post Avatar

Opublikowane 24.04.2020 15:59 przez

redakcja

– Chwile zwątpienia. Myśli: chyba dam sobie spokój. Ale przychodzi drugi dzień, a z nim nowe siły. I wierzysz, że dasz radę. Pracujesz dalej. A kadra była wąska. W Polsce nie było nawet z kim potrenować. Korzystniejszą wersją było jechać na te zawody nawet w zupełnym dołku formy. Kochałem skoki. Nawet wtedy, kiedy nie szło – niewielu sportowców w Polsce było do tego stopnia wyszydzanych co Robert Mateja, skoczek, który dziesięć lat występował w reprezentacji Polski, zajął piąte miejsce na mistrzostwach świata w Trondheim w 1997, siedemnaste na Turnieju Czterech Skoczni w 2005 roku, dziesięciokrotnie znajdował się w pierwszej dziesiątce konkursu Pucharu Świata, pięciokrotnie zostawał mistrzem Polski.

Rozmawiamy o tym, jak znosił szyderę kibiców, jak wyglądały dawniej skoki, kiedy wywróżył Adamowi Małyszowi wielką przyszłość, jak z konkursów wracało się dwoma Passatami i jak w Zakopanem na dyskotece bawił się cały Puchar Świata. Zapraszamy.

Panie Robercie, dlaczego akurat zainteresował się pan skokami?

Pochodzę z Chochołowa, małej wioski oddalonej o około dwadzieścia kilometrów od Zakopanego. Naszą szkołą opiekował się klub Wisła Zakopane. Wywodziło się stąd wielu sportowców, skoczków, kombinatorów norweskich: Tadeusz Bafia, Janusz Guńka, Karol Kołtaś. W 1985 na mistrzostwach świata cała reprezentacja Polski w kombinacji norweskiej wywodziła się z naszej wioski. Ze skoczków: Bogdan Papierz, Ryszard Guńka, Edward Tylka. KS Wisła wysyłał tutaj trenerów, powstawały sekcje sportowe. Chętnych było multum, bo w ówczesnych czasach nie było takich rzeczy jak komputer, smartfon – dzieciaki garnęły się do sportu.

Pamięta pan swój pierwszy skok?

Pierwszy na pewno odbył się na skoczni, którą… sami zbudowaliśmy. Klub zapewniał nam narty biegowe. Zjeżdżaliśmy z górek, w ruch szły łopaty, żeby usypać próg i tak wyglądały pierwsze skoki. Czekaliśmy tylko na pierwszy śnieg. Nie było go za wiele, a już szliśmy, żeby się poślizgać.

Pamiętam też, gdy miałem siedem lat, a trener Karol Zięba zabrał mnie i kilku innych chłopców na skocznię do Zakopanego. Czekaliśmy długo aż starsi skończą trening, ale potem trener pozwolił nam zjechać od punktu K na skoczni 60-metrowej. Były też skoki na najmniejszych skoczniach treningowych, na przykład K-15.

A pierwszy skok z dużej skoczni, rozmiarów, które wszyscy kojarzą z zawodów?

Nadeszły później troszkę gorsze czasy, nasze obiekty, mówiąc wprost, rozlatywały się. Ale utkwił mi w pamięci skok na średniej skoczni w Zakopanem. Rozmiar K80. Rozbieg już z belkami. W innych przypadkach wyskakiwało się „z dziupli”, co było trudniejsze, żeby trafić w próg, a nawet prosto dojechać do progu. Tam już były te belki, co miało swoją wymowę.

Miał pan obawę? Każdy laik, który wchodzi na skocznię, nawet K80, ma podobne wrażenie: ale to wysoko. I jeszcze stąd zjechać, skoczyć…

Na pewno był pewien strach, gdy przyszło pierwszy raz skoczyć na większej skoczni. Ale wśród nas, juniorów, jak ktoś wszedł i nie zjechał, to był uważany za tchórza. Chcąc nie chcąc, obawa czy nie obawa, człowiek chciał być twardym. A wystarczy puścić się belki – w tym sporcie już wtedy nie ma odwrotu. Jak się już jedzie, trzeba skoczyć.

A była kiedykolwiek obawa już w locie? Że coś jest nie tak, że może się skończyć źle z punktu widzenia nawet nie odległości a zdrowia?

Wiele razy. Szczególnie dawniej, przy innym sprzęcie. Kilkakrotnie zrobiłem salto do przodu po złym odbiciu. Nieprzyjemne chwile, często bolesne. Złamałem rękę. Obojczyk. Nogi na szczęście zawsze były całe, a to one są najważniejsze w skokach. Choć czasem, po upadku, myślę, że udawało mi się zachować zdrowie cudem (śmiech).

Czy po takich upadkach było zwątpienie, czy skoki są tym, co chciałby pan robić?

Nie. Nigdy. Za bardzo to lubiłem. Może nawet kochałem. Po takich ciężkich chwilach, gdzie przyszedł upadek, a nawet kontuzja i tak nazajutrz chciało się lecieć na skocznię.

Jak sam oglądam skoki, to myślę, że ten lot, ta chwila w powietrzu, rekompensuje wszystko. Jest takim unikalnym doświadczeniem, magnesem.

Adrenalina zaczyna się od momentu, gdy puści się belkę. Już na najeździe czuje się ten pęd. Później moment wybicia… Za bardzo się go nie pamięta nawet. A lot to niesamowite wrażenie, nie do opisania.

Moment wybicia zdaje mi się najważniejszy, jeśli się go spóźni, to już ciężko nadrobić.

Tak jest. Moment wybicia to automatyzm. Bardzo trudno się go trenuje na samej skoczni. Są do tego ćwiczenia imitacyjne, na sucho, można wyrobić sobie nawyki, ale potem i tak trzeba się nauczyć, żeby to na skoczni sprzedać. Teraz mamy troszkę inne czasy – skoczkowie mogą korzystać z videoanaliz, nawet bezpośrednio po skoku. Kiedyś nie mieliśmy takich możliwości. Chcąc oddać kilka skoków, trzeba było wdrapać się na górę pieszo. Sam „spacer” był dodatkowym treningiem. Ale jeśli się skoki kochało, to oddawało się i po dziesięć prób.

Co było dla pana przełomem?

Lata 95/96. Przyszedł trener Pavel Mikeska. Po transformacji ustrojowej, skoki padły. Po latach Piotra Fijasa, Stanisława Bobaka, Jana Kowala i Zbyszka Klimkowskiego był okres, gdzie w ogóle nie mieliśmy praktycznie skoczków. Jeśli skakaliśmy, to troszeczkę, na zasadach pospolitego ruszenia. Zbliżały się mistrzostwa świata, to miesiąc przed zawodami robiono sprawdziany i najlepsi jechali.

Trener Mikeska natomiast wcześniej pracował choćby w Niemczech. Wprowadził bardziej profesjonalne podejście, w tym stałą grupę reprezentantów, do której się załapałem. Mieliśmy treningi za granicą, najczęściej w Czechach, bo Czesi wtedy mieli bardzo dobrych skoczków. Dużo dawały same treningi z nimi. Trener Mikeska czasem wykładał własne pieniądze, żeby zorganizować nam zgrupowanie. Albo jechaliśmy jego prywatnym samochodem. Po pewnym okresie pozyskał dla kadry menedżera, świętej pamięci Ediego Federera, który bardzo dużo nam pomógł. Dostaliśmy choćby samochody od jednej z austriackich firm, już było łatwiej jeździć. Trener Mikeska był bardzo kreatywny, nawiązał bocznymi wejściami bardzo fajne kontakty z firmami, które produkowały narty. Był w tym taki haczyk, że dostawaliśmy narty, ale na przykład takie, które firma akurat testowała. Zdarzało się jednak, że dzięki temu te narty były znakomite, lepsze od dostępnych na rynku. Podobnie w kwestii kombinezonów marki „Harada” sprowadzanych z Japonii. Bardzo dobrze się w nich skakało, Adam Małysz też je sobie chwalił.

Niemniej wciąż, porównując do późniejszych czasów, bywało od strony organizacyjnej „ciekawie”. Zbiórka była, przykładowo, w Bielsku-Białej. Tam musiałem jakoś dotrzeć z Chochołowa. Więc pakowałem sprzęt, narty i jechałem autobusem. Nawet jak wróciłem z Harrachova, gdzie pierwszy raz zająłem piąte miejsce, to zameldowaliśmy się w Bielsku o 22, a dalej trzeba było jechać samemu. Następny pociąg był o drugiej w nocy. Szczęśliwie udało się zorganizować pomoc szwagra i siostry, którzy przyjechali po mnie z Zakopanego.

Trochę zapomina się chyba o roli trenera Mikeski w reanimacji polskich skoków.

Był przez pewien okres filarem. Dzisiejszy prezes związku też ma tu zasługi, bo wtedy go ściągnął do Polski, choć był w strukturach na niższym stanowisku.

Wspomniał pan o Harrachovie – 14 grudnia 1996, pana pierwszy raz w czołowej dziesiątce.

To było zaskoczenie dla wszystkich, w tym dla mnie. Pamiętam, oddałem bardzo fajny pierwszy skok, po którym znalazłem się w trzydziestce, co wtedy było dla mnie dużym sukcesem. Ta kolejka jednak została anulowana po niebezpiecznie dalekim skoku jednego z zawodników. Byłem zły, tymczasem drugi skok… oddałem jeszcze lepszy. W okolicach dziesiątego miejsca. Skok finałowy oddawałem już na całkowitym luzie i skoczyłem 135 metrów, co na tamte czasy było bardzo długim skokiem, który w ostateczności dał mi piąte miejsce. W ten sposób po raz pierwszy zarobiłem pieniądze na Pucharze Świata, bo wówczas premie otrzymywali zawodnicy tylko do szóstego miejsca.

To ciężko było wtedy za skoki zarobić, liczyć na pieniądze mogli tylko najlepsi.

Tak, ale pierwsza trójka miała premie wysokie, ci następni niewiele mniejsze.

Jak pan radził sobie od strony ekonomicznej na samym początku przygody ze skakaniem?

Był wtedy bardzo fajny program stypendialny, szeroko zakrojony, nie tylko na skoczków. Wystarczało, a coś więcej można było dorobić na zawodach.

Tę pierwszą większą premię wydał pan na coś konkretnego?

Odkładałem wtedy na samochód, Volkswagena Golfa 3. Ale kupiłem go dopiero bodajże rok później, także troszeczkę jeszcze trzeba było odłożyć.

W sezonie 96/97 jeszcze dwukrotnie znalazł się pan na czołowych miejscach Pucharu Świata, zajął też piąte miejsce na mistrzostwach świata.

To piąte miejsce to na pewno największy sukces. Jakoś to poszło, z rozpędu. W skokach czasem trudno o regułę. Łapiesz wiatr w żagle i po prostu idzie, nawet ciężko powiedzieć co ma na to wpływ, bo, przykładowo, trenujesz tak samo jak wcześniej. Ja akurat wtedy byłem w wojsku. Sport mi pomógł, bo pamiętajmy, że dawniej służba zasadnicza była obowiązkowa. Miesiąc, do przysięgi, spędziłem w stricte wojskowym drylu, a potem razem z kolegą Wojtkiem Kozubem, biathlonistą, byliśmy w Kościelisku na jednostce sportowej, gdzie tylko od czasu do czasu meldowaliśmy się po żołd.

Żołd, stypendium, jeszcze coś z nagród – nie wygląda to źle jak na początek.

Z tym, że żołd był bardzo skromny. Wystarczał na jedno wyjście do kawiarni z dziewczyną. Kawy dwie, ale ciastko już jedno.

Po piątym miejscu na mistrzostwach świata zrobiło się o panu głośniej?

Ciężko powiedzieć, bo myśmy potem polecieli w dalszą trasę. Tournee po całej Skandynawii. Telefony czy internet nie były tak rozwinięte, do polskich mediów za granicą nie było tak dostępu. Do Polski wróciłem po  miesiącu, więc jakiegoś większego zainteresowania nie odczułem. Ale tuż po sukcesie – myślę, że tak, mówiono o tym. Wiem, bo rodzina zbierała mi materiały, wycinała nagłówki, nagrywała telewizyjne wzmianki – do dziś to mam, mogę sobie odtworzyć Teleexpress czy Wiadomości, w którym mówi się o moim piątym miejscu.

Co pan wtedy myślał po obiecującym pierwszym sezonie, po udanych mistrzostwach świata? Jak wysoko mierzył?

Nie planowałem. Ciężko było wtedy wiązać ze skokami zawodowe plany. Bardzo lubiłem skoki, obecność na obozach, to wszystko było przyjemne, ale przypomnę: to nie czasy, gdy płaciło się za każdy punkt w Pucharze Świata. Tylko najlepsi skoczkowie mogli ze skoczków wyżyć. Większość traktowało skoki półzawodowo, raczej jako hobby, dodatek.

Czy biorąc to pod uwagę, inaczej traktowało się na przykład dietę, tak istotną dla skoczków?

Tak. Na samym początku nie byliśmy uświadomieni. Stawiało się bardziej na siłę nóg. Co miało zasadnicze znaczenie, bo jak musiałeś się wdrapać na skocznię z nartami w butach skokowych, w których trudno się chodzi, to potrzeba kondycji. Później, na Zachodzie, te skocznie były wyposażane w wyciągi. Trenerzy zaczęli zwracać uwagę, że owszem, kondycja, wytrzymałość, ale nie na taką skalę.

To zbijanie wagi u skoczków przybiera czasem dość ekstremalny wymiar.

Bywało ciężko. Mam 185 centymetrów wzrostu. Najmniej w dorosłym życiu ważyłem 62kg. Mama czasem patrzyła na mnie i się bała, że taki chudy jestem. Ale krzywdy mi to nie zrobiło. Na pewno trudniej wtedy było dietę utrzymać, dziś jest łatwiejszy dostęp do różnych specjalistycznych produktów wymaganych przy ścisłej diecie, ale zagryzło się zęby i dało radę.

Jestem ciekaw, czy dawniej konkursy w Zakopanem cieszyły się dużą popularnością, czy jednak było wyraźnie inaczej od tego, co dzieje się teraz?

Tu zawsze skoki znaczyły coś więcej. Pamiętam jeszcze jako dziecko Puchar Świata czy zawody, na których Piotr Fijas kończył karierę. Jak odbywały się zawody międzynarodowe, zawsze zjawiał się tłum, nawet gdy Polacy nie zajmowali najwyższych miejsc.

17 stycznia 1998 zajął pan w Zakopanem szóste miejsce. To może wtedy, odnosząc sukces u siebie, odczuł pan więcej zainteresowania?

Na pewno człowiek się cieszył, na pewno sporo osób zagadywało, poznawało, gratulowało. Ale podkreślę: to był wtedy sport półamatorski. Nie przywiązywało się do tego wielkiej wagi. Gratulacje trwały dwa dni, potem trzeba żyć dalej.

W jednym z wywiadów wspomniał pan, że gdy pierwszy raz zobaczył szesnastoletniego Adama Małysza na skoczni w Szczyrku, wywróżył mu, że będzie wygrywał konkursy Pucharu Świata.

Tak, potwierdzam. To były mistrzostwa Polski juniorów, na które wybrałem się jako kibic. Adam charakteryzował się wielką dynamiką, szybkością na progu, mocnym wybiciem. Wybijał się jak sprężynka i leciał. Powiedziałem wtedy, że to materiał na skoczka światowej sławy. Ale też przerósł te oczekiwania, w tym sensie, że dla nas, Polaków, wtedy wygranie jakiegokolwiek konkursu było wielkim osiągnięciem, a Adam wygrywał całe cykle.

Na pewno byliście w czasach kadry blisko – potwierdza pan, że przed Małyszomanią był moment, kiedy Adam był bliski rzucenia sportu?

Dwa lata przed igrzyskami w Nagano Adam osiągał bardzo fajne wyniki. Później przyszedł kryzys. Sam to analizował po latach i dochodził do wniosku, że za mocno przybrał na wadze. Może też trochę dochodziło do nieporozumień z trenerem Mikeską. Mieliśmy wtedy stypendium, ale Adam właśnie się ożenił, urodziła mu się córka. To nie życie kawalera, gdzie pieniążki wydaje się tylko na siebie. Miewał wątpliwości. Ale w kluczowym momencie zacisnął zęby, ustalił sobie konkretny cel i do niego dążył. Tak się odbił.

Co w reprezentacji zmienił Apoloniusz Tajner, z którym też nierozerwalnie kojarzy się powrót polskich skoków na pierwsze strony gazet?

Przede wszystkim wprowadził sztab naukowców. Profesora Żołędzia i profesora-psychologa Blecharza. Oni mieli bardzo duży wpływ na nasz rozwój, choć przede wszystkim na Adama. Trener otwarcie podchodził do nauki, nowych trendów, słuchał współpracowników. Trener Mikeska bardziej sam wszystko chciał ogarniać. Nawet nie chciał dopuszczać kogoś do pomocy. A to jednak trudne, gdy wszystkie obowiązki spadają na jedną osobę.

Powrót reprezentacji dwoma Passatami Kombi z wygranego przez Adama Turnieju Czterech Skoczni to dziś już legenda.

Nawet dzisiaj powspominaliśmy z prezesem, że to niewiarygodne, że się pomieściliśmy. Sztab, sprzęt, zawodnicy – wszyscy w dwóch autach. Choć wróciliśmy szybko – autostrady w Austrii, a ze Słowacji już blisko. Za kierownicą też się zmienialiśmy. W samochodzie, którym jechałem, prowadził Adam. Później się przesiadaliśmy, bo jeden samochód pojechał na Beskid, a drugi do Zakopanego. Każdy po dwie pary nart – kładło się je na dach, tam też mieliśmy tak zwaną „trumienkę”, gdzie zmieściło się trochę bagaży. Ale też sprzętu wtedy było mniej, taki kombinezon: każdy miał po jednym, gdzie dzisiaj czołowi zawodnicy na każdy konkurs mają po dwa, a nawet trzy.

Czy życie pozostałych skoczków kadry też zmieniło się podczas Małyszomanii?

Ja tego nie odczułem. Wiadomo, zrobiło się bardzo duże zainteresowanie skokami, mieliśmy lepszy transport, ale jednak wszyscy kręcili się wokół Adama. I wielki szacunek dla niego, że poradził sobie z presją. Był wszędzie rozpoznawalny. Gdziekolwiek wyszło się na miasto – tłum ludzi wokół niego. Sam tego doświadczałem, gdy mieliśmy wolny czas na zgrupowaniu i razem poszliśmy do sklepu. Był oblegany. Czasami, jak gdzieś jechaliśmy, zostawał w samochodzie i prosił, żebyśmy coś mu kupili, bo za długo by to schodziło.

Dla Adama wielki podziw i szacunek za to, że nigdy to nie uderzyło mu do głowy. Myślę, że pomogły mu te cięższe lata, kiedy nie osiągał sukcesów. Zahartował się. Wiedział, że po sukcesach mogą przyjść chude lata. Pozostał skromny, nie afiszował się.

Skoczkowie trzymają się razem jako grupa czy jednak każdy sobie?

Puchar Świata to jedna wielka rodzina. Może nie wszyscy się kochają, ale przyjaźnie trwają niektóre po dziś dzień. W ówczesnych czasach troszkę przeszkadzała bariera językowa, bo na przykład ja miałem w szkole tylko rosyjski. Raczej się więc trzymałem ze skoczkami z krajów ościennych. Do dziś mam bardzo dobry kontakt z Jakubem Jandą czy Michalem Dolezalem.

Jak rozmawiam z piłkarzami z tamtych lat, wspominają, że budowało się atmosferę również przy piwie czy na dyskotece. Jak było ze skoczkami przełomu wieków?

Tak samo. Piwko też się zdarzało. A jak troszeczkę więcej czasu mieliśmy, to szło się na dyskotekę po zawodach. Przykład Zakopanego, gdzie w dyskotece „Morskie Oko” cały Puchar Świata się bawił. Ale to były inne czasy, zero smartfonów, mediów społecznościowych, więc nikt nikomu nie zrobił zdjęcia i na drugi dzień wszystko ucichło.

Pan miał taki konkurs w Zakopanem, gdzie po pierwszej serii prowadził, by ostatecznie być szesnastym.

Dla mnie samego było zaskoczeniem, że mi w pierwszym skoku taka trąba wyszła. Miałem sprzyjające warunki, wiatr pod narty. Drugi skok nie wyszedł, ale nie robiłbym z tego tragedii. Akurat przy takich w miarę normalnych, stabilnych skokach, mogłem oscylować w okolicach tego miejsca.

Zawsze jak oglądam skoki zastanawia mnie: jak bardzo frustruje, gdy wiesz, że skoczyłeś blisko tylko dlatego, że akurat miałeś fatalny wiatr? Innymi słowy: czy nie frustruje, jak bardzo duży wpływ w skokach ma element losowy?

Jest to bardzo frustrujące. Czasem po prostu robi się przykro. Puchar Świata – OK, za tydzień kolejne zawody, można się odkuć. Ale mistrzostwa świata? Igrzyska? Jeśli w takich zawodach ma się pecha, to trudno nie poczuć się skrzywdzonym. Pamiętam jeszcze jak oglądałem igrzyska w Sarajewie, gdzie głównym faworytem do medalu był Primoz Ulaga. Gospodarz. Faworyt. Ale nie było wtedy jeszcze tych torów wycinanych, lodowych, więc jak zrobiła się szklanka, jeździło się po całym rozbiegu. Ulaga nie mógł sobie poradzić i zajął ostatnie miejsce.

Dziś mamy przeliczniki, wind factor, ale w praktyce dziś wiatr ma jeszcze większy wpływ na odległość skoków, bo sprzęt bardzo się zmienił, jest dużo bardziej czuły na podmuchy wiatru. Dawniej była dużo mniejsza różnica odległościowa między najlepszymi a resztą.

Gdyby miał pan wskazać swój najlepszy moment w skokach, to który by to był?

1996 i 1997 rok.

Czyli obiecujący początek. Ma pan diagnozę, dlaczego ta kariera potem się nie rozwinęła?

Trudno powiedzieć. Nie jest to takie proste. Skoki są takie, że akurat można odpalić w jednym sezonie, a potem wpaść w dołek, w obu przypadkach trenując tak samo jak wcześniej, będąc w tej samej formie fizycznej. To dziwna dyscyplina. Może dziś bardziej naukowa, ale bywało, że czyjś poziom nagle wzrastał i nawet ten ktoś nie potrafił tego do końca wytłumaczyć. Pamiętam, jak podglądaliśmy Adama. Były takie sytuacje: kurczę, trenuję tak samo jak Adam, a on odnosi sukcesy, ja nie mogę wskoczyć do trzydziestki. O co tu chodzi? Ale zaciskało się zęby i parło do dobrego wyniku. Potem jednak znowu przychodziły gorsze konkursy. U mnie to się wahało.

Adam Małysz, Tomasz Pochwała, Robert Mateja i Tomisław Tajner na igrzyskach w Salt Lake City. Fot NewsPix

Jak pan się czuł w takim ewidentnym dołku formy, gdzie wie pan, że pracuje rzetelnie, a jednak zupełnie nie idzie?

To frustracja. Chwile zwątpienia. Myśli: chyba dam sobie spokój. Ale przychodzi drugi dzień, a z nim nowe siły. I wierzysz, że dasz radę. Pracujesz dalej.

Kadra była wąska. W Polsce nie było nawet z kim potrenować. Korzystniejszą wersją było jechać na te zawody nawet w zupełnym dołku formy. Kochałem skoki. Nawet wtedy, kiedy nie szło.

W pewnym momencie stał się pan obiektem żartów, do dziś przez ten pryzmat jest kojarzony. Dało się to odczuć, wpływało na życie prywatne?

Na pewno dało się odczuć. Pomagała rozmowa z rodziną, tłumaczenie, że nie jest tak źle i trzeba dalej pracować. Później to już był standard. Patrzono na mnie stereotypowo. Te szyderstwa bolały. Ale cóż zrobimy? Jak mówią górale: skały nie zjesz.

Była jakaś sytuacja, która szczególnie zabolała?

Po mistrzostwach świata w Sapporo, gdy wróciłem do domu, a jedna gazeta bardzo krytycznie napisała na mój temat. Co więcej, zrobili wywiad po mojej wiosce,  tu pewne osoby, nie wiem pod jakim wpływem, ale także powiedziały bardzo przykre słowa.

Dziś to już przeszłość czy wciąż spotka się pan z takimi słowami?

Osobiście nie. Ale w internecie łatwo coś przeczytać. Do dziś z tego żartują. Po tym artykule pewnie też będą negatywne komentarze.

Jak to się stało, że zawiesił pan narty na kołku?

Sezon 07/08, dostałem ofertę od ówczesnego trenera kadry, Łukasza Kruczka, żebym przeszedł do sztabu szkoleniowego w roli asystenta. To była interesująca propozycja. Do tego składał się mój wiek.

Potrafi pan wytłumaczyć fenomen Noriakiego Kasai? Zaczynał jeszcze przed panem, a do niedawna potrafił osiągać wysokie miejsca.

Jak się pojedzie do Japonii, to widać, że tamtejszy styl życia sprawia, że starsi Japończycy w sensie ogólnym pozostają w formie. Noriaki ma też stworzone bardzo dobre warunki do skakania – może się skupić tylko na nich. To też mu pomaga. Ale na pewno, coś wyjątkowego – Noriaki do dzisiaj skacze.

Ciągnęło pana, wilka do lasu, do skakania po skończeniu kariery?

Bardzo, szczególnie przez pierwsze trzy lata. Trenowałem z chłopakami, więc zdarzyło się, że szedłem na skocznię oddać kilka skoków. Już po zakończeniu kariery, w 2009 roku, stworzyliśmy drużynę oldbojów na mistrzostwa Polski: skakałem w konkursie drużynowym z Wojtkiem Skupniem, Tomkiem Pochwałą i Krystianem Długopolskim. Zajęliśmy czwarte miejsce, więc nie było tak źle.

Dziś oddałby pan skok?

Oj nie. Waga już nie pozwala. Dziś ważę trzydzieści kilogramów więcej, niż podczas kariery sportowej. Głowa wciąż by chciała, ale trzeba zachować zdrowy rozsądek. Mógłbym sobie zrobić krzywdę. Ale jak zjeżdżam na nartach, czasem sobie podskoczę.

Gdzie widzi pan największe różnice, jeśli chodzi o skoki pana czasów, a te obecne?

W sprzęcie. W metodach treningowych. W profesjonalizmie większej liczby zawodników. Ogromny wpływ na dzisiejsze skoki ma też nauka i nowe technologie – choćby analizy video, które potrafią precyzyjnie pokazać co nie zagrało. Wtedy robiło się to na czuja.

Mam takie wrażenie, że skoki tracą jednak popularność – nie u nas, ale w takich krajach jak Czechy, Finlandia, gdzie kiedyś były mocne. Czy nawet w krajach, które wtedy stały troszkę w drugim szeregu, ale jednak miały swoich zawodników.

Jest to zauważalne. Wtedy, gdy różnice między zawodnikami były mniejsze, nagłe wyskoki zdarzały się częściej. To mobilizowało zawodników. Dziś można objechać cały Puchar Świata i nie zrobić ani jednego punktu. Aby wspiąć się na szczyt, potrzeba zaplecza. Dlatego tam gdzie go nie ma, jest trudniej.

Większe szanse ma skoczek numer osiem z Austrii, gdzie to zaplecze jest, niż najlepszy z kraju, w którym go nie ma.

Myślę, że to zagrożenie. Pracuję dziś w kombinacji norweskiej. Ta dyscyplina też gaśnie. Przodują trzy nacje: Norwegia, Niemcy, Austria. Poza tym dyscyplina robi się mniej popularna tam, gdzie była chociaż na średnim poziomie.

Bodajże wczoraj udzielił pan branżowego wywiadu, w którym podkreślał, jak trudna jest sytuacja kombinacji norweskiej w Polsce.

Kryzys pandemii to jedno, wpływa na wszystkie dyscypliny, ale u nas też zawodnicy garną się przede wszystkim do skoków. Raz, że kombinacja jest trudniejsza, bo jeszcze trzeba biegać. Pracy więcej. A dwa, że w skokach jest popularność. Do skoków garnie się bardzo dużo dzieciaków, ale namówić kogoś na kombinację norweską – nie jest łatwo.

Jak patrzę na naszą reprezentację w skokach, to rzuca mi się w oczy, że trzon kadry, jak na warunki skoków, jest dość doświadczony, ale brakuje naciskającej młodzieży.

Z jednej strony, może być pewna dziura w talentach, którą trzeba przetrzymać i będzie dobrze. Związek bardzo dba o zawodników od strony sprzętu, warunków – tu mają najlepsze możliwe przygotowanie. Może kuleć natomiast kwestia finansów. Sponsorzy skoków patrzą przede wszystkim na najlepszych. Trudno im się dziwić, wykładają pieniądze na promocję swoich firm, chcą być obecni tam, gdzie pada światło reflektorów. Ale przez bywa, że młodzi chłopcy, którym braknie determinacji, w pewnym momencie odpuszcza i idzie do zwykłej pracy. Takie są prozaiczne przyczyny tego, że nie skaczą Grzesiek i Krzysiek Miętusowie, Krzysiek Biegun, Bartek Kłusek czy jedyny skoczek z Podkarpacia – Adam Ruda.

Kto dzisiaj z młodzieży jest największą nadzieją?

Adam Niżnik ma bardzo dobre predyspozycje. Kacper Juroszek, Paweł Wąsek. Wciąż potencjał drzemie w Olku Zniszczole czy Klimku Murańce.

O Klimku już lata temu zrobiło się głośno.

Może ten rozgłos zrobił mu krzywdę. Ale też duży wpływ na zahamowanie jego rozwoju miał stan zdrowia – to nigdy nie pomaga, gdy zmagasz się z urazami.

Panie Robercie, czego panu życzyć?

Zadowolenia z życia. Sił do dalszej pracy. Ale przede wszystkim zdrowia. Jak jest zdrowie, to można wszystko.

Jakby pan mógł powiedzieć pan wszystkim tym, którzy z pana szydzili, to co by to było?

Ja krzywdy nikomu nie zrobiłem. W życiu każdego człowieka są słabsze chwile. Niech przypomną sobie swoje, gdy się z nich śmiano. I czy byłoby im miło, jakby za taką słabszą chwilę, tyle i tak długo z niego drwiono.

Leszek Milewski

Fot. newspix.pl

Opublikowane 24.04.2020 15:59 przez

redakcja

Liczba komentarzy: 15
Subscribe
Powiadom o
guest
15 komentarzy
Oldest
Newest Most Voted
Inline Feedbacks
View all comments
Adam
Adam
10 miesięcy temu

Choć sam często śmiałem się z jego skoków, to jednocześnie zawsze było mi szkoda Pana Matei, ponieważ to na nim skoncentrowała się cała szydera („Kapitan Grawitacja” czy „Cesarz Buli”), ale też i typowy hejt. A chyba w 2005 naprawdę spoko mu w tym sporcie szło. Myślę, że przyczyną skupienia się tylko na nim w hejcie były nie tylko krótkie odległości (bo poza Małyszem wszyscy je w polskiej ekipie mieli), ale czasem chaotyczny styl.

F. Underwood
F. Underwood
10 miesięcy temu
Reply to  Adam

On po prostu tak miał: skakał albo na jakimś średnim poziomie, albo tak, że były drwiny(lądowanie zaraz za zeskokiem na mamutach). Hejtowanie w necie wtedy dopiero raczkowało, dziś miałby zdecydowanie gorzej. Jako rozmówca na plus.

Stansfield
Stansfield
10 miesięcy temu

Miło wspominam tamte lata w skokach, nie tylko ze względu na Adama Małysza, ale też Mateję, Skupnia, Bachledę, klimat tamtych lat i skalę zainteresowania – może i nie było takich wyników jak są w ostatnich latach, ale trzeba mieć na uwadze to co padło też w tym wywiadzie – panowie zaczynali karierę w innej rzeczywistości, bez profesjonalnej opieki, sprzętu, treningów, wszystko na wariackich papierach. Poza tym często miało się wrażenie, że mimo że nie byli w centrum uwagi to i tak ich to trochę przytłaczało. Małysz był fenomenem w swojej dziedzinie, był w stanie osiągać kosmiczne rezultaty bez względu na warunki, reszta miała po prostu mniej talentu. Tyle że gdyby zaczynali kariery dzisiaj, a nie prawie 30 lat temu, to mieliby całkiem inne perspektywy na rozwój. Cała dyscyplina w Polsce wtedy raczkowała, sukces Małysza pozwolił się rozwinąć Stochowi, Żyle, Kubackiemu na miarę ich potencjału. A z hejtem w Polsce może spotkać się każdy, jesteśmy pod tym względem beznadziejnym społeczeństwem, bardzo łatwo jako ogółowi przychodzi nam krytykowanie i wyśmiewanie kogoś, zupełnie nie umiejąc postawić się na jego miejscu. Na koniec – jeśli zajrzysz tutaj Robert – to powodzenia 🙂

bobq
bobq
10 miesięcy temu

Pamiętam dobrze mistrzostwaw Trondheim. 5 miejsce po dwóch świetnych skokach i zabrakło w drugim „telemarku” do brązowego medalu. Pamietam tez konkurs drużynowy w Sapporo i wielka zlosc bo była szansa na medal ale to właśnie Robert skakal najsłabiej.
Moim zdaniem to był zawodnik o dużym talencie ale zabrakło głowy. W dzisiejszej kadrze i rozbudowanym sztabie trenerzy wyciągnęliby z niego dużo więcej

nikita
nikita
10 miesięcy temu
Reply to  bobq

Głowa to klucz. Myślę, że przy lepszej psychice stać by go było na karierę na poziomie Żyły czy Kota.

Donald Trump Mexico
Donald Trump Mexico
10 miesięcy temu

Mi się Robbi kojarzy z pięknymi czasami. Skupień, Mateja, 30te miejsca, piękny śnieg za oknem, dzieciństwo.

Fago
Fago
10 miesięcy temu

Tak to już jest ze w tym kraju jak się kogoś czepia to do kości obgryzą.Jeden czy drugi baran zawyje reszta powtarza i bezmyślnie beczy aby poczuć się lepszym..
. Sam Pan Robert talent miał i to duży, jednak głowa chyba czasem zawodziła. To 5 miejsce było szczytem kariery i żal że nie pudło bo tak mało brakowało. Pozdrawiam serdecznie Pana Mateję. No i ten konkurs w Zakopanem, szkoda. Tak się jarałem że będzie podium!

Kris
Kris
10 miesięcy temu

Weszlo!!! Macie szacunek za ten wywiad! Szalenie interesujący rozmówca. Pan Robert ode mnie również dostał kilka qrew podczas pucharów świata i wstyd mi za to. Nie każdy ma talent na miarę mistrza, ale każdy z nas jest człowiekiem i zasługuje na szacunek. Pozdrawiam Pana Roberta i życzę dużo zdrowia, jak i wszystkim,którzy to czytają. Bo zdrowie to nie wszystko, ale wszystko bez zdrowia to chuj!!!

gsaggasasz
gsaggasasz
10 miesięcy temu

https://najwiekszekursykuponow.blogspot.com/ – Znowu trafili! tym razem kurs 386 i zdjęcie wczorajszego kuponu już na blogu!
Na dziś już kupon dostępny. Polecam bo gram od kilku dni i już trafiłem z nimi 2 kupony po kursach ponad 100.

gsaggasaszz
gsaggasaszz
10 miesięcy temu

https://najwiekszekursykuponow.blogspot.com/ – Znowu trafili! tym razem kurs 386 i zdjęcie wczorajszego kuponu już na blogu!
Na dziś już kupon dostępny. Polecam bo gram od kilku dni i już trafiłem z nimi 2 kupony po kursach ponad 100.

Mmarek
Mmarek
10 miesięcy temu

Super wywiad. Bardzo pozytywny człowiek. Pozdrowienia, panie Robercie!

Kibic
Kibic
10 miesięcy temu

Człowiek im starszy, tym staje się mądrzejszy. Jak pewnie wielu czytających ten wywiad śmiałem się z Matei, ale teraz tego żałuję. Żaden człowiek na to nie zasługuje, a zwłaszcza taki jak on – nigdy nie pozował na gwiazdę, nie pajacował, a w wywiadach z Hellerem głowa zawsze opuszczona i tylko czekanie na cios. Już wielu utalentowanym sportowcom głowa w kluczowych momentach nie wytrzymywała, żeby wspomnieć chociażby Gołotę. A czytająca to gimbaza niech uczy się na cudzych błędach. Też kiedyś możecie być z czegoś znani – jako artyści, sportowcy i tym podobne. Pomyślcie czasem, co może poczuć obiekt waszych durnych komentarzy. I nie, nigdy nie zgodzę się z tezą, że jeżeli chcesz być osobą publiczną, to musisz być na to przygotowany i wyrobić grubą skórę. Może zamiast godzić się na zło zaczęlibyśmy mu po prostu zapobiegać?

Bartek
Bartek
9 miesięcy temu

Skoczek ze słaba psychiką, w końcu facet często potrafił być w 3ce kwalifikacji i treningów, a później problem z wejściem do 30tki. Ale jak miał swój dzień to solidny poziom nigdy nie rozumiałem tej szydery, jedyny skok po którym lałem ze śmiechu w jego wykonaniu to „rekord” na mamucie, chyba jeden z najkrótszych skoków konkursowych w historii, ale poza tym? Każdemu skoczkowi zdarzały i zdarzają się gorsze dni, a Mateja i Skupień skakali w cholernie ciężkim czasie, fakt że byli w składzie z Małyszem jeszcze bardziej miał wpływ na nich, bo często się słyszało że przez tych patałachów nic nie idzie, bez myślenia że związek zaplecze itp były na takim poziomie a nie innym, Adam to pieprzony fenomen, może gdyby się szkolił od młodości w takiej bańce jak ci po nim, albo w Austrii czy Niemczech to biłby jeszcze więcej rekordów i miał jeszcze lepsze wyniki, cudem jest że z takiego zaścianka jakim była Polska na tle światowych skoków wyszedł taki zawodnik.

Gdyby tamta kadra miała takie warunki od dziecka do rozwoju jak obecna, mogliby mieć wyniki na takim samym poziomie jak drużyna Stocha. Jak to w ogóle brzmi że chłop w najlepszym czasie swojej kariery musi się bujać autobusem na zbiórkę do Bielska? W tych amatorskich warunkach zarówno on jak i Skupień skakali najlepiej jak mogli i potrafili, a hejt uprawiali idioci bez pojęcia o skokach, „fani” z czasów Małyszomanii. U mnie w domu skoki towarzyszą od zawsze zimą i fakt faktem kiedyś jak mieliśmy słabszych zawodników to się człowiek najbardziej utożsamiał z Sakala – moj tata wtedy tylko opowiadał o jakimś tam Fijasie, Bobaku a dla mnie to było jak SciFi że Polacy skakali kiedyś na światowym poziomie, wtedy każdy wynik Polaka dający miejsce w 30 cieszył, później Adam zmienił te dyscyplinę, ale jak braknie talentów to powoli możemy się zmienić w drugą Finlandię.

wydra
wydra
1 miesiąc temu

Bardzo fajny wywiad. Szkoda mi tylko, że jak takie wywiady się pojawiają, to zawsze muszą być nawiązania do drwin i pytania o nie. Ale to co chciałam powiedzieć: że dla mnie pan Robert Mateja naprawdę ma silną psychikę. Może nie najsilniejszą, ale biorąc pod uwagę ten cały hejt jestem pełna podziwu, że się nie załamał, nie odszedł. To jest dla mnie niesamowite, a nawet trochę bohaterskie. Wielki szacunek dla niego!

Włochy
28.02.2021

Szymiński: – Nie jestem „panem piłkarzem”. Nigdy nie latałem w chmurach

Kiedy Przemysław Szymiński wyjeżdżał z Wisły Płock do Palermo, byliśmy trochę zdziwieni. Wówczas nie był to ani piłkarz w wieku młodzieżowca, ani czołowy obrońca Ekstraklasy. Mimo to, jak pokazała przyszłość, decyzja o podjęciu wyzwania w Serie B okazała się strzałem w dziesiątkę. Oczywiście nie zawsze było tak pięknie jak dzisiaj, kiedy 26-latek ma pewny plac […]
28.02.2021
Weszło
28.02.2021

Bramkarska łyżka miodu w beczce dziegciu

Dominik Hładun to niedoceniany dowód na to, że z Zagłębiem Lubin da się związać emocjonalnie. Jego historia to hołd dla cierpliwości. Choć był w klubie, kiedy nie było jeszcze w nim akademii, to do pierwszej drużyny przebił się dopiero w wieku 22 lat. Pomagał rezerwom, próbował się na wypożyczeniu, u Mariusza Lewandowskiego zaczynał jako czwarty […]
28.02.2021
Weszło
28.02.2021

Niedziela z hitami w całej Europie. Gdzie szukać okazji na wygraną?

Niedziela dla wszystkich kibiców zapowiada się kapitalnie. Gdzie nie spojrzeć tam hity. Anglia, Francja, Hiszpania, Włochy… Praktycznie cała Europa dostarczy nam dzisiaj świetnie zapowiadających się spotkań. Dlatego wybieramy cztery potencjalnie najlepsze mecze i podpowiadamy, jakie typy warto rozważyć, jeśli chcemy obudzić się bogatsi w poniedziałek. Sprawdźcie nasze propozycje! Marsylia – Lyon Ostatnie mecze bezpośrednie: RPWPP […]
28.02.2021
Uncategorized
28.02.2021

LIVE: Hyballaball gości w Płocku

Siemanko, sportowe świry. Niedziela z Ekstraklasą to tym razem prawdziwy maraton tylko dla ludzi o mocnych nerwach. Od 12:30 do 19:30 spędzamy czas przed telewizorami, a później poprawiamy Ligą Minus. Co nas czeka? Na start starcie Wiseł w Płocku. Później Cracovia w szalenie dobrze zapowiadającym się spotkaniu podejmie Zagłębie. Na koniec starcie Śląska z Pogonią. […]
28.02.2021
Weszło
28.02.2021

Czas zacząć wymagać więcej od Zahovicia

Czy Luka Zahović to zły piłkarz? Nie, to nie jest zły piłkarz. Jakość widać u niego gołym okiem. Czy Luka Zahović idzie ścieżką Michalisa Maniasa? Nie, nie jest nawet blisko, na pewno nie będzie ligowym memem. Ma swoją cegiełkę w tym, że Pogoń jest tak wysoko. Problem z Zahoviciem polega na tym, że spodziewano się […]
28.02.2021
Anglia
28.02.2021

Rzeź „Baranów”. Derby County 2007/08 – najgorsza drużyna w historii Premier League

25 meczów ligowych, trzy zwycięstwa. Zaledwie 11 punktów na koncie. To aktualny dorobek ekipy Sheffield United, która zamyka tabelę angielskiej ekstraklasy i żwawym tempem kroczy w stronę degradacji. Wydaje się dzisiaj skrajnie nieprawdopodobne, by „Szable” miały się z tego bagna wykaraskać. Ale o jedno podopieczni Chrisa Wildera nie muszą się martwić. Raczej nie przejdą do […]
28.02.2021
Weszło
28.02.2021

Polska liga w skrócie. Umiesz więcej? Skopią cię, wykoszą i poobijają

Znacie to powiedzenie o chłodnym, deszczowym wieczorze w Stoke, podczas którego nawet Messi i Cristiano Ronaldo niewiele wskórają na boisku? To dziwne, że nadal nie dorobiliśmy się naszego odpowiednika tego klasyka. Bo patrząc na niektóre mecze naszej ligi, widzimy dokładnie to, co w zamyśle miał autor oryginału. Brudną, paskudną grę, której cel jest tylko jeden […]
28.02.2021
Weszło
28.02.2021

Kulisy życia sędziów ligowych poza ekstraklasową elitą

Jeden schodzi tysiąc metrów pod ziemię, drugi zarządza tysiącem osób w handlu detalicznym. Trzeci trudzi się nauczaniem języków obcych, czwarty pilnuje firmy transportowej. Oto właśnie kulisy życia niezawodowych sędziów w Polsce. Dla wielu z nich wejście w trykot meczowy jest fachem dodatkowym. Niezobowiązującym w tym znaczeniu, że ktoś taki równie dobrze mógłby poświęcić weekend na […]
28.02.2021
Weszło
28.02.2021

Wisła Kraków potrafi być efektowna, ale czy stanie się również regularna?

18 września 2020 roku Wisła Kraków przegrała… Wróć. Wisła Kraków przerżnęła u siebie 0:3 z Wisłą Płock w ramach 4. kolejki ligowej sezonu 2020/21. Podopieczni Artura Skowronka zostali zmasakrowani na własnym stadionie przez „Nafciarzy” w taki sposób, że można się było wówczas poważnie zastanawiać, czy „Biała Gwiazda” nie uwikła się przypadkiem w rozpaczliwą walkę o […]
28.02.2021
NBA
28.02.2021

Kobe Bryant w logo NBA? „To się musi wydarzyć, czarnoskórzy budowali tę ligę”

Od czasu tragicznej śmierci Kobego Bryanta, do której doszło 26 stycznia 2020 roku, w amerykańskiej przestrzeni publicznej regularnie pojawia się pomysł, by sylwetka „Black Mamby” znalazła się w nowym logo NBA. Stworzono nawet w tej sprawie petycję, pod którą podpisały się przeszło trzy miliony fanów koszykówki. Do najbardziej zagorzałych zwolenników zmiany należy słynący z szokujących […]
28.02.2021
Weszło FM
27.02.2021

Zwycięstwa Żyły i Świątek, Ekstraklasa, Liga Minus – niedziela w WeszłoFM!

Mistrzostwo świata Piotra Żyły, zwycięstwo Igi Świątek, gole Roberta Lewandowskiego – trudno było o lepszą sobotę dla polskiego sportu! Mamy jednak nadzieję, że niedziela również będzie obfitować w wielkie wydarzenia. Oto szczegóły ramówki: 9:00 – 10:00 – „W ciemno” – Marcin Ryszka razem ze swoimi gośćmi pokazuje, że bariery istnieją tylko w naszych głowach. Wiele […]
27.02.2021
Weszło
27.02.2021

Luquinhas na motorynce, Legia wygrywa w Zabrzu

Poprzedni mecz Legii z Górnikiem był takim laniem mistrza Polski, że aż Vuković stracił robotę. Michniewicz co prawda mówił przed dzisiejszym spotkaniem, że tamtego starcia nie oglądał, ale musiał mieć świadomość, że bój z Górnikiem jest pewną klamrą. Dlatego rewanż za tamtą porażkę musiał mieć wyjątkowy smak. To rewanż po ciężkim boju, w którym sędzia […]
27.02.2021
Włochy
27.02.2021

Na Juventus nie da się patrzeć

Ależ ten Juventus jest w tym sezonie słaby. Miewa „Stara Dama” oczywiście przebłyski lepszej gry, zdarza jej się wygrać od czasu do czasu ważny mecz. Jak gdyby sugerując, że już za chwilkę wszystko wróci na właściwe tory i Juve znów będzie wielkie. Ale nie jest. Podopieczni Andrei Pirlo prezentują futbol okropny. Obrzydliwy. Dzisiejszy mecz z […]
27.02.2021
Weszło
27.02.2021

Gol Alvesa? Wybitne osiągnięcie centrostrzałowej sztuki. Wybitne!

Centrostrzał to wspaniały wynalazek. Lubimy myśleć, że nasz, polski, bowiem trudno o coś bardziej ekstraklasowego. Że jego twórcą lub – w najgorszym wypadku – ojcem chrzestnym jest Marek Sokołowski. Ale podanie, które w wyniku braku precyzji autora staje się zabójczą bronią, tak naprawdę znane jest pod każdą szerokością geograficzną. Udowodnił to dziś Tiago Alves. Możemy […]
27.02.2021
Włochy
27.02.2021

Łukasz Skorupski znów obronił rzut karny. Ibra już był, teraz padło na Immobile

Łukasz Skorupski jeszcze nie tak dawno zmagał się z bardzo długą passą bez czystego konta. W Serie A nie potrafił go zachować przez 40 meczów, między 25 września 2019 (0:0 z Genoą) a 29 listopada 2020 roku (1:0 z Crotone). Jak już się przełamał, to zaraz potem doznał kontuzji i opuścił siedem kolejek. Wrócił do […]
27.02.2021
Inne sporty
27.02.2021

Dlaczego Piotr Żyła jest wyjątkowym gościem?

Jego postawa sportowa i charakter, to jedyne w swoim rodzaju połączenie nie tylko w historii naszych skoków narciarskich, ale polskiego sportu w ogóle. Jest tak specyficznym gościem, że gdyby go nie było, to trzeba by go było wymyślić. Oto kilka powodów, dla których Piotr Żyła to wyjątkowy gość. Jest ciekawym – choć nieco zwariowanym – […]
27.02.2021
Inne sporty
27.02.2021

Piotr Żyła mistrzem świata, czyli pochwała wytrwałości

Nikt wcześniej nie miał na karku tylu lat, co on, zdobywając tytuł mistrza świata. Do tej pory najstarszym triumfatorem tej imprezy był Anders Bardal, który osiem lat temu zdobywał indywidualne złoto jako 31-latek. Piotr Żyła w styczniu świętował 34. urodziny. Żaden inny skoczek w historii nie naczekał się na taki sukces tyle co on. Dziś […]
27.02.2021
Inne sporty
27.02.2021

PIOTR ŻYŁA MISTRZEM ŚWIATA W SKOKACH NARCIARSKICH!

Ten tekst wypada zacząć w jeden sposób. HEHEHEHEHE! Myśleliśmy, że może drugie złoto wreszcie zdobędzie Kamil Stoch. Że może tytuł obroni Dawid Kubacki. Że może Andrzej Stękała włączy się do walki o tytuł. Ale nie, to Piotr Żyła stanął na najwyższym stopniu podium. To Piotr Żyła został czwartym w historii polskich skoków mistrzem świata. Po […]
27.02.2021