Oglądając występy polskich drużyn w europejskich pucharach lubimy się oszukiwać. Lubimy twierdzić, że nawet w przypadku niepowodzenia, nasze drużyny zbierają doświadczenie, które – tu słowo klucz – zaprocentuje w przyszłości. Nawet najzagorzalsi kibice w duchu czują jednak, że to nie do końca prawda, ale w ten sposób po prostu znacznie łatwiej przełknąć porażkę. Tymczasem jedyne, co zazwyczaj zostaje po europejskiej przygodzie – i to też tylko przez pięć lat – to współczynnik w rankingu UEFA.
Pamiętacie jak na początku tego sezonu Jagiellonia odpadła z pucharów po dwumeczu z Omonią? Michał Probierz narzekał wtedy, że jego drużynie zabrakło doświadczenia, a dla większości były to pierwsze mecze o tak wysoką stawkę. Wystarczyło jednak kilka miesięcy, by dziś – na początku rundy wiosennej – Jagiellonia była zupełnie inną drużyną. Z piłkarzy, którzy nie wytrzymali presji w Nikozji, w drużynie nie ma już Tuszyńskiego, Dzalamidze i Gajosa. Za chwilę nie będzie też gnojonego w rezerwach Modelskiego oraz Drągowskiego, po którego ustawiają się kolejki chętnych. Do tego doliczmy możliwe kontuzje, spadki formy i kolejne transfery. Jeżeli więc białostoczanom w ogóle uda się awansować w tym roku do pucharów – na co specjalnie się nie zapowiada – wystawią zupełnie inną drużynę i znowu będzie ta sama śpiewka o braku doświadczenia.
Nie lepiej jest też w Legii, czyli drużynie z najwyższym budżetem i największymi aspiracjami. Niewiele ponad rok temu warszawscy kibice byli zbudowani postawą drużyny Henninga Berga, która bardzo dobrze radziła sobie w Lidze Europy. Miało to być porządne przetarcie przed walką o Ligę Mistrzów, a w rzeczywistości okazało się przetarciem przed kolejną, już zupełnie nieudaną przygodą w Lidze Europy. Jesienią 2014 roku w bramce Legii grał Dusan Kuciak, a rewelacyjnie spisującą się defensywę tworzyli Broź, Brzyski, Rzeźniczak oraz wymiennie Dossa i Astiz. Przed nimi pole zabezpieczał Vrdoljak, po skrzydle hasał Żyro, a bramkę przeciwnika szachował Radović. Z różnych powodów żaden z wyżej wymienionych piłkarzy nie stanowi o sile dzisiejszej Legii, która latem – przynajmniej w oczach warszawskich kibiców – ponownie ma bić się o upragnioną Champions League.
W Polsce ogromne rotacje w składach to absolutna norma. Przyjrzeliśmy się kadrom naszych drużyn z sezonu 2012/13 oraz tym obecnym. Skupiliśmy się wyłącznie na zawodnikach, którzy wtedy i dziś mieli wpływ na grę swoich klubów na poziomie Ekstraklasy. Co konkretnie mamy na myśli? Minimum tysiąc minut spędzonych na boisku w lidze, co – przy uwzględnieniu doliczonego czasu gry – jest równowartością jedenastu pełnych spotkań. Co więcej, takich piłkarzy podzieliśmy na dwie grupy. Pierwsza to ci, którzy zostali w swoich klubach i można było wokół nich cokolwiek budować, drudzy to gracze, którzy zaliczyli w międzyczasie epizod w innych klubach i powrócili na stare śmieci. Na dziś sytuacja wygląda następująco:
Lech (4) – Burić, Trałka, Ceesay, Kamiński (wszyscy grupa I)
Korona (3) – Jovanović, Małkowski (obaj I), Sierpina (II)
Górnik (2) – Danch, Szeweluchin (obaj I)
Wisła (2) – Głowacki, Boguski (obaj I)
Jagiellonia (2) – Grzyb, Modelski (obaj I)
Śląsk (2) – Pawelec (I), Kokoszka (II)
Podbeskidzie (2) – Sokołowski (I), Demjan (II)
Pogoń (2) – Frączczak (I), Akahoshi (II)
Legia (1) – Kucharczyk (I)
Lechia (1) – Janicki (I)
Ruch (1) – Zieńczuk (I)
Piast (0)
Rzecz jasna żadnego klubu nie prowadzi już ten sam szkoleniowiec. Jakkolwiek patrzeć, dzisiejszy Piast nie ma prawie nic wspólnego z tym sprzed niecałych trzech lat. A najmniej zmieniony Lech ma zaledwie czterech zawodników, którzy mieli realny wpływ na tę drużynę w sezonie 2012/13. W oczy rzuca się też, że poza kilkoma wyjątkami, wymienieni piłkarze nie stanowią dziś o sile swoich zespołów. Niektórzy odbili się od ściany w zagranicznych klubach, inni byli za słabi żeby wyjechać lub osiągnęli już mocno zaawansowany wiek. Nie zaryzykujemy zbyt wiele pisząc, że na przestrzeni trzech lat nasza Ekstraklasa zmieniła się nie do poznania.
Inna sprawa, że tego typu tendencja nie powinna nikogo szokować. W lidze hiszpańskiej, która według rankingu UEFA jest najsilniejsza w Europie, obserwujemy podobne rotacje. Na stabilizację mogą sobie pozwolić jedynie ci najwięksi, którzy mają sportowe i finansowe argumenty, by zatrzymać najlepszych graczy. I tak Real i Barcelona od sezonu 2012/13 zatrzymały po siedmiu kluczowych graczy, a Atletico sześciu. Ponadto świetnie wypadają drużyny z Kraju Basków, gdzie piłkarze są niezwykle mocno związani z regionem – Real Sociedad potrafił utrzymać siedmiu zawodników, a Athletic Bilbao sześciu. A reszta wygląda tak samo jak u nas, czyli mamy Celtę z czwórką takich piłkarzy, Espanyol z trójką oraz całą grupę klubów z dwoma lub jednym, z Valencią i Sevillą na czele.
Jaki z tego wniosek? Nie oszukujmy się, nie mamy co liczyć na zmianę tendencji. Nasze kluby dalej będą popełniały transferowe błędy, które siłą rzeczy będą wymuszać rotacje w składach, oraz w dalszym ciągu nie będą w stanie utrzymać najlepszych zawodników Jakikolwiek przyszyły sukces w europejskich pucharach raczej nie będzie więc pochodną długotrwałej budowy zespoły, ale po prostu będzie się wiązać z odpowiednio wykorzystanym momentem. W naszej piłce – w wydaniu klubowym – po prostu nie ma czasu na zgrywanie się i zbieranie doświadczenia. Trzeba kuć żelazo, póki gorące.
Fot. FotoPyK