Reklama

W autokarze Widzewa rozstawialiśmy parasole, żeby nie padało na głowę

redakcja

Autor:redakcja

04 maja 2020, 20:20 • 17 min czytania 11 komentarzy

– Pamiętam, jak jechaliśmy do Wisły Kraków PKS-em z Sieradza. Kasowniki jeszcze miał w środku. Albo autokar, w którym podczas deszczu tak się woda lała, że trzeba było trzymać parasol nad głową. Dziura na dziurze. Jedziemy któregoś razu przez skrzyżowanie – wszystkie torby z bagażnika wyleciały. Raz ze Szczecina nie mogliśmy wyjechać. Innym razem coś się paliło z tyłu. A jak pojawił się nowy autokar, nawet ksiądz go poświęcił, to raz pojechaliśmy na wyjazd, a potem go zabrali. Wyniki trzymały to wszystko. Dużo rzeczy to była gra na pokazPiotr Szarpak to dwukrotny mistrz Polski z Widzewem Łódź, postać nierozerwalnie kojarząca się z latami dziewięćdziesiątymi w RTS. Opowiedział nam między innymi o tym, jak Widzew robił wyniki mimo wielkich problemów organizacyjnych, a także jak Smuda zyskiwał do niego zaufanie.

W autokarze Widzewa rozstawialiśmy parasole, żeby nie padało na głowę

Jakie to uczucie, kiedy wraca się ze szkoły, a pod blokiem czeka pani Basia z Widzewa i informuje, że trzeba jechać na obóz z pierwszą drużyną?

Najmilszy moment związany z piłką nożną. Pojawiła się i powiedziała, żebym się szykował, bo jutro jadę do Spały. Część kolegów już trenowała z pierwszym zespołem, choćby Piotrek Kupka czy Robert Augustowski, a ja trenowałem w juniorach pod okiem trenera Zbigniewa Tądera. Czekałem na swoją szansę i nadarzyła się.

Były wątpliwości wcześniej, próba szukania planu B, czy pan, jako młody chłopak, wierzył, że uda się przez piłkę?

Nie robiłem długofalowych planów. Starałem się w miarę poprawnie biegać i w miarę poprawnie kopać. Na pewno były pytania: koledzy idą w górę, dlaczego nie ja? Ale myśli, żeby to rzucić w diabły, nie miałem. Pewnie było w tej mojej szansie trochę przypadku, ktoś wypadł, zrobiło się miejsce. Ja mogę powiedzieć, że ją wykorzystałem, bo choć obóz był ciężki, to po tych dziesięciu dniach dostałem propozycję trzyletniego kontraktu.

Reklama

Widzew trenował wówczas świętej pamięci Paweł Kowalski, trener starej szkoły, lubiący swoich zawodników przegonić.

Bez wątpienia były to bardzo ciężkie treningi. Ja, młody synek, nie miałem nigdy problemu z bieganiem czy innymi obciążeniami, ale tu mieliśmy trzy treningi dziennie. Dwa jak gdyby normalnie, a jeszcze trener był cwaniakiem: wieczorem graliśmy turniej na pieniądze. Każdy rzucił pięć złotych do czapki, a to już się robiła sprawa honorowa. Nie musiał nas motywować, siły nagle u każdego się znajdowały, choćby nie wiem jak w kość mu dały wcześniejsze zajęcia. To były gierki na hali, po czterech-pięciu, więc trzeba się zaangażować, bo jak jeden stanie, to jest pozamiatane.

Jak pana przyjęła starszyzna w Widzewie?

Nie miałem żadnych problemów z aklimatyzacją. Oczywiście młody musiał zrobić swoje, wodę nosić, pachołki rozstawić, ale ja byłem, że tak powiem, rozrywkowy, więc nawet jak mieliśmy „pasowanie na piłkarza”, to nie dostałem klapsów, choć niektórzy podczas takiego chrztu musieli brać „czas”. Ja wszystko obracałem w żart. Jak mnie zapytali, do jakiego piłkarza jestem najbardziej podobny piłkarsko, to powiedziałem, że do Van Bastena. Później wołali za mną długo „Marco!”, taki miałem przydomek. Nie byłem spięty jak agrafka, zatańczyłem z gaśnicą i upiekło mi się.

Poczucie humoru to droga do serca szatni?

Gdzieś na pewno. Stres z treningów, z meczów, jeśli by narastał, to może być źle. A tak udawało się z pozytywny sposób rozładować atmosferę.

Reklama

Pan z tego słynie – wszyscy, których zapytać o Widzew lat dziewięćdziesiątych, pana stawiają jako pierwszego kawalarza, który nawet Franciszkowi Smudzie potrafił wbić celną szpilkę, ale taką, która uchodziła płazem.

Paradoksalnie nie jestem specjalistą od opowiadania kawałów. To były teksty sytuacyjne. Życiówki. Tak, było tego dużo, ale myślę, że to inni lepiej zapamiętywali ode mnie.

Anegdota o tym, jak trener Smuda zacinał się jakiś czas nad „rzutyma rożnymi”, a pan powiedział „trenerze, kornerami”, to już klasyka.

Pamiętam, jak Franciszka Smudę przedstawiał Ismat Koussan. Jeden z drugim mieli problemy z językiem polskim. To przedstawienie wyglądało mniej więcej tak:

– To być Franciszek Smuda. On was teraz trenować.

Na co trener:

– Ja nazywać się Franciszek Smuda.

Pamiętam też, jak trener Smuda poszedł do Koussana i spytał:

– Kiedy są jakieś pieniądze?

– A ty masz portfel?

– Mam.

– Sprzedasz portfel, to będziesz miał pieniądze.

Początek współpracy z trenerem nie był dla mnie kolorowy. Z racji tego poczucia humoru trener troszkę był wobec mnie nieufny. Graliśmy z Petrochemią, przy stanie 2:0 trener mnie woła:

– Szpara, wchodzisz.

Andrzej Woźniak pauzował za czerwoną kartkę, śmieje się do mnie:

– O, wchodzi trzecia bramka.

Ja też żartowałem z tego, śmiałem się, a ten uśmiech szybko został zweryfikowany.

– Ty idziesz na wojnę, a tu się będziesz śmiał?! Jak się będziesz topił, to też ci będzie do śmiechu?!

Wszedłem na boisko z duszą na ramieniu. Jak spieprzę, to dopiero będę miał ciepło. Ale baboli nie robiłem, a z każdym miesiącem docieraliśmy się z trenerem. Później nie było problemów, wiedziałem kiedy można pożartować, a kiedy trzeba trzymać powagę. Z trenerem Smudą trzeba wiedzieć na co sobie można pozwolić.

To na co sobie można pozwolić z trenerem Smudą?

Jak się wygrywa mecze, to na wiele. Jak się przegrywa, to na nic. A że za trenera Smudy częściej wygrywaliśmy niż przegrywaliśmy, to nie było źle. Pamiętam, mieliśmy zawsze zakończenia sezonu. Trener Smuda prosiaki organizował. Na takich zakończeniach człowiek lubił sobie posiedzieć, ale też popić, nie będę ukrywał. Mieliśmy tam swój zakątek śmierci, jak ochrzcił go trener.

– A wy co tam w tym swoim zakątku śmierci?

Ci, którzy tu byli, często polewali. Trener jak się czasem dosiadł, to miał potem problem, żeby odejść.

To też się często podkreśla o tamtej szatni: spędzała mnóstwo czasu razem poza boiskiem.

Gdzieś się zawsze podjeżdżało na piwko do Johna Bulla. Przesiadywaliśmy tam, żeby się troszeczkę rozluźnić. Po meczu też zazwyczaj tam się spotykaliśmy. Niemniej graliśmy w systemie środa-sobota-środa-sobota, więc trzeba było rozsądek trzymać. Na pewno nie było też tak, że wszyscy się kochali, bardziej lubił się Szczęsny z Michalskim niż Szczęsny z Szarpakiem. Ale jak robiło się wspólny wypad, to jechali wszyscy. Na wczasy też się razem jeździło po kilka osób. To były dość mocne więzi.

Trener Smuda później chyba mocno zaczął pana cenić: zablokował pana przenosiny do Amiki Wronki.

Byłem spakowany. Przyjechałem zdać sprzęt. Tam był już Marek Bajor, powiedział mi jakie są we Wronkach warunki, a nie ukrywajmy, na tamte czasy Amica była bardzo dobrze zorganizowana. Ale trener powiedział, że opcji nie ma, a co było mówione, jest nieaktualne. Co tu kryć – cieszę się, że zostałem. Nie wiem, jak potoczyłyby się moje losy, gdybym odszedł.

Chyba wtedy kusiło w Amice, że pensje wpadają regularnie, miesiąc w miesiąc, co stanowiło u wielu pierwszoligowców luksus.

Nikt nie da ci tyle, ile obieca Widzew. Pieniądze będą, jak wrócę z Radomia, a do Radomia się nie wybieram. Albo pieniądze są, już jadą, ale na rondzie krążą i nie mogą wyjechać. Takie hasła chodziły. Trochę przeżyliśmy. Czasem były płacone po trzech miesiącach, a czasem nie było ich w ogóle. Sytuacja się nawarstwiała. Spływały, to z UEFA, to z FIFA, to za Grzesia Mielcarskiego, ale nie mogliśmy się ich doczekać. Z dzisiejszej perspektywy niektóre sytuacje są nie do uwierzenia.

Pamiętam, jak jechaliśmy do Wisły Kraków PKS-em z Sieradza. Kasowniki jeszcze miał w środku. Albo autokar, w którym podczas deszczu tak się woda lała, że trzeba było trzymać parasol nad głową. Dziura na dziurze. Jedziemy któregoś razu przez skrzyżowanie – wszystkie torby z bagażnika wyleciały. Raz ze Szczecina nie mogliśmy wyjechać. Innym razem coś się paliło z tyłu. A jak pojawił się nowy autokar, nawet ksiądz go poświęcił, to raz pojechaliśmy na wyjazd, a potem go zabrali. Wyniki trzymały to wszystko. Dużo rzeczy to była gra na pokaz.

Może i działało, bo Widzew wtedy negocjował transfery gwiazd ligowych, sprowadzał Dembińskiego, Majaka, Szczęsnego, Michalskiego, negocjował też Adama Ledwonia, a wewnątrz były takie sytuacje.

Ktoś zarabiał pięć tysięcy, ktoś sto pięć, ale jeden i drugi czekał. Przychodzili do nas zawodnicy z uznaną marką w ligowej piłce, czyli gdzieś te pieniądze się znajdowały. Aczkolwiek nie wiem, czy to było płacone – może przychodzili, dostawali na dzień dobry. Ja w finansach nie siedziałem.

Sam pożyczałem pieniądze, na początku od starszych zawodników. Z pierwszego stypendium dostałem więcej, niż zarabiał tata, ale z każdym miesiącem było gorzej. W pierwszym kontrakcie miałem zagwarantowane umową trzypokojowe mieszkanie. W ogóle tego nie dostałem. Dopiero po sześciu latach, ale też – dwupokojowe jednak. I tak to funkcjonowało. To nie tylko w Widzewie, w wielu klubach bieda piszczała. Ludzie mi nie dowierzali, że ja, jestem w Widzewie, gram na wysokim poziomie, na mecz chodzą tłumy, a ja od pół roku nie dostałem przelewu, muszę pożyczać.

Źródło: „Piłka Nożna”

Ciekawe. Na osiedlu pan, młody chłopak, musiał imponować – przed chwilą szkoła, teraz pierwsza liga, Widzew. A tutaj takie tło.

Kto mnie znał, ten wiedział jak to wygląda, bo nieraz pytali. Zazdrościć nie mieli czego, puste kieszenie miałem, to czego zazdrościć.

Na etap sody się pan mimo to załapał, czy te dziury w budżecie sprawiały, że nawet nie było kiedy popłynąć?

Chyba nie poprzekręcało mi się w głowie. Starałem się twardo stąpać po ziemi. Wiedziałem, że mogę poprawić piłką swój status, ale ja nigdy nie miałem wygórowanych ambicji. Nigdy nie kupiłem czegoś, na co nie byłoby mnie stać. Nie brałem kredytów, starałem się żyć rozsądnie.

Czyli takie błędy wtedy wśród piłkarzy się zdarzały?

Pokutowało na przykład przekonanie: piłkarz musi jeździć dobrym autem. Ja nigdy nie miałem pięknych aut. Niektórzy na to piękne auto brali kredyt. A później nie mieli z czego kredytu spłacić.

Ciekawe, że przecież Widzew wtedy awansował do Ligi Mistrzów, która przedstawiana była jeszcze lata później jako finansowe eldorado, jako coś, co zmienia status klubu. Tymczasem okazało się, że to był łabędzi śpiew, a nie fundament czegoś trwałego.

My byliśmy przekonani, że jak awansujemy, to coś się zmieni. Te pieniądze z UEFA musiały trafić na konta klubowe i to momentalnie. Mówiło się wtedy wręcz: awans do Ligi Mistrzów ustawia na dziesięć lat. Dlaczego nie ustawił nawet na dwa? Nie wiem. Jak w środę był mecz w Lidze Mistrzów, to dopiero robotnicy na stadionie coś robili, poza tym prace stały. Organizacyjnie klub nawet wtedy i tuż po funkcjonował na wariackich papierach.

Co powiedzieliście sobie w drużynie w przerwie przy 0:3 z Brondby na wyjeździe?

Co tu kryć, dziś można miło wspominać, ale wtedy? Jechali z nami jak do pożaru. Byliśmy bezradni. Kwestia tylko – ile to się zakończy. Gdyby udało im się strzelić jeszcze jednego gola – a mieli okazje – byłoby po nas. A graliśmy wtedy najważniejszy mecz w swoim życiu.

Padły męskie słowa, że trzeba wziąć się w garść, co istotne, w tamtej szatni było kilka mocnych charakterów poza Franzem, którzy też potrafili wziąć to w swoje ręce, a przy tym – po prostu świetnie grali w piłkę. Ja nigdy nie byłem gwiazdą. Ale mieliśmy takich piłkarzy, jak choćby Tomek Łapiński, Radek Michalski, Sławek Majak, Marek Citko, Rysiek Czerwiec. Bez tego nie ma cudów. Żadną motywacją nic się bez tej jakości nie załatwi.

Źródło: FB” Widzew Łódź – historia warta przypomnienia”

Tomek Łapiński, z czasów kariery piłkarskiej, ma opinię niemal piłkarskiego sfinksa. Ostatnio rozmawiałem z Bogdanem Pikutą, zapamiętał Tomka głównie z tego, że pali papierosa i podkręca w zamyśleniu wąsa.

To był najlepszy obrońca ligi. Każdego mógł czapką nakryć, udowadniał to też w Europie. Małomówny, tak, ale był kapitanem, to świadczyło samo za siebie. Miał posłuch. Pamiętam, jak nie chcieliśmy wyjść na jakiś trening – kolejny protest związany z opóźnieniem z wypłatami. Robiliśmy różne rzeczy, kiedyś wyszliśmy na mecz z dziesięciominutowym opóźnieniem – gotuje się w tobie, jak wygrywasz, grasz dobrze, a potem musisz pożyczać. Wtedy wyszli Tomek z Maćkiem Szczęsny i powiedzieli:

– Panowie, na treningach zapieprzamy, bo musimy z tego wybrnąć.

Każdy się posłuchał – brak treningów szkodziłby nawet nam, bo moglibyśmy zgubić formę, a to by naszej sytuacji nie poprawiło.

„Łapa” w kamerze Magazynu Gol

Zagrał pan dwa razy w Lidze Mistrzów: z BVB na wyjeździe i z Atletico u siebie. Tak realnie, była wtedy szansa wywalczyć więcej? Po pierwszym meczu niemiecka prasa pisała, że Widzew może być czarnym koniem całej edycji.

Zawsze można więcej. BVB w ostatnich piętnastu minutach nie wiedział co się dzieje. Na Atletico też mogliśmy wygrać. Ze Steauą nie trzeba było przegrywać, choć tam nas poskładały kontuzje – dwóch rezerwowych, z czego dwóch chorych.

Jak dobry był wówczas pana zdaniem Marek Citko?

Światowy poziom. Biło się o niego wiele klubów. Marek miał wtedy taką otwartą głowę. Nie przejmował się – wyjdzie, nie wyjdzie. Po prostu szedł. Nie udało się kiwnąć, i tak próbował następnym razem i częściej siadało niż nie. Założył siatkę, był sfaulowany… czasem, jak mieliśmy gorszą sytuację, rzucało się piłkę, a Marek, choć był sam, często coś wymyślił.

Po golach z Atletico i na Wembley świat się przed nim otwierał. Wychodziliśmy z szatni, wszyscy biegli do niego. Marek sam się tego nie spodziewał. Chyba później było mu z tym ciężko. Przychodził do nas z Jagiellonii, nikt nie spodziewał się, pewnie nawet on, że to tak szybko się rozwinie. Jako ciekawostkę powiem, że sam miałem kiedyś ofertę, zainteresowany był Werder Brema. Natomiast dowiedziałem się o tym… po dziesięciu latach. Nie potrafię powiedzieć, czemu mnie nie puścili. Wiem, że wpadłem Werderowi w oko na obozie, na których zawsze wypadałem świetnie.

A pan, jak był rozpoznawalny w Łodzi w tamtych widzewskich czasach?

Na pewno kojarzono mnie i wciąż kojarzy się z bramki z Legią Warszawa. To śmieszne, bo niektórzy strzelili po trzydzieści bramek, a ja z tą Legią i ciągle ktoś do tego wraca. Bywały autografy jak się wychodziło z meczu, ale jest różnica jak wychodził Szarpak, a wychodził Citko.

Trochę się w galerii pamiętnych meczów Widzew-Legia zapomina o tym z 1998, w którym pan strzelił bramkę: Legia gra przez większość meczu w przewadze, ma karnego, a jednak wygrywacie.

Przeważali, my ograniczyliśmy się do kontr. Mogli już wcześniej strzelić – nie udało się, nam wyszła jedna kontrakt. Takie mecze też się zdarzają. Wiadomo, te mecze wtedy były wyjątkowe, ale też nie przesadzajmy, nie paraliżowały ruchu na ulicach. Ja osobiście nie nastawiałem się szczególnie, że dzisiaj Legia, to gram jakoś inaczej niż tydzień temu z Ruchem.

Jak by pan opisał swoją rolę boiskową w Widzewie?

Wyjść. Nic nie spieprzyć. I zrobić coś, co najlepiej potrafię – pobiegać. Bieganie nie sprawiało mi żadnego problemu. A potem w zależności, gdzie mnie trener ustawił – raz na środku, raz w ataku, na lewej pomocy, na lewej obronie… Zależnie gdzie i z kim się grało. Oczywiście, śmieję się z tym bieganiem: ponad dwustu meczów w Ekstraklasie nie rozgrywa byle ogórek. Jeśli chodzi o bieganie, fenomenem był Zbigniew Wyciszkiewicz, w ogóle się nie męczył, mógłby grać dziennie dwa mecze. Jak jednego brakowało, Wycisz był dziesiąty i jedenasty.

Strzelił pan hat-tricka w pucharach: trzy bramki Neftczi Baku. Trochę się pozmieniało, wtedy 8:0 uchodziło za dość spodziewany wynik, później z Azerami toczyliśmy twarde, często przegrane boje. Było już wtedy widać podczas wyjazdu, że coś się zmienia w tamtejszej piłce?

Przyznam, że nie. Nigdy bym się nie spodziewał, że to pójdzie w takim kierunku. Stadion, baza – wszystko bez szału. Braliśmy swojego kucharza, żeby nas jedzeniem nie załatwili – w tym wiedzieliśmy obawę. Jak wychodziliśmy na nich na Widzewie, to zastanawialiśmy się tylko, ile wygramy.

Gdy graliście z Parmą o Ligę Mistrzów, to choć dziś brzmi to niewiarygodnie, tak wtedy, rok po udziale w Lidze Mistrzów, spodziewano się, że nawiążecie z walkę.

Wychodziliśmy na nich jak na każdy mecz – wygrać. Nie ma sensu bez takiego nastawienia wychodzić na boisko. Ale Parma nas zdeklasowała. Thuram. Buffon. Cannavaro. Benarrivo. Chiesa. Sensini. To była jedna z lepszych drużyn na świecie. Mi się niesamowicie podobali w grze Cannavaro i Benarrivo, trochę taki prototyp nowoczesnego wahadłowego.

Tu też było widać ten inny świat po meczach wyjazdowych. Nawet po wieszakach widziałeś, że jesteś w innym świecie. Rozmiar szatni, stoliki z jedzeniem, tam winogrona, banany – u nas dieta wtedy, troska o takie rzeczy? Każdy radził sobie jak umiał. Pani Basia gotowała zupę i myśmy tę zupę przed meczem jedli. Czasem też jakiś śledzik. I tak człowiek funkcjonował. Poszło to od tamtej pory w bardzo dobrym kierunku. Dziś widać także w Polsce, ilu zawodników przekraczających barierę 35. roku wciąż trzyma się bardzo dobrze.

Odszedł pan z Widzewa dwukrotnie: najpierw do Hutnika, zaraz na początku kariery, lecz po roku z niego wrócił.

Przyszedł trener Władysław Żmuda i nie widział mnie w swoich planach. No to idę tam, gdzie będę mógł grać. Hutnik trenera Bulińskiego miał pierwszorzędną paczkę: Mirek Waligóra gdzieś sobie dreptał, człapał, zero warunków fizycznych, a i tak potem z meczu z golem schodził. Leszek Kraczkiewicz, chłopak z pokrętłem niesamowitym. Andrzej Sermak był wybitny. Nie wiem, czy jest facet, na którego tak ciężko mi się grało, a przecież w pucharach na kogoś niezłego grałem. To jak się Andrzej zastawiał lewą nogą. Tomek Hajto wtedy wchodził, ale miał już ten sam góralski charakter, co teraz. Kaziu Węgrzyn: sam profesjonalizm, idealnie przygotowany do każdych zawodów.

Drugi raz odchodził pan w 1998 do Bełchatowa i to było pożegnanie z Widzewem.

Trener Łazarek mnie nie widział, powiedział, że Szarpak tutaj za długo nie pogra. Trzeba było się ewakuować.

Widzew spłacił pana wszystkie zaległości?

Od razu, krótko powiem: nie.

Bełchatów był dobrze poukładanym klubem.

Kopalnia była głównym sponsorem, nie można było narzekać. Skład też dobry: Jacek Berensztajn, ale też młodzi Grzesiu Rasiak czy Jacek Krzynówek. Jacek wtedy był dość nieśmiały, ale robił swoje na boisku. Tak mu chyba zresztą zostało. Grzesiu „Rossi” jak przyszedł, to co tu kryć – oglądał plecy Darka Patalana i Krzyśka Kukulskiego. Dopiero zaczynał.

Sam Bełchatów to specyficzne miasto. Wtedy jeszcze był dużo mniejszy, niż jest teraz. Nie było też takiego stadionu, bazy. Wiele osób przyjeżdżało wtedy tylko do pracy, nie identyfikowali się tak z klubem.

Spadliście w pierwszym sezonie, a potem kilka lat ta sama historia – mocny skład, ale ostatecznie czwarte, trzecie miejsce. Zawsze o włos od awansu.

Nawet ostatnio dzwoniłem do prezesa Zdzisława Drobniewskiego i troszkę powspominaliśmy. Ciężko mi to ocenić. Zawsze ktoś na ostatniej prostej nas wywalił. Nie chcę do tego wracać, spekulować. Składu na pewno nigdy nie brakowało – choćby potem przyszedł Łukasz Garguła z Polaru Wrocław. Nieskromnie powiem, że miałem udział przy tym transferze, zaimponował mi podczas meczu, pogadałem z prezesem, żeby tego chłopaka wziąć. Potem się okazało, że się do Łukasza nie myliłem.

Pana słowo, słowo dwukrotnego mistrza Polski, w Bełchatowie ważyło więcej niż zwykłego piłkarza.

Na pewno troszkę inaczej funkcjonowałem już wtedy, byłem pewniejszy siebie, potem nosiłem opaskę kapitańską. Taką miałem rolę, ale to też trzeba popierać dobrą grą. Myślę, że miałem tu lata całkiem niezłej gry, ale szkoda, że nie na wyższym poziomie ligowym.

W sezonie 99/00 zagrał pan w lidze 43 mecze. To był sezon 24 drużyn w drugiej lidze. Dziś niejeden ligowiec przeraziłby się takiego maratonu.

Ja bardzo lubiłem grać środa-sobota, człowiek cały czas musi być pod grą. Nie odczuwałem tego, naprawdę, mi to sprzyjało.

Zachęcał pan synów do piłki? Wiem, że Jakub gra w trzeciej lidze.

Ani jednego, ani drugiego szczególnie nie zachęcałem. Niczego nie robiłem na siłę. Ale jak chodzili na mecze od małego, to sami złapali bakcyla, więc im pomagałem. Myślę, że Kuba mógłby zagrać piętro wyżej, stało się, jak się stało. Koledzy, którzy go widzieli, czy Wiesiu Wraga, czy Sławek Chałaśkiewicz, też twierdzili, że nie był wcale gorszy od ludzi, którzy grają wyżej. Mógł nawet przejść do Widzewa, natomiast podejście działaczy ówczesnych było trochę niesympatyczne, by nie powiedzieć: czereśniarskie. Ale nie ma co wracać do tematu, choć wtedy mnie zabolał.

Tęskni pan za grą w piłkę? Piłkarze często mówią, że najgorsze, to gdy już nie ma tej codziennej szatni.

Ja się szybko przystosowałem do nowych warunków po tym, jak rozsypałem się przez kontuzję. Zrozumiałem, że trzeba zakasać rękawy i funkcjonować, a nie myśleć o tym, że się ma dwa mistrzostwa, bo z tego chlebka nie będzie. Patrzę na to, co mogłem więcej zrobić – może szkoda. Ale z drugiej strony, patrzę co zrobiłem – też jest fajnie. Poszedłem do pracy jako trener w SMS-ie Łódź, więc udało się to życie po karierze z piłką powiązać.

Muszę pana o to zapytać, bo zaciekawił mnie wpis w pana CV: jak się zostaje trenerem Laktozy Łyszkowice?

Normalnie. Zadzwonił prezes, pan Krajewski, zapytał, czy nie chciałbym tego połączyć z ówczesną pracą w SMS. Chciałem, to była okręgówka, dojeżdżałem 2-3 razy w tygodniu plus mecz. Warunki bardzo fajne, choć na pewno na wyjazdach bywało ciekawie, jak w szatni mieściło się sześć osób. Ale sam poziom… Wiadomo, piłkarsko umiejętności są jakie są, jednemu pan Bóg da, drugiemu nie. Ale zaangażowanie jest to samo. Determinacja, walka o wynik – jak na najwyższym poziomie. Każdy chce w piłce wygrać, czy to Liga Mistrzów, czy A-klasa.

Dziś czym się pan zajmuje?

Jetem instruktorem w Miejskim Ośrodku Sportu i Rekreacji w Łodzi, prowadzę zajęcia z przedszkolakami i seniorami, czyli wciąż związany jestem z kulturą fizyczną. Na Widzew chodzę jako kibic, bez stresu, chcąc uczestniczyć w tym święcie, bo tym są dziś mecze RTS. Śmiem sądzić, że powykupywane karnety mogą być przekazywane z ojca na syna, nie sądzę, by ta moda na Widzew spowolniła. Myślę, że niebawem zobaczymy Widzew wśród najlepszych.

Czego pan zazdrości dzisiejszym ligowcom?

Atmosfery, obiektów, funkcjonowania klubów. Chyba łatwiej jest dzisiaj do czegoś dojść. Nawet jak ktoś gra w drugiej lidze, nie mówiąc o Ekstraklasie – można odłożyć, zainwestować, jak się czyta o tych kwotach. Ja, nie oszukujmy się, żyłem rozsądnie, a nigdy nie wywalczyłem sobie tyle, żeby siebie jakoś w dłuższej perspektywie zabezpieczyć.

Leszek Milewski

Fot. newspix.pl

Najnowsze

Niemcy

Były trener Herthy zamierza kandydować na prezydenta klubu i pozwalniać niedawnych szefów

Paweł Wojciechowski
0
Były trener Herthy zamierza kandydować na prezydenta klubu i pozwalniać niedawnych szefów

Komentarze

11 komentarzy

Loading...