Wielu dopytuje: kto to właściwie jest? Kim on jest? Skąd się wziął? W jaki sposób taki chamski prymityw może się znajdować na czołówce „Pudelka” opowiadając razem z żoną, byłą modelką, o trudach wychowywania szóstki dzieci? Jakub Pyżalski od wczoraj ze szczęśliwego ojca i skromnego męża dynamicznej bizneswoman stał się… Może inaczej. Wizerunek Jakuba Pyżalskiego wreszcie zaczął przystawać do wydarzeń z jego przeszłości. A zdradzimy tylko na wstępie – wyzywanie matki Petera Borovocanina to nie jest pierwszy strzał w stopę w wykonaniu „Pyzy”.

To nie był pierwszy strzał w stopę Pyżalskiego…

Napisać, że jego przeszłość jest mglista, to właściwie nic nie napisać. Krążące o nim historie szczelnie zapełniają najmroczniejsze czeluście internetu z kibicowskimi forami włącznie. Mocne są między innymi plotki o rozwiązywaniu problemu protestujących ultrasów Warty Poznań, ale przecież nie będziemy skupiać się na pogłoskach, skoro sam Jakub przyznaje się do o wiele grubszych spraw niż jakieś przepychanki.

Jedno jest pewne – start do wielkiej fortuny wykonał w sposób niekonwencjonalny. Oddajmy głos zainteresowanemu, który w materiale „Newsweeka” przekonywał:

Moi rodzice nie byli krezusami, nie byli sekretarzami partii, ubekami, nie mieli przełożenia na tanie kredyty, więc przemycałem papierosy. To wszystko.

Żadna wielka historia, prawda? Kto nigdy nie przemycał fajek, niech pierwszy rzuci kamieniem. Z tamtych burzliwych czasów Pyżalskiemu został zresztą wyrok – półtora roku w zawieszeniu na cztery lata za obietnicę kupna skradzionych z transportu papierosów. Prawomocny, bo utrzymany przez Sąd Apelacyjny. Uniewinniony został za to w kolejnych procesach – dotyczących udziału w gangu oraz nielegalnego posiadania broni. Jakub „tylko” przemycał no i „tylko” obiecał złodziejom odkupić od nich towar z trafionego TIRa.

Ale że broń posiadał – legalnie czy nie – nie ma co debatować. Nie tylko ją miał, nie tylko trzymał w kaburze, ale też… zabierał na imprezy. Skąd wiemy? Ano, dochodzimy tutaj do tego legendarnego strzału w stopę. Nieswoją. Znów sam Pyżalski, w rozmowie z „Newsweekiem”.

Pojechaliśmy z kolegami na dyskotekę. Od słowa do słowa sytuacja robiła się nieprzyjemna. Poważni bandyci traktowali przemytników papierosów jako potencjalne źródło opodatkowania. Ktoś wyciągnął na mnie nóż, to postrzeliłem go w stopę. I tyle.

Można by dodać: strzeliłem to strzeliłem, na chuj drążyć. Jak podchodziła do tego wszystkiego żona, Izabela Łukomska-Pyżalska? W wywiadzie dla Superstacji odpowiedziała w sposób rozbrajający.

Pytałam go skąd ma pieniądze, oczywiście. Wiedziałam, co robił wcześniej. Czy to taka straszna rzecz? Zależy jak na to spojrzeć. Różne rzeczy można wybaczyć, ja też nie jestem święta.

Czuć tutaj pewną zgodność, bo Pyżalski we wspomnianym wywiadzie dla „Newsweeka” przypomina, że „wiele amerykańskich fortun zostało zbudowanych na pędzeniu bimbru”. A Marcin Kącki, dziennikarz przepytany przez magazyn przy konstruowaniu sylwetki byłego przemytnika wspomina: w Poznaniu trwała wojna gangów narkotykowych. Opisywałem ją. Był rok 2003. „Pyza” przyszedł do redakcji w kuloodpornej kamizelce i z pistoletem na szelkach. Żądał, żeby nie łączyć go z narkotykami, bo on jest uczciwym przemytnikiem papierosów, z „poważną gangsterką” i narkotykami nie ma nic wspólnego.

Ten sam Marcin Kącki w swojej obszernej sylwetce Pyżalskich wskazuje też na przykład na dziwne zrządzenie losu – nagłe pragnienie działalności społecznej i charytatywnej. Z jego reportażu dla „Dużego Formatu” dowiadujemy się:

– Pan mówi o filmach sensacyjnych. Chociaż, w zasadzie… – zamyśla się Łukomska-Pyżalska. – Raz strzelano pod naszym domem. Nikt nie zginął! A o tym, że pomagamy charytatywnie, to pan już nie napisze, tak?

Zaglądam do akt sprawy. „Pyza”, „Murzyn” i „Tuptuś” odpowiadali za udział w gangu, napad na TIR-a, przemyt papierosów. Gdy zbliża się wyrok, w czerwcu br., w aktach pojawiają się dowody wpłat z firmy Pyżalskich dla niepełnosprawnej dziewczynki na wyjazd do Watykanu, dla szkoły, dla emerytów, na kapliczkę, hospicjum i inne.

Sąd uniewinnia Pyżalskiego od zarzutu udziału w gangu. Daje niski wyrok, uzasadniając, że oskarżony „angażuje się w działalność społeczną i charytatywną”.

Ale to nie koniec wyroków. Dalej śledzimy Pyżalskiego już w „Głosie Wielkopolski”.

W 2006 r. był prawomocnie skazany przez sąd w Poznaniu za czyn o charakterze korupcyjnym oraz znieważenie funkcjonariusza publicznego. Wyrok brzmiał: dwa lata więzienia w zawieszeniu na pięć lat. Kolejne prawomocne orzeczenie na Jakuba Pyżalskiego zapadło w 2008 r. Dotyczyło nieumyślnego paserstwa, a skazano go na stosunkowo łagodną karę, czyli ograniczenie wolności. – Miałem w przeszłości kilka orzeczeń sądowych na moją niekorzyść, ale zgodnie z obowiązującym prawem uległy one zatarciu i w tej chwili mam czystą kartę – mówi Jakub Pyżalski.

Czysta karta. W innych wywiadach: dojrzałem, zmądrzałem. Błędy młodości zostały daleko za mną, moją największą wadą jest obecnie rozpieszczanie dzieci.

Od wczoraj można dopisywać – i afiszowanie się ze stosunkami seksualnymi z matkami piłkarzy drużyn moich rywali.