Reklama

Walka o spadek nabiera rumieńców

redakcja

Autor:redakcja

28 kwietnia 2017, 20:41 • 3 min czytania 12 komentarzy

Wbrew oczekiwaniom Arka i Piast nie rzuciły wyzwania ostatniemu El Clasico. W Gdyni podobno grano w piłkę nożną, ale nie jesteśmy w pełni przekonani, bo na pierwszy rzut oka ten „mecz” miał więcej wspólnego z warcabami, na drugi z makao, na piąty z Sensible World of Soccer granym bez dwóch dyskietek. 

Walka o spadek nabiera rumieńców

Godnych odnotowania zdarzeń w pierwszej połowie było tyle, że spokojnie wypełniłyby z pięć minut normalnego meczu. Nie wiadomo do końca co chciał zrobić w swoim polu karnym Hebert – według najpopularniejszej teorii chciał załadować gola szczupakiem do własnej bramki. Wiadomo natomiast, że o Szwochu można niejedno powiedzieć, ale na pewno nie to, że nie zna się na strzelaniu rzutów karnych. Poza tą sytuacją jednak obserwowaliśmy kopaninę rodem nawet nie z okręgówki, co z ogródkowego meczu z Reksem na gumową piłkę. Co tu dużo kryć: widzieliśmy zapasy w kiślu, które miały więcej wspólnego z futbolu. Piast atakował tak zażarcie, że nie oddał żadnego celnego strzału. Arka natomiast tak kontrolowała mecz, jak pijany kontroluje płot, którego się trzyma.

Innymi słowy, dość nieudolnie, co pokazała dobitnie tuż po zmianie stron. Bukatę i Papadopoulosa, którzy przechadzali się po murawie z godnością pensjonariuszy pensjonatu „Pod Jemiołą” w Ciechocinku, zastąpili Zivec i Jankowski. W trzy minuty zrobili więcej, niż parodyści, których zmienili. Jankes w zasadzie mógł wyrównać tuż po zmianie stron, gdy Sekulski wypuścił go dobrze podaniem po skrzydle, ale kąśliwy strzał dobrze zbił Steinbors. Przez ładnych kilka minut Piast nacierał tak, jakby rzeczywiście miał w swoich szeregach piłkarzy, a nie był reprezentacją ortodontów. Dość powiedzieć, że nawet Mójta, wcześniej irytujący wrzutkami na bandę i stałymi fragmentami w pierwszego obrońcę, oddał cudowny centrostrzał jak za najlepszych, totalnie nieprzewidywalnych czasów Podbeskidzia.

Wkrótce duża kontrowersja sędziowska, która mogła zaważyć na wyniku meczu. Bierna Arka zaczęła grać w przewadze, bo Jakubik wyrzucił Sedlara pokazując mu dwie żółte kartki.

arka8

Reklama

arka7

Jedna z nich bezsporna, ale w drugim przypadku – chronologicznie pierwszym – Sedlar wyraźnie uciekał z nogą. Nie chciał stworzyć zagrożenia, nie było też kontaktu. Czerwona kartka więc w konsekwencji jest decyzją zbyt ostrą.

Arka miała więc 1:0 na własnym stadionie, przewagę zawodnika i raptem kwadrans do końca. I co? I nic. Dalej ich ataki były w najlepszym wypadku niemrawe, a w najgorszym żadne. Piast grając w osłabieniu potrafił wyjść z kontrą czterech na dwóch. W końcu Vranjes dobrze dograł w pole karne do Jankowskiego, ten niby był otoczony obrońcami, ale żaden nie chciał przeszkadzać, więc stało się to, co musiało się stać – 1:1. Zasłużone, bo tak grająca Arka nie miała prawa wygrać.

Takie mecze i takie drużyny miał na myśli Franek Smuda, gdy mówił o walce o spadek. Widać już wyraźnie, że chętnych jest coraz więcej, a walka o miejsce w strefie spadkowej będzie nie mniej zażarta, niż ta o mistrzostwo. Niewykluczone, że w Gdyni oglądaliśmy faworyta w tym trudnym, wyczerpującym wyścigu.

mroczny

Fot. FotoPyK

Reklama

Najnowsze

Komentarze

12 komentarzy

Loading...