Odkryciem mistrzostw w zespole Anglików miał być Dele Alli. Może Marcus Rashford, choć on po wczoraj wciąż czeka na swój debiut na wielkim turnieju. Jak na razie okazuje się nim jednak być nie żaden z młodych, a… Wayne Rooney. 

Wayne Pirlo. Rooney zdefiniowany na nowo

Rooney już od jakiegoś czasu w Manchesterze United, jak i w angielskiej kadrze stanowi jedną, wielką zagwozdkę. Zwykle w wieku trzydziestu lat napastnicy osiągają szczyt dyspozycji, bo jeszcze nie odstają fizycznie od młodszych, a przy tym już posiadają ogromny bagaż doświadczeń. Cóż, teoria swoje, Rooney swoje. Od paru sezonów jego osiągnięcia strzeleckie zamiast być coraz bardziej wyśrubowane, lecą w dół. W minionym sezonie pierwszy raz od dwunastu lat „Wazza” nie przekroczył w lidze magicznej bariery dziesięciu bramek. Trzeba jednak powiedzieć, że już od paru sezonów się na to zapowiadało:

2012/2013 – 27 meczów, 12 goli
2013/2014 – 29 meczów, 17 goli
2014/2015 – 33 mecze, 12 goli
2015/2016 – 28 meczów, 8 goli

W Premier League aż 26 zawodników kończyło minione rozgrywki z lepszym dorobkiem. Daily Mail już na początku sezonu prowokacyjnie zadawał pytanie: „Czy Rooney zapomniał, jak być dziewiątką w Manchesterze United?” (całość tutaj):

„Wayne Rooney ma kłopot. W ubiegłym tygodniu na Villa Park zaliczył jeden z najbardziej nieefektywnych meczów w całej karierze w koszulce Manchesteru United, grając jako jedyny napastnik.

Rooney miał tylko jeden kontakt z piłką w polu karnym Aston Villi (…). Moim zdaniem Rooney się wypala. Ma na swoim koncie 664 mecze o stawkę, podczas gdy w tym samym wieku Ryan Giggs miał ich 606, co daje niemal dwa sezony grania więcej.”

To fakt. Wszyscy widzieli, że liczby Rooneya ruszają z miejsca coraz ciężej, ale nikt nie chciał pamiętać, że w ostatnich latach trudno było znaleźć tak eksploatowanego zawodnika w całej lidze angielskiej. Pamiętamy zresztą, jak za Fergusona raz za razem ruszał sprintem spod własnego pola karnego, aż pod szesnastkę przeciwnika, nie dając za sobą nadążyć nawet najwytrwalszym boiskowym sprinterom. Strzał i od razu powrót na pełnym gazie. I tak w kółko.

Organizmu jednak nie oszukasz. Czternaście lat gry w Premier League dało Rooneyowi ogrom boiskowej ogłady, ale i sprawiło, że trzeba go było wynaleźć na nowo, bo na dziewiątce nie dawał już takiej jakości jak kiedyś. W Manchesterze United przyszło nowe pokolenie napastników – Anthony Martial z Marcusem Rashfordem, podobnie jak w reprezentacji. Błysnął Jamie Vardy, pierwszym od lat królem strzelców ligi został Harry Kane, a w odwodzie pozostaje Daniel Sturridge czy wspomniany Rashford. W końcowej fazie sezonu „Roo” coraz częściej zamiast na szpicy grał więc u Louisa van Gaala jako cofnięty napastnik czy ofensywny pomocnik, ale dopiero wczoraj Roy Hodgson odważył się na jeszcze bardziej radykalne cofnięcie gracza „Czerwonych Diabłów”. Selekcjoner znany raczej z minimalizowania ryzyka, postanowił w pierwszym meczu Anglików na Euro obsadzić Rooneyem pozycję ósemki.

heatmap Rooney vs RussiaHeatmap Rooneya, źródło: Whoscored.com

Statystyki nie kłamią. Średnia boiskowa pozycja obliczona według podjętych akcji pokazuje, że Rooney grał głębiej niż Dele Alli, Harry Kane, Raheem Sterling, Adam Lallana, ale również Kyle Walker (za: Opta Stats Zone). Nie raz i nie dwa można go było zobaczyć wchodzącego między stoperów, zbierającego piłkę z własnej połowy i przekazującego ją do zawodników ataku. Zabrał się za zagrywanie piłek, na które zwykle to on czekał krążąc gdzieś między stoperami rywali.

Zrzut ekranu 2016-06-12 o 08.27.50Wayne Rooney – podania otrzymane, źródło: Opta Stats Zone

Umówmy się, mimo że Rooney dosłownie parę razy miał już styczność z pozycją rozgrywającego, to i tak była pokerowa zagrywka. Wejście Hodgsona w ciemno. Mógł się na tym kompletnie przejechać i zamiast wzmocnić, kompletnie przegrać środek pola. A tym ruchem wygrał go i to zdecydowanie. Anglicy nie zeszli z boiska zwycięscy przez swoje kunktatorstwo i zadowolenie wynikiem 1:0, ale też nie sposób nie odnieść wrażenia, że gdy Rooney opuścił plac gry, zupełnie zmienił się sposób rozgrywania „Synów Albionu”. Czegoś w tej układance ewidentnie brakowało, zupełnie jakby z ułożonych już puzzli wyjąć centralny element i liczyć, że nie będzie widać różnicy. Było widać.

To, co w grze „Wazzy” imponowało nam najbardziej, to te napędzające akcję przerzuty przez całą szerokość boiska. Nieoczywiste, dynamizujące poczynania, trudne technicznie, a jednak – w większości przypadków – doręczone do nogi adresata. Tego, ile w tym meczu rzeczy niedostrzegalnych dla zwykłego śmiertelnika widział Rooney, z pewnością nie powstydziłby się ani Andrea Pirlo, ani żaden inny wirtuoz środka pola.

Zrzut ekranu 2016-06-12 o 08.28.06Wayne Rooney – długie podania, źródło: Opta Stats Zone

Przez 78 minut, Rooney zaliczył aż 67 kontaktów z piłką, mniej jedynie od Rose’a i Diera, odgrywając kluczową rolę łącznika obrony z atakiem. Przy okazji wielokrotnie korzystał też z możliwości włączania się do ataków w drugie tempo, dzięki czemu dwa razy dał się mocno we znaki Akinfiejewowi. W pierwszej części gry przyjął sobie piłkę na strzał z woleja i uderzył mocno, choć w sam środek bramki, w drugiej zmusił rosyjskiego golkipera do nie lada wysiłku, zbierając wybitą piłkę na szesnastym metrze i puszczając mu płaskiego szczura na prawą rękę.

Przed mistrzostwami pisaliśmy charakteryzując Anglików (w tym miejscu – klik!), że jeśli mają pomaszerować we Francji po złoto, to będzie to możliwe tylko z dobrze dysponowanym Rooneyem. I choć mecz przeciwko Rosji kończą z jednym punktem, to może się okazać, że wygrali w nim coś znacznie ważniejszego. Rooneya w centrum wydarzeń. Rooneya, wokół którego znów można zbudować drużynę.

SZYMON PODSTUFKA

fot. 400mm.pl

Liczba komentarzy: 0
Subskrybuj
Powiadom o
guest

0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments