Za punkt zwrotny można uznać rok 2007. Właśnie wtedy David Beckham spakował swoje walizki, przemeldował rodzinę i zamienił słoneczny Madryt na jeszcze piękniejsze Los Angeles. Tym sam, podpisując umowę z miejscowym L.A. Galaxy, rozpoczął popularyzację amerykańskiego futbolu na Starym Kontynencie. Europejscy kibice początkowo nieśmiało zapoznawali się z piłką za oceanem, lecz wraz ze wzrostem liczby przenoszących się tam na emeryturę gwiazd, zainteresowanie Major League Soccer coraz śmielej rosło. Przez te kilka lat do świadomości przeciętnego kibica przedostało się kilkanaście nazw drużyn, kilkadziesiąt wartych odnotowania nazwisk i jeszcze więcej podziwianych nocami transmisji. Na początku grudnia po raz pierwszy w historii mistrzem została drużyna Portland Timbers. Ekipa, której w czasach transferu Beckhama nawet nie było na piłkarskiej mapie USA. Kim więc są „The Timbers” i jak doszło do tego, że nie korzystając z usług podstrzałych europejskich gwiazdorów odstawili resztę stawki?

Drwale z Portland Timbers – kim są nowi mistrzowie MLS?

Ostatnią przeszkodą Portland na drodze do triumfu było Columbus Crew. Ci pierwsi w półfinałowym starciu wyeliminowali FC Dallas, drudzy zaś w stosunku 2:1 odesłali do domu New York Red Bull. Finałowa potyczka odbyła się na wypełnionym po brzegi, choć niezbyt imponującym rozmiarem, MAPFRE Stadium. Kibice jeszcze nie zdążyli dobrze rozsiąść się na krzesełkach i wyjąć z reklamówek słonecznika, a już prowadzenie objęło Timbers. Była dokładnie 27. sekunda spotkania gdy bramkarz gospodarzy stwierdził, że spróbuje swoich sił w dryblingu. Jak można się domyślić  – próba zakończyła się fiaskiem; golem Diego Valeriego, który okazał się najszybszym trafieniem w historii MLS.

Nie minęło kilka kolejnych minut, a na tablicy wyników było już 0:2. Zawodnicy w żółtych strojach długo nie mogli pozbierać się po tych ciosach i przed upływem 90 minut zdążyli odpowiedzieć tylko jednym golem. Tym samym Portland po raz pierwszy w swojej historii zwyciężyło w rozgrywkach.

Jestem jeszcze oszołomiony sukcesem, ale cieszę się, że wreszcie będę mógł położyć się spać. Ostatnie dni były pod tym względem trudne, ciągle siedział mi w głowie ten mecz, analizowałem grę rywala i wiele wariantów. Było warto! – wyjawił po końcowym gwizdku opiekun Portland, 40-letni Caleb Porter.

Do 2009 roku Potrland nie miało w swoim mieście drużyny piłkarskiej na tak wysokim poziomie. Był to ośrodek gry w koszykówkę, baseball czy hokej na lodzie, ale soccer wciąż nie docierał tam na poważnym poziomie. Nie docierał mimo wielkiego potencjału kibicowskiego, który od zawsze drzemał w tej ponad półmilionowej miejscowości. Lokalny zespół koszykówki, choć w NBA znalazł się na czele stawki tylko raz w 1977 roku, do 1995 na wszystkich meczach u siebie notował komplet widzów. To dokładnie 814 spotkań z rzędu z publiką, która zapełniała obiekt aż po sam dach. Nie inaczej jest zresztą z aktualnym zwycięzcą MLS – odkąd „The Timbers” zakotwiczyli w najwyższej klasie rozgrywkowej w 2011 roku, każdy mecz przyciąga na stadion rzeszę fanów, którzy stuprocentową frekwencję utrzymują już od ponad 70 spotkań. Przed ostatnim sezonem zamówionych zostało ponad 10 tysięcy karnetów, a wiedzieć trzeba, że Providence Park na którym swoje mecze rozgrywa drużyna, pomieścić może ledwo 22 tysięcy fanów. Kibice to zresztą w Portland temat niezwykle gorący. Niezwykle żywiołowi, fanatyczni i efektowni. Oglądając reportaże z nimi w roli głównej widać ogromną ekscytację postępami „The Timbers”, ewidentnie uwydatnia się ogromna radość z tego, że piłka nożna na wysokim poziomie wkroczyła do tego miasta. Choć to wciąż Jankesi, z kubkiem wypełnionym colą w jednej ręce i hot-dogiem w drugiej, to nie unikają zdzierania gardeł i organizowania spektakularnych opraw, których nie powstydziliby się zaprawieni w bojach Europejczycy.

K5BadTB

mCYOfdl

Skupiająca najzagorzzalszych fanatyków grupa to Timbers Army. To oni zza jednej z bramek wydzierają się wniebogłosy i robią wszystko by psychicznie stłamsić przyjezdnych. Powstała w 2001 roku jako Cascade Rangers od początku swojej działalności wzorce kibicowskie czerpała właśnie z Europy. Dość szybko ekipa, z uwagi na skojarzenie ze szkockim klubem z Glasgow, przyjęła nazwę obowiązującą do dzisiaj. Na rok 2012 liczebność członków oszacowano na cztery tysiące.

Portland Timbers od strony kibicowskiej to jednak przede wszystkim maskotka klubu – Timber Joey. Człon nazwy klubu, Timber, to odwołanie do historycznie ważnego w Oregonie przemysłu drzewnego.  Maskotką jest więc nie, tak jak to mają w zwyczaju kluby, człowiek przebrany za wielkiego pluszaka, a lokalny drwal, który pod trybuną melduję się z… piłą spalinową. Po każdym golu drużyny, Joey odcina kawałek wielkiego pnia i wznosi go do góry niczym zasłużony puchar. Potem przechadza się ze sztachetą po trybunach, a kibice dotykają świeżo wyrżniętego elementu na szczęście. Nie da się ukryć – nieszablonowy sposób celebrowania bramek.

Piłka w Portland istniała już wiele, wiele lat wcześniej, ale odgrywała raczej marginalną rolę. F.C. Portland, które potem ewoluowało w Portland Timbers właśnie, tułało się głównie po niższych ligach i bliżej mu było do roli chłopca do bicia, aniżeli poważnego kandydata to końcowego triumfu. Paradoksalnie dzisiejszych sukcesów nie byłoby jednak gdyby nie… baseball. W maju 2007 roku biznesmen Merritt Paulson zainwestował w lokalny zespół,  Portland Beavers, a widząc w mieście ogromny potencjał postanowił także, do spółki z ojcem Henrym, dać trochę radości kibicom piłkarskim. Z roku na rok klub błyskawicznie się rozwijał, a w 2011 roku trafił do upragnionej MLS. Złoty okres dla „Drwali” rozpoczął się jednak dwa lata później, kiedy stery  drużynie objął Caleb Porter. Już w swoim pierwszym sezonie doprowadził Portland do pierwszego miejsca w Zachodniej Konferencji i trzeciego miejsca w klasyfikacji ogólnej. Rok 2015, jak już wiemy, zwieńczył pierwszym miejscem. „The Timbers”, w przeciwieństwie do kilku czołowych drużyn MLS, to drużyna pozbawiona zawodników ściągniętych z Europy. Jedynym graczem, którego kojarzyć mogą kibice ze Starego Kontynentu, głównie ci z Wysp, jest Liam Ridgewell, który w przeszłości występował choćby w Birmingham czy West Bromwich. Kluczową rolę w ekipie Portera odgrywa natomiast Argentyńczyk Diego Valeri, 29-letni pomocnik, który do USA trafił z Lanús. Valeri to prawdziwa gwiazda klubu, strzelec także pierwszego gola w finale przeciwko Columbus.

W Argentynie wszyscy grają w piłkę. Mój ojciec jest właścicielem fabryki obuwia i zapewne nie miałbym problemu ze znalezieniem pracy, ale ja od zawsze chciałem występować na boiskach. Miałem epizody w Portugalii i Hiszpanii (w Porto i Almerii – przyp. red.) i mimo, że na stałe nie przebiłem się w tych klubach to poznałem tam futbol od strony taktycznej i poprawiłem znacznie swoją technikę użytkową. Kiedy trafiłem do USA na początku byłem zaskoczony. U mnie w ojczyźnie liczy się tylko i wyłącznie futbol, tutaj jest też koszykówka, baseball czy hokej. Cieszę się jednak, że pomagam promować piłkę wśród kibiców – wspomina Diego.

Valeri w USA ma łatkę rozgrywającego-intelektualisty, który na murawie do szalenie precyzyjnych podań i efektownych goli dokładna wielki zmysł taktyczny oraz ogrom myślenia boiskowego. To zresztą odzwierciedlenie jego życia prywatnego.

Interesuję się filozofią i teologią, dużo czytam i analizuję. Czytanie rozwija mnie nie tylko intelektualnie, ale pomaga też odnaleźć się w trakcie meczu. Sprawna analiza ustawienia, szybkość podejmowanych decyzji – to wszystko swoje źródło czerpie także z tego co robią kiedy jestem w domu. 

Obok Valeriego w drużynie występuje choćby syn legendarnego napastnika Faustino Asprilly, Dairon, mający przeszłość w Kopenhadze Fanendo Adi czy zdecydowanie wpasowujący się w klimat klubu swoim wyglądem, drwal co się zowie, Nat Borchers.

5l8kwTr

Kilka słów warto poświęcić jeszcze szkoleniowcowi, który doprowadził drużynę do tego historycznego sukcesu. Caleb Porter to trener na dorobku, ale uchodzący za jednego z największych specjalistów za oceanem. Porter, który z powodu kontuzji kolana kariery piłkarskiej nigdy nie zrobił, wcześniej prowadził kadrę USA do lat 23, a swoją przygodę na ławce trenerskiej rozpoczynał jako opiekun drużyn uniwersyteckich z Akron oraz Indiany. W trakcie zwycięskiej kampanii w 2015 roku udowodnił, że każdego rywala potrafi rozpracować nawet w najmniejszych szczegółach, a przygotowanie taktyczne do meczu jest dla niego zupełnie elastyczne. Kiedy z powodu kontuzji brakowało lidera Valeriego, Portland organizowało błyskawiczne, partyzanckie kontrataki. Kiedy Argentyńczyk znajdował się na murawie i mógł dowodzić drużyną, „Drwale” atakowali pozycyjnie i z polotem. W dwa lata Caleb wypracował więc sobie w USA znakomitą markę i już przebąkuje się o zainteresowaniu jego osobą ze strony większych klubów.

Portland Timbers to klub ze świetnym zapleczem nie tylko kibicowskim, ale także finansowym. W 2010 roku oficjalnym sponsorem zostały linie lotnicze Alaska Airlines. Dzięki regularnym zastrzykom pieniężnym klub rozwija także swoją akademię młodzieżową, która w zamierzeniu ma być czołową za oceanem. Portland, w porozumieniu z Oregon Youth Soccer Association (OYSA), opracowało innowacyjny program rozwoju młodzieży, który jest fundamentem szkółki dla juniorów. Mike Smith i Erik Lyslo, czyli główni koordynatorzy akademii, wedle najświeższego pomysłu chcą stworzyć sześć regionalnych ośrodków szkoleniowych dla chłopców z Beaverton, Bend, Eugene/Salem, Gresham, Medford i Vancouver oraz Wash. Na początku obozy szkoleniowce mają obejmować młodzież między 12., a 15. rokiem życia. Najlepsi trafiać mają do Portland, gdzie stale poszerza się sztab szkoleniowy odpowiedzialny za harmonijny rozwój juniorów. Przedsionkiem do pierwszej drużyny jest natomiast ekipa U-23, która występuje w Premier Development League.

Na koszulkach, oprócz wspomnianego loga sponsora, znajduje się także wiele elementów świadczących o więzi między klubem, a regionem i kibicami. Wewnątrz koszulki domowej, w kolorach zielono-żółtych, na kołnierzyku wyszyta jest przyśpiewka „Niechaj pada, niech wieje, niechaj Portland strzela gola”. Po drugiej stronie znajduje się natomiast napis „TIMBERS”. Koszulka wyjazdowa charakteryzuje się zaś zgrabnie wplecionymi hasłami „Stańmy razem” oraz „Bez litości w Mieście Róż (taki pseudonim ma Portland)”. Trzeci komplet strojów to napis „RCTID” w rogu koszulki, czyli „Rose City Till I Die” oraz „Make sure I’m wearing green and gold” na kołnierzyku. Identyfikacja z miastem  i kibicami to jeden z najważniejszych postulatów rozwoju klubu. Trener Caleb Porter często pojawia się na ławce trenerskiej owinięty szalikiem klubowym, w takich samych często na murawę wychodzą także sami piłkarze. Klub dba także o swój wizerunek organizując akcje takie jak ta przed dwoma laty. 8-letni kibic Portland, Atticus Lane-Dupre, zachorował na raka, a przyjmowanie chemioterapii pokrzyżowało mu plany zorganizowane z oglądaniem swoich ulubieńców z wysokości trybun. Klub zorganizował więc spotkanie w których młodzieniec mógł wraz ze swoimi kolegami z juniorskiej drużyny Greene Machine zmierzyć się z drużyną seniorów „Drwali”. Trybuny wypełniły się kibicami, wzdłuż linii bocznej pojawili się wszyscy najważniejsi oficjele klubowi.

Portland Timbers idzie zupełnie inną drogą niż kilka czołowych klubów Major League Soccer. Pieniądze, który mogliby zainwestować w ściągnięcie kilku podstarzałych zawodników z Europy, przeznaczają na rozwój szkolenia młodzieży i rozbudowywanie swojej sieci skautingowej. Do tego ogromna identyfikacja ze wszystkim co łączy się z Portland i zamieszkującym je społeczeństwem – coś nam się wydaje, że „Drwale” mogą sprawić jeszcze niejedną miłą niespodziankę swoim zagorzałym kibicom.

MARCIN BORZĘCKI