Reklama

Snajper za siedem funtów tygodniowo. Legendarny po dwakroć Jimmy Greaves

redakcja

Autor:redakcja

30 kwietnia 2017, 10:18 • 11 min czytania 3 komentarze

Wygrał w futbolu wszystko, co się dało, włącznie z jedynym mistrzostwem świata w historii angielskiej piłki kopanej, choć jednocześnie długo dawał zwyciężać trawiącej go chorobie alkoholowej. Przez długie dekady – niedościgniony. Nie do pobicia, póki w piłce nie zjawili się Cristiano Ronaldo z Leo Messim i nie uczynili swoją własnością sztuki zdobywania goli. A i tak jego koronne osiągnięcie ci dwaj wciąż gonią. Nadal ścigają się na bramki zdobyte w rozgrywkach topowych lig europejskich z Jimmym Greavesem. Legendą tak wielkiego kalibru, że tym mianem cieszy się nie w jednym, a w dwóch londyńskich klubach. Chelsea, gdzie się wychował, a także Tottenhamie, gdzie pobił wszelkie możliwe rekordy.

Snajper za siedem funtów tygodniowo. Legendarny po dwakroć Jimmy Greaves

***

– Nie wiem dlaczego, ale strzelanie bramek przychodziło mi z łatwością. Naturalnie. Nigdy nie czułem napięcia, nerwów, jakiejkolwiek presji, nie brakowało mi wiary w siebie. Strzelałem bramki od kiedy byłem małym chłopcem i w mojej głowie siedziało przeświadczenie, że urodziłem się, by to właśnie w życiu robić. Wielu zawodników martwi się tym, że nie trafi w bramkę. Ja – nigdy. Jeżeli strzeliłem, wszystko było okej. Jeśli się myliłem, wiedziałem że później znów będę mieć okazję.

slide_338284_3446682_freeReprezentacja Anglii wychodzi na mecz z Francuzami. Wszyscy skupieni, Greaves (piąty w kolejności) uśmiechnięty od ucha do ucha.

***

Wydawać by się mogło, że Cristiano Ronaldo i Lionel Messi, piłkarze epokowi, możliwe że dwaj najwięksi w historii, dawno pokonali już wszystkie granice, jakich wcześniej nie potrafili przekroczyć najznamienitsi przedstawiciele futbolu. Nic bardziej mylnego. Obaj wciąż gonią starego, poczciwego Jimmy’ego w klasyfikacji najlepszych strzelców topowych lig europejskich (włoska, angielska, francuska, hiszpańska i niemiecka). Jimmy’ego, którego nie potrafił przebić nawet legendarny Gerd Mueller, Jimmy’ego, którego osiągnięcie zostanie przez obu najprawdopodobniej pobite dopiero w tym roku.

Reklama

***

Najlepsi strzelcy w historii w topowych ligach Europy:

1. Jimmy Greaves (Chelsea, AC Milan, Tottenham, West Ham) – 366 bramek
2. Gerd Mueller (FC Bayern) – 365 bramek
3. Cristiano Ronaldo (Manchester Utd, Real Madryt) – 364 bramki
4. Lionel Messi (FC Barcelona – 345 bramek

***

– Zdobywanie bramek porównywałem do spadających gwiazd. Nawet w najbardziej szare zimowe popołudnie, piłka trzepocąca w siatce rozświetlała świat na krótką chwilę. Moment, który tak szybko jak przychodził, tak szybko również odchodził.

slide_338284_3446665_free

***

Reklama

Rekordy „Greavsie” ustanawiał zresztą od małego. Tym najdonioślejszym były 122 bramki w jednym sezonie rozgrywek młodzieżowych. – Po osiągnięciu takiego wyniku, oferowaliby ci Porsche i tygodniówkę na poziomie rocznych zarobków przeciętnego człowieka – wspominał później na łamach swojej biografii. Jemu w Chelsea nie zaoferowali ani nowego samochodu, ani bajońskich zarobków. Nie, Ted Drake powiedział, że nie są co do niego w stu procentach przekonani i wypuścił ze swojego gabinetu bez przyjęcia autografu na kontrakcie. Podobnie zresztą jak rok wcześniej zrobił z Joe Bakerem. Tym samym, za którego Arsenal zapłacił kilka lat później Torino rekordowe w tamtym czasie 70 tysięcy funtów i który w cztery lata na Highbury zdobył niemal sto trafień dla lokalnych rywali Chelsea.

Drake nie miał jednak pojęcia, że tym razem błąd, jaki mógł popełnić, był jeszcze większy.

Uchronił go przed nim człowiek, któremu Greaves zawdzięcza całą swoją niesamowitą, ukoronowaną mistrzostwem świata 1966 roku karierę. „Pan Pope”, czyli Jimmy Thompson. Prawdziwy londyński superskaut tamtych czasów. Człowiek, któremu w okolicy, w której mieszkał Greaves, nie umknął choćby jeden utalentowany dzieciak i który zresztą młodego Jimmy’ego i jego ojca przekonał do treningów w Chelsea, fundując dzieciakowi parę nwoych butów piłkarskich.

– Kiedy powiedziałem mu, że Ted Drake nie chce podpisać ze mną umowy, miał minę jakby kolejka parowa przejechała mu po nogach podczas picia soku z cytryny.

Thompson wiedział, że nie może pozwolić chłopakowi, od którego na kilometr śmierdziało ogromnym piłkarskim potencjałem, opuścić Stamford Bridge. Załatwił sprawę w dziesięć minut. Tyle czasu minęło od momentu, kiedy pewnym krokiem, bez pukania, wszedł do biura Drake’a do chwili, gdy wyszedł z niego z umową dla Greavesa. Kontraktem, którego warunki dziś brzmią jak konkretny dowcip:

– 8 funtów tygodniówki w trakcie sezonu
– 7 funtów tygodniówki w przerwie letniej
– talon na lunch każdego dnia
– 17 funtów wyjściówki
– 2 funty premii za wygraną
– 1 funt premii za remis

***

– Czy żałuję, że nie grałem na przykład w latach 90.? Jasne, cholera, że żałuję. Dostawałem osiem funtów zimą, siedem latem, a teraz zawodnicy, którzy nie potrafią w ciągu roku strzelić pół tuzina goli zgarniają małe fortuny! Rezerwowi dostają po 40 tysięcy funtów tygodniowo!

***

Tego, że wtedy, w swoim biurze, dał się namówić Thompsonowi na podstawienie Greavesowi kontraktu pod nos, Ted Drake chyba jakoś szczególnie nigdy nie pożałował:

Zrzut ekranu 2017-04-28 o 17.28.02

Greaves szybko dał się poznać jako strzelec wyborowy, na którym przeskok z juniorów do seniorów nie zrobił większego wrażenia. Nikt w tak młodym wieku nie miał na koncie stu bramek w angielskiej elicie. On dokonał tego na kilkadziesiąt dni przed 21. urodzinami. Na Stamford Bridge, którego pierwsze oświetlenie… sam montował.

– Kilku zawodników, w tym ja, uczestniczyło w montażu pierwszych reflektorów. Wyobrażacie sobie coś takiego w klubie dzisiejszej Premier League?!

Pokory nabierał zresztą w Chelsea nie tylko przy okazji własnoręcznego unowocześniania obiektu, czy też przez dwa lata pomagając w klubowym biurze i wydając zawodnikom talony żywnościowe. Nauczył się jej, szczęśliwie, bardzo szybko.

Młodzieżowa drużyna Chelsea, w której przyszło mu grać, była napakowana późniejszymi gwiazdami angielskiej ligi. Barry Bridges został później nawet czterokrotnym reprezentantem kraju, Ken Shellito przez wiele lat stanowił o sile prawej strony defensywy The Blues, Mel Scott i Mickey Block po Chelsea trafili do Brentford, gdzie drugi z nich został wręcz ulubieńcem trybun. Nic więc dziwnego, że wyniki osiągane przez Chelsea w lidze South East Counties często gęsto kręciły się wokół dwucyfrówek.

Kiedy więc w finale FA Youth Cup, pucharu drużyn młodzieżowych, Chelsea miała zmierzyć się z Wolverhampton, drużyna ze Stamford Bridge była pewna wygranej. W pierwszym meczu potwierdzając zresztą swoją piłkarską dominację wygraną 5:1.

A jednak w rewanżu na Molineux Wolves ograli The Blues 6:1, wydzierając im z rąk jedyne młodzieżowe trofeum, którego „Greavsie” nigdy nie wzniósł w górę.

– Lekcja numer jeden: mecz kończy się, gdy sędzia gwizdnie po raz ostatni. Już w przerwie widziałem, że jesteście pewni wygranej. Wszyscy tacy pewni jeszcze przed drugą połową! Wasze ego was przerosło. Lekcja numer dwa: nigdy nie wychodź na boisko z ego na wierzchu! Tyle mam wam do powiedzenia – miał po meczu przekazać swoim piłkarzom trener Dickie Foss.

Ta lekcja pokory pozwoliła mu nauczyć się respektu do każdego przeciwnika, jednak nigdy nie zachwiała, ba, nawet delikatnie nie zabujała jego pewnością siebie.

Na Stamford Bridge ani wtedy, ani w czasie, gdy ładował bramkę za bramką, nie mogli się jednak spodziewać, że niedługo później wykorzysta umiejętności i wiedzę wyniesioną z Chelsea ku chwale ligowych, ba, lokalnych rywali. I że niejednokrotnie okaże się katem swojego byłego klubu.

slide_338284_3446669_free

Katem mógł się jednak okazać przede wszystkim sam dla siebie. Pod maską uśmiechniętego, nigdy szczególnie nieprzejętego stawką meczu czy zmarnowaną sytuacją „Greavsiego”, zaczął się kryć człowiek z ogromnym problemem. Przegrywający z wrogiem zżerającym go od środka. Z uzależnieniem od alkoholu.

– Alkoholizm jest chorobą o podłożu psychicznym. Nie ma znaczenia, że od kilkudziesięciu lat nie miałem alkoholu w ustach. Rozchodzi się o to, żeby nie napić się dzisiaj. Zawsze musisz o tym pamiętać. Problem z alkoholem jak posiadanie drewnianej nogi, którą musisz sobie wkręcać co rano. Wolałbyś jej nie mieć, ale musisz o niej pamiętać, bo bez niej upadniesz – mówił niedawno na łamach brytyjskiej prasy, odnosząc się do problemów innego byłego reprezentanta kraju, Paula Gascoigne’a.

On sam, jak zapewnia, alkoholu nie posmakował już od ponad trzech i pół dekady. Ale to i tak ten przeciwnik, znacznie groźniejszy od któregokolwiek boiskowego rzeźnika lat 50. czy 60., poharatał go znacznie mocniej. W dwa lata, pomiędzy 1970 a 1972, Greaves przeszedł straszną transformację. Od sportowca co się zowie, napastnika, którego bali się wszyscy obrońcy, do faceta, którego z powodu jego demonów opuszcza żona i który zamiast nadal być na świeczniku, ledwie wiąże koniec z końcem sprzedając damskie swetry i mieszkając w obskurnej kawalerce.

Alkohol sprawił, że poważne granie zakończył bardzo wcześnie, już w wieku trzydziestu lat.

***

– Nie brakuje mi gry w piłkę. Brakuje mi strzelania goli. Moje wyobrażenie nieba? Strzelanie bramek przez całą noc po całym dniu zdobywania goli.

slide_338284_3446696_free

***

Do trzydziestego pierwszego roku życia, gdy powiedział pas, Greaves dobił już jako zawodnik West Hamu – tam też ustrzelił ligowego gola numer 366. Tego samego, który w klasyfikacji wszech czasów pozwala mu zajmować miejsce ponad snajperem tak bezwzględnym i tak zabójczo skutecznym, jakim był urodzony pięć lat później Gerd Mueller. Nie ma jednak wątpliwości, czyim barwom przysłużył się najmocniej.

– W czasie, gdy grałem w Milanie, miałem na stole dwie oferty transferowe. Tottenham i Chelsea podobno chciały dać za mnie po 90 tysięcy funtów. Nie chciałem jednak wracać do mojego byłego klubu. Chelsea stawała się wtedy coraz słabsza, a Tottenham rósł w siłę. Dopiero co jako pierwszy klub w dwudziestym wieku wygrał i ligę, i puchar Anglii. Miałem też przekonanie, że Chelsea wcale nie chciała dać tyle, na ile się zarzekała. Pamiętałem z mojego czasu w klubie, jak bardzo zachowawczo podchodziło się tam do wydawania pieniędzy, a tu nagle 90 tysięcy funtów wzięte nie wiadomo skąd? W tamtym czasie jednak kibice Chelsea byli poirytowani tym, że klub oszczędza, przez co nie walczy o najwyższe lokaty. Mam wrażenie, że Joe Mears, prezes klubu, użył tej oferty jako zasłony dymnej. Liczył, że zostanie odrzucona. Chciał czegoś na zasadzie:patrzcie, chcieliśmy ściągnąć z powrotem Greavesa, ale się nie udało”.

Trafił więc do Tottenhamu, ostatecznie za… 99 999 funtów. A to dlatego, że ówczesny menedżer Kogutów Bill Nicholson wiedział doskonale, że już czyniąc z Greavesa najdroższego piłkarza w historii, nakłada na jego barki ogromną presję. Nie chciał jeszcze zwiększać jej ciężaru, dorzucając metkę „pierwszego w historii zawodnika za sto tysięcy”.

Najwięcej o tym okresie kariery mówią jego własne słowa, jeden z ulubionych cytatów fanów Tottenhamu, dotyczącego  klubu z północnego Londynu: – Najbardziej w całym moim życiu żałuję opuszczenia White Hart Lane. Tamto pożegnanie złamało mi serce.

Nic dziwnego. Po dziś dzień nie znalazł się wśród wielu jego następców w zespole Kogutów nikt, komu strzelanie bramek i zdobywanie miłości trybun przychodziłoby z taką łatwością. Wydawałoby się, że idolem trybun White Hart Lane nie ma prawa być wychowanek nieszczególnie lubianej Chelsea. Greavesowi nikt jednak nie wypominał jego korzeni, tak jak i na Stamford Bridge nikt nie miał zamiaru gwizdać w jego kierunku lekceważąco, gdy przyjechał tam po raz pierwszy.

– Bałem się, jak zostanę przyjęty, gdy w Boxing Day pierwszy raz miałem okazję przebierać się w szatni gości na Chelsea. Niepotrzebnie. Fani zgotowali mi znakomite przyjęcie, oklaskiwali nawet moje pierwsze dotknięcie piłki. A przecież musiało to dla nich być ciężkie, bo to mój gol dał nam prowadzenie w wygranym 2:0 spotkaniu.

Chelsea karał jeszcze wielokrotnie. Jak choćby w 1967 roku, gdy w finale FA Cup, przy wypełnionym setką tysięcy fanów Wembley, wraz z kolegami wygrał 2:1.

jimmy-greaves2_3290928b

Tamto zwycięstwo uczcił jeszcze… butelką mleka. Niedługo później w jej miejsce pojawiła się inna butelka. Ta, która sprawiła, że kilka lat zostało praktycznie wymazanych z jego życiorysu.

***

– Kompletnie straciłem lata 70. One przeleciały gdzieś obok mnie. Byłem pijany od 1972 do 1977 roku. Obudziłem się pewnego ranka i zorientowałem, że żyję w świecie kompletnie innym, niż ten, który pamiętałem. Żyłem w nim, ale w nim nie funkcjonowałem. Żałuję, że nie pociągnąłem mojej kariery nieco dłużej.

slide_338284_3446713_free-2

***

Mimo nieodłącznie towarzyszącego „Greavsiemu” szerokiego uśmiechu, który można zobaczyć na wielu fotografiach z czasów, gdy grał jeszcze w piłkę, nie wszystko w jego życiu toczyło się bowiem tak gładko, jak na boisku. Los potrafił nałożyć na jego barki ogromny ciężar, którego Jimmy nie był w stanie unieść.

Jak wtedy, gdy jego czteromiesięczny syn zmarł na zapalenie płuc.

– Śmierć Jimmy’ego kompletnie nas zdewastowała. Niemalże odeszliśmy wtedy od zmysłów. Jeżeli w moim życiu był dzień, który chciałbym cofnąć, to właśnie ten, kiedy mały Jimmy stracił życie.

Wspomniany triumf na mistrzostwach świata z Anglikami również miał dla niego gorzki smak. Finał opuścił z powodu kontuzji odniesionej w meczu z Francją, choć wielu insynuowało, że to nie uraz, a jego problem z alkoholem sprawił, że Alf Ramsey wolał stawiać na Geoffa Hursta. Który aż do finału miał na koncie ledwie jednego gola, ale w decydującym o mistrzostwie świata meczu ustrzelił hat-tricka.

– W dniu finału Alf dał mi do zrozumienia, że wystawi ten sam skład, co w półfinale. Poszedłem się więc spakować. Gdy Bobby Moore zapytał mnie, co robię, powiedziałem mu: „dla mnie to koniec, stary, szykuję się na szybki wyjazd, jak tylko finał się skończy”.

Zgodnie z tym, co powiedział przy śniadaniu, Ramsey wystawił zwycięski, półfinałowy skład. I nie dał Greavesowi choćby powąchać murawy w ostatnim spotkaniu.

***

– Cieszyłem się na murawie z kolegami, ale nawet w tak podniosłym, szczęśliwym momencie, w głębi serca czułem smutek. Przez dziewięć lat bycia profesjonalnym piłkarzem marzyłem o zagraniu w finale mistrzostw świata i właśnie straciłem tę szansę. To bolało. Tamtej nocy się upiłem. Wróciłem do domu i zabrałem żonę Irene i dzieci na urlop. Przeczytałem w gazecie, że „Anglicy napisali historię”. Tym właśnie już następnego dnia stały się dla mnie mistrzostwa roku 1966. Historią.

2813400_xbig-lnd

***

I pomyśleć, że najlepszy napastnik w historii angielskiej piłki ligowej mógł piłkarzem wcale nie zostać. Mógł nie napisać swojej pięknej, choć bolesnej i najeżonej przestrogami dla młodych adeptów futbolu, historii. W końcu w jego czasach w cenie byli nie sportowcy, a… hydraulicy. Jimmy jednak szybko przekonał się, że do jakichkolwiek innych zawodów ma dwie lewe ręce. Czego dowiódł ponad wszelką wątpliwość, gdy przy montażu oświetlenia na Chelsea, zdarzyło mu się przypadkiem wyrwać kable, a na co John Battersby mógł mu wtedy powiedzieć tylko: – Nie jesteś stworzony do prac manualnych, prawda, Jimmy?

Jakież szczęście, że obok dwóch złotych nóg, Greaves dostał od Boga dwie lewe ręce…

SZYMON PODSTUFKA

Najnowsze

Anglia

Komentarze

3 komentarze

Loading...