobrazić, co będzie dalej. O tym jednak nie było dane nam się przekonać.

W następnej kolejce Maradona padł bowiem ofiarą Rzeźnika z Bilbao.

15264092

Andoni Goikoetxea był znanym na Półwyspie Iberyjskim zabijaką. Zawodnik Athletiku Bilbao przed laty przyczynił się do zerwanych więzadeł u Schustera, a teraz wysłał do szpitala kolejnego piłkarza Barcy. – Wszystko mi połamał, wszystko – lamentował Diego po ostrym wejściu Baska, które zakończyło się złamaną nogą Argentyńczyka i kolejną długą przerwą. Maradona wrócił do gry po trzech miesiącach, ale nie mógł przeboleć tamtej sytuacji.

Napastnik „ukarał” ekipę z Bilbao dwiema bramkami, dającymi Blaugranie zwycięstwo w ważnym w kontekście walki o tytuł meczu. Mimo to drużyna z Katalonii finiszowała w lidze punkt za Athletikiem, który sięgnął po mistrzostwo Hiszpanii.

Ostatnią szansą na rewanż był dla Diego Maradony finał prestiżowego Copa del Rey, ale i w tym przypadku Athletic sprzątnął mu trofeum sprzed nosa. Tego było już za wiele. El Pelusa, jak nazywano argentyńskiego gwiazdora, całkowicie stracił nad sobą panowanie. W trakcie meczu był wielokrotnie ostro atakowany przez rywali, a po porażce ironicznymi gestami pozdrawiał go Miguel Sola, zawodnik baskijskiej ekipy. Maradona ruszył na niego niczym wściekły byk, znokautował rywala, a na boisku wywiązała się bójka przypominająca raczej corridę. Diego hasał po murawie i „zdejmował” kolejnych zawodników kopnięciami, których nie powstydziliby się najlepsi zawodnicy MMA.

W ślad za nim poszli piłkarze obydwu drużyn i wkrótce wyglądało to tak.

W Hiszpanii był to ogromny skandal nie tylko dlatego, że mecz finałowy śledziło miliony kibiców. Przede wszystkim dlatego, że na trybunach – jak to w przypadku Copa del Rey bywa – zasiadła rodzina królewska. Maradona później musiał przepraszać monarchów za to, że rozpoczął bijatykę, ale niewiele mu to pomogło. Został zawieszony na trzy miesiące, jednak nigdy nie wykonał wyroku. Latem pożegnał się z Barceloną i odszedł do Napoli. Według samego Diego, to on miał dość stylu życia w Katalonii i wielkich oczekiwań, które ciążyły na jego barkach.

Prezydent Nunez stwierdził natomiast, że to bójka po meczu z Bilbao przesądziła o tym, że stracił do Maradony cierpliwość. Poza tym coraz głośniej mówiło się o tym, że Diego bardzo polubił się z zakazanym białym proszkiem, a Barca chciała uniknąć kolejnych skandali.

Pożegnano go bez żalu, bo wygrał jedynie Puchar Ligi i Puchar Króla. Ironią losu jest fakt, że Barcelona sięgnęła po długo wyczekiwane mistrzostwo… rok po jego odejściu. Po latach nawet sam Menotti, który był jednym z największych fanów talentu Diego, przyznał, że Blaugranie zdecydowanie więcej dał Leo Messi. Maradona pozostał niespełnioną gwiazdą Camp Nou, ale na otarcie łez może sobie przypominać, jak zachwycił Santiago Bernabeu.

To on był bowiem pierwszym piłkarzem, którego fani Realu nagrodzili brawami podczas El Clasico. Za co? Za tego gola.

Cały Diego Maradona, wielki skandalista, ale i równie wielki piłkarz.

SZYMON JANCZYK

fot. fcbarcelona.com, newspix.pl

Najnowsze

Ekstraklasa

Trela: Po pierwsze nie szkodzić. Niedźwiedzia przysługa Baldy wobec Magiery

Michał Trela
0
Trela: Po pierwsze nie szkodzić. Niedźwiedzia przysługa Baldy wobec Magiery

Weszło

Piłka nożna

„Daj mamie buzi, ostatni raz”. Historia Błaszczykowskiego mocna jak zawsze, dokument „Kuba” – średni

Przemysław Rudzki
10
„Daj mamie buzi, ostatni raz”. Historia Błaszczykowskiego mocna jak zawsze, dokument „Kuba” – średni

Komentarze

8 komentarzy

Loading...