Rodzice motywujący pociechy swojskim „zajeb mu, skoś go, niech kontuzji dostanie!”. Ośmiolatek wyrzucony z boiska za wyzwiska. Ustawka rodzice na rodziców. Za co trener dostał od rodzica w ryja na meczu U12. Posłuchajcie o osławionym Komitecie Oszalałych Rodziców. O solidarności plemiennej „Przecież jesteś stąd, ty nam mecz powinieneś wygrać!”. O obserwatorze, który poszedł do sklepu i zaginął. O awansach sędziowskich, w których decydują znajomości. O niedzielach cudów w niższych ligach. O tym wszystkim opowiedział nam arbiter z okręgu mazowieckiego, zapraszamy.

„Synku, zajeb mu, skoś go, niech kontuzji dostanie!”

***

KOMITET OSZALAŁYCH RODZICÓW

Sędziowałem mecz ośmiolatków na orliku u siebie w mieście. Jeszcze nie zdążyłem wyjść na boisko, a jakiś nabuzowany rodzic do mnie – kurwa, sędziuj dobrze bo stąd nie wyjedziesz! Myślę sobie: jak mam stąd nie wyjechać, jak ja tu mieszkam? Pierwszy aut, ewidentnie dla gospodarzy, ja gwiżdżę w drugą stronę. On dostał piany…

Czemu zagwizdałeś dla gości?

Specjalnie, żeby go wkurzyć (śmiech). Sorry, tak było, chciałem sprawdzić jego reakcję. Później puściłem sytuację stykową, a on dostał szału. Szły wszystkie epitety – ty chuju, ty ślepa kurwo, jebać sędziego i całą rodzinę jego, a potem znowu, że stąd nie wyjadę. Po meczu traf chciał, że jak wychodziłem ze stadionu, to on akurat siedział w samochodzie.

Strzelam, że nie wziął cię na stopa.

Była powtórka – kurwo, jeszcze się spotkamy i policzymy.

Jego syn był przy tym?

Tak, pewnie, to standard. Inna sytuacja: mecz najmłodszych, U8, boisko wyznaczone tzw. grzybkami. Piłka minimalnie wychodzi za linię, moim zdaniem była w polu gry, ale rodzice już mieli swoje zdanie. Jeden zaczął podburzać syna i potem to dziecko – mały chłopczyk! – zwie do mnie: gdzie masz okulary! Co ty robisz pajacu! Chłopczyk. Mecz się skończył, dzieciak wprost chamsko mi ubliżył, to dałem zgodnie z regulaminem czerwoną kartkę. W takim roczniku czerwona… aż niemożliwe. Słyszałem, że został zawieszony, ale dla klubu to żaden problem, wystawią gracza na kartę innego zawodnika. Chłopak nie dostanie kary ani ze związku, ani z klubu, ani od trenera, ani od rodziców.

Znam prezesa klubu, przedsiębiorcę, który ubiegał się o mandat radnego. Jego syn został sfaulowany, usłyszałem – ty gruby chuju, ty pajacu, ty kurwo! Inny potrafił na boisko wlecieć i kłócić się, że nie było spalonego, a potem drzeć się, że samych chujowych sędziów mu wysyłają. Pewna pani prezes pobiła przy mnie rekord świata: po trzydziestu sekundach wstała, zaczęła machać parasolką i mnie wyzywać. Są trenerzy, którzy jadą po tobie cały mecz, a jeszcze podjudzają trybuny, ale nie mówię – są też tacy, którzy uspokajają. Pamiętam mecz na orliku: chłopiec z drużyny gości zderzył się z innym, padł na boisko i zaczął płakać. Trener wbiegł zobaczyć co się stało chłopcu, a rodzice w tym czasie krzyczą: kurwa, dlaczego on udaje, niech wstaje! Dziecko leży i płacze, a ci – wstawaj, nie udawaj! Trener się zdenerwował, poszedł ich uspokoić, ale któregoś to tylko rozjuszyło i wywiązała się pyskówka. „Zamknij mordę, zaraz ci przypierdolę!” kontra „weź spierdalaj gościu”, aż po „już kurwa idę po ciebie!”.

I wszystko przy płaczącym dziecku. Rocznik?

To było U8. Najgorsze, że gdy dziecko słyszy trenera i rodziców, którzy tak wyzywają arbitra, to sędzia zamiast być autorytetem, staje się wrogiem. Młodzik ma wpajane od najmłodszego, że zawsze można się wyżyć, że zawsze można na sędziego zrzucić winę. Okej, niech będzie, że jak się pomylę w kwestii bramki – niech pojadą, nikt nie jest nieomylny. Ale jest jechane przy niuansie, aucie w złą stronę.

Wspomniałeś o wyzwiskach rodziców wobec młodych piłkarzy.

Notoryczne. Dziecko biegnie z piłką – puść, słaby jesteś! Ktoś się wyróżnia – zajeb mu, skoś go, niech kontuzji dostanie!

Masakra.

Raz pamiętam doszło do rękoczynów między rodzicami. Jeden z najsłabszych klubów w stawce prowadził 1:0 na wyjeździe. Szał wśród przyjezdnych, zaczęło się podjudzanie. Pokazywanie gestu Kozakiewicza. Tak się napinaliście przed meczem, a jak chujowo gracie! Mamy ostatnie miejsce, a wygrywamy! Gospodarze przyjmowali to spokojnie, ale w ostatniej akcji wyrównali. Zaczął się odwet: naprawdę myśleliście, że z nami wygracie? Chuja się nadajecie, grać nie umiecie, spadniecie! Z obiektu musieli tam wychodzić ramię w ramię, niektórzy byli pod wpływem, ktoś komuś chciał zabrać szalik i poszło. Zaczęły się przepychanki, najpierw słowne, potem siłowe, padło kilka ciosów. W końcu uspokoili atmosferę normalni kibice. Był to mecz rocznika U12.

W Anglii w poważnych akademiach rodzice mają surowo przestrzegany zakaz odzywania się na meczach.

To by było piękne u nas. Pamiętam w jednej z drużyn był młody gwiazdor, wyróżniał się na tle dzieciaków. Trener go zdjął przy stanie 5:0, a ojciec po meczu trenerowi za to dał w ryja. Dlaczego zdjąłeś mojego syna! Ja tu decyduję jestem trenerem, postanowiłem zdjąć, to zdjąłem. Od słowa do słowa, trener dostał w zęby. Zgłosił to na policję. Innym razem na najmłodszym roczniku, gdzie gra się po siedmiu, w kadrze było osiemnastu, czyli większość siedzi. Rodzic podszedł i pyta trenera: kiedy kurwa mojego syna wpuścisz? Ile on ma tu siedzieć? Pan się uspokoi. Jakie uspokoi, ja go kurwa zaraz wezmę, zobaczy pan! A dzieciaki siedzą, słuchają. Kiedyś jeden rodzic krzyczy do mnie – ja bym kurwa lepiej posędziował z trybun! Tego w ogóle bym nie gwizdnął! Tak cały mecz, aż mnie wkurzył, podbiegłem, dałem mu gwizdek. Masz, idź, sędziuj, wykaż się. Zamknął się, usiadł jak trusia.

Trenerem kadry młodzieżowej jednego z roczników Mazowsza został ostatnio pewien były piłkarz Legii. Nie powiem – dobry szkoleniowiec. Robił wyniki w regionie. Ale nie było miesiąca w ostatnich latach, żeby sędziowie nie skarżyli się na jego zachowanie. Co dwie, co trzy kolejki arbiter równany z błotem. Ciągłe wyzwiska przy dzieciach. Widać po tej nominacji jak poważnie traktowana jest ta sprawa w związku. Jest dobrze umocowany, to na wydziale dyscypliny był może z raz.

Co do sytuacji z panem Mięcielem. Może ten sędzia zrobił źle, że najpierw wysłał raport do internetu, a dopiero później do związku. Ale dzięki temu coś się zaczęło dziać, media poruszyły sprawę, jest większa dyskusja na ten temat. Problem polega na tym, że to się działo od lat, wszyscy w związku o tym wiedzieli i jakoś nikt nie przejawiał ochoty, by cokolwiek zmieniać. Protokoły sędziowskie wiele razy dotykały mocniejszych nawet sytuacji, nic nie wychodziło na światło dzienne. Ja drużynie pana Mięciela sędziowałem nie raz, nie miałem złych zajść, ale to jednak jak podszedł do sprawy wydział dyscypliny… Mięciel zawieszony na pół roku w zawieszeniu, do tego śmieszna kara 500 zł. Sędzia? Zawieszony na czas nieokreślony, czyli może wróci jutro, może za pięć lat. Do tego ukarany karą finansową. To jawna niesprawiedliwość. Bywało tak, że wydział dyscypliny zawieszał innego trenera za chamskie zachowanie wobec sędziego na pięć miesięcy. Kara adekwatna za jego zachowanie, sęk w tym, że kara odbywała się od połowy października dopołowy marca – wtedy kiedy rocznik prowadzonej przez niego drużyny nie rozgrywał żadnych meczów ligowych.

Nasze referent obsady, który podał się do dymisji z dniem 31 października, między innymi zrezygnował z tego powodu. Czuł, że funkcjonowanie w MZPN to walka z wiatrakami. Ujął się honorem, bo to on od ładnych kilku tygodni czy miesięcy nagłaśniał tego typu wydarzenia, a nie miał wsparcia. Pracował znakomicie – mimo że tych meczów jest ponad pięćset w weekend, a sędziów niedostatecznie wielu, to super obsadzał. Bronił nas, sędziów, uwypuklał kolesiostwo. Złożył dymisję w geście protestu, za co jest szykanowany przez prezesa, który insynuuje różne rzeczy… bagienko. Wczoraj było wielkie zebranie WS Warszawa, same ważne osobistości, a zaczęło się od czego: prezes chciał wbić szpilkę byłemu referentowi, pokazał klasę nie ma co. Ogólnie jeden wielki bajzel na spotkaniu, żadnych konkretów, same przepychanki jak w sejmie. Trzeba zaznaczyć, że to prezes WS MZPN, bo prezes WS Warszawa jest tylko marionetką w jego rękach. Powiedzmy sobie wprost, ani jeden ani drugi nie myślą wcale o sędziach tylko o sobie. Nowy referent to kolega prezesa, nie ogarnia wcale, od dawna chciał zostać referentem, każdy o tym wiedział, w końcu się udało.

NAJŁATWIEJSZA ZAGADKA ŚWIATA – KTÓRZY SĘDZIOWIE AWANSUJĄ

Przed sezonem zabawiłem się w typowanie kto awansuje. Pomyliłem się co do jednego sędziego. Wystarczy wiedzieć kto jest jak umocowany i darować sobie śledzenie not. Jak masz odpowiednie nazwisko, pniesz się w górę rok po roku. Mam kolegę, który mieszkał 40 km od Warszawy – trzy lata sędziował B klasę. Jak przeprowadził się do Wawy, po roku A klasa, za chwilę już okręgówka. Zapytałem go o te awanse, a on mówi wprost: no co, przeprowadziłem się, zacząłem bywać w związku, zaczęli mnie kojarzyć, to i rzucili wyżej. Noty funkcjonują tylko jako „podkładka” pod awans.

Rozmawiałem z sędzią z innego związku, opowiadał, że obserwatorzy rzadko są tytanami pracy.

Był pan obserwator, u którego jeżeli sędzia bał się o notę, trzeba było zanieść dwie reklamówki flaszek do samochodu i ocena wspaniała. Po obserwatora z Radomia pewien sędzia wysłał swoich asystentów. Przywieźli, odwieźli, zostawili w garażu wysokoprocentową zwartość bagażnika. Była sytuacja, że sędzia miał układ ze „swoim” obserwatorem, normalnie dzwonił, żeby nie przyjeżdżał, a tylko dyktował treść do arkusza – obserwator musi sporządzić swój – i wszystko. Ja dwa razy miałem osobiście dziwne sytuacje. Raz obserwator przyjechał w dwudziestej minucie, po czym poszedł do sklepu i zaginął. Szukam go po trybunach, a on na kawie z prezesem. Wszedł dopiero w osiemdziesiątej, potem opisuje arkusz – no tak, dobra decyzja w 25 minucie o spalonym. Myślę: kurwa, nie było spalonego w pierwszej, ale okej. Druga sytuacja – Wielka Sobota. Panie sędzio, ja to spierdalam, jadę ze święconką! Mecz okej, tylko za co była ta żółta kartka? Ale panie Mirku (imię zmienione – przyp. red.) były cztery żółte. Aaa, to weź mi podaj! Potem czytam arkusz, a tam sytuacje, które nie miały miejsca. Był obserwator na Mazowszu, który miał swój wzór. Zmieniał tylko imię i nazwisko sędziego, nazwy drużyn, datę, może jakieś detale. Bywało tak, że z arkusza obserwacji sędzia mógł się dowiedzieć, że schudł, że bardzo dobrze wygląda fizycznie, kondycja rewelacyjna, a w rzeczywistości był to delikatnie mówiąc “pan z brzuszkiem” (śmiech). Afera o to poszła, ale przecież to jakieś jaja, że w ogóle zaistniała podobna sytuacja. Taki obserwator jeździ służbowo, ma za taki wyjazd pieniądze! Dla nas przyjazd obserwatora to spina, jest stresik, chce idealnie przesędziować. A potem przyjeżdża ci leśny dziad i ma wyjebane. Nie twierdzę, że wszyscy obserwatorzy są tacy, bo zdarzają się też uczciwi, którzy potrafią godzinę z tobą drobiazgowo przesiedzieć nad przebiegiem meczu – to jest dobre, rozwijające. Niemniej ktoś tych pozostałych toleruje.

Paradoks kolejny – nie może być tak, że sędzia z Warszawy jest obserwowany przez obserwatora z Warszawy. Przecież to absurd, a tak bywa. Warszawski okręg ma najwięcej sędziów i obserwatorów. Sprawdź sobie jakie są proporcje w trzeciej lidze na Mazowsze, Ziemię Łódzką, Podlasie, Warmię i Mazury – więcej niż połowa sędziów z MZPN. Znam fajnych obserwatorów, ale też wiem, że oni, gdy będzie trzeba, skasują kogo trzeba, by wypromować swojego. To gra o wpływy.

Zresztą, bywa, że z braku obserwatorów sędziowie obserwują siebie nawzajem! Wczoraj był u ciebie na linii, dzisiaj go obserwujesz. Przecież wiadomo, że to nie ma szans zadziałać. Byłem raz u kolegi, mówi – nie nie skasujesz mnie chyba? Nie skasowałem, przybiliśmy piątkę, pojechaliśmy na chińczyka. Można mówić, że źle się zachowałem, ale tu jest po prostu fatalny grunt, stworzenie patologicznej sytuacji.

Ciebie kiedyś skasowali?

Tak. Byłem w czołówce, biłem się o awans. Miał przyjechać obserwator i dać finalną notę. Nie przyjechał, usłyszałem więc, że awansu nie będzie, bo mam za mało not. Absurd. Kolega zajął drugie miejsce w okręgówce, czyli premiowane awansem, ale nie wszedł. Nie wiadomo dlaczego. Nie był z Wawy, nie znał nikogo, w związku bywał tylko przy okazji egzaminów – kto sądzi, że to fakty bez wpływu, ten jest naiwny. W Warszawie są imprezy integracyjne, turnieje piłkarskie, kto chce wsiądzie w metro i za parę minut jest w związku. Nie ma głupich, jest łatwiej.

Patologią są też ograniczenia wiekowe. Jeśli nie zaczniesz kursu w wieku 18, 20 lat, nie masz co liczyć na karierę. Wejdziesz w wieku 29 lat, możesz być znakomity, ale nie będziesz promowany, bo nie rokujesz. Są widełki w regulaminie wewnętrznym: na A-Klasę chyba do 32 lat, na okręgówkę 30 lat, plus minus jeden rok. Starsi są tylko w tzw. dyspozycji, ale jak mają jechać na U8, choć wcześniej sędziowali okręgówkę… Szkoda im zachodu. Wykruszają się, a potem gadka, że nie ma sędziów na Mazowszu. Teraz była decyzja, że nawet jak ktoś nie zda egzaminu, to będzie dalej sędziował, bo mamy braki. Jak nie ma być braków, skoro młodych jeszcze ludzi wysyła się na zieloną trawkę? Na asystencie w B klasie stają panowie spod sklepu, gdzie przebiegasz obok, to nie wiesz, czy się nie potkniesz z alkoholowego odoru. Sędziowie klubowi to kolejny absurd. W B klasie i w najmłodszych rocznikach, gdzie dzieciak w listopadzie przy mrozie i deszczu stoi z chorągiewką, w sumie nie wiadomo po co, bo i tak sędzia nie zwróci na niego uwagi.

„JESTEŚ STĄD, POWINIENEŚ WYGRAĆ NAM MECZ!”

Bywało się na zakończeniach sezonu. Wódeczka, nie wódeczka, biesiada całonocna, względnie grill po meczu, jakieś browary po końcu rundy. Raz nawet butelkę whisky dostałem. Prezesi widzą w tym drugie dno, wiedzą, że niebawem znowu się widzimy. Ale z ręką na sercu – ręka nie zadrży, jak będę musiał gwizdnąć im karnego. To grzecznościowe gesty.

Ale trochę przychylniejszym okiem się chyba patrzy? Nie mówię, że sędziuje pod kogoś, ale coś tam się wybaczy.

Zachowanie obiektywności to nasza praca, my bierzemy za to pieniądze, więc robi się to najlepiej jak umie. Oczywiście, że są kluby, gdzie się jest z prezesem, trenerem i piłkarzami na ty. Z niejednym zrobiło się niejedną flaszkę. Ale kiedyś też takim „znajomym” sędziowałem mecz o utrzymanie i nie puściłem bramki ze spalonego w końcówce. Spalony ewidentny, ale do dziś mi wypominają: „przez ciebie byśmy spadli!”. To jest notoryczne, standardowe. Trenerzy do mnie dzwonią – słuchaj, poproś obsadowca, że dał ci nasz mecz, musisz pomóc. Potrafią nawet pisać na Facebooku. O, masz nasz mecz, może byś posędziował – i emotikon z uśmieszkiem. Raz byłem asystentem, gdy była oferta wprost – weszli do szatni, zapytali „pomożecie?” i zapewnili, że się odpłacą.

Czasami sędziuję u siebie w mieście. Wskazałem rzut karny przeciwko gospodarzom, bo, po prostu, był. Po meczu ludzie, którzy mnie znali, lecieli do mnie z trybun jak po świeże bułki. Doskoczyli z łapami. Zaczęli szarpać. Karny był pewny, ale oni myśleli, że jak jestem stąd, to będę gwizdał dla nich. Dokonałem wręcz zdrady.

Solidarność plemienna.

Od seniorów po dzieci. Przecież jesteś stąd, ty nam mecz powinieneś wygrać! Jak tylko wchodzę na obiekt słyszę: witamy witamy, ile dzisiaj wygramy? Grali kiedyś o utrzymanie. Wchodzili nam do szatni: no weź pomóż, stąd jesteś, nam nie pomożesz? Do szkoły chodziliśmy razem! Było 1:1, potrzebowali wygrać. Ja już im przedłużyłem o pięć minut, choć z przebiegu gry powinienem może maksymalnie trzy. I tak nagiąłem zasady. A oni potem – czemu nie przedłużyłeś o osiem! Na ulicy pretensje – znowu nam sędziowałeś, znowu nie pomogłeś.

A jak ktoś zajdzie za skórę. Łatwo zachować obiektywność?

Jeżeli przyjeżdża klub z Warszawy gdzieś na wioskę, to nie ukrywam, czasem sędziuję lekko pod tych z prowincji. Zbyt często widziałem cwaniaków, którzy przed meczem rzucali: oo, ale tu gnojem jebie! My jesteśmy Warszawa, 5:0 opierdolimy i spadamy! Ja też jestem ze wsi, od razu mnie takie zachowanie irytuje. A jeszcze jak któryś rzuci „wieśniaku” na meczu do któregoś z chłopców, to zaraz kartka. Oczywiście są też wsie, gdzie nienawidzę jeździć, bo zawsze jest jechane bez względu na wszystko. Raz sędziowałem Puchar Polski w takiej wsi i nie zauważyłem ewidentnego karnego dla gości. Pomogłem więc gospodarzom, dzięki temu wygrali. Ale oni i tak nagonka na mnie, bo jakiś tam aut w drugą stronę dałem czy faulu nie gwizdnąłem.

Kiedyś koleżanka zadzwoniła, żebym ją odebrał z wiejskiego wesela. Przyjeżdżam, a tu awantura, jakiś facet z łapami do dziewczyn, arogancki, pijany. Podniósł mi ciśnienie… Zaraz potem w następny weekend jadę na mecz derbowy w B-klasie. Race, fajerwerki, bębny, sto osób na trybunach. Patrzę, o, jest ten typek! Jakoś go upierdolę, zemszczę się. On też mnie skojarzył, była taka wzrokowa utarczka między nami. Niestety dla mnie, on strzela na 1:0. Chciałem pokazać spalonego, no ale nie było jak. Polowałem na niego, w 75 minucie niegroźny faul zrobił, niejeden by nie gwizdnął, ja – żółta! Wciąż jednak to było za mało. W 80 zmiana, myślę – cholera, uciekł mi. Co tu zrobić? Ale on podbiega do trybun, żegna kibiców oklaskami, kłania się. Myślę, raz się żyje, druga żółta za opóźnianie zejścia z boiska z placu gry (wtedy obowiązywał jeszcze ten przepis)! Wszyscy oczy jak pięć złotych. Zamarli. Trener krzyczy: „ty debilu, ty ośle!” Myślę, do mnie. Ale nie, on do piłkarza. „Baranie, dzisiaj nic nie dostaniesz za ten mecz, żadnych browarów. Wypierdalaj do domu! Dobrze panie sędzio, trzeba uczyć gówniarza szacunku!”. To było bezcenne. Nie ma co czarować – ja ktoś zadrze, jak podpyskuje, to bywa różnie.

Bałeś się gdzieś kiedyś na meczu? Co jakiś czas słyszy się o niższych ligach, że arbiter przez pole uciekał albo wieźli go na taczkach.

Bywa, że jesteś na wsi, pokażesz czerwoną kartkę, a otacza cię czterech, pięciu karków. Niby wiesz, że nic nie mogą ci zrobić, ale czujesz nieprzyjemny dreszczyk. Raz miałem przygodę z samochodem. Pojechałem na Polonię Warszawa, U15. Jestem zagorzałym kibicem Legii od lat i miałem zapach z fanklubu Legii za szybą. Jak wróciłem z meczu całe auto miałem w polonijnych wlepkach, do tego piąchę wbitą w samochód. Mój błąd!

Strach potrafi być na oldbojach. Ci najbardziej znani piłkarze są w porządku, kultura, ale z tych mniejszych ekip – największe chamstwo jakie widziałem na boisku. Tam sędzia musi mieć twardą psychikę. Te dziadki się między sobą biją. Słyszałem od kolegów taką sytuację: kiedyś dwóch policjantów w przeciwnych drużynach, jeden 180 cm, drugi 160 cm. Jakieś starcie, spięcie, nagle – jeb z baśki! Łuk brwiowy rozwalony. Dwanaście szwów. Przybili piątkę, niby wszystko okej, a potem założył mu sprawę cywilną. Na Ursusie sędzia pokazał czerwoną kartkę takiemu jednemu, to ten wziął i mu tę kartkę podarł. Inna sytuacja: jeden leży sfaulowany, krzyczy „zaraz ci pierdolnę”. „Nie pierdolniesz!” odpowiada faulujący, ale tamten wstaje i mu sztukę, miejscami się zamienili. Gdyby sędzia chciał sędziować oldbojów jak zwykły mecz, to standardem byłoby dziesięć czerwonych kartek. Tam pretensje są niesamowite. Trzeba brać na nich poprawkę. Wyzwiska to standard – cwelu, pajacu, twoja stara to kurwa – ale tam jest czasem po prostu strach na to zareagować. Pojedzie sędzia czwartoligowy, nawet dobry, ale nigdy nie był na oldbojach – nie da rady. Nie udźwignie. Po pierwszym wyzwisku jak da czerwoną, mimo, że zrobi to przepisowo, to jest po nim. Dwa razy chciałem dać czerwoną, ale nigdy za obelgi wobec mnie. Raz jeden kopnął drugiego bez piłki, musiałem, inaczej zaraz by chcieli oddać. Piłkarze już się sami z nim rozliczyli – co ty odpierdalasz chuju! Zamiast pomóc to przeszkadzasz, wypierdalaj! Innym razem ewidentna ręka bramkarza przed polem karnym. Otoczyła mnie jednak banda starych chłopów, panie sędzio, pan nie daje, jest piętnasta minuta… Dałem żółtą.

Ale tak szczerze bałem się tylko raz i to nie o siebie. Kiedyś pojechałem pod Warszawę na mecz seniorów. Miałem dużo czasu, wiedziałem, że sędziował będzie znajomy, pojechałem wcześniej. Tam mecz U15, bramkarz wychodzi do piąstkowania, napastnik próbuje strzelać z powietrza. W efekcie tylko kopnął bramkarza całym impetem. Golkiper pada. Jest faulowany. Zawodnik gości jednak nie podnosi się. Było to blisko trybun, patrzę na niego, a on cały blady, pluje brunatną krwią. Przyleciała pięlęgniarka z reakcją „o Boże, Chryste!”! Zadzwoniono na pogotowie, ale nie było żadnej karetki, wszystkie pojechały na interwencję. W końcu postanowili przysłać helikopter. Zaczęli zabezpieczać teren, przyjechała policja, oczyszczono plac gry, ale helikopter krążył, krążył, w końcu nie wylądował. Za gęsta mgła i pilot uznał, że go nie posadzi. Po godzinie dopiero przyjechała karetka, zabrała wyziębionego chłopca do szpitala. Kość przebiła płuco. Wtedy byłem wystraszony, cały wieczór też martwiłem się co z tym zawodnikiem.

NIEDZIELE CUDÓW

Byłem asystentem na meczu, gdzie drużyny dogadały się między sobą. Nawet się z tym specjalnie nie kryli. Przychodzi dziewięćdziesiąta minuta, remis 0:0, gospodarze potrzebuję wygrać. Kapitanowie podbiegają do siebie, gadka taka:

– Damy kratę.
– Mało.
– Dwie kraty.
– Dwie kraty i kopertę.
– No dobra.

Mija chwila, rzut rożny, a sytuacja absurdalna. Kapitan przekazuje swoim:

– Dają dwie kraty. Odpuszczamy?
– Odpuszczamy, no dobra.

Idzie kontra, obrońca niby się potknął przy podaniu do bramkarza, napastnik przejął i strzelił. Sędzia główny powiedział nam wtedy: no co, widziałem, ale sztywnych dowodów nie mamy. Nic nie możemy zrobić. Wychodzimy z szatni, obie drużyny razem na grillu.

Innym razem sędziowałem mecz, w którym musieli się w przerwie dogadać. Po pierwszej połowie 2:0 dla grających o nic gospodarzy. Skończyło się 2:3, wszystkie gole w dziesięć minut po przerwie, a potem chodzony, byleby sobie krzywdy nie zrobić i dotrwać. Nawet kibice gospodarzy krzyczeli – za ile żeście to sprzedali! Natomiast to co się działo z dziesięć lat temu… za karton wódki mecz szedł w niższych ligach. W czwartej lidze odgórna stawka – trzy tysiące.

Można sobie ładnie dorobić w weekend. Niejeden by się skusił.

Na drużynę to po 200 zł. Jak sędziowie, to do podziału na czterech, bo jeszcze ew. obserwator. Gdy wybuchła afera korupcyjna, to do trzeciej ligi może jeszcze dotarli, ale to co się działo w niższych ligach przy końcówce sezonu… sam byłem świadkiem, gdy pewna drużyna świętowała już awans po ostatnim gwizdku razem z kibicami. Spiker powiedział, że w meczu równoległym rywal przegrywa 3:1, a jest 90 minuta. Mija jednak pięć minut i płyta boiska zmienia się w stypę: tam w pięć minut strzelili trzy gole (śmiech). Co się stało, Wiesiu? No co, piętnaście tysięcy powiedzieli, że nam dadzą. Co, kurwa, mieliśmy zrobić? Takie pieniądze na czwartą, piątą ligę. Pewnie mieli obiecaną pulę od miasta za awans i im to się mimo wszystko opłacało.

Inna przygoda – pojechałem na mecz o utrzymanie w A-klasie. Głównym by arbiter, który był umoczony w aferę ogólnopolską. Jakby podsumować to wszystko co uzbierał od klubów, to by miał na willę i sportowy samochód. Przychodzi do mnie przed meczem i mówi – słuchaj, młody, dzisiaj ja podejmuję decyzje. Gwiżdżę, potem ty ewentualni pokazujesz spalonego. Myślę, okej, może czuje się pewnie. Dwie sytuacje mocno dziwne, raz o spalonym ,raz o karnym. Jak padł gol w 45 minucie, chciałem podnosić chorągiewkę, on – wstrzymaj się! Bramka! Miałem dwa lata sędziowania wtedy, nowicjusz, a tu gościu z pierwszą ligą w papierach, co robić, słuchałem. Skończyło się 2:1, po karnymi w 90 minucie, którego dziewięciu na dziesięciu by nie gwizdnęło. Po meczu pojechaliśmy do oberży z prezesem klubu, sędzia główny miał dostęp do wszystkich alkoholi, wszelkich zakąsek. Jak skończyliśmy mecz o 16, tak w domu byłem o północy. Jemu dziękowali, a mnie też gościli, bo byłem kierowcą – jeszcze tego sędziego musiałem do domu zawieźć (śmiech). Teraz jeśli takie sytuacje się zdarzają, to dogadują się piłkarze, kluby. Sędziowie mają za dużo do stracenia, za dużo im grozi. To nieopłacalne.

PS: Temat zachowania rodziców i trenerów na meczach juniorów był już wcześniej poruszany w innych redakcjach. Chwała im za to, dorzucam cegiełkę. Macie coś do dodania, do opowiedzenia, piszcie na PW lub na mail [email protected] – na każdą wiadomość odpiszę.

Leszek Milewski

Fot. Twitter