Lech Poznań, czyli tęsknota za byciem Miauczyńskimi

Damian Smyk

Autor:Damian Smyk

04 lipca 2020, 13:01 • 5 min czytania

Reklama
Lech Poznań, czyli tęsknota za byciem Miauczyńskimi

Czy komuś się to podoba, czy nie – czas duopolu legijno-lechowego był najciekawszym okresem w Ekstraklasie ostatniego dziesięciolecia. Nie tylko na boisku, ale i poza nim. Podbieranie sobie piłkarzy, wyścigi na szpileczki, Leśnodorski wytykający palcami błędy Lecha, Klimczak śmiejący się z podklejaniem gumą stołu przez Leśnodorskiego. Ale duopolu już nie ma. Jest monopol. I nawet jeśli Lecha frustrowała łatka Miauczyńskich, to dziś za tą łatką może tylko rzewnie zatęsknić.

Reklama

Pamiętam wjazd na stadion przy Łazienkowskiej w 2016 roku. Lech szorował wtedy po dnie tabeli, zespół trawił wewnętrzny konflikt, jedynym pocieszeniem tamtego okresu dla fanów Kolejorza była gra w Europie. Wjeżdżaliśmy na parking dla mediów autem na poznańskich blachach. Przy szlabanie stał facet w bluzie Legii z kapturem założonym na głowę. Odsunęliśmy szybę, pokazaliśmy wjazdówkę, a jegomość zapytał.

– Wiecie panowie jak się pije Lecha?

Spojrzeliśmy po sobie.

– Do dna, kurwa, DO DNA!

Reklama

Tą postacią był Wojciech Hadaj.

Lekceważenie gorsze od szydery

Nie wspominam tamtej historii, by Wojtkowi dopiec, bo przy każdej wizycie w Warszawie lubię sobie z nim podocinać. Wspominam ją dlatego, że dziś w Warszawie nawet nie ma po co szydzić z Lecha. Poznański klub sam wyeliminował się na kilka ostatnich lat z pozycji tego, któremu warto posyłać złośliwości. Bo w życiu tak jest, że jeśli chcemy komuś dopiec, to z emocjonalnych względów. Bo wygraliśmy rywalizację, bo jesteśmy pewni swego przed najbliższym starciem. Trochę jak w tej anegdocie, gdy Dyskobolia pojechała na pewien wyjazd. Piłkarze wyszli na rozgrzewkę i miejscowi zaczęli obrażać Piotra Świerczewskiego. Ten tylko wzruszył ramionami i zapytał:

– A na kogo mają gwizdać? Na Telichowskiego?

Zawsze ciekawiły mnie tygodnie poprzedzające starcia Lecha z Legią. Jeśli mecz był w weekend, to już w poniedziałkowych gazetach pojawiały się pierwsze teksty pod klasyk. Wywiady z zakurzonymi legendami, historie zawodników spajających obie drużyny, głośny wywiad prezesa jednego z klubów. Jeśli jeszcze na konferencji prasowej któryś z trenerów rzucił jakimś smakowitym kąskiem, to następnego dnia mógł liczyć nie tylko na ostatnią stronę w dzienniku, a na wzmiankę na okładce. Dzisiaj zrobiłem prasówkę najpopularniejszych polskich dzienników i dzisiejsza atmosfera w niczym nie przypomina mi tamtej sprzed pięciu-sześciu lat.

Reklama

I nie dziwi mnie to, bo przecież wiem jak wygląda tabela w tym sezonie. Ale ważniejsza zdaje się być tabela przekrojowa. Taka z ostatnich pięciu sezonów.

Jeden sezon nie może być papierkiem lakmusowym, ale już okres pięcioletni mówi nam jak najbardziej, że duopol legijno-lechowy przestał istnieć. I to nie dlatego, że – jak czasem słyszę – te mecze się już znudziły. Czy przez to, że nie ma po obu stronach charyzmatycznych postaci. I że wszystkie ciekawe wątki zostały już przerobione na sto różnych sposobów.

Duopol się skończył, bo jeden z klubów narzucających tempo lidze z tego wyścigu odpadł

Pamiętam dziennikarzy zajmujących się Legią, którzy przyszli do naszego poznańskiego stolika po jednym z finałów Pucharu Polski na Stadionie Narodowym. Finale rzecz jasna przegranym. – No, co tam, Miauczyńscy? Ciągle drudzy? – szydzili. Koledzy z branży bardziej zaangażowani w kibicowanie Lechowi zakładali wtedy na usta wymuszony uśmiech, ale w głębi serca irytowali się niemiłosiernie. Bo szyderka najbardziej boli wtedy, gdy dotyczy faktów. A przecież Lech był tak wiernym odwzorowaniem Adasia Miauczyńskiego, że można byłoby używać tych określeń zamiennie.

Reklama

Każdy wyjazd na Narodowy kończył się jak próba otwarcia przez Miauczyńskiego paczki płatków śniadaniowych.

Walka o mistrzostwo? Jak w tej scenie, gdy Miauczyński wraca co mieszkania i z pełnym impetem ładuje się głową w skrzynkę pocztową.

Odbieranie medali na koniec sezonu? I znów można podłożyć tu scenkę, gdy Miauczyński odbiera 777 złotych wypłaty. „I oto mi płacą, jakby mi ktoś w mordę dał”

Sęk w tym, że frustracja z drugiego miejsca i tak dla Lecha była lepsza niż stan obecny. Bo dzisiaj przecież drugie miejsce będzie przyjęte w klubie (nie na trybunach, choć na części pewnie i też) jako sukces. Pamiętamy doskonale narrację sprzed roku, gdy Karol Klimczak w tournee medialnym po studiach telewizyjnych mówił – celu sportowego nie ma, budujemy zespół, zobaczymy co z tego wyjdzie. Był nawet moment w tym sezonie, gdy zaczęliśmy się zastanawiać, czy aby Lech znajdzie się w górnej ósemce. Z tej perspektywy oczywiście drugie miejsce można traktować jako miejsce satysfakcjonujące.

Reklama

Ale nie sukces, na Boga.

Niech nikt nie nazywa wicemistrzostwa sukcesem

Mam nadzieję, że nikomu w klubie z Bułgarskiej nie przyjdzie nazywać potencjalnego wicemistrzostwa sukcesem. Sukcesem będzie zdobycie Pucharu Polski, o ile nastąpi. Ale nie wicemistrzostwo. Hasła o minimalizmie są tak wyświechtane, jak „wystarczy nie kraść” w polemikach politycznych. Ale właśnie takie hasło obnażałoby minimalizm Lecha.

Niemniej samo zredukowanie oczekiwań czy aspiracji chyba najdobitniej świadczy o tym, jak bardzo na przestrzeni ostatnich lat Lech stanął w miejscu. Już nie chodzi o to, że od 2015 roku trofea zdobywała chociażby Lechia, Arka czy Piast. Nie chodzi o to, że ostatni raz w fazie grupowej europejskich pucharów grał w 2015 roku. Nawet nie o to, że z ponad 100 milionów budżetu zjechał na próg o połowę niższy. A to, że nawet nie może pomachać szabelką, bo nikt nie potraktuje go poważnie. Jaki sens miałaby przedsezonowa napinka fanów Kolejorza w kierunku rywali z Warszawy? No żaden. Wyglądałoby to kuriozalnie.

W życiu sportowca gorsze od smaku porażki na finiszu gorsze jest tylko poczucie, że obok miejsca w finale nawet nie stałeś. A w życiu kibice gorycz przegranej można przełknąć, ale gorsze jest już tylko lekceważenie przez odwiecznego rywala. Lech w takiej sytuacji się znalazł. Jakkolwiek boleśnie dla poznaniaków to brzmi – dziś Kolejorz nie jest już Miauczyńskim, a tęskni za tym, by być choćby drugi.

Reklama

Damian Smyk

fot. film Dzień Świra

Damian Smyk

Pochodzi z Poznania, choć nie z samego. Prowadzący audycję "Stacja Poznań". Lubujący się w tekstach analitycznych, problemowych. Sercem najbliżej mu rodzimej Ekstraklasie. Dwupunktowiec.

Rozwiń
[email protected]

Najnowsze

Reklama

Weszło

Reklama