Michał Kopczyński przez ostatnie lata w Legii był, ale na tym się kończyło. Grał jedynie ogony lub zaliczał kolejne występy w trzeciej lidze. Działo się tak przez kontuzje i, jak sam mówi, naiwność. Komu i w co przestał w końcu wierzyć? Jakie słowo znienawidził? Co doradzał mu Jacek Magiera? Na czyją cześć śpiewali kibice pod Santiago Bernabeu, gdy przechodził obok nich? Który piłkarz Realu był sympatyczny, a który ciągle narzekał i przeklinał? Jakie myśli towarzyszyły mu w pierwszej minucie rewanżu z Realem? I czy wróci jeszcze grać na Bernabeu? Zapraszamy do lektury wywiadu z Michałem Kopczyńskim.

„Słysząc to od kogoś trzy miesiące temu, sprawdziłbym czy nie jest pod wpływem”

Po meczu w szatni bardziej się cieszyliście, czy byliście zdenerwowani?

Trener Vuković wszedł do szatni i powiedział, że Legia to drużyna, która po remisach się nie cieszy. Po czym dodał, że nie cieszy się w normalnym okolicznościach. A teraz graliśmy jednak z Realem Madryt, zwycięzcą Ligi Mistrzów, najlepszą drużyną na świecie! Wtedy zaczął śpiewać, a my wszyscy z nim. Cieszyliśmy się, bo chociaż mogliśmy mecz wygrać, to mogliśmy też przegrać, przecież Real trafił pod koniec w poprzeczkę.

Który moment był kluczowy?

Ulgę przyniosła bramka na 1:2. Przed nią Real z coraz większą łatwością dostawał się pod pole karne, przechodził środkiem. Grali z pierwszej piłki, momentami czułem się jak na karuzeli. Gdzie nie pobiegnę, to piłkarz Realu będzie górą, bo komuś odegra. Dlatego w przerwie dostałem polecenia, żeby nie reagować nawet jeśli rywal będzie biegł środkiem. Miałem czekać blisko obrońców, nie wychodzić do zawodnika prowadzącego piłkę. Po golu na 2:2 pojawiła się myśl, że robimy świetny wynik, ale możemy zrobić jeszcze lepszy.

Większość drużyn mając wynik 2:2 z Realem już tylko by się broniła. U was było widać wielką ambicję, atakowaliście Real kilkoma zawodnikami.

Bo poczuliśmy, że to może być ten jeden dzień. Wejście „Prijo” nas rozbudziło, jak on utrzymał piłkę z przodu, to inni mogli dołączyć się do ataku. Pod koniec mieliśmy problemy ze zmęczeniem, widziałem po kolegach, że się rozciągają, ja też byłem już zajechany. A bramka Thibaulta na 3:2 dodała sił, popatrzyłem na telebim – sześć minut. Nie no, te sześć minut to będę sprintem biegał, możemy wygrać z Realem!

A czemu nikt się nie położył, nie wezwał lekarzy na murawę, po prostu nie grał na czas?

Może właśnie tego zabrakło, takiej rozpaczliwej obrony Częstochowy. Żałowaliśmy od razu po meczu, że wypuściliśmy zwycięstwo, teraz zachwyty byłyby jeszcze większe.

A tak ogólnie – jak to było wyjść na Real w Champions League?

Wokół Legii było ostatnio dużo zamieszania. A to kibice, zakazy, a to sprawa z właścicielami… Nie pozwalało nam to wszystko cieszyć się Ligą Mistrzów. Mecz z Realem to zmienił. Kiedy w środę po rozruchu dowiedziałem się, że wychodzę w pierwszym składzie – nie wierzyłem. Od razu powiedziałem o tym dziewczynie, tacie i mojemu przyjacielowi, Kubie Szumskiemu. W szatni na tablicy mieliśmy wypisanych rywali do krycia. „Bereś” ma Cristiano Ronaldo, ja Bale’a… jak to w ogóle wygląda! Nadszedł wieczór, wyszliśmy na murawę, czekamy na hymn Champions League, a przed nami śpiewający kibice Realu z flagami. No, to rzeczywiście fajnie, że oni są najgłośniejsi na naszym stadionie. Do tego dostaliśmy bramkę w pierwszej minucie. Przeleciała mi w głowie myśl: oho, zaczęło się, chyba z naszych planów nici. Z drugiej strony przy bramce nie popełniliśmy błędu, nie mogliśmy więcej zrobić.

I właśnie to mogło być załamujące. Robicie, co w waszej mocy, a Real mimo to pakuje taką bramkę.

Ale odebraliśmy to inaczej, na zasadzie: działajmy na polu, w którym coś jest od nas zależne.

Kto był głośniejsi, Real czy wy?

Zdecydowanie my, cały czas sobie podpowiadaliśmy. A z Realu słyszałem przede wszystkim Ronaldo krzyczącego: „rapido, rapido, rapido”, czyli szybciej. Kiedy trybuny są pełne, praktycznie się nie słyszymy. Teraz dostawałem podpowiedzi przez cały mecz, od „Rzeźnika” i Michała, to było bardzo pomocne.

Pilka nozna. Liga Mistrzow. Legia Warszawa - Real Madryt. 02.11.2016

A wracając do rożnych, jak kryło się Bale’a?

Podpuszczał mnie. Zbiegał na krótki słupek, potem na długi, a nagle znowu na krótki. Za to Ronaldo sobie skacze. Piłka jeszcze nie leci, a on jest już w powietrzu, ma swój hang time. Z Bale’m zamieniliśmy parę zdań, kiedy nie wiadomo było, czy będzie rożny, czy wolny. Wydawał się sympatyczną osobą, w przeciwieństwie do Cristiano, który machał rękami i przeklinał, o czym mówił już „Bereś”. Krótki kontakt miałem też z Karimem Benzemą. Wpadliśmy na siebie, dostałem od niego w twarz, krzyknąłem do sędziego, a jak znów biegliśmy obok siebie z Benzemą to przeprosił: „sorry, sorry”, ja oczywiście „no problem” (śmiech).

Napastnikowi z polskiej ligi pewnie tak szybko byś nie wybaczył!

To prawda, chyba że Kubie Arakowi albo Jarkowi Niezgodzie.

A jak wrażenia z Bernabeu?

Wybiegając na trening dzień przed meczem przez ten tunel schodkami w górę pomyślałem sobie, ile razy wybiegali tu moi idole. Wcześniej galaktyczni Raul, Zidane, Roberto Carlos, teraz Ronaldo, Bale…

Poczułeś to już dzień przed meczem?

To był przedsmak. Po treningu Real miał zbiórkę przed wyjazdem na zgrupowanie. Wychodząc stamtąd do autokaru szedłem między Pepe, a Cristiano. Kiedy Ronaldo wyszedł na zewnątrz, ludzie z ulicy zaczęli mu machać, krzyczeć, a ja dla żartów im odmachałem udając, że myślę, że to na moją, a nie jego cześć. Wyjście tam na trening było świetnym przeżyciem, ale jednak dużo większe emocji budził mecz – 80 tysięcy na trybunach, Liga Mistrzów… Gęba się cieszyła, jak trener wysłał mnie na rozgrzewkę, a po chwili wołał, abym ją kończył, bo wchodzę do gry. Gra z nimi to przyjemność, zaszczyt. Wszyscy doskonale znali każdego zawodnika Realu. Analityk żartował przed pierwszym meczem, pytał nas, czy kojarzymy zawodników rywali…

Jak ich analizowaliście?

Oglądaliśmy fragmenty meczów Realu ze słabymi ekipami. Na przykład udane akcje, pressingi Eibar, a nie Gran Derbi, z którego wiele byśmy nie wyciągnęli.

Przy okazji meczu z PSV za Skorży, mówiło się, że na odprawach trener pokazywał same wygrane mecze rywali zamiast dać dla przykładu remis z jakimś Excelsiorem.

Teraz chodziło o to, żeby pokazać, że można. Real oglądam regularnie, więc wiem, jak grają. Przed rewanżem odprawa była krótka, przede wszystkim obejrzeliśmy nasze udane akcje z Bernabeu z przekazem od trenera, że skoro tam mieliśmy okazje, to tutaj też je sobie stworzymy.

A myślisz, że Real was analizował?

Szczerze… nie sądzę. Ktoś ze sztabu pewnie widział naszą grę, ale raczej nie puszczali tego piłkarzom.

Największą przyjemnością była gra z…

Wcześniej bardzo lubiłem Samiego Khedirę. Piłkarz podobny do mnie, pokazujący, że nie trzeba być błyskotliwym zawodnikiem, żeby grać na najwyższym poziomie. Odkąd odszedł najbardziej lubię Toniego Kroosa. Mam fajne zdjęcia, jak po meczu w Madrycie przybijamy sobie z Kroosem piątki i z drugiego, jak walczymy w środku pola. Normalnie nie udzielam się w mediach społecznościowych, ale te fotki od razu wrzuciłem. Z tym, że Toni to już nie Khedira, ma trochę inne cechy ode mnie…

Ale przynajmniej też jest blondynem. (śmiech)

Trener Magiera przed Realem wołał na mnie z tego powodu „polski Kroos”. Wcześniej mówili tak na mnie na Suwałkach. Do końca życia będę to wspominał, oglądał te mecze. Świetnie było zrobić taki wynik u nas, zagrać na Santiago. Oczywiście nie mówię, że to ostatni mecz na Bernabeu…

…ale zdajesz się, że regularna gra tam to nadal marzenia.

Nawet o tym nie marzę, ale… No właśnie, „ale”, kto wie. Jakby trzy miesiące temu ktoś mi powiedział, że dojdzie do takiego meczu, Legia będzie w Lidze Mistrzów, a ja ciągle w Legii i wyjdę w pierwszym składzie na Real, wcześniej będę przygotowywał się do meczu w szatni na Bernabeu, to zajrzałbym mu w oczy i sprawdził źrenice, bo pomyślałbym, że jest pod wpływem. To, co się zdarzyło jest niesamowite.

Wcześniej byłeś świadomy, że na poziom Ligi Mistrzów już nie wskoczysz?

Marzyłem o takim rzeczach w wieku dziesięciu lat, z biegiem czasu coraz mniej.

Miałeś moment, w którym zacząłeś myśleć: będę co najwyżej średnim ligowcem?

W wieku 18, 19 lat widziałem, jak kończyli chłopaki, którzy byli dużo lepsi ode mnie. W końcu w ogóle nie udało im się przebić do seniorskiej piłki, ja przy niej się trzymałem. Pierwsza liga, cały czas kręciłem się gdzieś przy Legii. Chciałem osiągnąć jak najwięcej, ale zacząłem patrzeć na piłkę realnie. Przez myśl mi nie przechodziła gra w Lidze Mistrzów, o takich rzeczach już nawet nie myślałem. Wypożyczenie do Wigier dało mi przekonanie, że fizycznie daję sobie radę, więc przynajmniej na poziomie pierwszej ligi mogę spokojnie grać. Choć chciałem iść wyżej, celem była Ekstraklasa. W sumie nadal tak jest.

Pilka nozna. Liga Mistrzow. Real Madryt - Legia Warszawa. 18.10.2016

Właśnie, bo to, że zagrałeś z Realem na Bernabeu i świetnie w rewanżu nie znaczy, że za tydzień pojedziesz na Koronę czy Łęczną i tam też zagrasz na takim poziomie.

Dokładnie tak jest. Trzy dni przed Realem grałem w Ząbkach w trzeciej lidze. I tam zagrałem gorzej, niż w Lidze Mistrzów.

Byliście w ekstraklasowym składzie, a przegraliście.

Grałem kilka razy w takich spotkaniach, prawie zawsze kończy się to źle. Już przed meczem o tym pomyślałem: znowu jest nas dużo z pierwszej drużyny, żeby kolejny raz nie było wpadki. I była. Ja ze swojej strony wiem, że podchodzę do takich meczów skoncentrowany. Jasne, poziom motywacji nie jest taki, jak na Real Madryt, ale staram się wykonać swoje obowiązki.

Wiadomo, że motywacja w trzeciej lidze będzie mniejsza, ale są tacy, którzy nie potrafią tam podać celnie na pięć metrów.

Coś z tym jest nie tak. W rezerwach nie jest tak dobry, jak się wydawał, a potem wychodzi na dużo wyższym poziomie i daje radę. Znam chłopaków z rezerw, meczowo jestem z nimi zgrany pewnie nawet bardziej, niż w „jedynce”.

Za grę w pierwszej drużynie, oprócz takich okazji jak z Realem, możesz być chwalony?

Za Berga miałem iść do Łęcznej, przed tym sezonem do Arki. Myślę, że piłkarz tego typu w zespole będzie bardziej ceniony, niż w Legii. Zagrałem z Realem i jestem chwalony za defensywę, bo przez większość meczu to Real prowadził grę. Gdybym grał w słabszym zespole ekstraklasy, to może nie byłbym gwiazdą, ale na pewno doceniałoby mnie więcej osób, bo te zespoły stale się bronią, więc miałbym okazje do wykazania się. W Legii mam ją dużo rzadziej. Tutaj bardziej znaczący są piłkarze dający więcej z przodu. A ja noszę fortepian, nie gram na nim. Dlatego tak dobrze zapamiętano mnie w Wigrach.

Wybrali cię nawet piłkarzem sezonu, mimo, że odchodziłeś. Mogli specjalnie postawić na kogoś swojego.

To prawda, dostałem nagrodę na gali, na której już żegnałem się z klubem. Patrząc na to w ten sposób, Wigry nie miały w tym interesu, nie opłacało im się to.

Nie uważasz, że wracając do Legii byłeś zbyt naiwny?

Tak uważam. Tylko teraz wszystko się odwraca i sam zastanawiam się, czy to nie lepiej. Ostatni okres wynagradza mi wszystko, co do tej pory przeżyłem. Jednak nie będę ukrywał, że przez poprzednie dwa lata trochę straciłem. Kontuzje plus pozostawanie w Legii bez szans na grę, mimo ofert z innych klubów sprawiły, że przez długi czas nie grałem na tym najwyższym poziomie.

Wierzyłeś działaczom, kiedy mówili, że wierzą w Michała Kopczyńskiego?

Szczerze mówiąc, przestawałem. Z czasem, chcąc nie chcąc w mojej sytuacji traciłem już nadzieję. Byłem przeświadczony, że mogę być dobrym zawodnikiem, że mogę być naprawdę doceniany, ale chyba już nie tutaj. Gdzieś indziej miałbym większą szansę na grę, zbierał doświadczenie. Myślę, że byłoby to lepsze rozwiązanie dla obydwu stron, bo po co się tu nawzajem męczyć? Miło jest słyszeć od władz klubu czy od trenera: „Michał, wierzymy w Ciebie, masz potencjał”. Tylko że w końcu znienawidziłem to słowo, bo sto razy słyszałem, że mam potencjał. W Legii trzymała mnie myśl, że to mój klub. Ale czułem jednak, że tracę czas. Treningi z najlepszymi piłkarzami w kraju dużo dają, ale przez pół roku, rok… A ja nie grałem dłużej. Do tego kontuzje mnie niszczyły. Nie myślałem o tym, że piłka nie jest dla mnie, ale o tym, że nie Legia już tak. Nie mogłem się przebić, jak było coraz bliżej, to przytrafiał mi się kolejny uraz.


Przy kolejnych zawodnikach w środku pola, jak Pinto, Furman, teraz Odjidja, Moulin czułeś się najgorszym technicznie zawodnikiem w swojej strefie?

Zdecydowanie nie. Jestem świadomy, że nie specjalnie drybluję, nie wygrywam pojedynków jeden na jeden w ofensywie, ale nie czuję się słaby technicznie, broń Boże. Piłka mi nie przeszkadza.

Bo miałeś opinię przecinaka, który po dopadnięciu do piłki wybijał ją w aut.

Potrafię ocenić, że na przykład Vadis jest w stanie wykonać bardziej wartościową pracę z przodu ode mnie, ale absolutnie nie miałem wrażenia, że nie pasowałem do Legii, bo byłem drewniany. Często pracuję dla nich, żeby mogli swoje dryblingi uskuteczniać. Z Realem nie dostaliśmy kopa w dupę, nie zostałem zjedzony w takim meczu. Nie robiłem szalonych akcji ofensywnych, ale statystyki miałem dobre.

Wbrew pozorom, to jednak robiłeś. Przy golu Odjidji twoje podanie do niego minęło trzech piłkarzy Realu.

Fakt, przy golu Radovicia właściwie też. Ja podałem do Thibaulta, on do „Miro” i padł gol.

A to wszystko dzięki temu, że najpierw, przynajmniej na ten mecz, wygryzłeś Jodłowca. On jedzie teraz na kadrę.

Przed meczem zerknąłem na trybuny i na samym środku siedział trener Nawałka z Tomaszem Iwanem. Ale zakładam, że nie patrzył na mnie jako potencjalnego reprezentanta, tylko raczej był zdziwiony, że gram ja, a nie jego reprezentant.

Ale wracając do tematu – w pewnym momencie sytuacja wyglądała tak, że w hierarchii przeskoczył cię nawet Rafał Makowski.

Uważam, że przy poprzednich okienkach transferowych byłem za mało stanowczy. Przed tym sezonem powiedziałem wyraźnie: nie ma opcji, sytuacja nie będzie się powtarzać, odchodzę. Hasi namawiał mnie, żebym to przemyślał, dał sobie i jemu czas oraz że widzi we mnie – tak, tak – potencjał (śmiech). Jednak kiedy zacząłem grać i zaliczyłem dobry występ z Trenczynem, najlepszy w tym sezonie, to zacząłem zmieniać podejście na: dla tego miesiąca było warto.

Pilka nozna. Liga Mistrzow. Dundalk FC - Legia Warszawa. 17.08.2016

A tego miesiąca by nie było, gdyby nie podpisanie nowej umowy zimą. Gdy kolejny raz przedłużyłeś kontrakt komentowało się to w jeden sposób: Legia to robi, bo chce mieć wychowanka w pierwszej drużynie.

Wtedy tak na to nie patrzyłem. Można było awansować młodszego zawodnika do „jedynki” i jego prezentować jako wychowanka. Komentatorzy mówią o mnie młody Michał Kopczyński. Ale nie mówią prawdy. Doskonale wiem, że nie jestem już młody, ja tak nie powtarzam. Nie chcę być postrzegany jako wchodzący do drużyny z powodu wieku, a dlatego, że coś wniosę i jestem potrzebny. Ale jak teraz się nad tym zastanowię, to rzeczywiście to mógł być powód. Kiedy zimą dostałem kolejną propozycję przedłużenia kontraktu, nie było to takie oczywiste, wręcz byłem w szoku. Zupełnie się tego nie spodziewałem. Przecież nie grałem w pierwszej drużynie. Znalazłem się pod ścianą, bo z jednej strony nie dostawałem szans, a z drugiej, mało który zawodnik odrzuca propozycję kilkuletniego kontraktu od Legii. Słyszałem różne rady. Pewna grupa mówiła: to trwa za długo, idź swoją, nową drogą, a inna: zostań, to Legia, twój klub.

Jakie osoby stawały po tych dwóch stronach?

Jeśli chodzi o odejście, to przede wszystkim mój autorytet, tata, który zabrał mnie na pierwszy trening w Legii. Naciskał, żebym odszedł, że to nie ma sensu. Bardzo liczę się z jego zdaniem…

A trener Magiera?

Spotkałem trenera w tamtym czasie, ale on już wcześniej doradzał mi odejście na wypożyczenie. Służył mi radą i ta opcja również była jego zdaniem dobrym rozwiązaniem.

A teraz razem jesteście w Legii.

Tak, razem i to w Champions League. Pewnie żaden z nas nie spodziewał się, że tak potoczą się sprawy i będziemy w tym miejscu.

Trener spytany w Lidze+Ekstra, czy przez sentyment lepiej traktuje Rzeźniczaka i Kopczyńskiego, odpowiedział, że tak.

Wiem… Znamy się wiele lat, ciężko od tego uciec i nie ma to też sensu. O składzie decydują forma i umiejętności, ale lata znajomości, poznanie człowieka bliżej, sentyment procentują.

Mówiąc o Jacku Magierze często podkreśla się, że w Legii jest 18 lat. Ty jesteś 17…

Szmat czasu, ale to dlatego, że Legia od zawsze jest moim klubem. Kibicował jej tata, pradziadek był kierownikiem sekcji piłkarskiej przed wojną. Wiedziałem o tym od dawna, ale na jednej z wystaw, chyba na Nowym Świecie, z okazji stulecia Legii znalazłem swojego dziadka na zdjęciu. Miła sytuacja. A ja kontynuuję tradycję, ta Legia musiała być mi pisana.

Teraz na tym przykładowym Nowym Świecie ludzie cię zaczepiają, proszą o zdjęcia?

Jeszcze w Suwałkach mieliśmy akcję promocyjna klubu, roznosiliśmy ulotki na ulicy. Koledzy to trochę olewali, mi się spodobało, miałem z tego frajdę. Ale ludzie mnie nie poznawali, myśleli, że jestem chłopakiem roznoszącym ulotki. W Warszawie kibice czasem mnie zaczepiają, ostatnio spodobał mi się jeden tweet: „Dwa dni temu widziałem Go z autobusu, przy hali Kopińskiej, stał na światłach, skromny, dziś zatrzymał Real!”.

Rozmawiał SAMUEL SZCZYGIELSKI

fot. FotoPyk

Liczba komentarzy: 0
Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments