– Moje drugie zajęcia. Capdevila, lewy obrońca, rusza skrzydłem, ja oferuję mu wsparcie, żeby zagrał na ścianę, klepkę albo cokolwiek, a on biegnie, biegnie i traci. Myślę: cóż, zaryzykował, zdarza się. A on wraca i krzyczy: „perdona, perdona. Przepraszam, myślałem, że dam radę”. Stoję z otwartymi ustami i się zastanawiam: „cholera, mistrz Europy przeprasza mnie, że nie podał mi piłki?! O co tu chodzi?!”. Odpowiadam: „nic się nie stało, spokojnie”, ale sam się dziwnie z tym czuję, że w ogóle muszę odpowiadać! – opowiada w długiej rozmowie Airam Cabrera, nowy zawodnik Korony Kielce, który w ostatnich latach brylował w trzecioligowym Cadiz. Wcześniej miał okazję pracować z Paco Jemezem, a do większej piłki przygotowywał się w Villarrealu.

Casual Friday. Mistrz Europy przeprasza, że mi nie podał. O co chodzi?

Trener Marcin Brosz twierdzi, że jeżeli ktoś grał w Segunda División, to znaczy, że ma jakość, by błyszczeć w Ekstraklasie, ale nie jest to równoznaczne z tym, że musi się u nas przebić. Zgadzasz się?

Zgadzam. Grałem przez trzy sezony w Segunda División, ale w Polsce piłka jest zupełnie inna. Bardziej fizyczna i oparta na kontratakach. Najpierw w jedną stronę, potem w drugą. W jedną, w drugą. Na okrągło. W Hiszpanii bardziej liczy się gra kombinacyjna i taktyka. Brakuje mi jeszcze przygotowania fizycznego, by prezentować odpowiedni poziom w Ekstraklasie. Czuję się już dużo lepiej niż po przyjeździe, ale pamiętajmy, że nie zaliczyłem okresu przygotowawczego. Praktycznie bez treningu trafiłem do drużyny, która zdążyła rozegrać siedem ligowych meczów. Nie przyjechałem z plaży, bo jakąś podstawę miałem, ale nie taką jak reszta. Trenerzy chcą, żebym przygotował się fizycznie poprzez mecze. W ten sposób mam dorównać do rytmu kolegów.

Dlaczego w ogóle zdecydowałeś się na opuszczenie Cadiz? Miałeś tam świetny okres.

Dostałem sporo ofert, kilka nawet świetnych finansowo. Zrozumiałem, że – biorąc pod uwagę mój wiek – najwyższy czas spróbować sił za granicą, ale w wymagającej lidze. Tajlandia mi tego nie gwarantowała. Miałem też propozycje z Segunda B, ale mój cykl na tym poziomie już się zakończył. Potrzebowałem dodatkowej motywacji. Dlaczego nie zostałem w Cadiz? Zostałbym, gdybyśmy awansowali do Segunda. Miałem nawet zapis w kontrakcie, który w przypadku awansu przedłużał umowę o dwa lata. Byłem przekonany, że się uda, ale niestety. Strzeliłem w Cadiz 40 goli w dwa lata, a w samej Segunda B ponad 60. Czułem, że w tej lidze już się nie rozwinę. Nie twierdzę, że jestem nie wiadomo jak mocny, ale liczby mnie broniły, a człowiek chce aspirować do wyższych celów.

Na logikę powinieneś po tylu golach dostać oferty z lepszych hiszpańskich klubów.

O oferty z Primera byłoby ciężko. To dwa szczeble wyżej i rzadko się zdarza, żeby ktoś przeskoczył tam bezpośrednio z Segunda B. Pojawiały się opcje z Segunda, ale Hiszpania nie ma najlepszej sytuacji ekonomicznej. To wpływa na futbol.

W Cadiz znaleźli ci konkretnego następcę.

Dani Guiza… W poprzednim sezonie graliśmy z przodu z Joną, który został królem strzelców naszej grupy, a potem poszedł do Albacete. Teraz ściągnęli dwóch napastników i właśnie Guizę. Chciałbym z nim zagrać. Kawał napadziora. W gablocie mistrzostwo Europy i tytuł króla strzelców Primera Division, gdy grał w Mallorce. Przeznaczenie sprawiło, że się minęliśmy i szkoda, bo zawsze go podziwiałem. Pytałem nawet o niego kolegów z Cadiz. Mówią, że jest świetny. Ma ruchy napastnika najwyższej klasy. No ale nikt za darmo nie robi takiej kariery.

airam

Jaki w ogóle poziom sportowy prezentuje Segunda B? Pytam, bo z naszej perspektywy ciężko to ocenić. Znasz Daniego Quintanę?

Nie.

On w tej klasie rozgrywkowej był najlepszym piłkarzem, a potem w Polsce został gwiazdą. Mieliśmy też jednak w Polsce kilku zawodników z Primera Division, którzy kompletnie przepadli. Trudno się tu dopatrywać logiki.

Segunda B to trudna liga. 80 drużyn, a tylko cztery awansują. Są zespoły na poziomie słabym, średnim, ale też bardzo wysokim. Cadiz, Real Oviedo, Bilbao Athletic, czyli rezerwy Athleticu, które właśnie awansowały… Nastic de Tarragona, Racing Santander, Recreativo Huelva… To marki, które przez wiele lat grały w Primera i mimo spadku cieszą się olbrzymim poparciem społecznym. Pod tym względem wciąż są klubami z elity i władze muszą budować kadry, które dorównają poziomem do kibiców. To wpływa na poziom całych rozgrywek. W Cadiz było podobnie – grając w barażach na nasze mecze przychodziło 24 tysiące ludzi, a – pamiętajmy – mówimy o trzecim poziomie rozgrywek! Co tydzień w zwykłych meczach ligowych mieliśmy na trybunach 10 tysięcy. Na ogólny poziom wpłynęła też jednak ekonomia. Niektóre kluby z Segunda B płacą nawet lepiej niż w Segunda. Dlatego część zawodników woli zejść półkę niżej. Nie ma reguły. Sam po pierwszym sezonie w Cadiz, gdy strzeliłem 23 gole, miałem bardzo dobre oferty. I to zdecydowanie więcej niż teraz – także z Segunda lub z zagranicy, gdzie płacili dobrze. Zdecydowałem się jednak zostać, żeby znów powalczyć o awans.

Słuszna decyzja?

Zabrakło jednego gola, ale jedno trafienie nie może wpływać na to, czy powiem, że decyzja była słuszna, czy nie. Taki jest futbol. Gdybyśmy strzelili jednego gola więcej, cały ten film potoczyłby się inaczej. W tamtym momencie nie żałowałem.

Teraz uznałeś, że w wieku 27 lat nie ma już sensu dalsza gra w Segunda B, bo nie zapewni ci to przyszłości?

Zależy od klubu. Nie da się odpowiedzieć: tak lub nie. Może nawet dostałbym tam więcej niż w Kielcach, ale potrzebowałem czegoś nowego. Czasem trzeba zaryzykować. Inaczej można się zanudzić.

Zrzut ekranu 2015-11-06 o 10.28.32

Źródło: 90minut.pl

Sporo klubów zaliczyłeś w karierze.

Brakowało mi regularności. Znalazłem ją dopiero w Cadiz. Napastnik – w przeciwieństwie do pomocnika czy obrońcy – żyje z liczb. Od napastnika oczekujesz goli. Jeżeli nie masz statystyk, musisz odejść. W drugim sezonie w Villarrealu złapałem tę regularność, ale doznałem kontuzji, a potem doszło do zmian w polityce klubu. Nasz trener Jose Francisco Molina przejął pierwszą drużynę, a trener z zespołu C objął zespół B. Odeszło wówczas 10-12 zawodników, w tym ja. Przeniosłem się do Cordoby, rozegrałem kilkanaście meczów, ale przegraliśmy play-offy o awans do Primera. Potem odszedłem do Numancii, gdzie się nie zaaklimatyzowałem, więc wyjechałem do Lugo. Tam było nieźle, ale często dokuczały mi drobne urazy. W końcu trafiłem do Cadiz.

Najbliżej do poważnej piłki miałeś w Villarrealu.

Miałem nawet dostać powołanie na mecz Ligi Mistrzów z Manchesterem City! Dwa dni wcześniej graliśmy jednak z Celtą i Joselu, kolega z rezerw zdobył dwie bramki. Może gdybym ja strzelił, to kariera potoczyłaby się inaczej? A może wbiłbym hat-tricka z Celtą, a i tak nie dostałbym powołania? Dziś nie ma sensu się nad tym zastanawiać.

Ilu napastników Villarrealu musiałoby wówczas wypaść, żebyś zagrał?

Giuseppe Rossi, Nilmar, Marco Ruben, Gerard Bordas. Dopiero potem był Joselu i ja. Często jednak trenowałem z pierwszą drużyną. To było moje pierwsze doświadczenie z zawodową piłką. Wcześniej grałem amatorsko, a tam zacząłem spełniać marzenia. Borja Valero, Marcos Senna, Santi Cazorla. Wychodzisz na boisko i starasz się cieszyć każdą chwilą. Dziś oglądam mecze Arsenalu czy Fiorentiny i mogę się tylko chwalić, że trenowałem z Santim i Borją. Kiedy stykasz się z takimi postaciami, zawsze masz nadzieję, że osiągniesz ich poziom, ale – uwierz – tempo, w jakim grali było nieprawdopodobne. Kilku moich kolegów jednak się przebiło. Gonzalo Castellani, Hernan Perez gra dziś w Espanyolu…

airam-2441228060

Kto robił największe wrażenie jako człowiek?

Santi Cazorla to świetny gość, ale pamiętam też anegdotkę z treningu. Moje drugie zajęcia. Capdevila, lewy obrońca, rusza skrzydłem, ja oferuję mu wsparcie, żeby zagrał na ścianę, klepkę albo cokolwiek, a on biegnie, biegnie i traci. Myślę: cóż, zaryzykował, zdarza się. A on wraca i krzyczy: „perdona, perdona. Przepraszam, myślałem, że dam radę”. Stoję z otwartymi ustami i się zastanawiam: „cholera, mistrz Europy przeprasza mnie, że nie podał mi piłki?! O co tu chodzi?!”. Odpowiadam: „nic się nie stało, spokojnie”, ale sam się dziwnie z tym czuję, że w ogóle muszę odpowiadać! To pokazuje, że piłkarze na tym poziomie mają olbrzymią pokorę. Bo kim ja byłem dla Capdevili?

Villarreal cię ukształtował piłkarsko?

Można tak powiedzieć. To trzecia siła w Hiszpanii. Real, Barcelona, Villarreal. Infrastruktura, otoczka, warunki, organizacja. Nie mówię tylko o pierwszej drużynie! Kiedy prezydent Fernando Roig przejął klub, w mieście żyło 30 tysięcy ludzi. Teraz jest ich 60 tysięcy. Ludzie są mu bardzo wdzięczni, a na trybunach większość kibiców to starsze pokolenie. Przed rokiem grałem z Villarrealem w Copa del Rey. Przegraliśmy oba mecze, ale przekonałem się, że nawet stadion z perspektywy boiska robi dużo lepsze wrażenie niż z trybun.

Skąd w ogóle się wziąłeś w Villarrealu?

Grałem w rezerwach Tenerife w Segunda B, strzeliłem 25 goli i przyjechali mnie obejrzeć. Spodobałem się i podpisałem kontrakt. Miałem inne opcje, ale Vilarreal B zajmował wtedy czwarte miejsce w Segunda Division. Uważałem, że to najlepsza okazja, żeby się pokazać.

Który trener najwięcej cię nauczył? To pytanie jest o tyle zasadne, że pracowałeś z paroma, którzy dziś działają w Primera Division.

W Primera są Paco Jemez, Javi Gracia i Quique Setien, a wcześniej też Molina… Najbardziej jednak wpłynął nam nie Raul Agne, który teraz pracuje w Tenerife (w tym tygodniu został zwolniony – przyp. red.). On ściągnął mnie do Cadiz. Miał nietypową filozofię, z którą nigdy wcześniej się nie spotkałem. Zawsze grał 4-4-2, ale napastnicy byli u niego absolutnie najważniejsi. Jego asystent zajmował się wyłącznie boiskowymi ruchami napastników, a sam Raul pracował z pozostałymi tak, by piłka jak najszybciej dostała się do przodu. Stanowiliśmy niemal oddzielną część zespołu. Wszystko było podporządkowane temu, żebyśmy we dwóch znaleźli się przed bramkarzem. W tym systemie czułem się jednak najlepiej.

Dlaczego?

Idealnie się uzupełnialiśmy z Joną. On dawał to, czego mi brakowało i odwrotnie. On był szybszy, ja bazowałem na wizji. Mogłem się cofnąć i rzucić mu prostopadłą piłkę. Doskonale się rozumieliśmy. Ale początkowo to było dla mnie coś zupełnie nowego. Człowieku, ja w ogóle nie rozumiałem, o co chodziło! Dostaję telefon od trenera i słyszę: „widzę cię w moim Cadiz, bo zależy mi na tym, żeby napastnik jak najszybciej był sam przed bramkarzem”. Myślę sobie: „co ten gość mówi? Uważa się za jakiegoś Ancelottiego?”. No dobra, dzwonię do kolegi, który pracował z Agne w Gironie i mówię:

– Słuchaj, dzwonił do mnie Raul, przedstawił mi swój sposób na grę. Co sądzisz?

– Wiesz, to Segunda B, a ty jesteś w Segunda. Czyli niby zrobisz krok do tyłu, ale piłkarsko do przodu. On gra po to, żeby napastnik jak najszybciej znalazł się przed bramką.

A ja w szoku! Powiedział mi dokładnie to samo. Coś w tym musi być. Zacząłem się zastanawiać, ale myślę sobie: dobra, spróbuję. Idę na pierwszy trening i słyszę od drugiego trenera: „rób to, to i to”. Nie miałem pojęcia, o czym do mnie mówił. Nigdy tak nie trenowałem. Dzwonię do agenta i mówię: „Wyjeżdżam. Kompletnie nie łapię, o co im chodzi. Facet chyba myśli, że jestem Romario!”. Mija jednak drugi dzień, trzeci i asystent pokazuje mi wideo. Dzięki filmikowi w końcu zrozumiałem, o co chodziło w tej taktyce. Inne drużyny prowadzone przez Agne grały tak samo i napastnicy faktycznie stawali oko w oko za bramkarzem. Z dnia na dzień łapałem coraz więcej konceptów i zacząłem je wdrażać w życie. To wszystko dało efekt. Strzeliłem 23 gole. Dlatego mówię, że Agne to najlepszy trener, z jakim pracowałem.

Pracowałeś też z Paco Jemezem, którego wymienia się w gronie faworytów do przejęcia reprezentacji po Vicente del Bosque.

Niesamowicie odważny typ. Charakter. Temperament. Pracowaliśmy razem tylko cztery-pięć miesięcy, ale to mnie właśnie w nim urzekło – ta odwaga. Zawsze chce, żeby zawodnik grał do przodu. Zero podawania w poprzek lub do tyłu. W Cordobie wychodziliśmy na najważniejsze mecze trzema obrońcami. Patrzyliśmy tylko po sobie: „czy ten gość zwariował? Gramy tu o życie i mamy wyjść trójką z tyłu?!”. Ale przeciwnicy nawet nie zbliżali się do naszej bramki! Urodzony zwycięzca. Czasem brał udział w gierkach – w końcu kiedyś był silnym stoperem – ale kiedy przegrywał, to od razu się grzał.

Piłkarze lubią pracować z takimi trenerami? Rayo pod jego wodzą rzeczywiście imponuje, ale przez taką brawurę tracą też sporo punktów. Granica jest cienka.

Im lepszą będzie prowadził drużynę, tym więcej punktów będzie dawał taki styl. Lubię czytać o piłce i ostatnio natrafiłem na ciekawy akapit o pracy Jemeza.

– Pytam mojego bramkarza, Tono: kiedy wybijasz piłkę, to do kogo ona trafi?

– Nie wiem.

– To po co ją wybijasz? Lepiej, żebyśmy wyprowadzili od tyłu. Jeżeli wybijesz, to zawsze zachodzi ryzyko straty.

Jemez zrobił analizę bramek, które traciło Rayo. Okazało się, że ze strat przy wyprowadzeniu od bramkarza nie pada nawet pięć procent goli dla przeciwników. A po wybiciach, walce w środku pola i przegranych pojedynkach o „drugą” piłkę tracą nieporównywalnie więcej. Taki jest dzisiejszy futbol. Liczby mają znaczenie. Trzeba to wszystko analizować i wierzyć w swoją filozofię. Jemez wierzy, czasem jest szalony, ale prowadzi drużynę z dolnej połówki tabeli, a grają tak, jakby byli w czołówce i nie mają problemu z utrzymaniem się. Wyobraź sobie, jak będzie to wyglądało, kiedy przejmie lepszy zespół. Można tylko zgadywać. Trudno jednak wszystko przewidzieć – Raula Agne wyrzucono na kilka kolejek przed końcem, bo nie wygrywaliśmy na wyjazdach. Wszyscy wierzyliśmy w jego metodę, ale się nie udało. Ostatnio w Tenerife też dokonał paru zmian i chyba grają 4-1-4-1.

Mourinho twierdzi, że 4-4-2 to najtrudniejsza taktyka do przyswojenia, bo w 4-2-3-1 wszystko funkcjonuje samo, automatycznie, a 4-4-2 trzeba się uczyć.

Oczywiście, bo trzeba zadbać, by dwójka z przodu nie była za bardzo odłączona od gry. Wtedy zabraknie ci kogoś w defensywie. Składa się na to bardzo wiele aspektów. Trzeba bardzo dużo pracować, żeby móc powiedzieć, że rozumie się ten styl. Agne miał to wypracowane, wiedział jak unikać błędów, ale czasem coś przestawało działać i zaczynała się krytyka. Zaczynało się wytykanie, że ten styl nie ma sensu. Oczywiście, że ma sens, tylko trzeba głębiej przeanalizować.

A ty na jakiej pozycji czujesz się najlepiej? Dziewiątka, mediapunta, skrzydło?

W Cadiz grałem za napastnikiem, ale jako dziewiątka też dobrze się czuję. Nie jestem jednak typowym zawodnikiem pola karnego. Wolę brać ciągły udział w grze. Lubię utrzymywać się przy piłce, asystować… Nawet w ostatnim meczu mogłem mieć dwie-trzy asysty.

W Cadiz zdarzyło ci się też płakać w trakcie wywiadu…

Tak! Na kilka kolejek przed końcem graliśmy z Cartageną. Zajmowaliśmy piąte lub czwarte miejsce, a nasi przeciwnicy trzecie. Cztery drużyny wchodzą do baraży. Wyszliśmy na prowadzenie po moim golu. Potem dostałem mocno w nos, prawie go złamałem i musiałem grać z dwoma tamponami. Ostatecznie strzelili wyrównującego gola. Straciliśmy bardzo ważne punkty, a przyjechało tam z tysiąc naszych kibiców. Musieli pokonać 700 kilometrów w jedną stronę z Cadiz, a my ich rozczarowaliśmy. Udzielałem wywiadu przed autokarem, gdy podbiegło z 200 fanów. Zaczęli skandować moje nazwisko. Airam Cabreeera, Airam Cabreeera. Nie pozwolili mi się wypowiedzieć, aż w końcu… Po prostu się wzruszyłem. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie przeżyłem. Czułem się częściowo winny utraty punktów, a ci ludzie jednak docenili moją pracę.

Najbardziej wzruszający moment w karierze?

Chyba tak, ale z Cadiz wiąże się wiele pięknych chwil. Tam najbardziej cieszyłem się futbolem. Czułem się doceniany. Gdy graliśmy baraże i wjeżdżaliśmy autobusem na stadion… Ile tam było osób, jak uderzali w autobus, śpiewali… I to wszystko w Segunda B! Do dziś mnie boli, że nie awansowaliśmy, bo mogło być cudownie. Pochodzi nawet stamtąd moja narzeczona.

airam-2596844155

Nie brakuje ci w Kielcach tego całego klimatu?

Nie. To znaczy – to oczywiście jest piękne, ale nie potrzebuję tego wszystkiego na co dzień, by być w formie. W Kielcach dobrze się czuję, mam zaufanie trenera, mieszkam z dziewczyną… Jestem nawet zaskoczony swoim angielskim, bo myślałem, że mówię gorzej, a tu się okazuje, że jednak się dogaduję! Pomagają mi też Bartek Pawłowski i Vanja Marković, którzy mówią po hiszpańsku.

Skąd Marković zna hiszpański?

Bo oglądał w Serbii hiszpańskie seriale.

Serio? I tak się nauczył?

Tak, oglądał z serbskimi napisami. Mówi nieźle, ale wszystko doskonale rozumie. Na początku też nie mogłem w to uwierzyć, ale zaczął wymieniać nazwy tych seriali. „Los Serranos”, „Rebelde”… W każdym razie kiedy czegoś nie rozumiem, to pytam Bartka lub Vanję. Niby wszędzie pracuje się podobnie, ale na początku nie rozumiałem wszystkiego. Nigdy nie miałem problemu z koncentracją. Zawsze podchodziłem do treningów z wyjątkowo uwagą, ale tu początkowo wręcz źle się czułem, gdy nie wszystko mogłem zrozumieć. Dziś jednak nie mam tego problemu. Musiałem też zmienić kilka nawyków. Zawsze wieczorem przed meczem jadałem ryż z tuńczykiem lub jajkiem na twardo, a tutaj częściej jadamy inne ryby lub kuskus. W Hiszpanii też kiedy grasz u siebie, to zawsze śpisz w domu i w dniu meczu przyjeżdżasz na stadion. W Polsce więcej czasu spędza się w hotelu.

Nie kręciła cię ta Tajlandia?

Trzy lata z rzędu dostawałem stamtąd oferty od trzech różnych klubów. Po pierwszym sezonie uznałem, że jestem za młody na takie przygody. Miałem 24-25 lat. W drugim roku proponowali mi bardzo dużo pieniędzy, ale drużyna zajmowała dziewiąte miejsce w tabeli, nie było tam żadnego Hiszpana, a i ja nie miałem dziewczyny i nie chciałem sam tam jechać. Najważniejsza jest radość z gry i pobytu za granicą. A ostatnio nie skorzystałem z oferty, bo drużyna zajmowała ostatnie miejsce, miał wejść nowy prezydent i kupić nowych zawodników, ale… jakoś w to nie wierzyłem. I miałem rację – ostatni są do dziś, a zawodnicy zgłaszają skargi, że nie dostają pieniędzy na czas. Miałem też interesującą opcję z Indii. Mógłbym tam wyjechać na cztery miesiące. Nietypowe rozgrywki, bo w grudniu-styczniu wracasz na rynek, a wcześniej grasz z takimi gośćmi jak Anelka. Obawiałem się jednak aż tak drastycznej zmiany.

Masz plan, żeby pokazać się w Polsce i wrócić do Hiszpanii czy ten etap już jest za tobą?

Niczego nie wykluczam. W Polsce czuję się coraz lepiej. Poznaję nowe miejsca. Kiedy mamy dzień wolny, zawsze gdzieś jeździmy z dziewczyną. Byliśmy już w Krakowie i Warszawie, a planujemy Zakopane, Sandomierz i Wrocław. A czy chcę wrócić do Hiszpanii? Najpierw muszę wyrobić sobie markę w Ekstraklasie. Jeżeli mi się nie uda, to wszystko, o czym teraz mówimy, nie będzie miało sensu.

Rozmawiał TOMASZ ĆWIĄKAŁA