Był prawdziwą legendą Manchesteru United i ikoną lat 60. i 70. Na boisku czarował niepowtarzalnymi dryblingami i bramkami, poza nim wyróżniała go bezgraniczna miłość do pięknych kobiety, szybkich samochodów i alkoholu. To ostanie doprowadziło go ostatecznie do śmierci niemal dokładnie 10 lat temu. Przeczytajcie fragment autobiografii George’a Besta „Najlepszy”, która do polskich księgarni trafi 18 listopada. Zamówić możesz ją już teraz TUTAJ.

Fragment książki Besta: „Nie umierajcie tak jak ja”

* * *

Cierpiałem tak bardzo, że gdyby ktoś zaoferował mi pigułkę, która zakończyłaby to wszystko, nie wahałbym się jej zażyć.

Śmierć sprawiłaby przynajmniej, że skończyłby się ten okropny, uporczywy ból. Nigdy nie doświadczyłem gorszego – zupełnie jakby ktoś wiercił mi nożem dziurę w brzuchu. Ale mimo tygodni cierpienia, mimo wymiotowania i plucia krwią (co jest najbardziej przerażającą oznaką poważnej choroby) nie przyjmowałem do wiadomości, że wymagam natychmiastowej opieki w szpitalu.

Zrzut ekranu 2015-11-01 o 17.45.59Jak nietrudno się domyślić, moja coraz bardziej sfrustrowana żona Alex próbowała przemówić mi do rozsądku. Raz po dobroci, a innym razem grożąc, że mnie zostawi, bym cierpiał w samotności. Postępowała ze mną zupełnie jak z dzieckiem. Poza tym, w tajemnicy przede mną, do niewielkich posiłków, które udawało mi się zjeść, dodawała pokruszone witaminy, choć i tak zwykle zaraz wszystko zwracałem. Zaczęła też serwować mi tabletki ostropestu plamistego, który pomaga przeczyścić wątrobę.

Biorąc pod uwagę ilość alkoholu, jaką w siebie wlewałem, można to porównać do próby rozcieńczenia kadzi ze szkocką za pomocą naparstka wody, ale rozumiem jej starania. Czytała też wszystkie książki medyczne, które wpadły jej w ręce, i zdawała sobie sprawę, że według wszelkich wskazówek mam marskość wątroby, chociaż (niczego jej nie ujmując) tego akurat każdy mógłby się domyślić.

Sam zdawałem sobie z tego sprawę, ale jakiś wewnętrzny głos mówił mi, że to nieważne, czy do takiego stanu doprowadził mnie alkohol, czy coś innego. Powiedziałem sobie, że jeśli już mam umrzeć (a naprawdę uważałem, że jest to bardzo prawdopodobne), to muszę umrzeć na coś, więc dlaczego winić akurat wódę? Zawsze winę zwala się na wódę. A jednak powoli docierało do mnie, że mogę się poddać leczeniu, że mogę jakoś uśmierzyć ten ból i że w tym celu będę musiał odstawić picie. Tego ostatniego oczywiście nie chciałem, więc wciąż stwarzałem pozory.

Jeśli miałem w ogóle jakieś wątpliwości co do mojego stanu, wystarczyło spojrzeć w lustro, żeby je wszystkie rozwiać. Skóra zaczęła mi żółknąć – pierwszy objaw żółtaczki, która towarzyszy marskości wątroby. Twarz miałem wynędzniałą i tak bardzo schudłem, że ubrania wisiały na mnie, jakby zostały kupione dla kogoś o dwa rozmiary większego.

Moje problemy zaczęły się tuż po imprezie z okazji 60. urodzin Jimmy’ego Tarbucka, która odbyła się w lutym 2000 roku. Zaproszenie brzmiało następująco: „Mężczyźni – smokingi; kobiety – eleganckie suknie; jedzenie – ryby z frytkami z górnej półki”. I właśnie to zaserwowano w klubie golfowym u Tarby’ego takim sławom, jak Cilla Black, Ronnie Corbett, Russ Abbot, Robert Powell, Michael Parkinson i Adam Faith. Wieczór był wspaniały, ale moja forma od pewnego czasu pozostawiała trochę do życzenia, więc postanowiłem zarezerwować sobie tydzień w uzdrowisku Forest Mere, w hrabstwie Hampshire.

Całymi latami żałośnie próbowałem radzić sobie z piciem na umór, odwiedzając uzdrowiska cztery czy pięć razy w roku i wierząc, że w ten sposób zniweluję skutki nadużywania alkoholu, mimo że i w takich miejscach często popijałem wino. Czasami wracałem więc stamtąd w jeszcze gorszym stanie, niż gdy się tam zgłaszałem, ale udawało mi się przekonać samego siebie, że robię dobrze i rozwiązuję swoje problemy. Niestety, nie ma sposobu na alkohol.

Nie da się go wykreślić z życia.

Jeśli chodzi o picie, to niespecjalnie chciałem z nim zerwać. W zasadzie było wręcz przeciwnie: rozwiązania problemów żołądkowych nie szukałem w apteczce z lekami, a w butelce z brandy. Nie powinienem jej pić nawet w zwykłych okolicznościach, bo źle wpływała na moje ciśnienie, ale obsługa w pobliskim pubie Phene Arms w Chelsea zawsze coś mi podstawiła pod nos. Piłem coraz więcej brandy, czasami zaczynałem tuż po przebudzeniu, a do tego każdego dnia wypijałem morze wina. Oczywiście im więcej piłem, tym mniejszy był ból. Zgodnie z logiką alkoholika doszedłem do wniosku, że więcej znaczy lepiej. Pomagało, ale jako że ból wywołany był przez błagającą o litość wątrobę, pogrążałem się jeszcze bardziej.

Aby kupić autobiografię Besta w promocyjnej cenie kliknij TUTAJ

Liczba komentarzy: 2
Subscribe
Powiadom o
guest

2 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
Inline Feedbacks
View all comments