post Avatar

Opublikowane 20.02.2019 17:12 przez

Sebastian Warzecha

Niespełna siedem lat temu wyszedł z więzienia. Dziś zarabia na życie lepieniem garnków z gliny, a profil z jego wyrobami na Facebooku lubi ponad 60 tysięcy osób. Ceramiki nauczył się zresztą za kratkami. Trafił tam, bo przez sześć lat regularnie napadał na węgierskie banki. W tym samym czasie zawodowo… grał w hokeja. Choć na lodzie radził sobie znacznie gorzej niż z pistoletem w ręce.

*****

W ręce policji Attila Ambrus wpadł 27 października 1999 roku. Nie pierwszy raz, wcześniej zdążył już się wymknąć z więzienia. Planował uciec za granicę, ale wcześniej chciał „zrobić jeden, ostatni skok”. Jeden zamienił się w trzy, trzeci faktycznie był ostatnim, choć nie dlatego, że on sam tak chciał. Po prostu tym razem wygrali funkcjonariusze. Zresztą niemal cały Budapeszt został wtedy sparaliżowany obławą, więc inny wynik byłby zaskoczeniem. Po latach, w wywiadzie dla portalu blog358, Attila mówił, że aresztowanie go uratowało:

– Żyłem na krawędzi, dużo piłem i po dwudziestym napadzie zdecydowałem, że się nie poddam, że nigdy nie wyjdę z banku z podniesionymi rękami. Ostatnie napady stawały się coraz bardziej brutalne i wymykały się spod kontroli. Były strzelaniny, pościgi. Raz przez 27 minut komandosi przetrzymywali mnie w banku. Dochodziło już do dantejskich scen. Nie miałem gdzie uciec. Więzienie nie było dobre. Ale dostałem amunicję do życia. Stałem się lepszy, pomimo że trwałem w więziennym marazmie.

Pił tyle, że jego zwyczaj wychylenia szklaneczki whisky przed napadem (lub dwóch, na odwagę, bez tego nie byłby w stanie okraść banku), od którego zyskał zresztą jeden ze swoich pseudonimów, zamienił się w wyzerowanie całej butelki. Napadu nie dokonał wtedy z uśmiechem na twarzy, spokojnie, jak to zwykle czynił. Tym razem wpadł do banku, krzycząc, że nie ma nic do stracenia. Gdy pracownicy oddziału oddali mu pieniądze, szalejąc z radości, zgubił klucz do drzwi, które przed chwilą sam zamknął. W trakcie ucieczki z kolei oddawał strzały w powietrze, a przed policją schował się pod zaparkowanym nieopodal samochodem.

Niemal udało mu się uciec. Niemal, bo zgubił nie tylko klucze od drzwi, ale też kartę telefoniczną, która naprowadziła policjantów na jedną z jego kryjówek. Czterystu ludzi, tylu było oddelegowanych do złapania Attili Ambrusa. Nic zresztą dziwnego – wymykał się wymiarowi sprawiedliwości od sześciu lat (z krótką przerwą), dokonując w tym czasie 29 napadów. Zrabował 195 milionów forintów, czyli dobrze ponad 800 tysięcy dolarów. W pewnym momencie żył jak król, a Węgrzy uczynili go swym bohaterem narodowym. Do dziś zresztą wielu za takiego go uważa, choć on sam się z nim nie zgadza.

Nie jestem żadnym bohaterem. Zrobiłem, co zrobiłem i odsiedziałem za to swoje lata. Nie wydaje mi się, że coś straciłem. Teraz jestem już ponad moje dziecinne marzenia, nie obchodzą mnie już drogie rzeczy. Nie zmieniłbym swojej przeszłości. Jeśli ponownie zrobiłbym cokolwiek tak głupiego, poprosiłbym o igłę i nitkę, po czym zaszył sobie usta.

*****

Wychował się w małej wiosce na wschodzie Transylwanii. Jej nazwa, Fitod, nic wam nie powie, zresztą po wpisaniu jej w Google, wyskakują podpowiedzi, które sugerują, że pomyliliśmy się przy naciskaniu klawiszy. Stronę na Wikipedii ma za to gmina, w skład której wchodzi Fitod – Csíkszentlélek bądź też Leliceni. To pierwsze to nazwa węgierska, drugie rumuńska. Ci obyci z geografią mogli już się domyślić, że najbardziej znany budapesztański rabuś, urodził się w Rumunii. Ale jest Węgrem, z krwi i kości.

Młodość Attili nie była łatwa. Gdy miał półtora roku, jego matka opuściła rodzinę i została Świadkiem Jehowy. Umarła zresztą, gdy był jeszcze dzieckiem. Wychowywała go głównie babcia, z ojcem nigdy nie miał dobrego kontaktu. Ona jednak też zmarła. Wprowadził się więc do ciotki, a niedługo po tym jego nowym domem stał się poprawczak. Trafił tam za kradzież sprzętu muzycznego, choć nie był to dla niego pierwszy konflikt z prawem.

– Poza sportem interesowała mnie jeszcze muzyka. Nawet z kolegami chcieliśmy założyć zespół, ale nie mieliśmy pieniędzy na instrumenty, więc wymyśliliśmy, że jak ukradniemy jakiemuś zespołowi sprzęt i go sprzedamy, to zdobędziemy pieniądze na swój. Ale traf chciał, że mój kolega sprzedał te skradzione instrumenty… właśnie tym osobom, którym je ukradliśmy (my też nie wiemy, jak to możliwe – red.). Jako że wcześniej miałem trochę spraw z policją na sumieniu, to tym razem wsadzili mnie na dwa lata do poprawczaka – mówił na łamach blog358.

Jeszcze wcześniej regularnie wylatywał ze szkół. W każdej z nich był w stanie wpakować się w jakieś kłopoty. Głównie dlatego, że się nudził, bo – jak sam twierdził – przeczytał większość książek, które omawia się w szkole, jeszcze zanim poszedł do podstawówki. Potem chwycił więc za kryminały, również te oparte na faktach. Nie był jeszcze nastolatkiem, a znał nazwiska najsłynniejszych bandziorów i rabusiów z całego świata. Ojciec nie zwracał na to większej uwagi, zresztą mało prawdopodobne, że to cokolwiek by zmieniło – Attila pamięta, że nie widział w jego osobie żadnego autorytetu. Takimi stali się za to ludzie z kart książek.

Poza książkami uwielbiał jeszcze sport. Trenował hokej, w Miercurea Ciuc, klubie z Siedmiogrodu. Był bramkarzem, przeskoczył do wyższej grupy wiekowej, bo trenerzy uznali, że może grać ze starszymi, głównie ze względu na jego szybkość. Jego kariera skończyła się jednak, jeszcze zanim się tak naprawdę zaczęła – wraz z trafieniem do zakładu poprawczego. A przynajmniej tak się wtedy wydawało.

Gdy w 1988 roku wyszedł na wolność, przez trzy miesiące pracował wraz z ojcem w fabryce produkującej dzianiny. Potem zwiał na Węgry. W czasach, gdy legalnie nie dało się przekroczyć granicy, musiał kombinować. Ucieczka mu się udała, bo… wszedł pod wagon pociągu, odpowiednio się tam ułożył i, przez nikogo niepokojony, przejechał aż do innego kraju. Policja z jego rodzinnych stron wydała wkrótce nakaz aresztowania, nie stawił się bowiem na tamtejszym komisariacie, co miał robić raz na miesiąc.

Jego już to jednak nie obchodziło. Rozpoczął nowe życie.

*****

No dobra, nie tak od razu. Nie trafił przecież do innego świata. Węgry też były państwem komunistycznym. I fakt, że ten system upadł zaledwie rok po tym, jak Ambrus znalazł się Budapeszcie. Ale korupcja, kumoterstwo czy wymuszenia nie zniknęły wraz z nim. Nikt nie miał magicznej różdżki, która by to zapewniła. W miesiącach po wejściu kapitalizmu rozpętała się mania prywatyzacji – drobny ułamek Węgrów skorzystał na tym, zarabiając fortuny, reszta musiała zadowolić się ochłapami. Na Węgrzech określono to terminem „wolny rozbój”. Wcześniej używano go w określeniu do plądrowania Budapesztu przez nazistów.

W tym wszystkim odnaleźć próbował się Attila Ambrus, który został bezpaństwowcem. Z Rumunii uciekł, a węgierskiego paszportu – mimo że Węgrem był – otrzymać nie mógł. Imał się różnych prac, bywał grabarzem, akwizytorem, wyprowadzaczem psów czy kierownikiem budowy. Potem zajął się szmuglowaniem zwierzęcych futer. To szło mu zresztą całkiem nieźle, ale wkrótce zmienili się celnicy – odeszli ci, którym płacił za przymykanie oka na jego przeprawy poza granice kraju (według innej wersji na stanowiskach zostali ci sami ludzie, ale zaczęli się domagać coraz większych pieniędzy). Sam wspomina, że gdy jechał do Budapesztu, nie miał absolutnie żadnego pojęcia, co chciałby tam robić. Po prostu pragnął wyrwać się z Rumunii.

Wrócił więc do tego, co dawało mu radość, gdy był dzieckiem. I nie chodzi tu o kradzieże (wspominał: „stwierdzenie, że byłem kleptomanem, byłoby sporym niedopowiedzeniem, zwijałem wszystko, co wpadło mi w ręce”), a o hokej. Gdy zabrakło mu innych pomysłów, zajrzał do książki telefonicznej i zadzwonił do UTE, trzynastokrotnego mistrza Węgier. Powiedział, że kiedyś grał i to całkiem nieźle. Nadmienił też, że robił to w Transylwanii. Nie wymienił co prawda nazwy żadnej z ekip, ale w tym regionie istniało wówczas kilka, które faktycznie radziły sobie bardzo dobrze.

Dostał więc zaproszenie do klubu. Na testach zaprezentował się wręcz beznadziejnie, ale zaoferowano mu pracę. W roli woźnego. W końcu stanął jednak w bramce budapesztańskiej ekipy. Ta po kilku sezonach straciła bowiem pierwszego bramkarza, a równocześnie nie miała żadnych środków, by móc pozwolić sobie na zatrudnienie kogokolwiek innego. Attila grał za to za ochłapy.

Dosłownie. W pewnym momencie spał w malutkim pokoiku na terenie siedziby klubu, a obiady jadł w pobliskim kościele. Poza tym, że był woźnym, pełnił też funkcję gościa, który zajmował się lodowiskiem. Sympatię kolegów z drużyny zyskał swoim oddaniem – ci często powtarzali, że nie opuścił ani jednego meczu czy treningu (to ostatnie nie jest do końca prawdą) przez osiem lat, które spędził w klubie. „Myśleliśmy: to po prostu niesamowite, że ktoś chce grać w naszym zespole aż tak bardzo, choć było widać, że nie miał prawie w ogóle do czynienia z hokejem w swoim życiu” mówił George Pek, kapitan drużyny. Od kolegów Ambrus dostał przydomek „Pantera z Csiku”. Nie mówcie jednak o tym żadnej panterze. Mogłaby się obrazić.

Ambrus w trakcie meczów był bowiem dokładnie taki jak na testach czy treningach – absolutnie beznadziejny. W 1995 roku zdarzyło mu się spotkanie, w którym wpuścił 23 bramki. Innym razem, w trakcie serii sześciu spotkań, rywale łącznie zaaplikowali mu ich 88. Do historii hokeja przeszedł jako prawdopodobnie najgorszy bramkarz, jakiego widziały światowe lodowiska w zawodowych ligach.

To fakt, że grałem w hokeja. Jako hokeista byłem naprawdę katastrofalny – to też fakt. Ale kochałem lód, on ma swoje specjalne miejsce w moim sercu. Chciałbym ponownie być częścią tego, o ile chłopaki pozwolą mi wyjść na lód. Mogę być nawet łopatą śnieżną – mówił już po wyjściu na wolność.

W 1993 roku też sprawiało mu to radość, ale nie gwarantowało środków na życie. W klubie pełnił kilka funkcji, a i tak musiał dorabiać sobie na boku. Wpakował się w długi – urzędnikom w ministerstwie pod stołem przekazał sto tysięcy forintów. Miał w ten sposób zyskać obywatelstwo, co zresztą się nie udało. W pewnym momencie zaczął po prostu myśleć: „a właściwie dlaczego nie miałbym obrabować poczty?”.

A potem przeszedł od myśli do czynów.

*****

Poczty, bo na końcu ulicy, przy której mieszkał (zdążył w tym czasie wyprowadzić się ze stadionu), znajdował się jej mały oddział. Wiele osób korzystało z niego wtedy niemal na takich samych zasadach jak z banku. A zabezpieczenia były dużo gorsze. Ochrona? Brak. Kamery? Również. Pracownicy? Co najwyżej dwóch. Cel idealny. Trzeba się było jednak odpowiednio przygotować. Stworzenie planu zajęło mu trzy dni, w trakcie których nie wychodził z mieszkania. Nawet na treningi. Postanowił, że przede wszystkim chce zrobić to tak, by nikogo nie skrzywdzić.

Udało mu się. Ukradł ponad 500 tysięcy forintów, czyli niespełna… sześć tysięcy dolarów. Niby mało, ale nigdy wcześniej nie widział takiej kasy na oczy. Tuż po powrocie do mieszkania zwymiotował ze zdenerwowania, ale wkrótce uznał, że było łatwo. Za łatwo. „Zorientowałem się, że mogę zarobić spore pieniądze, bez konieczności spędzania całego dnia w pracy” mówił. W tym samym roku obrabował jeszcze pięć innych miejsc. W kolejnym – trzy. Policja musiała dojść do oczywistego wniosku: pojawił się seryjny rabuś.

Ambrus był sprytny i zawsze dobrze przygotowany do swojej roboty – prowadził kilkumiesięczne rozpoznania swoich celów, w notesie zapisywał liczbę pracowników, ich płeć, rozmieszczenie kamer i stanowiska ochrony, jeździł też samochodem i sprawdzał, ile czasu zajmie policji dotarcie na miejsce, oznaczając to wszystko na końcu „poziomem trudności”, niemal jak w GTA: od jednej gwiazdki do pięciu. A policja w tamtych czasach była mniej więcej tak dobra w swoim fachu, jak Attila jako hokejowy bramkarz. Serio.

Dla budapesztańskich funkcjonariuszy napady rabunkowe były nowością. W czasach komuny takie przestępstwa niemal się nie zdarzały. Kilka lat po upadku poprzedniego systemu ani banki, ani policjanci nie byli odpowiednio przygotowani do tropienia Ambrusa. Lajos Varju, dowodzący jednostką, która zajmowała się sprawą Attili (przez pięć lat, zrezygnował… na rok przed jego złapaniem), mówił potem, że „brak profesjonalizmu w zbieraniu dowodów był zawstydzający”.

Żeby jednak tylko to mogło stać się powodem do wstydu, to pewnie nie byłoby tak źle. Policja dostarczała sobie jednak takich regularnie. Raz, mając już Attilę na widelcu… wbiegli do budynku obok, a nie tego, w którym się ukrywał. Ten spokojnie wyszedł więc, z pieniędzmi pod pachą, i uciekł do jednej ze swoich kryjówek. Przy okazji jego trzynastego napadu, pracownik banku zadzwonił na komisariat. Dyżurny policjant najpierw zapytał go: „Czy jest pewien, że to napad?”, a dopiero po kilkukrotnym zapewnieniu, że tak, wysłał tam odpowiednie jednostki w dwóch samochodach, które zderzyły się po drodze. Gdy funkcjonariusze wreszcie dojechali na miejsce zdarzenia reporter z TV2 powiedział wprost do kamery: „I ostatni, choć nie mniej ważni, przyjechali policjanci”.

Inna sprawa, że Varju i jego ludzie nie mieli nawet jednego sprawnego komputera. Ba, samochodów mieli na tyle mało, że po stłuczce wspomnianych dwóch, część funkcjonariuszy musiała docierać na miejsce zdarzenia… wraz z mediami. Gość, który w trzynastoosobowym zespole był ekspertem kryminalistyki, dorabiał sobie do tego, ucząc baletu, bo policyjna pensja była niska. Czy ktokolwiek mógł się więc dziwić, że Attili udawało się wygrywać kolejne pojedynki z prawem? Sam zresztą mówił, że w pewnym momencie zaczął to wszystko traktować jak rywalizację:

To stało się swego rodzaju grą. Kiedy wchodziłem w rolę, miałem ochotę wygrać. I udawało mi się przechytrzyć służby tyle razy, że traktowałem to jak jakiś sport. W końcu moim głównym zadaniem było odnieść sukces.

*****

Najdziwniejsze w tej całej historii wydaje się to, że nikt nie skojarzył faktów. Gość, który wcześniej żywił się w kościele, bo nie miał pieniędzy na to, by samemu kupować sobie obiady, nagle jeździł nowymi samochodami, regularnie latał na zagraniczne wycieczki i przepuszczał całe worki pieniędzy. Rodzinie w Rumunii regularnie zawoził prezenty. Grał też w kasynie, jednej nocy potrafił przegrać trzy miliony forintów. Był uzależniony od adrenaliny, nie przejmował się więc tym, że za chwilę zabraknie mu pieniędzy. Przecież doskonale wiedział, jak je zarobić. Nikt nie połączył tej zmiany z postacią rabusia.

Attila dla blog358:

– Przez długie lata nie jeździłem słabszymi samochodami niż 200 koni mechanicznych. Pewnego razu zatrzymałem się na jednej z głównych ulic Budapesztu swoim BMW 7 i zapytałem pewną panią, czy nie miałaby ochoty wyjechać ze mną na weekend do Egiptu. I za dwa dni ta pani była już ze mną w samolocie. Pieniądze były dla mnie tylko środkiem, zdawałem sobie sprawę, że mnie kiedyś złapią, ale nawet wtedy nie odbiorą mi tych przeżyć, jedynie mieszkanie czy samochód. Nie mówię, że mi się to należało, ale jak już tyle ryzykowałem, to chciałem mieć coś z życia. Żyłem jak hedonista, jeździłem po całym świecie, bo to było dla mnie ważne.

Ważna była też wciąż… gra w hokeja. Nie zrezygnował z niej ani na moment. Potrafił obrabować bank, a kilka godzin później stawić się na treningu. Gdy UTE rozgrywało mecze, nie zdejmował maski ze strachu przed rozpoznaniem. Koledzy z drużyny musieli zauważyć, że wiedzie mu się dużo lepiej. Myśleli jednak, że jest żigolakiem albo kradnie samochody. Na to, co robi naprawdę, nie wpadł żaden z nich. Nawet wtedy, gdy lekką ręką z własnej kieszeni wysupłał kasę na renowację klubowej szatni. Inna sprawa, że to były czasy, w których niemal każdy z nich prowadził swoje własne biznesy na boku. Zwykle nie w pełni legalne. Attila, w ich mniemaniu, nie odstawał więc przesadnie od normy.

Jeden z nich został zresztą później jego wspólnikiem. To o tyle zabawne, że był też synem trenera drużyny. Razem dokonali trzynastu napadów. Z każdym kolejnym Ambrus – co sam przyznawał – stawał się bardziej chciwy. Potrzebował wspólników, bo napadał na coraz większe oddziały, z których coraz trudniej było wyjść z kasą. W końcu jedna z takich akcji zakończyła się niepowodzeniem – syn trenera wpadł w ręce policji, wsypał też Attilę. Ten prawdopodobnie zdążyłby uciec za granicę, ale… podobno pojechał do mieszkania po psa, tracąc cenny czas i ostatecznie wpadając w ręce funkcjonariuszy.

Policja wreszcie wygrała.

*****

O dziwo, nie spodobało się to zwykłym mieszkańcom. Attila Ambrus był już wtedy bowiem ich bohaterem. Tak, gościa, która napadał na banki, wielbiły tłumy. Znano go jako „Whisky-złodzieja” (węgierskie „Viszkis” bądź angielskie „The Whiskey Robber”) lub też „Złodzieja dżentelmena”. Pierwsze, bo przed każdą akcją pił szklaneczkę whisky w barze blisko banku. Drugie, bo nigdy nikogo nie skrzywdził w trakcie napadu.

Mało tego: jeśli w banku pracowały kobiety, potrafił wręczyć im kwiaty. Funkcjonariuszom, którzy go tropili, wysyłał butelki wina. Wokół jego osoby zaczął się dzięki temu tworzyć mit. Powoli stawał się nie tyle gwiazdą, co legendą i uczył się, jako wykorzystać swoją popularność. Wspólnikom powtarzał, że ludzie nie mogą ich rozpoznać, bo tylko w ten sposób zachowają swój status. Winą za to, że w ogóle takiego się dorobił obarczał… banki i władze. Powtarzał, że elity defraudowały państwowe pieniądze i okłamywały obywateli, a banki z kolei nie miały (i nie mają) żadnego honoru. Dlatego ludzie cieszyli się po każdej z jego akcji. Jak ujęła to jedna z państwowych gazet: „On nie okradał banków. Po prostu dokonywał swoistej redystrybucji środków, która różni się od tego, co robią elity, jedynie wykorzystaną metodą”.

Media odegrały zresztą sporą rolę w zamienianiu go w bohatera. To one napędzały kolejne sensacyjne doniesienia i wczuwały się w nastroje społeczeństwa, portretując Ambrusa jak bohatera. W jednej z gazet można było przeczytać, że „prawdopodobnie oddaje pieniądze biednym i potrzebującym” (zrobiono z niego „węgierskiego Janosika”), a stacje telewizyjne wypuszczały programy poświęcone konkretnie jemu. W jednym z najbardziej znanych kryminalnych show w kraju poproszono go, żeby…. napadał na banki w inne dni. Posłuchał się. Już po złapaniu, szybko pojawiły się pomysły, by zorganizować debatę Ambrus vs Varju, czyli człowiek, który nie mógł go złapać. Attila z miejsca otrzymał też propozycje napisania biografii. Dla współwięźniów był wręcz idolem.

A to wszystko jeszcze przed ucieczką z więzienia. Żeby było zabawniej: zapowiadaną, mówił bowiem strażnikom, że to zrobi. Nikt się tym jednak nie przejmował, bo z budynku, w którym siedział, jeszcze nikomu nie udało się zwiać. Aż do pojawienia się Attili, który udowodnił, że faktycznie naczytał się w dzieciństwie sporo kryminałów. Najpierw wspiął się bowiem na czterometrowy mur, potem wślizgnął na trzecie piętro jednego z budynków. Wyważył drzwi do pokoju, zastawił je sejfem, potem usunął z okna kratę. Na dół zszedł po sznurze zrobionym z prześcieradeł i telefonicznych kabli. A potem uciekł jak najdalej.

Jeden z największych dzienników w kraju, „Magyar Hirlap” napisał o nim wtedy: „Nasz bohater narodowy, rabuś”, a inne gazety sugerowały mu, jakich operacji plastycznych powinien dokonać, by policja nie była w stanie go zidentyfikować. Ludzie przypinali sobie do ubrań znaczki z hasłami wyrażającymi wsparcie wobec Attili. Wielu z nich deklarowało, że nie oddałoby go w ręce policji, gdyby miało taką możliwość.

Trzy miesiące później okazało się, że policja poradziła sobie sama i Ambrusa złapała. Ale ludzi to nie obchodziło. Legenda Attili, złodzieja-dżentelmena, już była żywa. Produkowano koszulki z jego imieniem i wynikiem starć z policją (27:0; 28:1; 29:2), na budynku klubowym UTE powiewała flaga dotycząca jego osoby, a stroje z jego nazwiskiem szybko się sprzedały, osiągając potem ceny kilkuset dolarów na aukcjach. Dziś, po latach, wciąż można je na nich spotkać, w co nie może uwierzyć sam Atilla.

Pracownice banków, które okradł na samym początku swojej „kariery”… żałowały, że tak się stało. Bo wtedy nie miał jeszcze w zwyczaju wręczać im bukietów kwiatów, a bardzo chciałyby takie od niego otrzymać. Głównie dlatego, że te dało się odsprzedać za spore pieniądze. Popularność Attili była tak wielka, że nie przeminęła do dziś – jeśli dobrze traficie, na Węgrzech znajdziecie sporo restauracji, które jakieś danie nazwały jego imieniem bądź pseudonimem. Były też plany nazwania po nim napoju energetycznego i wydania gry wideo na podstawie jego życia. Z nich nic nie wyszło. Powstało za to przedstawienie teatralne, różni artyści nagrali też kilka piosenek.

W 2005 roku w kilkunastu miastach na świecie ludzie wznieśli toast z okazji jego 38. urodzin. Już kilka lat wcześniej Lajos Varju doszedł do takich samych wniosków jak Ambrus. „Nie mogę uwierzyć, że w tym państwie żyje kilka milionów ludzi, którzy są fanami kryminalisty. Ten stan wykreowała sytuacja socjalna” powiedział. Biorąc pod uwagę, że do dziś u naszych „bratanków” istnieje swego rodzaju kult Attili, wiele się chyba nie zmieniło.

*****

Jak to często bywa – legenda rozmija się z tym, co działo się naprawdę. W tym przypadku „problematyczne” są wzmianki o przemocy. Sam Attila dziś nie kryje, że zdarzało mu się jej użyć. W rozmowie opublikowanej na blog358.pl mówił:

– Niestety, dużo było takich sytuacji [gdy zrobiłem komuś krzywdę]. Nie miałem zamiaru nikogo krzywdzić, chciałem tylko pieniędzy. Nie chcę wchodzić w szczegóły. Kiedyś przeciwnik wyciągnął taurusa .38 special i wystarczyło tylko pociągnąć za spust, ale on tego nie zrobił. Mogłem to wtedy wykorzystać i go zastrzelić, ale tego nie uczyniłem. Zawsze w takich sytuacjach myślałem, że nie jestem zabójcą, idę tylko po pieniądze. Miałem dużo szczęścia, że nie musiałem nikogo zabić. Nie raniłem też specjalnie ludzi po to, żeby zgodnie z procedurami został otwarty sejf. Miałem wiele sytuacji, kiedy trzeba było podjąć decyzję, czy kogoś zastrzelić, czy nie. Dzięki temu jestem legendą, ponieważ nikogo nigdy nie postrzeliłem.

Fakt, nikogo, ale kilka razy było blisko. Zdarzało mu się oddawać strzały w powietrze. Innym razem, mając policję na ogonie, a przed sobą tłum, oddał strzały w podłogę, tuż przed stopami ludzi. Cud, że nikt nie został trafiony. Potem zresztą przymusił kierowcę Skody, by oddał mu samochód. Innym razem wdał się w strzelaninę z policją. Jeśli miałby pecha – o ile tak to można nazwać – mógłby stać się mordercą. I cala legenda byłaby nieaktualna. Zresztą jeśli chodzi o przemoc, to ta nie była mu obca – w trakcie napadu z początków „działalności”, jedna z pracownic banku zaczęła krzyczeć i próbować uciec. Złapał ją za włosy, pociągnął z całej siły, wyrywając wiele z nich, i posadził na podłodze. Jej koledze, który zareagował, prawie złamał rękę.

Bukiety kwiatów, które wręczał, też nie miały oczarowywać płci pięknej. Po co więc je przynosił? To proste – chował w nich broń. Po napadzie nie były mu już potrzebne, mógł skorzystać z nich PR-owo. I to mu się opłaciło. Ludzie mówili o nim później dokładnie tak, jak jeden z jego sympatyków, którego przepytano w mediach: „Pieniądze, które wziął, nie były państwowe, a bankowe. Wśród bankowców są łotry. Środki, które odkładałem na swoją starość, choroby i pogrzeb, były w banku, który niedawno zbankrutował. Ile on zrabował? Nic, w porównaniu do tego, co biorą same banki”. Oczywiście, o czym już wiecie, nieprawdziwą była też wersja, że kasę z napadów rozdawał biednym. Choć faktycznie zdarzało mu się pomóc przyjaciołom w potrzebie.

Nie zmienia to jednak faktu, że był przestępcą. Węgrzy to wiedzieli, ale mimo wszystko – woleli takiego przestępcę niż swoich urzędników, bankowców czy polityków. Pokazywał im, że z systemem da się walczyć. Tak to sobie tłumaczyli. I tłumaczą nadal, mimo tego, że on sam mówi:

Nie chciałbym być przykładem dla innych. Uwielbiałem i kochałem pieniądze oraz wszystko, co przychodzi wraz z nimi. Dają ci prawdziwą wolność. Nie chcę jednak, żeby jakieś dziecko było blisko tego, czego byłem ja i myślało, że to właściwe postępowanie. Jedyny przykład, jaki chciałbym dawać, to ten, że da się wyjść z miejsca, w którym byłem.

A był w więzieniu. Spędził w nim dwanaście lat. I jeśli za coś go chwalić, to za szczerość – policjanci udowodnili mu osiem napadów. Przyznał się do wszystkich pozostałych. Za dobre sprawowanie wyszedł o kilka lat wcześniej niż pierwotnie miał. Książkę o nim napisał Julius Rubinstein, uznany dziennikarz sportowy. Na podstawie jego życia powstał nawet film. Wcześniej mówiło się o hollywoodzkim, w którym główną rolę miał zagrać Johnny Depp, ostatecznie powstał węgierski. Attila wystąpił nawet w małej roli, był też konsultantem. Powrót do przeszłości go jednak nie kusi, znalazł bowiem swoje miejsce w świecie, przy – choć brzmi to zabawnie – lepieniu garnków. Jest szczęśliwy.

Tylko, o czym czasem wspomina, brak mu gry w hokeja.

SEBASTIAN WARZECHA

Fot. YouTube

Opublikowane 20.02.2019 17:12 przez

Sebastian Warzecha

Liczba komentarzy: 0
Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments
Suche Info
05.03.2021

Bodvar Bodvarsson odchodzi z Jagiellonii

Nie będzie już Bodvara Bodvarssona w Jagiellonii Białystok. Rozwiązał kontrakt za porozumieniem stron. Przyznamy, jakieś skromne nadzieje mieliśmy wobec tego piłkarza, ale nawet tych skromnych nadziei nie spełnił. Skąd nadzieje? Ano stąd, że to był jednak zawodnik będący w orbicie zainteresowań reprezentacji Islandii. A reprezentacja Islandii to w ostatnich latach nie najgorsza rekomendacja. Sam kierunek […]
05.03.2021
Weszło Extra
05.03.2021

Mariusz Szczygieł o Bogu, seksie, ogórkach kiszonych, dzieciach i męskiej szatni (wywiad)

Czy odszedłby spełniony? Jak wypełnić lukę po Bogu? W kogo wierzy? Czy nauczył się już kochać samego siebie? Dlaczego nie lubi uczyć? Co spowodowało, że nie ma dzieci? Jak w latach 70. radził sobie z niechęcią do sportu? Co pozwoliła mu odkryć męska szatnia? Ile wina może wypić? Kto – poza gołymi kobietami – widnieje […]
05.03.2021
Suche Info
05.03.2021

Motała: – Dziś nikt w Polsce nie ma respektu przed Lechem

Portal Interia.pl przeprowadził wywiad z Dariuszem Motałą, byłym dziennikarzem Canal+, dyrektorem sportowym GKS-u Katowice, ale przede wszystkim byłym kierownikiem Lecha Poznań. Motała dobrze zna wymagania, jakie są w Poznaniu wobec Kolejorza, dobrze zna tą presję. Były kierownik Lecha Poznań wraca do czasów, gdy sam pracował przy Bułgarskiej, ale przede wszystkim próbuje przeanalizować obecną sytuację klubu. […]
05.03.2021
Suche Info
05.03.2021

Widzew sprzedał tysiące wirtualnych biletów na derby

Sobotnie derby Łodzi odbędą się bez kibiców. Zamiast gorącej atmosfery, puste trybuny. Widzew znalazł jednak sposób, by mimo to ten mecz przekuć w profity dla klubu, a także szansę dla kibiców na to, by chociaż w pośredni sposób uczestniczyli w tym wydarzeniu. Co dokładnie zrobili? Otóż Widzew sprzedaje wirtualne bilety, z których zysk przeznaczony będzie […]
05.03.2021
Suche Info
05.03.2021

Inter wygrywa z Parmą 2:1 i umacnia się na czele Serie A (video)

Nie spuszcza z tonu w lidze włoskiej Inter Mediolan. Zanotował właśnie szóste kolejne ligowe zwycięstwo. Przypomnijmy, że w 2021 przegrał tylko jeden mecz ligowy, 6 stycznia z Sampdorią. Łącznie ma w tym sezonie zaledwie dwie porażki, a wśród pokonanych między innymi Juventus. Stara Dama wzięła rewanż w Coppa Italia, ale jest jasne, że Interowi zależy […]
05.03.2021
Suche Info
05.03.2021

Boguski: – Powinienem u Skowronka otrzymywać więcej szans na grę

Rafał Boguski, bohater ostatniego meczu Wisły Kraków z Wisłą Płock, udzielił obszernego wywiadu portalowi Goal.pl. Niestety, Rafał jak niszczyciel dobrej zabawy wyjaśnia, że z Wisłą Płock oczywiście wrzucał, a gol był przypadkiem. Niby człowiek wiedział, a jednak się trochę łudził. Boguski uważa, że najcięższe treningi w karierze miał u Hyballi, Petrescu i Smudy. Podkreśla jednak, […]
05.03.2021
Weszło
05.03.2021

POLOWANIE NA LUQUINHASA | Dwaj zgryźliwi tetrycy

Dwaj zgryźliwi tetrycy, Leszek Milewski i Jakub Olkiewicz, wracają do korzeni. Przez dobre 30 minut narzekają na brutalną grę w Ekstraklasie, ale też strzelają taktycznymi spostrzeżeniami, nieśmiesznymi anegdotami oraz naturalnie nawiązaniami do gier z przełomu XX i XXI wieku. W drugiej części programu widz poznaje Nikitę Kovalonoksa, ale i dowiaduje się o najświeższych transferach Huraganu […]
05.03.2021
Suche Info
05.03.2021

Sto meczów Jimeneza dla Górnika. Ściga Angulo

Zleciało. Jesus Jimenez ma już za sobą sto meczów dla Górnika Zabrze. Wśród obcokrajowców reprezentujących Górnika Zabrze, więcej meczów dla zabrzan ma Igor Angulo, którego licznik zatrzymał się na 106 meczach, a także Oleksandr Szeweluchin, który rozegrał dla zabrzan 104 spotkania. Jesus Jimenez powinien ich spokojnie wyprzedzić w tym sezonie. To historia dość nieoczywista, bo […]
05.03.2021
Suche Info
05.03.2021

„Tak hartuje się stal”. Dziś premiera piłkarskiego serialu

Dziś o 18:00 premierę będzie miał serial dokumentalny stworzony przez Stal Rzeszów. Seria „Tak hartuje się Stal” jest dokumentem o życiu w Akademii Stali. Fabuła opiera się o walkę drużyny Stali Rzeszów U17 o awans do Centralnej Ligi Juniorów. Serial jest już po pokazie przedpremierowym. Ma pokazywać kulisy, odprawy przedmeczowe, narady trenerów, fragmenty meczów, a […]
05.03.2021
Weszło
05.03.2021

Pazdan: Po Euro mogłem reklamować Ubera i Media Expert

– Pierwszy okres pazdanomanii był dobry pod względem wizerunkowym. Pokazałem się, jako normalny gość. Wydałem książkę dla dzieci, zostałem ambasadorem SOS Wioski Dziecięce, brałem udział w reklamie Kubusia, która miała na celu propagowanie zdrowego stylu życia. Nie rzucałem się na każdą ofertę, a było ich naprawdę wiele. Mogłem reklamować Ubera, Media Expert, ale w tamtym […]
05.03.2021
Suche Info
05.03.2021

Hyballa przed Górnikiem: „Coraz bardziej czujemy się jak jedna rodzina”

W piątek obejrzymy tylko jeden mecz Ekstraklasy.Wisła Kraków zagra u siebie z Górnikiem Zabrze. Co ciekawego na konferencji prasowej powiedział Peter Hyballa? O Górniku: „Wydaje mi się, że to będzie dość intensywny mecz. Ostatnio nasz przeciwnik grał ustawieniem 5-3-2, czyli miał dosyć zamknięty środek. Podobnie, jak my gra wysokim pressingiem, z dwoma napastnikami, także wydaje […]
05.03.2021
Anglia
04.03.2021

W Anglii po staremu: Liverpool dziaduje, Chelsea Tuchela wygrywa, a sędziowie…

Na początek zagadka. Ile razy przegrał Liverpool w pierwszych 100 meczach pod wodzą Juergena Kloppa na Anfield? Cztery. Ile razy Liverpool przegrał na Anfield w ostatnich pięciu meczach? Pięć. Właściwie nie mieści się to w głowie, ale taka jest smutna prawda. The Reds w Premier League po prostu dziadują.  Dzisiaj nie było inaczej. Jeśli mamy […]
04.03.2021
Suche Info
04.03.2021

„Pech nas nie opuszcza”. Ojrzyński narzeka na remis z Wisłą Płock

W zaległym meczu 16. kolejki PKO Bank Polski Ekstraklasy między Wisłą Płock a Stalą Mielec padł remis 2:2. Na pomeczowej konferencji prasowej Radosław Sobolewski i Leszek Ojrzyński, trenerzy obu drużyn, nie byli zadowoleni z podziału punktów.  Niezadowoleniu Sobolewskiego nie sposób się dziwić. W weekend jego Wisła Płock przegrała 1:3 z Wisłą Kraków, mimo że prowadziła […]
04.03.2021
Suche Info
04.03.2021

Napoleon, Strażnik Teksasu i raper Foszmańczyk. Wyjątkowa prezentacja Ruchu

Tradycyjne prezentacje drużyn przed sezonami albo rundami bywają sztampowe. Tak naprawdę zazwyczaj nie dzieje się na nich nic specjalnego, bo i też wcale niełatwo o jakąś wielką kreatywność. Zupełnie inaczej do tematu podszedł Ruch Chorzów. Filmik z prezentacji, zatytułowany „W drodze na szczyt nas nie powstrzyma nikt!”, robi wrażenie.  Ruch zorganizował prezentację w wersji online […]
04.03.2021
Weszło
04.03.2021

Stal Mielec jednak nie chce do I ligi

Stal Mielec walczyła z Wisłą Płock o życie. Dziś już miało nie być żadnego „zmiłuj się”, żadnego tłumaczenia, że bramkarz rywali rozegrał super mecz, że graliśmy dobrze, ale nic nie wpadało. No i Stal walczyła jak o życie, ale dopiero w drugiej połowie. W pierwszej jako drużyna istniała tylko teoretycznie, a gdy zaraz po przerwie […]
04.03.2021
Suche Info
04.03.2021

Niepewna przyszłość Milika w Marsylii. „Wiele zależy od rynku”

Od dobrych kilku- lub kilkunastu miesięcy Arkadiusz Milik stanowi łakomy kąsek na europejskim rynku transferowym. Padają przeróżne kierunki – przede wszystkim włoskie, ale też angielskie, niemieckie, hiszpańskie, francuskie. Do wyboru, do koloru. Polski napastnik na wiosnę zakotwiczył jednak w Olympique Marsylia i wydaje się, że obie strony są na razie na tyle zadowolone ze współpracy, […]
04.03.2021
Suche Info
04.03.2021

Szok i niedowierzenie! Karlo Muhar radzi sobie w Turcji

Pamiętacie jeszcze Karlo Muhara? Co to był za grajcar. A tak serio, to w Lechu kompletnie się nie sprawdził i zimą poszedł na wypożyczenie do tureckiego Kayserisporu. Może wielu przyjmie to za żart, wielu za opowieść rodem z kart książek fantastycznych, ale jak się okazuje 25-letni Chorwat bardzo przyzwoicie radzi sobie w Super Lidze, która przecież […]
04.03.2021
Suche Info
04.03.2021

Bayern podpisuje długi kontrakt ze swoją gwiazdeczką

Jamal Musiala to perełka. Ma zaledwie osiemnaście lat, a w tym sezonie rozegrał już dwadzieścia osiem spotkań we wszystkich rozgrywkach, w których strzelił cztery gole. Ostatnio błysnął w Lidze Mistrzów z Lazio. Teraz niemiecki dziennik Bild informuje, że młody pomocnik bawarskiego klubu podpisał swój pierwszy profesjonalny kontrakt z Bayernem.  Według największej niemieckiej bulwarówki Musiala widziany […]
04.03.2021