Reklama

Szpilka i Kownacki zeszli z wojennej ścieżki. Czy zostaną mistrzami?

Kacper Bartosiak

Autor:Kacper Bartosiak

07 marca 2020, 17:00 • 8 min czytania 6 komentarzy

Po raz pierwszy ich ścieżki przecięły się 15 lipca 2017 roku. Adam Kownacki (20-0, 15 KO) był wówczas na początku drogi, z kolei Artur Szpilka (23-4, 16 KO) przystępował do pojedynku jako niedawny pretendent do mistrzowskiego tytułu i zdecydowany faworyt. W nowojorskim ringu doszło do trzęsienia ziemi, które trwale zmieniło polski boks, a wstrząsy wtórne są odczuwane do dziś. W sobotę 7 marca obaj pięściarze wyjdą do ringu po dwóch stronach oceanu, walcząc już w różnych kategoriach wagowych o kompletnie inne cele.

Szpilka i Kownacki zeszli z wojennej ścieżki. Czy zostaną mistrzami?

„To moje miasto!” – odgrażał się w 2017 roku przed walką pewny siebie Kownacki. W Nowym Jorku stoczył wprawdzie większość zawodowych pojedynków, ale to dopiero wygrana z rodakiem przyniosła w jego karierze prawdziwy przełom. Po raz pierwszy pokazał się na antenie dużej amerykańskiej telewizji, ale chyba jeszcze więcej udowodnił w ojczyźnie. Do tej pory nie traktowano go do końca poważnie – głównie za sprawą niezbyt sportowej sylwetki i braku znaczących nazwisk w bokserskim rozkładzie.

Zdecydowanym faworytem bukmacherów był Szpilka, który po ciężkim nokaucie w mistrzowskiej walce z Deontayem Wilderem (42-1-1, 41 KO) pauzował ponad rok. Mało kto pamięta, ale Kownacki wcale nie był rywalem pierwszego wyboru na powrót. „Szpila” był poważnie przymierzany do pojedynku z Dominikiem Breazealem (20-2, 18 KO) – wysoko notowanym pretendentem, którego nazwisko znaczyło wtedy dużo więcej. Pojedynek z Amerykaninem dostał jednak Izu Ugonoh (18-2, 15 KO), a po jego porażce poważnie rozważany był plan zemsty.

„To będzie duża walka. Będziecie zadowoleni, bo będzie to dużo lepszy rywal niż Adam Kownacki” – podkręcał atmosferę Szpilka. Ostatecznie skończyło się spotkaniem z rodakiem, który w dzieciństwie wyemigrował z rodziną do USA i nie był wówczas dobrze znany polskim kibicom. Wydawał się co najwyżej egzotyczną ciekawostką. Kilka miesięcy wcześniej pojawił się pomysł, by zaprosić zawodnika do ojczyzny i pokazać kibicom na jednej z dużych gal, ale pojawił się „problem”.

„Jeśli miałbym namawiać go do Polsat Boxing Night, to musielibyśmy troszkę o sylwetce pogadać, żeby tak zbliżył się do pana Izu jeśli chodzi o rzeźbę. To jednak jest show biznes i musimy dbać o wszystko, o estetykę” – tak komentował sprawę Marian Kmita, szef sportu w Polsacie. Temat upadł, a Kownacki szedł swoją ścieżką, niespecjalnie przejmując się uwagami dotyczącymi muskulatury.

Reklama

Walka ze Szpilką spektakularnie pokazała, że pozory mylą. Dziś wiemy jednak, że forma Kownackiego z tamtego pojedynku pod pewnymi względami była… najlepsza w całej jego karierze. Do ringu wyszedł po profesjonalnym obozie przygotowawczym pod okiem doktora Jakuba Chyckiego i sparingach w Polsce z Tomaszem Adamkiem (53-6, 31 KO) i Michałem Cieślakiem (19-1, 13 KO). Ważył najmniej od początku kariery.

Jeden w górę, drugi w dół…

Z czasem stało się to widoczne wręcz jaskrawo, bo w kolejnych występach „Babyface” regularnie wnosił do ringu po kilka kilogramów więcej. Nie przeszkodziło mu to w notowaniu kolejnych zwycięstw, ale można było też odnieść wrażenie, że w niektórych walkach negatywnie odbijało się na dynamice. Sam zainteresowany długo starał się bagatelizować ten problem.

Po wygranej ze Szpilką konsekwentnie podnosił poprzeczkę. W kolejnych latach odprawił między innymi byłego mistrza świata Charlesa Martina (28-2-1, 25 KO) i dwóch niedawnych pretendentów do tytułu – Geralda Washingtona (20-4-1, 13 KO) i Chrisa Arreolę (38-6-1, 33 KO). Walka z tym ostatnim pobiła długoletni rekord liczby wyprowadzonych ciosów w wadze ciężkiej. To było dwanaście rund ostrej bijatyki, w której nikt nie chciał paść na deski.

Porażka z rodakiem na długo wykoleiła pewnego siebie Szpilkę. Po niej z hukiem zakończył amerykański etap kariery – do momentu przegranej przez ponad dwa lata trenował na miejscu pod okiem Ronniego Shieldsa. Na początku odważnie zapowiadał, że zamierza powalczyć o rewanż, ale ten temat nigdy nie nabrał rozpędu. „Artur musi teraz zasłużyć na walkę ze mną” – tłumaczył nam w 2018 roku Adam Kownacki.

Reklama

Okazało się jednak, że przyszłość Szpilki wcale nie jest związana z wagą ciężką. Po porażce w Nowym Jorku nawiązał współpracę z Andrzejem Gmitrukiem. W debiucie wypunktowali na Stadionie Narodowym Dominika Guinna (38-13-1, 26 KO), jednak ich drugi wspólny pojedynek z Mariuszem Wachem (35-6, 19 KO) był prawdziwą drogą przez mękę. Ostatecznie „Szpila” wygrał niejednogłośną decyzją sędziów, ale w ostatniej rundzie wylądował na deskach i był na skraju kolejnej porażki przed czasem. 

Trener Gmitruk po walce przekonywał, że doskonale wie co poszło nie tak podczas przygotowań. Kilka dni po walce zmarł w tragicznych okolicznościach i nie zdążył wcielić planu w życie, a jego podopieczny znów znalazł się na rozdrożu. Nie chciał znów wyjeżdżać, a w Polsce na horyzoncie nie było widać dla niego odpowiedniego trenera. W ostatniej dekadzie tylko Fiodor Łapin mógł się pochwalić doprowadzaniem podopiecznych na mistrzowski poziom, ale współpraca z nim z wielu względów nie była możliwa. 

Obu łączy długa i skomplikowana historia, ale utrzymują dobre relacje. To właśnie trener Łapin podrzucił nazwisko Romana Anuczina – rosyjskiego szkoleniowca pracującego ostatnio w Hiszpanii. Zaiskrzyło – Szpilka znów uwierzył w siebie i zapowiedział kolejny atak na szczyt wagi ciężkiej. Oczywiście w swoim stylu i na własnych warunkach, czyli bez żadnej miękkiej gry. Walka na przetarcie się z niżej notowanym przeciwnikiem nie wchodziła w grę – to znów musiało być coś naprawdę dużego.

Tak się złożyło, że w 2019 roku partnera do tańca poszukiwał akurat Dereck Chisora (32-9, 23 KO). Brytyjski weteran po ciężkim nokaucie z rąk Dilliana Whyte’a (27-1, 18 KO) nie zakończył kariery, ale nawet najwięksi fani jego talentu raczej zdawali sobie sprawę, że będzie mu ciężko dogonić elitę. Pod wieloma względami było to więc ciekawe zestawienie dwóch pięściarzy po przejściach – zwycięzca mógł liczyć na kolejną szansę, przegrany odpadał z wielkiej gry.

Walka skończyła się szybko i brutalnie – Szpilka padł na deski po serii mocnych ciosów już w drugiej rundzie. Czwarta porażka w karierze (wszystkie przed czasem) dała pięściarzowi do myślenia. Postanowił wrócić w nowej odsłonie, schodząc do kategorii junior ciężkiej (limit – 90,7 kg). Mało kto pamięta, ale to właśnie w tej wadze sprawdzał się w 2011 roku zanim trafił do więzienia. To właśnie pobyt za kratami sprawił, że przybrał kilkanaście kilogramów i zapragnął bić się z olbrzymami.

Niemożliwe stało się realne?

Temat powrotu do dawnej kategorii powracał już wcześniej, ale długo nastroje tonował przede wszystkim sam Szpilka. Dla nikogo nie było tajemnicą, że to pięściarz, który między walkami lubi zjeść i nie przejmuje się kilogramami w jedną czy drugą stronę. W 2019 roku nawiązał kontakt z dietetykiem Jackiem Feldmanem i postanowił spróbować. Pierwszy raz zrobił wagę „na próbę” podczas obozu, kończąc zbijanie kilogramów sparingiem z Kamilem Bodziochem (6-0, 2 KO). Wszystko wyglądało optymalnie, więc kolejnym krokiem jest już zawodowa walka.

„Próbowałem Artura mocno motywować do wagi cruiser… Ale on naprawdę lubi i potrafi zjeść. To był największy błąd Fiodora Łapina i mój, że po Artura wakacjach nie schodziliśmy w dół. Może konto byłoby mniejsze, a tytuł mistrza świata byłby jego” – zastanawiał się w mediach społecznościowych Andrzej Wasilewski, długoletni promotor pięściarza. „Wakacje” to oczywiście pobyt w więzieniu. W 2009 roku Szpilka był pięściarzem wagi junior ciężkiej, jednak dwa lata później wracał na ring wnosząc 20 kilogramów obywatela więcej.

W sobotę na drodze „Szpili” stanie doskonale znany polskim kibicom Serhij Radczenko (7-5, 2 KO). Patrząc na bilans tego pięściarza można ulec złudzeniu, że zanosi się na łatwą robotę. Nic bardziej mylnego – Ukrainiec miał na deskach Krzysztofa Głowackiego (31-2, 19 KO), a Adam Balski (13-0, 8 KO) w ostatniej rundzie walczył o życie. Ostatecznie Polacy wygrywali nieznacznie na punkty.

W pozostałych przegranych walkach Radczenko również pokazywał serce do walki i twardą szczękę. Jeśli padał na deski, to błyskawicznie z nich wstawał. Pewnie pokonał go tylko Cieślak, a w ostatnich miesiącach pokazał się z dobrej strony w starciach z marzącymi o wielkich celach Rosjanami. Jako pierwszy poważny test dla „pięściarza po przejściach” wydaje się być optymalnym wyborem. Transmisja walki Szpilka – Radczenko około 23 w TVP Sport i TVP 1.

Kilka godzin po powrocie Szpilki do nowej-starej kategorii wagowej, w słynnej nowojorskiej hali Barcleys Center wyjdzie Adam Kownacki. Tym razem w walce wieczoru i to do pojedynku z Robertem Heleniusem (29-3, 18 KO), w którym będzie zdecydowanym faworytem. Kilka lat temu 36-latek z Finlandii był zawodnikiem z czołówki, ale dziś wygląda na pięściarza już nieco rozbitego. Wystarczy powiedzieć, że niedawno znokautował go Washington – ten sam, którego „Babyface” skończył w dwie rundy. Transmisja walki Kownacki – Helenius około 4 nad ranem w Polsacie Sport.

Fina podczas wspólnych sparingów dobrze poznał przed rokiem… Artur Szpilka. A relacje między zwaśnionymi niegdyś stronami dziś wyglądają zupełnie inaczej niż jeszcze kilkanaście miesięcy temu. „Wiem, kto wygra w sobotę. Ja też trzymam za Arturem kciuki. Powodzenia w nowej starej wadze!” – napisał w mediach społecznościowych Kownacki. „Wiem, że go zmieciesz. Baw się dobrze!” – odpowiedział niedawnemu pogromy „Szpila”. Może to na pierwszy rzut oka nic specjalnego, ale w polskim boksie takich zachowań nie mamy jednak zbyt wiele.

Na co obaj pięściarze mogą liczyć w dłuższej perspektywie? Wygrana pozwoli Szpilce z miejsca trafić do czołówki rankingu kategorii junior ciężkiej w statystycznym portalu Boxrec. Tradycyjnie jednak największą przeszkodą może być dla siebie sam zainteresowany. Jeśli pozwoli promotorom wykonywać swoją robotę i nie zacznie się wyrywać do kolejnej walki o wszystko, to w nowej kategorii może celować wysoko. O ile oczywiście kolejne nokauty nie odbiły się na jego zdrowiu, ale odporność na ciosy powinien przetestować właśnie Radczenko.

Przypadek Kownackiego jest bardziej skomplikowany. Mimo pięknego rekordu i podręcznikowo prowadzonej kariery wszystkie plany zrujnowała niedawna porażka Wildera. Polak był szykowany jako kolejny rywal mistrza – obaj byli w końcu częścią tego samego projektu, Premier Boxing Champions. Amerykanin w lutym stracił tytuł z Tysonem Furym (30-0-1, 21 KO), co kompletnie zmieniło układ sił na pięściarskiej planszy.

W lipcu obaj zmierzą się po raz kolejny i wyraźnym faworytem będzie Brytyjczyk. Jeśli wygra, to skieruje uwagę w stronę Anthony’ego Joshuy (23-1, 21 KO) i historycznej walki, która może wyłonić pierwszego od ponad dwóch dekad niekwestionowanego mistrza wagi ciężkiej. Kownacki będzie mógł czekać i… podejmować się kolejnych wyzwań. Już teraz mówi się o tym, że w drugiej połowie 2020 roku jego rywalem może zostać Andy Ruiz (33-2, 22 KO), a wtedy rekord liczby ciosów poprawiony niedawno przez Polaka i Arreolę będzie poważnie zagrożony.

KACPER BARTOSIAK

Fot. Newspix.pl

Najnowsze

EURO 2024

Dawidowicz nie trenuje. Przed Holandią obronią nas Bednarek i Salamon?

Jakub Białek
6
Dawidowicz nie trenuje. Przed Holandią obronią nas Bednarek i Salamon?

Inne sporty

Komentarze

6 komentarzy

Loading...