W marketingu istnieje takie pojęcie, jak cykl życia produktu, który określają fazy: wejścia na rynek, wzrostu sprzedaży, nasycenia i na koniec spadku sprzedaży. Nie musicie się martwić, to nie będzie kolejny wykład z ekonomii, a prosta analogia. W podobne ramy można bowiem ująć większość piłkarskich karier. Wejście na rynek będzie tutaj debiutem, wzrost sprzedaży – pierwszym udanym sezonem, nasycenie – tym najlepszym, a spadek sprzedaży tym najbardziej przykrym momentem, czyli stopniowym usuwaniem się w cień.

Piłkarski cykl życia a trzecia kariera Wayne’a Rooneya

Dlaczego o tym mówię? Bo ostatnia z faz zdaje się być tą, w której znalazł się Wayne Rooney.

Zrzut ekranu 2016-09-23 o 12.28.13Przełomowym, w złym tego słowa znaczeniu, momentem kariery Rooneya zdaje się być kontuzja z 2012 roku

Dla mnie, jako dla wielkiego fana Premier League, Rooney był zawsze integralną częścią tego świata. Choć nie do końca do niego pasującą. Podczas gdy 99% kolegów majstrowało kilka razy dziennie przy fryzurach i biżuterii, Wayne sprawiał – i nadal sprawia – wrażenie kompletnie tym nieprzejętego. Zawsze to samo uczesanie, nieróżniące się pewnie zbytnio od tego, co ogląda w lustrze pięć minut po wstaniu z łóżka. Kolczyki? Łańcuszki? Gwiazdki powycinane we włosach? Raczej poplamiony keczupem podkoszulek, sprane bokserki i Kuboty w nieodłącznym zestawie z białymi skarpetami wytartymi na pięcie.

Może i nie skreślałem w kalendarzu dni do kolejnego występu „Wazzy”, ale w gruncie rzeczy przyjemnie się go oglądało w pełni formy. Dla mnie to był zawsze jeden z tych piłkarzy, których nieszczególnie lubisz, ale mimo to szanujesz. Najbardziej zaimponował mi w jednym z meczów  sprzed kilku lat, bodaj w Champions League, w sytuacji którą po meczu na czynniki pierwsze rozbierał Jacek Gmoch. Sprint na pełnym gazie pod bramkę rywala, oddany strzał i w jednej chwili zwrot, powrót i wybicie piłki wślizgiem. W piłce funkcjonuje takie znane powiedzonko, że jak ktoś jest od wszystkiego, to jest do niczego. Do Rooneya zaprogramowanego przez sir Alexa kompletnie się ono nie odnosiło.

Przypominam sobie tamtego Rooneya sprzed kilku i za nic nie potrafię nałożyć tej postaci na tę, którą aż żal oglądać w tym sezonie. Ostatnio w trakcie meczu z Northampton wrzuciłem na Twittera fragment meczu, w którym Roo z pięciu metrów, ze stosunkowo łatwej piłki nie trafia w bramkę.

To ten sam zawodnik, który ładował na 2:1 z przewrotki w derbach Manchesterowi City? Ten, co ma na koncie 40 goli w Lidze Mistrzów i 194 w Premier League?

Wróćmy jeszcze raz do wspomnianego cyklu życia produktu. Ile tak naprawdę trwa już piłkarski cykl produktu o nazwie „Wayne Rooney”?

Zrzut ekranu 2016-09-23 o 14.15.34

Piętnaście sezonów wliczając w to obecny. A przy tym ani jednego, w którym zagrałby poniżej 40 spotkań w klubie i reprezentacji. Jakiś czas temu Kacper Holc z Polskiego Związku Piłkarzy mówił mi: – Wiesz, ile średnio trwa kariera zawodnika? Osiem lat. Osiem lat. Szybko licząc Rooney mając trzydzieści wiosen na karku, za moment zacznie więc swoją „trzecią karierę”. W dodatku grając w prawdopodobnie najbardziej eksploatującej fizycznie lidze świata. Czy więc może dziwić, że fizycznie to już nie jest ten sam koń, który galopował bez opamiętania od jednego do drugiego pola karnego?

W podręcznikach z marketingu podaje się trzy sposoby działania, gdy sprzedaż produktu zdaje się, podobnie jak w przypadku formy Rooneya, zdecydowanie spadać. Wycofanie go, pozostawienie na rynku lub modyfikacja strategii tak, by zmaksymalizować korzyści w tych segmentach, które niosą ze sobą jeszcze jakieś perspektywy. I choć mądre głowy na łamach brytyjskich mediów podpisały już wyrok na Rooneya, ba – nawet fani United w zdecydowanej większości chcą odsunięcia go od gry w pierwszym składzie (99% w ankiecie fanziny Red Issue, 78% w analogicznej przeprowadzonej przez Daily Mail), co oczywiście byłoby najprostszym rozwiązaniem.

Ja chciałbym jednak wierzyć, że Mourinho wreszcie znajdzie na Rooneya pomysł, który pozwoli się nim jeszcze raz zachwycić. Złapać za głowę jak Guardiola po piątce Lewego z Wolfsburgiem, zamiast znów uśmiechać się ironicznie pod nosem, gdy zmarnuje kolejną setkę taką jak z Northampton. W sumie trudno to uczucie logicznie uzasadnić, bo jak mówiłem – to nigdy nie był gość, którego darzyłem przesadną sympatią.

Może to dlatego, że jak to ktoś kiedyś powiedział – gdy gaśnie kolejna piłkarska gwiazda z okresu, gdy miało się lat -naście, zaczyna się mieć naprawdę solidne podstawy, żeby czuć się staro?

SZYMON PODSTUFKA

Liczba komentarzy: 0
Subskrybuj
Powiadom o
guest

0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments