Trudny wieczór przed fanami Królewskich – niby wiedzą, że straty są jak najbardziej do odrobienia, ale jednak w tyle głowy kręci się myśl, że jeden gol dla Wolfsburga może być ciosem nokautującym. Mamy coś na ukojenie nerwów – kilka meczów, w których drużyny potrafiły odrobić straty po pierwszym spotkaniu.

Ku pokrzepieniu serc kibiców Realu – pamiętne remontady z Ligi Mistrzów

I to czasami w sposób naprawdę spektakularny. Mówcie, co chcecie, ale jak na nasze Real z całą pewnością jest w stanie dopisać dziś kolejny rozdział do tej księgi.

Deportivo La Coruna – AC Milan 4:0. Pierwszy mecz 4:1 dla Milanu.

Początek spotkania, bo zaledwie piąta minuta – piłka spada pod nogi Jona Dahla Tomassona, a ten uderza z woleja na bramkę Moliny. Jednak bez efektu, Hiszpan broni. Gdyby skapitulował, pewnie zapomnielibyśmy o tym dwumeczu bardzo szybko. Kolejne przekonujące zwycięstwo Milanu i tyle, zresztą po obrońcy tytułu można się było tego spodziewać. Rossoneri pierwsze spotkanie wygrali 4:1 i mało kto przypuszczał, że Deportivo ma tutaj czego szukać.

Ale to jest futbol – wszystkie przedmeczowe przewidywania można czasem wyrzucić do kosza po jednej akcji. Nie dał rady Tomasson i do głosu doszli piłkarze z Hiszpanii, każdy ich kolejny gol mógł budzić inne myśli u rywala. Pierwsza bramka – a dobra, niech mają na pocieszenie; druga – trochę jesteśmy za mili…; trzecia i czwarta – tu żadne cenzuralne słowa nie przychodzą już do głowy. 4:0 dla Deportivo, Milan padł na kolana, bo wypuścił awans, który trzymał mocno w garści. Nic mogli nic wcisnąć, nieskutecznie z dystansu próbował Rui Costa, jakiegoś flaka pod koniec spotkania puścił Filippo Inzaghi – zupełnie jak nie on. Dla Deportivo to był drugi włoski skalp w tej edycji, rundę wcześniej ograli Juventus.

Natomiast Carlo Ancelotti mógł po tym spotkaniu sobie przysiąc– już nigdy tak nie sfrajerzę. Ale jak wiemy, sezon później przyszedł Stambuł…

Chelsea- FC Barcelona 4:2. Pierwszy mecz 2:1 dla FC Barcelony.

Może i Chelsea nie miała tutaj ogromnej straty do odrobienia, ale jednak mecz rewanżowy i tak zapisał się w pamięci kibiców pod każdą szerokością geograficzną. Pierwsze 20 minut to była jakaś masakra, wydawało się, że z Barcelony nie zostanie nic – dostawali 3:0, gospodarzom wszystko wpadało, a Katalończycy nie mieli w ogóle pomysłu na to, jak się z tego podnieść. Pomocną dłoń – dosłownie i w przenośni – wyciągnął Paulo Ferreira, który przypomniał sobie, że w młodości chciał być siatkarzem i kompletnie bez sensu zagrał ręką w polu karnym. Tak, wtedy się wszystko zaczęło – Ronaldinho wykorzystał jedenastkę, ale to, co zrobił potem… Ten strzał z prezesa, czuba, szpica – jakkolwiek się mówiło na waszych podwórkach. Magia. Jednak i to nie wystarczyło do awansu, wynik na 4:2 ustalił John Terry.

Chelsea była wtedy naprawdę mocna, lepsza niż ta, która wygrała potem Ligę Mistrzów. Tej się nie udało, ale w futbolu 2+2 nie zawsze… i tak dalej.

Bayer Leverkusen  – Liverpool 4:2. Pierwszy mecz 1:0 dla Liverpoolu.

Strasznie głupi jest ten bon mot, że Niemcy zawsze grają do końca – zupełnie tak, jakby inne drużyny schodziły z boiska w 80. minucie. No, ale jak ktoś chciałby go bronić, to w 2002 roku Bayer dał mu do ręki potężny argument – awansował dalej, mimo iż w 79. minucie wygrywał 3:2, to do szczęścia wciąż potrzebował gola. Liverpool może nie był awansu pewny, ale już go chwytał, na pewno miał do niego bliżej niż rywal, ale to Aptekarze na ostatniej prostej, resztkami sił wyprzedzili The Reds – gola na 4:2 strzelił Lucio. Koncert grał wtedy Michael Ballack – zobaczcie jego bramkę na 1:0, coś pięknego.


FC Barcelona – AC Milan 4:0. Pierwszy mecz 2:0 dla Milanu.

Barcelona podejmowałA Milan z takim samym bagażem, z jakim dzisiaj zacznie Real. 0:2 na wyjeździe to wynik naprawdę zły – nie masz gola na obcym stadionie, każda bramka zdobyta przez rywala to teraz dla ciebie olbrzymi problem, bo przy choć jednym trafieniu musisz odpowiedzieć cztery razy. Ale wtedy Katalończycy ten ciężar unieśli, głównie za sprawą Leo Messiego, który szybko ściągnął pajęczynę z bramki Abbiatiego, a potem wyrównał stan rywalizacji. Ostatecznie skończyło się 4:0, ale wcale nie musiało być tak różowo – sam na sam miał M’Baye Niang, lecz fatalnie przestrzelił. Gdyby trafił… to może kibice Blaugrany nie musieliby później oglądać pamiętnej kompromitacji z Bayernem.

AS Monaco – Real Madryt 3:1. Pierwszy mecz 4:2 dla Realu.

Może dziś wspominanie tego dwumeczu jest nieco niefortunne, ale warto wiedzieć, że odrobienie dwubramkowej straty naprawdę nie jest niemożliwe. Monaco w Madrycie przegrało 2:4 i wydawało się, że ich piękna przygoda dobiegnie końca, bardzo chciał tę złą informację przekazać Raul, który strzelił na 0:1 w 36. minucie. Odrobić trzy gole z Królewskimi? Niemożliwe, ten awans jest zamknięty w sejfie, sejf zakopany gdzieś na pustyni, a mapa spalona. A jednak – Monaco bilet do półfinału odnalazło, sprawnym przewodnikiem był Ludovic Giuly, najpierw dając nadzieję i wyrównując stan spotkania, a potem przechylając już dwumecz na korzyść gospodarzy. Ich przygoda skończyła się dopiero w finale, przegranym 0:3 z Porto.

Chelsea – Napoli 4:1 po dogrywce. Pierwszy mecz 3:1 dla Napoli.

Bałagan po Villasie-Boasie posprzątał Roberto di Matteo i niech podniesie rękę ten, kto sądził, że Włoch jest w stanie to zrobić. Nikt? Nic dziwnego, Chelsea przegrała 1:3 na wyjeździe, w lidze prezentowała się mizerniutko i dla wielu było jasne, że znów nie dadzą rady spełnić marzenia Romana Abramowicza. W 55. minucie rewanżowego meczu można było stawiać na to pieniądze po małym kursie, bo Gokhan Inler strzelił bramkę dla Napoli i dwa wcześniejsze gole zdobyte przez gospodarzy traciły na znaczeniu, to wciąż Neapol mógł świętować. Jednak znów o sobie dał znać niezawodny Lampard, w dogrywce decydującą bramkę zdobył Ivanović. Di Matteo po raz pierwszy zaszokował wtedy Europę – potem powtórzył to eliminując Barcelonę, a na końcu sięgnął po Ligę Mistrzów. Ten niepozorny facet spełnił największe marzenie rosyjskiego właściciela – on, a nie wielki Jose Mourinho. Dziś jest bez pracy – po tym jak pogoniło go Schalke, żaden klub nie wierzy, że jego przyjaźń z fortuną trwa.

*

Spora dawka optymizmu, ale jeśli jeszcze ktoś potrzebuje więcej, to proszę bardzo. W Pucharze UEFA w sezonie 85/86, Real przegrał na wyjeździe 1:5 z Borussią Moenchengladbach – jednak u siebie odrobił straty i skończyło się na 4:0.

Ale wiadomo – historia to tylko historia. Dziś o 20:45 zacznie się pisać nowa.

Liczba komentarzy: 0
Subscribe
Powiadom o
guest

0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments