O tym, że jesteśmy sto lat za Białorusinami wiadomo było mniej więcej od momentu drugiego awansu BATE do fazy grupowej Ligi Mistrzów. Na upartego – może nie sto lat, ale sto milionów euro. Dziś dochodzi kolejna okrągła sumka, premia od UEFA za zwycięstwo w najbardziej prestiżowych rozgrywkach kontynentu. Tak, tak. BATE Borysów wygrało mecz. Tak, z AS Romą. Tak, 3:2. Tak, to nie był jedyny zaskakujący wynik tego wieczoru…

Świat stanął na głowie. Poza Bayernem i Barceloną – stos niespodzianek

Od czego tu właściwie zacząć? Białorusini to poziom tak niemożliwy, jak dziesięć goli Lewandowskiego w siedem dni. Nie chodzi już nawet o zwycięstwo, chodzi o jego rozmiar, o sposób gry, o trzy gole strzelone Wojciechowi Szczęsnemu, który przed momentem całkiem nieźle radził sobie z Barceloną. BATE jest w grupie, którą chyba można by określić mianem grupy śmierci, a tymczasem siedzi na dupie nie tylko Bayerowi Leverkusen, ale i… Barcelonie. O jej meczu pisaliśmy TUTAJ.

Dobra, wróćmy jednak do zachwytów nad chłopakami z Borysowa. Że wyszli bez kompleksów? To chyba trochę mało powiedziane, jeśli po trzydziestu minutach prowadzili trzema bramkami. Nie ustrzegł się błędów Szczęsny, ale ogółem cały zespół z Rzymu wyglądał na dość mocno zaskoczony jakimkolwiek oporem gospodarzy. Opór tymczasem bardzo szybko zamienił się w atak: pomijając, że BATE strzeliło trzy gole, warto dodać, że jeszcze przed przerwą mieli okazję, by zdobyć i czwartą bramkę, a gdyby byli konsekwentni – kto wie, może nawet udałoby im się nawiązać do strzeleckich rekordów Lewandowskiego.

Skończyło się jednak na trójeczce, co zresztą mogło się zemścić w końcówce. Roma zdołała jeszcze strzelić kontaktowego gola, ale – i to zdanie trzeba podkreślić – na wywiezienie z Białorusi choćby punktu zabrakło czasu i umiejętności. Tak. Nie sądziliśmy, że kiedykolwiek takie coś napiszemy.

*

Mourinho miał rację. Jak zwykle, chociaż tym razem chyba wolałby jej nie mieć. Przed meczem z Porto powiedział, że to zdecydowanie najsilniejszy, grający najbardziej intensywnie przeciwnik w grupie, sprzedając prztyczek Dynamu Kijów. I rzeczywiście. Smoki pokazały siłę. Zionęły ogniem i przysmażyły drużynę swojego dawnego maestro. Czy jest to jakaś wielka niespodzianka? W obliczu padliny, która od jakiegoś czasu regularnie charakteryzuje mecze Chelsea… raczej nie.

Na Stamford Bridge być może byłby autobus, ale na Estadio do Dragao miejsca na nudę nie było. Kontrataki The Blues na początku meczu były naprawdę groźne, ale Porto też nie zamierzało grać w tempie ślimaka. W pierwszej akcji bramkowej, tej dla gospodarzy, było właściwie wszystko. I piękne, indywidualne zejście, i strzał Brahimiego, i cudowna obrona Begovicia. Bramkarza, który – mamy wrażenie – w Chelsea ma mnóstwo pecha. Tym razem również fortuna nie stała po jego stronie, bo dobitka Andre Andre nie pozostawiła złudzeń.

Pod drugą bramką? Iker Casillas swojego 152. meczu w Lidze Mistrzów, dzięki któremu stał się rekordzistą wszech czasów, nie może zaliczyć do tych z zerem za plecami. A wszystko przez Williana, który świetnie uderzył z rzutu wolnego, dosłownie sekundy przed końcem pierwszej połowy. Ostatni gol padł po główce Maicona, ale – żeby była jasność – nie była to ostatnia sytuacja. Tych było naprawdę wiele, a najbardziej w pamięci utkwił chyba kapitalny strzał Diego Costy czy słupek po bramce Danilo. Gdybyśmy mieli wybierać tłumaczenie wyniku, to między słabym dniem Chelsea, a super dniem Porto, wybralibyśmy to drugie.

The Blues nie zagrali słabo. Trafili po prostu na godnego przeciwnika.

*

Ale Anglicy dzisiaj polegli nie tylko w Porto. Arsenal. U siebie. Z Olympiakosem. Tracąc trzy gole. Czy właściwie wymaga to jakiegokolwiek komentarza? W dwóch meczach „Kanonierzy” zebrali tyle samo punktów, ile braw za walkę. Zero. Czekają ich jeszcze dwa starcia z Bayernem, co może, a właściwie powinno, wywoływać drżenie portek u każdego, kto sympatyzuje z Wengerem i jego ekipą. Jesteśmy w stanie sobie wyobrazić, że Arsenal nie zakończy Ligi Mistrzów bez zdobyczy punktowej, ba, jako ludzie z potężną fantazją jesteśmy nawet w stanie dopuścić do głów scenariusz, że Arsenal kończy fazę grupową na trzecim miejscu.

Ale awansu z taką grą, z takimi błędami w defensywie, z taką dyspozycją bramkarza (Ospina!?)… Wybaczcie, nie dajemy rady.

*

Kolejkę domknęły mecze Maccabi z Dynamem Kijów (0:2), Lyonu z Valencią (0:1) i Zenitu z Gent (2:1). Rety, co za dzień…

Liczba komentarzy: 5
Subscribe
Powiadom o
guest
5 komentarzy
Oldest
Newest Most Voted
Inline Feedbacks
View all comments