We Wrocławiu bez zmian – kolejny rekord frekwencji pobity

Piotr Tomasik

06 grudnia 2016, 11:30 • 4 min czytania

Reklama
We Wrocławiu bez zmian – kolejny rekord frekwencji pobity

Choć problem z frekwencją na stadionie Śląska jest równie świeży jak zjełczałe masło, to jednak ostatnio we Wrocławiu mimo wszystko wyszli chyba z założenia, że czas najwyższy zacząć przełamywać kolejne bariery i wyznaczyć zupełnie nowe standardy. Po sobotnim „osiągnięciu” z meczu z Pogonią Szczecin jedynie coraz bardziej utwierdzamy się w przekonaniu, że w przypadku ekipy z Dolnego Śląska nawet najlepszy spec od marketingu po analizie sytuacji rozłożyłby jedynie bezradnie ręce, odwrócił się na pięcie i uciekł w popłochu.

Reklama

Konfrontację z Portowcami z wysokości trybun obserwowało całe 4001 widzów. 4001 widzów na stadionie o pojemności przekraczającej 42 tysiące. 4001 widzów na meczu w mieście liczącym sobie ponad 630 tysięcy mieszkańców. Zapełnienie obiektu na poziomie DZIEWIĘCIU procent. I rzecz jasna pobity rekord – była to bowiem najniższa frekwencja od momentu, gdy Śląsk przeniósł się na nowy stadion. Poprzedni ustanowiony został w zeszłym sezonie – wówczas podczas spotkania z Górnikiem Łęczna fani zajęli 4282 krzesełek.

By w pełni uświadomić sobie, z jak wielką mizerią mamy do czynienia, wyciągnęliśmy kalkulatory i postanowiliśmy pobawić się w pewne wyliczenia. Sprawdziliśmy, ilu widzów pojawiłoby się na pozostałych stadionach klubów Ekstraklasy, gdyby ich obiekty wypełniły się w tym samym procencie, co w trakcie starcia Śląska z Pogonią, a także zestawiliśmy to ze średnią liczbą kibiców przychodzących w tym sezonie na domowe starcia każdej z ekip i średnim procentowym zapełnieniem każdego ze stadionów. Wnioski są – co tu dużo gadać – przerażające. Zobaczcie zresztą sami:

Śląsk: 4001 osób (średnia liczba widzów z całego sezonu: 10246, średnie zapełnienie 23,9%)
Nieciecza: 420 osób (średnia liczba widzów z całego sezonu: 3924, średnie zapełnienie: 84%)
Arka: 1362 (średnia liczba widzów 8818, średnie zapełnienie 58%)
Cracovia: 1351 (średnia liczba widzów 7397, średnie zapełnienie 49%)
Zagłębie: 1447 (średnia liczba widzów 6391, średnie zapełnienie 40%)
Górnik Łęczna: 1395 (średnia liczba widzów 3818, średnie zapełnienie 24,6 %)
Pogoń: 1622 (średnia liczba widzów 6723, średnie zapełnienie 37%)
Lech: 3855 (średnia liczba widzów 15029, średnie zapełnienie 35%)
Lechia: 3925 (średnia liczba widzów 16182, średnie zapełnienie 37%)
Legia: 3024 (średnia liczba widzów 18765, średnie zapełnienie 56%)
Ruch: 900 (średnia liczba widzów 5697, średnie zapełnienie 57%)
Wisła Płock: 988 (średnia liczba widzów 6140, średnie zapełnienie 56%)
Wisła Kraków: 2994 (średnia liczba widzów 11641, średnie zapełnienie 35%)
Piast: 903 (średnia liczba widzów 4818, średnie zapełnienie 48%)
Jagiellonia: 2018 (średnia liczba widzów 14371, średnie zapełnienie 64%)
Korona: 1395 (średnia liczba widzów 6128, średnie zapełnienie 41%)

Jak widać w powyższym zestawieniu, gdyby mecz Śląska z Pogonią przy zachowaniu wszelkich proporcji przenieść na inne stadiony, na czterech z nich liczba fanów nie przekroczyłaby tysiąca, na dziewięciu – półtora tysiąca. Mało tego, wrocławianom udało się dokonać rzeczy absolutnie bezprecedensowej. Okazuje się bowiem, że na tę chwilę w trakcie meczów Śląska obiekt zapełnia się średnio w mniejszym stopniu niż podczas spotkań trapionego konfliktem kibiców z właścicielami Górnika Łęczna, który domowych starć nie może rozgrywać nawet we własnym mieście.

Reklama

Jasne, z drugiej strony mamy pełną świadomość tego, że im większy stadion, tym trudniej go zapełnić. Tak czy owak, jeśli przyjrzymy się frekwencji w Poznaniu, Warszawie, Gdańsku czy – co powinno być w tym przypadku najbardziej miarodajne – na obiekcie znajdującej się niżej w tabeli Wisły Kraków, Śląsk i tak przegrywa w przedbiegach. Tylko ktoś wyjątkowo naiwny dziwiłby się jednak podobnemu stanowi rzeczy. Śląsk nie dość, że – eufemistycznie rzecz ujmując – nie za bardzo przyciąga kibiców swoją grą (najgorszy domowy bilans w Ekstraklasie: jedno zwycięstwo, pięć remisów i cztery porażki), to na dodatek wciąż niewiele robi poza boiskiem, by sam klub był postrzegany przez mieszkańców jako atrakcyjny i przystępny w odbiorze produkt.

Cała sytuacja przypomina zresztą trochę błędne koło – ludzie nie przychodzą na mecze, bo zespół gra kichę, zespół zaś gra kichę również dlatego, bo piłkarzom brakuje wsparcia publiczności. Nie pomaga z pewnością również fakt, że we Wrocławiu od kilku lat mają problem ze znalezieniem sensownego inwestora, który niewątpliwie stanowiłby dla klubu bodziec umożliwiający wyjście z przeciągającego się długimi miesiącami marazmu.

Choć pewne pocieszenie może stanowić fakt, że wrocławianie jak na razie wciąż mają lepszą średnią liczbę widzów niż w zeszłym sezonie (8710), trzy sezony temu (9962) i jedynie minimalnie gorszą niż przed dwoma laty (10963), wcale nie zdziwilibyśmy się, gdyby i pod tym względem koniec końców został wykręcony nowy rekord. Trzeba bowiem powiedzieć sobie jasno, że niewiele wskazuje na to, by w najbliższym czasie na horyzoncie pojawiło się jakieś cudowne rozwiązanie problemu.

Fot. FotoPyK

Reklama

Najnowsze

Reklama
Piłka nożna

Był wielkim talentem Liverpoolu. Teraz przyznał się do brutalnego ataku na byłą partnerkę

Kacper Korpak
0
Był wielkim talentem Liverpoolu. Teraz przyznał się do brutalnego ataku na byłą partnerkę
Piłka nożna

„Biegałem im po wódkę”. Były kolega z Chicago Fire zdradza kulisy życia z polskim trio

Kacper Korpak
6
„Biegałem im po wódkę”. Były kolega z Chicago Fire zdradza kulisy życia z polskim trio

Weszło

Reklama