post Avatar

Opublikowane 23.12.2019 11:28 przez

Sebastian Warzecha

W Europie jest zupełnie nieznany, za to w Szwajcarii rozpoznają go niemal wszyscy. Christan Stucki, bo o nim mowa, uprawia Schwingen, czyli szwajcarskie zapasy. W sierpniu tego roku wygrał największe i najważniejsze zawody w swojej dyscyplinie. Już wcześniej niezwykle popularny w swoim kraju, po tym sukcesie stał się absolutną gwiazdą. Tak wielką, że w głosowaniu na sportowca roku pokonał w swej ojczyźnie nawet samego… Rogera Federera. „Ale skąd to uwielbienie fanów?” zapytacie? I na to pytanie właśnie tu odpowiemy.

O sporcie

Dobra, domyślamy się, że wielu z was nigdy wcześniej nie słyszało o Schwingen. Wypadałoby więc trochę o tym opowiedzieć, bo inaczej cały ten tekst nie miałby sensu. A poza tym to całkiem ciekawa rzecz. Wiadomo, dyscyplina teoretycznie bardzo prosta w swych założeniach. To w końcu tylko zapasy, ale choćby tło, jakie jej towarzyszy – to już sprawa nieco bardziej skomplikowana. Zacznijmy więc od niego.

Tradycyjnie był to męski sport, ale dziś siłują się też kobiety. Korzenie Schwingen sięgają trzynastego wieku, a pierwotnie uprawiali go wyłącznie farmerzy w rejonie Alp. Skąd to wiemy? To z tamtego okresu pochodzą najstarsze malunki, prezentujące zapaśników – znajdziecie je w kościele w Lozannie. Potem sport niemal zaginął. Zresztą przez jakieś dwa stulecia był nawet zabroniony. Zakaz skończył się jednak w XVIII wieku i tradycja powróciła. Ba, rozrosła się. W 1805 roku zorganizowano pierwsze „alpejskie zawody”, zlokalizowane przy ruinach zamku Unspunnen.

Schwingen to stary sport, który był obecny w Szwajcarii od dawna. Wywodzi się z innych form zapasów. Pierwotnie zapaśnicy pozostawali w strojach, które nosili na co dzień, podwijali jedynie nogawki spodni. […] Klasycznym testem dla zapaśników był Bruenig, w którym zapaśnicy ze środkowej Szwajcarii spotykali tych z rejonu Berna, żeby zobaczyć, kto jest najmocniejszy – mówił Ernst Schlaepfer, pracujący przy organizacji współczesnych zawodów.

Dziś ten sport to tradycja, ale też biznes. Zresztą wzbudza to spore kontrowersje. Wielu uważa, że zapaśnicy nie powinni mieć sponsorów. Trafiają się nawet fani, którzy – właśnie ze względu na postępującą komercjalizację – po prostu przestali przychodzić na zawody. Zapaśnicy noszą dziś czarne spodnie, kolorowe koszulki (czyste, choć na co dzień chodzą w takich z logiem sponsora, Stuckiego wspiera na przykład szwajcarski Lidl) i specjalne pasy (właściwie spodenki, ale zwykle używa się właśnie słowa „pasy”), za które wzajemnie się łapią i próbują przewrócić.

No i właśnie, skoro o przewracaniu mowa, to czas na zasady. Typowa walka trwa kilka minut. Osiem, dziesięć, czasem nawet dłużej. Zależy od zawodów. Ale tylko wtedy, gdy nikomu nie uda się przewrócić przeciwnika na łopatki, podnosząc go za wspomniany pas i cały czas trzymając w odpowiedni sposób. Jeśli ktoś zrobi to wcześniej – koniec, finito. Ring, o ile tak można to nazwać, jest okręgiem. Walczy się na świeżym powietrzu. W przypadku, gdy nikomu nie uda się obalić przeciwnika, zwycięzcę wybiera trzyosobowe jury. Podobno wyróżnić możemy aż sto ruchów, używanych przez zapaśników, często podobnych do tych używanych w judo. Szkopuł w tym, że najczęściej stosowanych jest tylko… pięć.

Największe zawody, organizowane raz na trzy lata, to Eidgenössisches. Wiemy, trudna nazwa, dlatego pójdziemy tropem innej, potocznej i będziemy nazywać je „igrzyskami alpejskimi”. To na nich wybiera się „króla”, czyli najlepszego zapaśnika w kraju. Ten w nagrodę dostaje byka (tak, byka, takie zwierzę) i sporo kasy. Poza tym – zainteresowanie mediów i fanów w całym kraju. W zawodach nie ma podziału na kategorie wagowe. Dlatego uprawiający Schwingen to zwykle sporzy goście, którzy wykorzystują swoją siłę. Stucki mierzy na przykład niemal dwa metry i waży około 140 kilogramów, choć to już przykład ekstremalny. Zwykle kręci się to w okolicach 185-190 centymetrów i stu kilo.

Schwingen, jak już mogliście się domyślić, to jeden z tradycyjnych sportów narodowych Szwajcarii i za taki jest uważany przez samych mieszkańców tego kraju. Ale na igrzyskach alpejskich rozgrywa się też dwie inne konkurencje. W jednej rzuca się głazami. No i to w sumie tyle. Istnieje podział na kilka konkurencji, według wagi – 20, 40 i 83,5 kilograma. Druga konkurencja to Hornussen, sport drużynowy, wyglądający jak skrzyżowanie golfa z baseballem. I tyle wiedzy w tej kwestii nam wystarczy.

Co jeszcze warto wiedzieć? Że z postępującą komercjalizacją Schwingen stało się wielką atrakcją. W ciągu kilku dni ostatnich igrzysk alpejskich na stadion przyszło ponad 400 tysięcy osób! Zresztą sam stadion to też ciekawa budowla – wybudowany tymczasowo, a pomieścić mógł dobrze ponad 50 tysięcy fanów. – Gazety, radio i telewizja wręczyły ten sport ludziom. W erze globalizacji fani szukają „prawdziwej Szwajcarii”, potrzebują czegoś, z czym mogą się identyfikować. Chcą czuć się odrębni od reszty świata i Europy. Sport i tradycja im w tym pomaga – mówili Ernest Schlaefli, były zapaśnik, oraz Ernst Schlaepfer.

Globalizacja jest jednak obecna i tu. Bo Schwingen wymyka się Szwajcarii, interesuje turystów, a nawet oficjeli spoza kraju. Ostatnie igrzyska alpejskie oglądał choćby… król Tonga. Ale tu akurat istnieje pewne, zresztą ciekawe wyjaśnienie. Była to bowiem wizyta prywatna. Tupou VI, jak zwie się monarcha tego niewielkiego kraju z Oceanii, jest krewnym rodziny Muellerów z Zugu, miejsca, gdzie odbywały się igrzyska.

W 1885 roku mój pradziadek odbył podróż z Zugu na Tonga. Poszukiwał brata, który wyruszył na wyprawę i nigdy nie powrócił. Pradziadek też nie wrócił, zakochał się w jednej z lokalnych kobiet. Poślubił ją, mieli dwanaście dzieci. Na początku XX wieku wysłał jednego z synów, mojego dziadka, do Szwajcarii, by tam studiował. Ten na uniwersytecie w Zurychu poznał studentkę z Belgradu. Poślubił ją w 1920 roku, oboje wrócili na Tonga. Mój ojciec urodził się w 1928 roku. Krótko przed wybuchem II wojny światowej, dziadek powrócił do Szwajcarii wraz z całą rodziną – opowiadał szwajcarskim mediom Luka Mueller.

Reszta dzieci jego pradziadka, pozostała na Tonga. I dziś żyje tam około stu osób, które noszą nazwisko Mueller, kolejnych kilkadziesiąt znajdziecie na Fidżi. Luka często podróżuje na tamtejszy wyspy, zwykle odwiedza też króla, z którym się zaprzyjaźnił. Dlatego zaprosił go na igrzyska. I król przybył.

Na miejscu obserwował koronację innego króla.

O bohaterze

Christian Stucki, czyli… zupełnie normalny facet. Poza wzrostem, wagą i tym, że zna go cała Szwajcaria. Gdyby jednak nie uprawiał zapasów, prawdopodobnie wyróżniałby się tylko fizycznością. To dusza towarzystwa, wesoły gość, który lubi rozmawiać z ludźmi. Choć nie zawsze było mu lekko – w szkole, ze względu na wspomniany wzrost i wagę – często padał ofiarą docinków ze strony kolegów. W końcu mama powiedziała mu, że może się bronić. Zrobił to na tyle dobrze, że gość, który mu dokuczał, stracił zęba. Christianowi było na tyle przykro, że już nigdy więcej tego nie powtórzył.

Zresztą o charakterze Stuckiego często mówiono w mediach. Że jest miły, pomocny, towarzyski, sympatyczny, otwarty i… to bardzo źle. Przynajmniej dla jego kariery sportowej. Wielu twierdziło, że jest zbyt łagodny, przez co często zdarzało mu się przegrywać najważniejsze walki. – Byłem dobrym niedźwiadkiem, który w ringu nie był w stanie uwolnić zwierzęcej natury – tak ujmował to on sam. Jego koledzy byli kiedyś podobno tak zdesperowani, że obudzili go w środku nocy i zaczęli zanurzać jego głowę w basenie. Mieli nadzieję, że to wkurzy go wystarczająco mocno, by tę naturę obudzić. Wkurzyło. Według relacji tych, którzy to widzieli, czterech facetów przeleciało wtedy dobrych kilka metrów. Ale Christian szybko wrócił do swojego zwykłego stanu. Zmienić to udało mu się dopiero w 2017 roku, po sesjach z coachem i psychologiem.

Poza ringiem się jednak nie zmienił. Nawet teraz, mimo że już wcześniej był gwiazdą, a teraz stał się idolem wielu Szwajcarów, prowadzi zupełnie zwyczajne życie. W ciągu roku, gdy akurat nie startuje, pracuje jako kierowca ciężarówek. – Czy zostanę w pracy? Oczywiście. W pewnym momencie będę musiał znów zacząć pracować na pełen etat. Wcześniej pracowałem u rzeźnika, trzy dni w tygodniu. Pracuje też moja żona, wymieniamy się opieką nad dziećmi. Byłbym w stanie wyżyć bez pracy. Ale nie chcę być profesjonalnym sportowcem. Praca jest dla mnie niemal relaksem. Kiedy jestem w drodze, mogę się na moment wyłączyć, uspokoić myśli, a jeśli chcę, to mogę też udzielić wywiadów przez telefon – mówił.

A jak właściwie zaczął uprawiać Schwingen? Do sportu wprowadził go jego ojciec, Willi. Bez presji, ot, żeby młody chłopak po prostu poznał tę dyscyplinę. Chrigu, jak często nazywa się Stuckiego, podobno od zawsze był wysportowany i interesował się wieloma dyscyplinami. Grał w piłkę, świetnie ogarniał mini golfa, a warunki fizyczne pozwalały mu próbować sił właśnie w sportach walki. I ostatecznie na nie postawił. Od dzieciaka trenował naprawdę poważnie, dyscyplinie poświęcał mnóstwo czasu. Miał też świetnego nauczyciela, bo Willi to były zapaśnik, zresztą kilkukrotny mistrz lokalnych zawodów.

Miło, że dzięki temu zawsze będziemy mieli coś wspólnego – mówił ojciec, który z syna jest niesamowicie dumny. Zresztą był od dawna. Już w wieku 16 lat Christian pojawił się w telewizji, bo był młodym, utalentowanym zapaśnikiem, który jechał na swoje pierwsze igrzyska alpejskie. Szybko więc stało się jasne, że może osiągnąć wiele. Jednak na największe sukcesy trochę poczekał, a o tym, że ostatecznie je odniósł, zadecydowało – zdaniem jego ojca – poznanie Cecile, dziś już żony Christiana. To przy niej się zmienił, wydoroślał i uporządkował swoje życie. Gdy pojawiły się dzieci, stał się, jak mówi sama Cecile, „wspaniałym ojcem”, a przy tym był skoncentrowany na sporcie jak nigdy wcześniej.

Od tamtego czasu odniósł mnóstwo sukcesów na wielu imprezach. Brakowało mu jednak tego największego.

O historii

Szwajcaria pokochała Christiana Stuckiego sześć lat temu. Był wtedy wielkim faworytem do zdobycia tytułu króla. W finale jednak przegrał, całe zawody skończył na drugim miejscu. Został jednak „królem serc”. Zdobył je, gdy pocałował ostatecznego triumfatora w głowę, oddając mu honory i uznając za lepszego. Gest robił tym większe wrażenie, że mowa o człowieku, którego wielu uważało za najlepszego zapaśnika ostatniego dziesięciolecia. Miał prawo czuć się rozczarowany. I pewnie był. Stać go jednak było na uznanie wyższości Matthiasa Sempacha, swojego kolegi, który został królem.

Trzy lata później też się nie udało. Został 2019 rok. Co prawda Stucki nie mówił nic o końcu kariery, jednak wszyscy eksperci podkreślali, że jeśli chciałby coś osiągnąć, to tylko teraz, tylko w tym roku, tylko w Zug. Nigdy nie było bowiem tak starego triumfatora, jakim mógłby zostać 34-letni Christian. Za trzy lata w świecie Schwingen byłby już tak naprawdę dziadkiem. Bez szans na triumf. Po drodze przytrafił mu się jednak mały dramat.

Kontuzja. Ot, życie sportowca. Tak to już bywa. Przytrafiła się na początku sezonu, w maju. Do startów wrócił dopiero początkiem sierpnia, ale na jedynych zawodach, w których wystartował, zajął zaledwie szóste miejsce i prezentował się kiepsko. – Na początku kłóciłem się z kontuzją. Wiedziałem jednak, że jeśli będę dobrze trenować, może mi się udać wrócić. Odbywałem cztery albo pięć sesji treningowych w tygodniu. Starałem się dobrze wypoczywać. Chciałem być w pełni sił na igrzyska. […] Jestem pozytywnie nastawiony. W ostatnich tygodniach trenowałem sporo i dobrze. Inni w tym czasie się siłowali, rywalizowali. Może będą zmęczeni? – mówił przed startem.

Nic nie było jednak pewne. Willi Stucki wspominał, że gdy dowiedział się o kontuzji syna, do oczu napłynęły mu łzy. Bo wiedział, że dla Christiana to najprawdopodobniej ostatnia szansa na zdobycie jedynego brakującego mu tytułu do skompletowania „Wielkiego Szlema”, złożonego ze zwycięstw w kilku najważniejszych zawodach. Taka sztuka udała się wcześniej tylko jednemu człowiekowi. Christian miał spróbować też to zrobić. Kontuzję udało się bowiem doleczyć. Do Zug jechał jednak nie w roli faworyta. Wręcz przeciwnie – bliżej było mu do outsidera.

Wśród faworytów wymieniało się za to zawodników o kilka, a nawet kilkanaście lat młodszych. I faktycznie, młodzież radziła sobie naprawdę nieźle. A Stucki? Przy bardzo trudnym rozstawieniu – mierzył się z całą czwórką głównych faworytów do tytułu, podczas gdy każdy z nich siłował się z maksymalnie dwójką z największych rywali – zdołał odnieść kilka zwycięstw, ale dość szybko stracił też cenne punkty. Przed siódmą, decydującą walką, wiadomo było, że nie ma szans na awans do finału, o ile nie pomogą mu rywale.

Pomogli, inne pojedynki ułożyły się po jego myśli. Stucki dostał się do walki finałowej po raz drugi w swojej karierze. Tuż przed nią… płakał w szatni. Przy kolegach. – Pewnie byli nieco zaskoczeni. Zostawili mnie jednak w spokoju. Uspokoił mnie trener. Uderzyło mnie całe to napięcie. Nagle znalazłem się w finale. Musiałem to uwolnić. Możliwe, że właśnie tego potrzebowałem. Byłem zdeterminowany. Sześć lat wcześniej nie wierzyłem w sukces aż tak. Tym razem wiedziałem, że jeśli odpuszczę, przegram – mówił dziennikarzom.

Stucki powtarzał, że sam zdawał sobie sprawę z tego, że więcej szans może nie otrzymać. Mówił mu to też jego trener. – To twoja walka. Dla siebie, dla rodziny. Możesz to zrobić – powiedział swojemu podopiecznemu tuż przed decydującą walką. Christian musiał ją wygrać. Gdyby mu się nie udało, nie zdobyłby tytułu króla. Nie było innego rozwiązania. Naprzeciwko niego stał Joel Wicki. Dwudziestodwuletni, piekielnie utalentowany, jeden z czwórki początkowych faworytów. Wystarczał mu remis, teoretycznie mógłby po prostu próbować odpierać ataki rywala. Bo pewne było, że Stucki się do nich rzuci, wykorzystując przewagę fizyczną.

Bo, powtórzmy to jeszcze raz, Christian musiał wygrać. Musiał.

Więc wygrał.

O triumfie

42 sekundy. Tyle trwała finałowa walka i tyle czasu zajęło Christianowi Stuckiemu spełnienie marzenia. Został królem, którym – teoretycznie – nie miał prawa zostać. Był za stary, stracił swoją szansę sześć lat wcześniej. Nikt w takim wieku nie został wcześniej zwycięzcą Eidgenössisches. Nikt, aż do czasu triumfu Christiana. – Nie miałem już wielkich nadziei, że wejdę do finału. Gdy się udało, w nim też dostałem bardzo trudnego rywala. Udało mi się go jednak szybko pokonać. Kiedy dowiedziałem się, że w ogóle wszedłem do finału, byłem wręcz sparaliżowany. Udało mi się jednak odpowiednio do niego przygotować. […] W pierwszym momencie po walce nie zrozumiałem, co się stało. Myślałem, że sędzia powiedział, że nie ma rozstrzygnięcia. Potem zobaczyłem znak i zrozumiałem, że wygrałem. Byłem niesamowicie szczęśliwy. To były moje siódme igrzyska. W końcu się udało. Czuję satysfakcję, że mój wysiłek się opłacił. Wiele w to zainwestowałem – mówił po finale.

Po decydującej walce przytulił i ucałował żonę. Potem powtarzał, ile jej zawdzięczał i że to dzięki niej udało mu się zostać królem. Co z kolei oznacza, że ona została królową. – Bez niej nie byłoby to możliwe. Dbała o mnóstwo rzeczy i wszystkim się zajmowała. Jestem jej bardzo wdzięczny – mówił Christian. Eksperci zgodnie przyznawali, że oboje mogą nosić swoje tytuły jak najbardziej zasłużenie. Po walce Stucki odbębnił sesje z mediami, udzielił dziesiątki wywiadów, poświętował i o drugiej w nocy ruszył do wynajętego pokoju hotelowego… na rowerze.

Po sukcesie dostałem mnóstwo zaproszeń do wielu programów. Wspaniałe przyjęcie zorganizował też Andreas Hegg, burmistrz Lyss. Potem wyjechałem na wakacje. Naładowałem baterie, wypocząłem. Mój szef skorzystał z mojego sukcesu – rozdawał klientom małe kiełbaski, ochrzczone mianem „kiełbasek króla Schwingen”. Poza tym dał mi tydzień wolnego – opowiadał Stucki. W domu czekało go zresztą wspaniałe powitanie. Trwał tam akurat festiwal, którego Christian został największą gwiazdą. Wszyscy bili mu brawo, nosili go na rękach (a nie jest to łatwe, zauważmy), zmieniono nawet nazwę jednej z ulic i ochrzczono ją jego nazwiskiem. Wszyscy pytali też: co teraz? Emerytura?

Jako król musisz panować, jeśli tylko możesz. Teraz przede mną trzy ekscytujące lata. W przyszłym roku Szwajcarska Federacja Schwingen będzie obchodzić 125. rocznicę utworzenia. Chciałbym w tym momencie wciąż być aktywnym zawodnikiem. Poza tym fizycznie i mentalnie czuję się bardzo dobrze. Cel jest taki, by za trzy lata wziąć udział w kolejnych igrzyskach alpejskich. Moja żona ostatnio mówiła, że mógłbym uprawiać ten sport i przez sześć lat. Nie chciałbym jednak kończyć w miejscu, od którego zacząłem. Nie chcę przegrać cztery razy na jednej imprezie i wrócić do domu pokonany – mówił.

Niech więc żyje król. Co najmniej przez najbliższe trzy lata.

O spotkaniu

To było w październiku, dwa miesiące po tym, jak Christian Stucki wygrał Eidgenössisches. W Bazylei trwał turniej ATP 500. Ranga może i nie najwyższa, ale rokrocznie podnosi ją pojawienie się na nim Rogera Federera. Bo to przecież jego „domowa” impreza i zawsze chętnie walczy o zwycięstwo w niej. W tym roku na trybunach pojawił się też Stucki i spotkał się z prawdopodobnie najbardziej znanym Szwajcarem na całym świecie.

Roger to niesamowita osobowość. Został szczery i skromny mimo wszystkich swych sukcesów. Jest na kompletnie innym poziomie. Nawet dla mnie to wielki sportowiec, a przecież ja też coś wygrałem i znam trochę osób. Czapki z głów za to, co osiągnął – mówił Stucki, który wręczył Federerowi (za duże jak Rogera) spodenki do uprawiania Schwingen. Sam dostał podpisaną rakietę i prośbę o to, by Rogera nie dotykał. Bo jeszcze połamie.

Dlaczego w ogóle wspominamy o tym spotkaniu? Bo kolejne dwa miesiące później obaj znów się spotkali. W głosowaniu na najlepszego sportowca Szwajcarii. Udział biorą w nim dziennikarze (2/3 głosów) i fani (1/3). Wśród widzów Stucki otrzymał aż 52,02 procent głosów. U dziennikarzy było nieco gorzej, ale łącznie zebrał ich ponad 30 procent. Po podliczeniu okazało się, że wyprzedził Federera o niespełna 9 punktów procentowych.

Został tym samym pierwszym zawodnikiem uprawiającym Schwingen, którego wybrano najlepszym sportowcem w kraju. Co by jednak nie pisać – zasłużył.

SEBASTIAN WARZECHA

Opublikowane 23.12.2019 11:28 przez

Sebastian Warzecha

Zaloguj się albo komentuj jako gość
Liczba komentarzy: 0
avatar
 
Zdjęcia
 
 
 
Audio i wideo
 
 
 
  Subskrybuj  
Powiadom o
Weszło
26.09.2020

Inter chyba sam nie wierzy w to, co dzisiaj zrobił

Końcowe minuty meczu Interu z Fiorentiną wyglądały jak runda „Trach, trach, trach” w „Awanturze o starych Słowaków”. 120 sekund i na chwilę przed końcowym gwizdkiem z 2:3 zrobiło się 4:3. Powiedzieć, że Nerazzurri wrócili z dalekiej podróży, to nie powiedzieć nic. Po prostu zobaczyliśmy dziś wesoły, otwarty futbol w wykonaniu obydwu drużyn. Albo inaczej: obejrzeliśmy typowy mecz […]
26.09.2020
Hiszpania
26.09.2020

Tak powinien wyglądać futbol, tak nie powinno wyglądać VAR-owanie

Za nami pewnie jeden z najlepszych meczów tych pierwszych tygodni sezonu 2020/21. Betis z Realem Madryt stworzyli dzisiaj prawdziwy futbolowy spektakl, który najchętniej przedłużylibyśmy jeszcze o drugie 90 minut. Z drugiej strony na scenie towarzyszyły im też czarne charaktery w postaci ekipy sędziowskiej, mylącej się we wszystkie strony i nieznośnie szarpiącej całą grę. Choć jednocześnie […]
26.09.2020
Weszło
26.09.2020

Zagłębie założyło Jagiellonii kaganiec. Miedziowi na podium

Jagiellonia, gdyby dziś wygrała u siebie z Zagłębiem, wskoczyłaby na fotel wicelidera tabeli. Brzmi to poważnie. Prawie jak sensowna drużyna. No więc Jaga zadała kłam tym pogłoskom, pierwszy celny strzał z Miedziowymi oddając w dziewięćdziesiątej minucie, a przez cały mecz stwarzając ćwierć groźnej sytuacji. Walenie głową w mur poziom ekspercki, przy tym lekcja gry obronnej […]
26.09.2020
Weszło
26.09.2020

PILNE: Jerzy Brzęczek zakażony koronawirusem

Nie są to najlepsze dni dla Jerzego Brzęczka. O tym, jakie reakcje wywołała jego biografia, wszyscy już chyba wiedzą. Natomiast o ile z książki można się pośmiać, tak z najnowszych kłopotów żartować nie zamierzamy. PZPN poinformował, że selekcjoner reprezentacji Polski jest zakażony koronawirusem. Zdążyliśmy już trochę zapomnieć o COVID-19 w świecie polskiego sportu, bo zakażonych […]
26.09.2020
Weszło
26.09.2020

Walukiewicz utrzymał miejsce w składzie i tyle z dobrych wiadomości

Sebastian Walukiewicz po raz kolejny wyszedł w pierwszym składzie Cagliari i zagrał pełne 90 minut, nie będąc nawet bezpośrednio zamieszanym w bramki stracone przez ten klub. Właściwie na tym moglibyśmy zakończyć tekst. Zawiera wszystkie dobre informacje: bo Walukiewicz utrzymał miejsce w składzie i nie odwalił żadnego babola. Zawiera jednak również informacje złe: bo całe Cagliari […]
26.09.2020
Weszło
26.09.2020

Podbeskidzie przyjęłoby kilka bramek nawet od wioski Muminków

Staraliśmy się przed dzisiejszym meczem Podbeskidzia wlać nieco optymizmu w serca kibiców tej drużyny, szukając usprawiedliwień dla marniutkiej obrony. Myśleliśmy: może terminarz był trudny, skoro bielszczanie grali z całą czołówką? Może potrzebują chwili, by okrzepnąć na poziomie Ekstraklasy? Wierzyliśmy bowiem, że nie mogą być aż tak słabi i podawać podobną padlinę co tydzień. Ale być […]
26.09.2020
Niemcy
26.09.2020

Gikiewicz znowu zwycięski, czyli Augsburg pokonuje BVB

Na papierze sensacja. Ale tylko na papierze. To absolutnie nie był fatalny występ w wykonaniu Borussii Dortmund, ale Augsburg też wcale nie miał farta, że pyknął faworyzowanego rywala. Ekipa Rafała Gikiewicza zagrała po prostu naprawdę dobre spotkanie, które zasłużenie wygrała.  Ostatni pojedynek pomiędzy tymi zespołami miał scenariusz lepszy niż filmy Quentina Tarantino. Augsburg prowadził do […]
26.09.2020
Weszło
26.09.2020

Raków traci wynik w ostatniej chwili? Nowe, nie znaliśmy. Ale Pasy zasłużyły na remis

Może przy Kałuży nie do końca udało się odtworzyć receptę na sukces według Hitchcocka, ale trzęsienie ziemi na początek i zabójcza ostatnia scena? To dostatecznie dużo, by i sam mistrz scenariusza wybaczył przestoje w środkowej części meczu. Po Górniku także druga rewelacja otwarcia sezonu straciła punkty z krakowskim zespołem – Raków przy Kałuży zremisował po […]
26.09.2020
Uncategorized
26.09.2020

26 września – spóźniony Dzień Dziecka dla fanów boksu i MMA!

Na taki moment fani sportów walki czekali od wielu miesięcy. W sobotę 26 września zanosi się na maraton – oglądanie można zacząć o 17 i skończyć bladym świtem. Nagroda dla najbardziej wytrwałych będzie godna – wreszcie dojdzie do długo oczekiwanego pojedynku Jana Błachowicza (26-8) o tytuł mistrza organizacji UFC w kategorii półciężkiej. Pandemiczna przerwa mocno […]
26.09.2020
Weszło
26.09.2020

Kamil Grosicki i Premier League. To nie miało prawa wypalić

Dwanaście lat temu Jimson wydał klasyk polskiego rapu – „Gorączkę w parku igieł”, nawiązującą do słynnego filmu z Alem Pacino. Na okładce tej płyty przeczytamy: gdy narkotyk staje się obsesją, jest miłość w parku igieł. Ten cytat możemy przy pomocny drobnej parafrazy przenieść na sytuację Kamila Grosickiego. Dla reprezentanta Polski obsesją stała się Premier League. Tyle […]
26.09.2020
Weszło
26.09.2020

Sroga kara za nonszalancję. Korona remisuje z Miedzią

ŁKS Łódź? Komplet zwycięstw. Arka Gdynia? Również. Korona Kielce? No cóż – kibicom kieleckiej drużyny pozostaje z zazdrością zerkać w kierunku pozostałych spadkowiczów. Dzisiaj podopieczni Macieja Bartoszka byli naprawdę blisko wywiezienia trzech punktów z Legnicy, ale znów muszą się zadowolić remisem. Trochę na własne życzenie, bo mieli naprawdę wystarczająco wiele okazji, by odebrać piłkarzom Miedzi […]
26.09.2020
Live
26.09.2020

LIVE: Zagłębie wygrywa w Białymstoku i ląduje na podium

Mamy poczucie, że warto zasiąść dziś przed telewizorem. Po pierwsze dlatego, że czekają nas obiecujące mecze. Po drugie – jutro nie obejrzymy zmagań ekstraklasowiczów ze względu na przełożone mecze przez puchary. Wychodzimy więc z założenia, że warto nasycić się dziś polską piłką kopaną. Co nas czeka? Na start mecz Cracovii z Rakowem, w którym faworytem […]
26.09.2020
Weszło
26.09.2020

Lucky Loser na Serie A w Totolotku! Zakład bez ryzyka 25 PLN

Mamy już za sobą inaugurację sezonu ligi włoskiej, jednak Serie A na dobre rozkręci się dopiero w ten weekend. Do gry wchodzą już wszystkie kluby, więc z tej okazji Totolotek przygotował dla nas kilka atrakcji. Jakich? Oprócz atrakcyjnych kursów, promocję „Lucky Loser”, dzięki której w przypadku przegranego typu zgarniemy bonus 25 PLN! Kamil Glik kontra […]
26.09.2020
Weszło
26.09.2020

Kieliba: „Wyszła nam ta kołyska dla trenera Tworka, prawda?”

– Cały czas wypominano nam, że nie mamy jeszcze strzelonej bramki, ale mam wrażenie, że zespół nie był jeszcze pod dużą presją, żeby za wszelką cenę trafić do tej bramki. Nie było obsesji. Powiedzieliśmy sobie przed meczem, że na pewno to zrobimy mając wewnętrzny spokój i duży luz. Żadnego napinania. Pierwsze minuty pokazały, że jesteśmy […]
26.09.2020
Bukmacherka
26.09.2020

Freebet 25 PLN na topowe ligi w TOTALbet!

W końcu, chciałoby się powiedzieć. W końcu w jeden weekend na boiskach zobaczymy zarówno piłkarzy Ekstraklasy, jak i lig z topowej piątki w Europie. Nie tylko my świętujemy to wydarzenie, bo TOTALbet przygotował na tę okazję specjalną ofertę. Mianowicie: freebet 25 PLN na zakłady LIVE za obstawianie najciekawszych rozgrywek na Starym Kontynencie. Nie ma jak […]
26.09.2020
Weszło
26.09.2020

Futbol Totalny w eWinner – 60 PLN bonusu za obstawianie Ekstraklasy!

Trwają urodziny eWinner, który nie przestaje nas zaskakiwać! Ten legalny bukmacher przygotował dla klientów specjalną ofertę – powrót „Futbolu Totalnego”. Promocja, dzięki której możemy zgarnąć atrakcyjne bonus za obstawianie meczów, tym razem ukierunkowana jest na naszą ulubioną Ekstraklasę. W weekend czeka więc na nas 60 PLN bonusu za typowanie najlepszej ligi świata! Gracze bukmachera eWinner […]
26.09.2020
Weszło
26.09.2020

Osimhen, Hakimi, Pedro i spółka. Co nowe twarze wniosą do Serie A?

Serie A była jedną z najbardziej aktywnych lig na rynku transferowym. Włosi wydali na wzmocnienia ponad 600 milionów euro, ustępując miejsca jedynie Premier League. Dzięki temu na południe Europy trafiło wielu ciekawych zawodników, więc postanowiliśmy im się przyjrzeć i sporządzić krótką ściągawkę. Na kim warto zawiesić oko w nadchodzącym sezonie? Wybraliśmy dla was pięciu kozaków, […]
26.09.2020
Weszło
26.09.2020

Lej po bombie w defensywie Cracovii. Czy Raków zdoła to wykorzystać?

Michał Probierz dwa dni temu obchodził czterdzieste ósme urodziny. Wyobrażamy sobie, że od profesora Janusza Filipiaka mógł dostać z tej okazji w podarku butelkę swojej ulubionej whisky, ewentualnie pudełko doskonałych, kubańskich cygar. Na pewno ucieszył się i grzecznie podziękował. W głębi duszy pomyślał jednak: „w tej chwil bardziej by mi się przydał solidny środkowy obrońca”. […]
26.09.2020