Pora na kolejną odsłonę naszego cotygodniowego cyklu. Tym razem przyszedł czas na piłkarza od zawsze utożsamianego z jednym klubem – Lechem Poznań. Bartosz Bosacki opowiada m.in. o zainteresowaniu jego osobą Atletico Madryt i wyjaśnia, dlaczego według niego Bakero jest słabym trenerem. Jest też o największym niespełnionym talencie i o młodym chłopaku, który może zrobić największą karierę (na bank nie zgadniecie nazwisk). Zapraszamy.

Ale to już było. Bartosz Bosacki o ofercie Atletico i krytycznie o Bakero

Kariera z dzisiejszej perspektywy – spełnienie czy niedosyt?

Zdaję sobie sprawę z tego, co udało mi się dokonać, ale chyba nie ma sportowca, który po karierze nie powiedziałby, że można było zrobić coś lepiej. Ale ogólnie – jestem zadowolony.

Największe spełnione marzenie?

Podzielę to na klub i reprezentację. Jeśli chodzi o klub – mistrzostwo Polski. A reprezentacja? Wiadomo – sam udział na mundialu. Gole z Kostaryką? Piękna chwila, wielkie wydarzenie. Nie każdy zostaje wybrany najlepszym piłkarzem meczu na mistrzostwach. Ale szczerze mówiąc, z czysto sportowego punktu widzenia – bardziej zadowolony byłem ze spotkania z Niemcami. Uważam, że wtedy lepiej wykonałem swoje zadania defensywne, które są dla obrońcy najważniejsze.

Największe niespełnione marzenie?

W sporcie drużynowym osiągnięcie sukcesu nie jest zależne tylko od jednej osoby. Czego żałuję? Że nie udało się zdobyć mistrzostwa z Lechem jeszcze przed 2010 rokiem, za kadencji Franciszka Smudy. Już wtedy mieliśmy odpowiedni potencjał, by sięgnąć po tytuł.

Duży transfer zagraniczny, który był blisko, ale nie doszedł do skutku?

Kiedy występowałem w Amice Wronki i graliśmy w pucharach z Atletico, po meczu toczyła się rozmowa, że mógłbym na stałe pozostać już w Madrycie. Docierały do mnie jakieś sygnały, ale klub nie wyraził zgody na moje odejście. Tak to już w polskiej piłce często bywa, że o takich sprawach zawodnik dowiaduje się jako ostatni. Szkoda.

Najlepszy piłkarz, z którym pan grał?

Tutaj nie mam wątpliwości. Robert Lewandowski.

Najlepszy piłkarz, przeciwko któremu pan grał?

Oj, było ich bardzo wielu. Nie chcę wymieniać jednego nazwiska. Del Piero, Jancker, Podolski, Klose… Lista jest naprawdę długa i na pewno nie muszę się jej wstydzić.

Najlepszy trener, z którym pan pracował?

W reprezentacji – niewątpliwie Leo Benhakker. Mimo że na początku nie było nam po drodze, to uważam, że jako trenera – i też człowiek – prezentuje wysoką klasę. A w piłce klubowej? Myślę, że Hans Meier, który prowadził mnie w Norymberdze.

Najgorszy trener?

Jose Maria Bakero. Bardzo cenię go za to, jakim był piłkarzem, ale gdy prowadził Lecha, absolutnie nie potrafił wykorzystać potencjału naszej drużyny. Nie chodzi nawet o jego przygotowanie merytoryczne, ale bardziej o to, jakim był człowiekiem. To powinna być osoba, która poukłada naszą szatnię. Ale nie poukładał. Nie przyjmował do siebie żadnych sugestii odnośnie tego, co można poprawić. To zawsze my, piłkarze, byliśmy winni. Nigdy nie rozumiałem, dlaczego po przegranych meczach często mówił, że zagraliśmy dobrze, bo dłużej od rywali posiadaliśmy piłkę. To, że nie tworzyliśmy sytuacji, nie było dla niego problemem.

Gej w szatni? Spotkał pan takiego?

Z tego, co wiem, to tak. Ale absolutnie nie mam z tym żadnego problemu. Nazwiska oczywiście nie zdradzę.

Najlepszy żart, jaki zrobili panu koledzy?

Pamiętam jedną taką sytuację. Zgrupowanie Lecha. Na obóz dojechałem dwa albo trzy dni później samochodem. Pewnego razu patrzę – nie ma samochodu. Przestraszyłem się, że został skradziony. Okazało się, że koledzy go schowali.

Najlepszy żart, który wykręcił pan komuś?

Oj, tego była cała masa. Jeśli już robiliśmy jakiegoś psikusa, to większą grupą. Największą ofiarą naszych żartów był Krzysiek Kotorowski, który jest bardzo związany z motoryzacją. Np. zostawialiśmy mu kabriolet z otwartym dachem w zimie, kiedy padał śnieg. Wjeżdżaliśmy jego samochodem w błoto, obklejaliśmy naklejkami. Różnie bywało.

Kim chciał pan być po zakończeniu kariery i jak bardzo te plany różnią się od rzeczywistości?

Za wiele się nie różnią. Już podczas grania miałem pomysł na to, co będę robił potem. Cały czas go realizuję i kontynuuję. Nie mogę więc powiedzieć, że miałem marzenia, których nie udało mi się spełnić. Zawodowo całkowicie odszedłem od piłki i może tylko tego trochę mi brakuje. Chciałbym zajmować się młodzieżą, ale z racji tego, co teraz robię, nie mam na to wystarczająco dużo czasu. A jeśli mam czymś zajmować się na pół gwizdka, to wolę nawet nie zaczynać.

Co kupił pan za pierwszą grubszą premię?

O jejku. To było dwadzieścia parę lat temu, więc trudno mi powiedzieć. Po prostu nie pamiętam.

Największy dylemat podczas kariery?

Czy odejść do Wisły, gdzie właśnie budował się bardzo silny zespół. To był 97 albo 98 rok, gdy krakowski klub przejął pan Bogusław Cupiał. Grałem wówczas w Lechu i otrzymałem taką propozycję. Długo się nad nią zastanawiałem. Nawet gazety pisały już, że po którymś ze spotkań z panem Kawką zdecydowałem się na przejście do Krakowa, ale ostatecznie tak się nie stało. Nie chodziło o kwestie finansowe, bo Biała Gwiazda płaciła wtedy cztery razy tyle, ile ja zarabiałem w Kolejorzu. Rozbieżności dotyczyły długości kontraktu. Duży wpływ na moją decyzje miało również to, że od zawsze byłem emocjonalnie związany z Lechem. I nie żałuję tego. Tak jak nie żałowałem potem, gdy kilka razy odmawiałem Legii Warszawa.

Największa suma pieniędzy, jaką przepuścił pan w jedną noc?

Nie należę do tych, którzy gdzieś masowo przepuszczają pieniądze. Nie zdarzyło mi się bez kontroli stracić jakąś wielką kasę.

Najbardziej pamiętna impreza po sukcesie?

Po mistrzostwie Polski z Lechem. Długo świętowaliśmy.

Z którym piłkarzem z obecnych ekstraklasowiczów najchętniej by pan zagrał w jednej drużynie.

Z kilkoma w sumie jeszcze grałem. Jeśli miałbym kogoś wskazać, to pewnie najbliżej swojej pozycji, czyli do defensywy. Zdecydowanie stawiam na Tomka Kędziorę. Uważam, że to chłopak, który może wiele osiągnąć.

Z którym z obecnych trenerów chciałby pan pracować?

Bardzo dobrze pracowało mi się z trenerem Zielińskim. I mimo że końcówka przygody z Lechem była bardzo nieudana, to chciałbym popracować z Maciejem Skorżą.

Poziom Ekstraklasy w porównaniu do pana czasów – tendencja wzrostowa czy spadkowa?

Odpowiem trochę przekornie. Z jednej strony, idzie to w dobrym kierunku, bo mamy więcej zespołów, które mogą rywalizować o podium. Ale z drugiej – myślę, że Lech, w którym miałem okazję kilka lat temu grać, zdobyłby mistrzostwo i w tym, i w przyszłym roku.

Dzisiejsi piłkarze – tak po piłkarsku – są głupsi?

Nie, nigdy bym tak nie powiedział. Może czasem po prostu trzeba otworzyć im głowę i dać więcej swobody w kreatywnym myśleniu. Wielu trenerów zabija teraz w zawodnikach inicjatywę, wszystko musi być im podporządkowane. Przykłady? Znowu musze przytoczyć nazwisko Bakero. Wydaje mi się, że kimś takim w Lechu był Mariusz Rumak. Nigdy z nim nie pracowałem, więc nie potrafię stwierdzić tego z całą pewnością, ale oglądając ówczesne mecze Kolejorza, odnosiłem wrażenie, że było za dużo schematów. Takiemu Hamalainenowi, który według mnie jest bardzo dobrym zawodnikiem, została odebrana możliwość kreowania samego siebie, co – myślę – jest jego największym atutem. Tu nie chodzi o głupotę – nie podoba mi się to określenie – tylko czasem piłkarze nie dostają szans do wykorzystania swojej inteligencji boiskowej.

Najcenniejsza pamiątka z czasów kariery piłkarskiej?

Wszystkie trofea, które udało mi się zebrać: medale mistrzostw Polski, krajowy puchar i taki śmieszny mały pucharek – właściwie metalowy kufel – dla najlepszego zawodnika meczu podczas mundialu.

Pierwszy samochód?

Fiat Cinquecento.

Najlepszy samochód?

Porsche 911 Turbo.

Najlepszy młody polski piłkarz, który ma szansę zrobić wielką karierę?

Był taki chłopak w Lechu Poznań. Teraz poszedł do Niemiec, do Hoffenheim. Jeśli nic nie stanie mu na przeszkodzie i będzie miał szczęście, co zawsze jest bardzo ważną kwestią, to zajdzie wysoko. Na pewno ma talent, który – z tego, co wiem – popiera ciężką pracą. Nazywa się Robert Janicki.

Artykuł prasowy o panu, który najbardziej zapadł w pamięć?

Szczerze? Za bardzo nie czytałem gazet i nie robię tego do dzisiaj. Raczej nie sprawdzałem relacji o sobie i sprawozdań z meczów. Jeśli pojawiała się jakaś krytyka, to nie miałem z nią najmniejszego problemu. Sam podchodziłem bardziej krytycznie do swojej gry, niż byłem oceniany przez innych. Ale owszem, czasem pojawiały się jakieś artykuły, które potrafiły zaboleć. Jeśli musiałbym coś wymienić – pamiętam jeden tekst po mistrzostwach świata z Faktu, gdzie autor napisał, że przynieśliśmy wstyd i nie mamy po co wracać do Polski. Ale z takimi rzeczami trzeba umieć żyć. Jeśli ktoś, kto jest osobą publiczną, sobie z tym nie radzi, to chyba powinien zająć się czymś innym.

Ulubione zajęcie podczas zgrupowań?

Trudne pytanie, bo jeśli chodzi o obozy przygotowawcze, to nie mieliśmy za dużo czasu. Były treningi, treningi i jeszcze raz treningi. Byłem kiedyś na zgrupowaniu, gdzie mieliśmy nawet cztery zajęcia dziennie. Ale gdy już dostaliśmy chwilę odpoczynku, to z reguły można było coś poczytać albo obejrzeć telewizję. Standard. Wielu chłopaków grało w Playstation i kiedy ktoś przegrywał trzy mecze z rzędu, to wołał Bosackiego, żeby się przełamać.

Najpopularniejsza piosenka słuchana w szatni?

Dzisiaj przychodzi mi do głowy piosenka puszczana przez Kamila Grosickiego po meczu z Irlandią. A za moich czasów? Nie przypominam sobie jednej takiej wiodącej, na której budowana była atmosfera.

Najbardziej wzruszający moment w karierze?

Znowu muszę dokonać podziału na piłkę klubową i reprezentacyjną. W klubie to końcówka meczu z Zagłębiem Lubin, kiedy praktycznie przesądzone było już, że zdobędziemy mistrzostwo Polski. Dla mnie – jako poznaniaka oraz kogoś, kto się w Lechu wychował i spędził na tym stadionie wiele lat – to był szczególnie wzruszający moment. Nie jestem w stanie wytłumaczyć tego, co wówczas czułem. A w reprezentacji – wyjście na murawę z szatni przed meczem i hymn narodowy. Jeśli ktoś tego nie przeżył, to może być ciężko mu to zrozumieć. W pamięci pozostało mi spotkanie z Kostaryką. Wiadomo było, że po jego zakończeniu będziemy musieli wrócić do kraju, a mimo to stadion w Hanowerze został wypełniony przez polskich kibiców.

Najważniejsza ze zdobytych bramek w karierze?

Dwie. Te z meczu z Kostaryką.

Największy żartowniś, z którym dzielił pan szatnię?

Maciej Scherfchen.

Największy niespełniony talent?

Musimy cofnąć się bardzo daleko. To były jeszcze czasy juniorskie. W zespole, w którym grałem, czyli w Lechu, był taki zawodnik, który nazywał się Robert Lisiecki. Ironia losu. Kiedy akurat szedł na rehabilitację, wpadł na parkingu pod samochód. Potem już nie potrafił się wyplątać z kolejnych urazów. Chłopak miał ogromny potencjał. Wyróżniał się na tle całej grupy. Obaj wówczas powoli pukaliśmy do pierwszego zespołu. Gdyby nie kontuzje, mógłby zrobić dużą karierę.

Najlepszy podrywacz?

Ciężko mi na to pytanie odpowiedzieć. Wolałbym pozostawić je bez odpowiedzi.

Największy modniś?

Myślę, że swego czasu był nim Tomek Hajto.

Największe opóźnienie w wypłacaniu pensji?

11 miesięcy. W Lechu Poznań. To był okres przed moim wyjazdem do Norymbergii, czyli 2004 rok.

Najładniejsze miasto, w jakim przyszło panu grać?

Przejeżdżam pamięcią przez wszystkie te miasta i trudno mi wybrać. Stawiam na Hamburg.

Całowanie herbu – zdarzyło się w pana karierze?

Nie, nigdy.

Alkohol w sezonie?

Zdarzał się, ale w moim przypadku było to subtelne dawkowanie. Ci, którzy mnie znają, na pewno to potwierdzą. Jeśli mówimy o alkoholu, to tylko o winie i ewentualnie jednym, dwóch drinkach.

Papierosy?

Nie, absolutnie.

Najlepszy kumpel z boiska po zakończeniu kariery?

Z tymi kumplami jest dosyć ciężko, bo z tych, z którymi grałem, w Poznaniu pozostał tylko Krzysiek Kotorowski. Ale staram się trzymać kontakt z większością. Jeśli przejeżdżam przez jakieś miasto, to nie przepuszczam okazji i spotykam się z kolegą, który akurat tam mieszka. Niedawno np. byłem w Monachium i widziałem się z Robertem Lewandowskim. Jeśli masz kogoś, na kogo możesz w pełni liczyć, to jest to wartość nieoceniona przy uprawianiu sportu. Nie chciałbym jednak nikogo wyróżniać.

Obozy sportowe – bieganie po górach czy bieganie po górach z kolegą na plecach?

Ja przeżyłem i bieganie po górach, i bieganie po górach z kolegą na plecach, bieganie w lesie, i bieganie po plaży. Nigdy nie ukrywałem tego, że nie lubiłem biegać, ale byłem świadomy, że to jest potrzebne, bo bez tego nie udałoby się osiągnąć jakichkolwiek sukcesów.

Czego zazdrości pan dzisiejszym piłkarzom?

Chyba niczego. Bardziej cieszę się z ich sukcesów. Np. w przypadku Roberta Lewandowskiego cieszę się, że miałem okazję grać z kimś, kto dzisiaj jest w takim miejscu. Trzymam za niego kciuki. Cieszę się, że reprezentacja wygrywa. Ucieszyłem się też, gdy Lech w zeszłym roku zdobył mistrzostwo Polski.

Rozmawiał Kamil Kaliszuk