Powtórki w piłce nożnej to temat, który wałkuje się od wielu, wielu lat, właściwie chyba od chwili, w której pokazano pierwszy mecz w telewizji. Rzecz jasna dyskusja dzieli się na okresy spokojniejsze i te niezwykle gorące, będące następstwem kompromitujących pomyłek sędziowskich. A tych z czasem wcale nie ubywa. Co prawda panowie z gwizdkiem, tak samo jak piłkarze, robią systematyczne postępy i – w co chcemy wierzyć – dziś są uczciwsi, ale nie ma to wielkiego przełożenia na wyniki ich pracy, co doskonale widać chociażby po lidze hiszpańskiej. Dlaczego tak się dzieje? Odpowiedź wydaje się oczywista – bo wymagania się podniosły. Gra stała się bardziej kontaktowa, tempo znacznie szybsze, a sami piłkarze wyspecjalizowali się w różnego rodzaju oszustwach.

Łysy z FIFA chce wprowadzenia powtórek. Co ze spalonym?

Nieubłaganie zbliżamy się więc do momentu, w którym powtórki zostaną wprowadzone do futbolu, nieważne czy na okres próbny, czy od razu na stałe. Ma to oczywiście związek z objęciem stołka prezesa FIFA przez Gianniego Infantino, czyli jednego z największych orędowników takiego rozwiązania. Łysy już nie z UEFA zapowiada, że testy nowej technologii rozpoczną się niebawem, a cały system ma być wprowadzony jak najszybciej. Tym samym Infantino dał też sygnał do debaty dotyczącej zasad, na jakich powinno się wprowadzić powtórki. A wątpliwości przecież nie brakuje.

Pierwsza i najpoważniejsza to płynność gry, która po prostu musi ucierpieć, nawet jeśli wprowadzony zostanie tzw. challenge. Jeżeli, tak jak w siatkówce, każdemu trenerowi będą przysługiwały dwie takie akcje na połowę, możemy spodziewać się ośmiu około minutowych przerw w każdym meczu. Z tego względu większa liczba challengów raczej nie wchodzi w grę, a mniejsza… Mniejsza dopuściłaby zbyt wiele błędów. Jakkolwiek spojrzeć, nawet powtórki nie uwolnią futbolu od wszystkich pomyłek arbitrów, co może stanowić argument dla tych, którzy błędy sędziowskie uważają za część uroku piłki nożnej. Uspakajamy zatem, jakaś część rzeczonego „uroku” z pewnością pozostanie.

Pomimo to wykorzystanie challenga będzie stanowić ogromną pomoc przy ocenie takich sytuacji spornych, jak brutalny faul czy potencjalny rzut karny lub jego brak. Trochę gorzej sprawa wygląda ze spalonymi, które także zaliczają się do kategorii błędów wypaczających wynik meczu i są popełniane względnie często. Po przejrzeniu wszystkich odcinków naszej „Niewydrukowanej tabeli” z tego sezonu naliczyliśmy aż 23 niesłusznie uznane lub nieuznane gole właśnie z powodu złej interpretacji pozycji spalonej. A przecież 23 tego typu błędy to aż 23 wypaczone wyniki.

Na czym polega problem ze spalonym w systemie „challenge”? Otóż stykowe akcje, czyli – nie przymierzając – jakieś 90 procent wszystkich spornych sytuacji, sędziowie musieliby puszczać. Bo przecież do przerwanej akcji, przy której powtórki wykazałyby brak pozycji spalonej, nie ma już powrotu. Arbiter nie może potem rozstawiać zawodników jak pachołki, by później rzucić piłkę do napastnika z taką samą siłą i rotacją. Co więcej, żadna zamiana akcji bramkowej na jakiegoś rodzaju rzut sędziowski również nie będzie stanowić sprawiedliwego rozwiązania.

Inna sprawa, że puszczanie każdej akcji na granicy spalonego też nie wchodzi w grę, bo przy ograniczonej liczbie challengów zawodnicy cynicznie wykorzystywaliby sytuację. W takim przypadku powtórki nie zmniejszyłyby liczby błędów, a zadziałały dokładnie na odwrót. Tak absurdalnego rozwiązania nie ma co rozważać nawet czysto teoretycznie.

Z drugiej strony pewien rodzaj błędów przy ofsajdach jednak zostałby wyeliminowany. Po wykorzystaniu challenga można by unieważnić gole strzelone ze spalonego, które zostały przez arbitrów niesłusznie uznane. Pytanie tylko, czy nie wpłynęłoby to negatywnie na sędziów, którzy – wiedząc o potencjalnej pomocy wideo – podświadomie mogliby puszczać więcej stykowych sytuacji. A to niebezpiecznie zbliżyłoby nas do przypadku opisanego powyżej.

Wydaje się więc, że powtórki nie powinny rozstrzygać sytuacji spornych dotyczących spalonych. A to sprawi, że wciąż o zbyt wielu wynikach decydować będą nie umiejętności piłkarzy, ale interpretacja zdarzeń dokonana przez panów z gwizdkiem. Nie zmienia to jednak faktu, że powtórki i tak rozwiązałyby bardzo dużo problemów, a do tego ostatniego po prostu trzeba będzie podejść w nieco inny sposób. Na przykład z wykorzystaniem technologi w pewnym stopniu zbliżonej do stosowanej już „goal line”. I dopiero taki technologiczno-telewizyjny combo całkowicie wyeliminowałby pomyłki sędziowskie z futbolu.

Ale do tego jeszcze bardzo daleka droga…

Michał Sadomski