Reklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • Reklama
Reklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • Reklama

Nie tylko Majka to twardziel. Polscy sportowcy, którzy potrafią wygrać z bólem

redakcja

Autor:redakcja

11 lipca 2017, 11:01 • 6 min czytania 18 komentarzy

Rozbite łokcie i kolano, obtarta klatka, problemy z oddychaniem, kłopoty z dolnym odcinkiem lędźwiowym – to efekt kraksy Rafała Majki na 9. etap Tour de France. Otwarte rany nie przeszkodziły Polakowi dojechać do mety. – Chyba po raz pierwszy płakałem na rowerze z bólu – napisał po zajściu najlepszy polski góral, by zaraz potem dodać, że chce dalej brać udział w wyścigu.

Nie tylko Majka to twardziel. Polscy sportowcy, którzy potrafią wygrać z bólem

Dzień później Majka wycofał się z Wielkiej Pętli. Obrażenia okazały się zbyt rozległe, a czas na rekonwalescencje i przenosiny na zachód Francji zbyt krótki.

 majkk

Nie zmienia to naszej oceny charakteru kolarza niemieckiej grupy Bora-Hansgrohe. Majka to człowiek niezłomny. Ma zresztą z kogo brać przykład. W polskim sporcie nie brakowało ludzi wstających po bolesnym upadku, które nie wycofywały się z rywalizacji, mimo poważnych kontuzji. Oto pięć skrajnych przykładów.

Tomasz Adamek

Reklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • Reklama
Reklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • Reklama

Byłem czwartym dzieckiem rodziców, długo wyczekiwanym synem. Gdy przyszedłem na świat, tata nie posiadał się ze szczęścia. Wziął mnie na ręce i krzyknął: „Hanka! To będzie bokser!”.

Wielka bokserska kariera Tomasza Adamka rozpoczęła się od wspaniałej ringowej wojny z Paulem Briggsem. Polak po dwudziestu ośmiu wygranych z rzędu dostał wreszcie mistrzowską szansę. Jego pojedynek poprzedzał główną atrakcję wieczoru, starcie Gołota-Brewster.

To był 2005 rok, 27 lat wcześniej odszedł ojciec „Górala”. Zginął w głośnej tragedii pod Wilczym Jarem, 23 miesiące po narodzinach syna.

Tata przyszedł do mnie kilka dni przed walką, zobaczyłem go we śnie. Miał złożone ręce, gorliwie się modlił. Wiedziałem, że muszę wyjść do tego pojedynku – wspomina pięściarz z Gilowic.

To, że Adamek nie zawiedzie oczekiwań fanów i zmierzy się z bojowym Australijczykiem, nie było wcale tak oczywiste. Lekarz i trenerzy Adamka chcieli odwołać pojedynek. Powód? Złamany nos, i to w dwóch miejscach. – Nakazano mi brać antybiotyki, byłem załamany. Wiedziałem, że taka szansa może się już nie powtórzyć. Lecąc na walkę z Briggsem poznałem w samolocie księdza. Zrezygnowany wykręciłem do niego numer. W słuchawce usłyszałem: „Zawierz matce Bożej i idź do ringu”. Tak też zrobiłem.

Adamek nałykał się w ringu krwi, ale po heroicznym boju wygrał.

Reklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • Reklama
Reklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • ReklamaReklama • Reklama • Reklama • Reklama • Reklama

Rok później miał miejsce rewanż, w którym również okazał się lepszy. I to mimo zaliczenia desek już w drugiej rundzie. W ostatniej wyprowadził aż 119 ciosów.

Jacek Wiśniewski

Gość, którego także żadne złamanie nie było w stanie… złamać. Gdy grając w GKS-ie Jastrzębie w meczu z Odrą Opole złamał rękę w trzech miejscach, wypalił: – We wtorek wychodzę normalnie na trening, a na sobotę zakładam lekki gips i gram. Uraz jest taki, że nie ma sensu wkręcać śrub. Kości zrosną się same. Założę tylko gips okrężny, w którym sędziowie powinni pozwolić mi grać. Jeśli nie, to w ogóle ściągnę gips i będę grał bez ochraniacza.

Po zakończeniu kariery piłkarza „Wiśnia” związał się z MMA. Wystąpił nawet na gali KSW, gdzie przegrał ze znacznie cięższym kulturystą Kamilem Walusiem. Pojedynek był dość jednostronny, jednak zaraz po jego zakończeniu Wiśniewski nie krył zdenerwowania: – Dobra, dostałem w papę. Ale czy tak wygląda znokautowany człowiek? Nie róbmy sobie jaj, kurwa. Ja się bardzo dobrze czuję.  

Chłopa o takim wyglądzie ciężko nastraszyć. W piłkarskiej szatni żartowano, że w młodości zamiast gumy, Wiśniewski żuł surową wołowinę.

Justyna Kowalczyk

Kowalczyk swój ostatni wielki sukces odniosła w Soczi. Chodzi o wygraniu biegu na 10 km  techniką klasyczną. Biegaczka z Kasiny broniła wówczas złota z Vancouver i w jej osiągnięciu nie byłoby może niczego super nadzwyczajnego, gdyby nie jeden szczegół. Polka biegła ze złamaną stopą. To wynik… imprezy urodzinowej. „Polska Królowa Zimy” tak dobrze bawiła się na prowizorycznym parkiecie, że rypnęła stopą w nogę od stołu. Wymęczona treningami kość nie wytrzymała.

kow

O powadze kontuzji Kowalczyk dowiedziała się kilka dni przed historycznym startem. Dokładnie dzień po występie w biegu łączonym. Zaraz po nim prezes PZN stwierdził, że Kowalczyk biegła ociężale. To skłoniło ją do zrobienia prześwietlenia. – Chciałam czarno na białym pokazać, że z przyjmowaniem ocen ludzi, którzy znają się na biegach tak, jak ja na astronomii, warto poczekać – tłumaczyła Kamilowi Wolnickiemu z „PS”.

Gdy przyszły wyniki prześwietlenia, cała Polska wstrzymała oddech. – Jedna z kości jest złamana wielowarstwowo. Miałam takie przypuszczenia, lecz nie chciałam niczego diagnozować. Teraz zyskałam potwierdzenie, ale co to zmienia? Trzy tygodnie temu startowałam w Toblach bez przyjęcia choćby jednej tabletki przeciwbólowej. To moja stopa, jestem dorosła i sama będę podejmowała decyzje – powiedziała Kowalczyk, po czym zacisnęła zęby i wybrała się na trasę biegu. Wystartowała jako pierwsza i ani na moment nie oddała należnej jej pozycji.

Karol Bielecki

„Kola” dokonał czegoś znacznie spektakularnego niż Kowalczyk. Chociaż mógł śmiało wystąpić na igrzyskach paraolimpijskich, wystąpił na zwykłych. I to został królem strzelców imprezy. Ale po kolei.

Jest 2010 rok. W pierwszych minutach towarzyskiego spotkania z Chorwacją Bielecki wpadł w rozpędzonego Josipa Valcia. Ten rzucając piłkę zaczepił o twarz rudowłosego szczypiornisty. Karolowi wypłynęło oko. Przez tydzień polscy i niemieccy lekarze walczyli, aby je uratować. Po nieudanej operacji poszycia oka wydawało się, że wszystko jest już  przesądzone.

Kolejnych operacji nie będzie. Jak już wszystko wydobrzeje, będziemy zastanawiać się nad instalacją czegoś zastępczego, żebym jakoś normalnie wyglądał – powiedział zrezygnowany Bielecki. Poinformował jednocześnie o zakończeniu sportowej kariery. – Niestety nagle wszystko się urwało i trzeba będzie robić jakieś inne rzeczy. Ale jestem nastawiony optymistycznie. Co by się nie działo, dam radę. To tylko oko, także jeszcze dużo przede mną. 

Wkrótce miało się okazać, że przed Bieleckim jest nie tylko wizja realizowania się w biznesie (otworzył ekskluzywną restaurację), ale i bardziej fascynująca część przygody z piłką ręczną.

Po zaledwie miesiącu od oficjalnego zakończenia kariery wrócił na parkiet. Po dwóch wystąpił w Bundeslidze, notując 11 trafień. Ponownie w kadrze wystąpił jeszcze w roku kontuzji. W 2015 wywalczył z nią brązowy krążek mistrzostw globu, a rok później był chorążym reprezentacji Polski na igrzyskach w Rio.

Tomasz Gollob

Podobno żużlowcy są tak zdeterminowani, że rezygnują z dalszej walki dopiero przy otwartym złamaniu.

Trzy operacje kręgosłupa, sparaliżowana ręka, utracony palec – trochę dużo jak na jednego człowieka. – Żużel to sport dla kamikadze – powtarzał Tomasz Gollob, który kilka miesięcy temu został wybudzony ze śpiączki farmakologicznej.

Zdrowotna niedyspozycja to konsekwencja nieszczęśliwego wypadku na motocrossie. Pod tym względem doświadczony żużlowiec przypomina Michaela Schumachera. Niemiecki kierowca trafił na dłużej do szpitala nie w efekcie straceńczej jazdy w F1, a zimowej eskapady w góry. Dla Golloba jazda na crossie była pasją, dzięki niej potrafił lepiej kontrolować żużlowy motocykl i cieszył się lepszą wydolnością. Tamtej niedzieli jechał zaledwie 10 km/h, zjeżdżał po stoku. W pewnym momencie z rączki zsunął mu się gumowy uchwyt. Właśnie na skutek tego zdarzenia siedmiokrotny mistrz świata stracił panowanie nad kierownicą.

Gollob to nie tylko mistrz jazdy po szerokiej, ale również mistrz przeżywania wypadków. Po wielu z nich mógł być przyspawany do wózka, lecz za każdym razem oszukiwał swój organizm i kostuchę. Zawsze wracał na tor. Nawet po tym, jak w 95 roku Peter Karlsson wjechał mu plecy. Albo, gdy w pamiętnym finale Złotego Kasku przebił głową drewnianą bandę. Czy, kiedy po głowie Golloba przejechał się rozpędzony motocykl Tai’a Woffindena.

Życie jest igraniem z losem i śmiercią, ale ja się tym nie przejmuję. To jest normalne. Zresztą idąc ulicą też możesz mieć problem, bo na przykład cegła spadnie ci na głowę –  napomknął „Chudy” w swojej autobiografii. Zanim ją wydał, w 2010 roku spisał testament. – Wiedziałem, że nie zdobędę tytułu mistrza świata, jeśli będę jeździł asekurancko – wyjaśnił.

Ojciec Tomasza powtarza, że syn ma psychikę kosmonauty.

HUBERT KĘSKA

Najnowsze

Inne sporty

Komentarze

18 komentarzy

Loading...