Chciałoby się rzec – dzień jak co dzień. Anglicy dostają po dupie, Bayern wygrywa, Hulk jest po prostu Hulkiem, Szczęsny łapie kontuzję w meczu z Barceloną… Mamy jednak i wyjątki od reguł. Po pierwsze – Hiszpanie jednak są do pokonania. Wprawdzie nie ci z Barcelony, zresztą o jej meczu piszemy w osobnym tekście, ale już z Walencji – jak najbardziej. W dodatku do pokonania nie przez żadną potęgę z grupy regularnych półfinalistów Ligi Mistrzów, ale przez Zenit. Druga niespodzianka – kluby z Premier League jednak potrafią wygrywać, ba, nawet w miarę efektownie. Niestety, to tylko Chelsea z Maccabi, zresztą Chelsea regularnie zawodząca w lidze. Zanim jednak zdradzimy wszystkie wyniki we wstępie – zapraszamy na nasz króciutki przegląd dzisiejszych spotkań w Lidze Mistrzów.

Incredible Hulk, niemoc Arsenalu… Środa z LM

GRUPA E

Nieco obszerniejszy tekst o meczu Barcelony znajdziecie za moment na stronie. Co zaś z drugim spotkaniem? Cóż, skoro w Rzymie mieliśmy hit całej środowej serii spotkań, drugi mecz nie mógł być przesadnie widowiskowy. Bayer Leverkusen – BATE Borysów. W teorii Białorusini mieli czas, by już okrzepnąć w fazach grupowych europejskich pucharów, ba, korzystając z nagród finansowych za regularną grę na tym poziomie zbudować skład na serio walczący chociaż o trzecie miejsce w grupie. To wszystko jednak teoria, szczególnie, jeśli Łysy dobrał outsiderowi Barcelonę, Romę i Bayer Leverkusen.

Mecz bez historii. Gładkie 4:1. Zespół z Bellarabim, Calhanoglu i Chicharito na szpicy po prostu musiał rozjechać rywala, u którego grę robi 93-letni Aleksander Hleb.

GRUPA F

I tu już robi się ciekawiej. W końcu grają Anglicy, a to zawsze gwarancja wyśmienitej zabawy. Tym razem Arsenal udał się na pustawy stadion Maksimir, gdzie przyjmowało go Dinamo Zagrzeb. Przypomnijmy, że to wielokrotny mistrz Chorwacji od lat pogrążony w konfliktach prezesa z kibicami, dziennikarzami i ogółem całym światem. W tym roku zresztą osoby numer jeden i dwa w klubie – właściciel Zdravko Mamić i jego brat, trener Zoran Mamić trafiły na moment do aresztu w związku z domniemaną korupcją. Na marginesie – tak, to ten kraj, który na miesiąc przed dwoma najważniejszymi meczami eliminacji do Mistrzostw Europy zwalnia trenera reprezentacji.

Skoro mamy już tło i miejsce akcji – na Maksimir wpada Arsenal. W dwudziestej czwartej minucie – 1:0 dla Dinama. Kilkanaście minut później – czerwona kartka dla Giroud, którą zresztą równie dobrze mógł wylecieć już wcześniej. O ile w pierwszej połowie „Kanonierzy” jeszcze jakoś wyglądali, trzymając chociaż potężną przewagę w posiadaniu piłki, o tyle po przerwie zupełnie się posypali. Od razu na wejściu dwie doskonałe sytuacje Chorwatów, potem drugi gol. Goście grali już raczej o twarz, niż o punkty. Gol Walcotta to raczej za mało, by móc powiedzieć, że udało się ją uratować. Ale w sumie Anglicy powinni się już do tego przyzwyczaić.

W drugim meczu tej grupy Bayern w miarowym, usypiającym tempie puknął Olympiakos 3:0. Na uwagę zasługują dwa gole w samej końcówce, ale tak naprawdę podopieczni Guardioli mogliby pewnie skończyć mecz wcześniej. Ale woleli sobie podawać. My w tym momencie woleliśmy przełączać na inne mecze.

GRUPA G

Hehe… Eden Hazard…

Ale i tak udało się gładko wygrać 4:0. Ważne odbicie się od dna w wykonaniu londyńczyków. Ciekawe, czy będzie to miało przełożenie na ich formę w Premier League. Do tej pory bowiem ciężko znaleźć zespół z Anglii, który wygrywałby i w lidze, i w europejskich pucharach… Za plecami Chelsea zaś strzelanina w Kijowie. 2:2 z meczu Dynamo z FC Porto to wbrew pozorom całkiem przyzwoity wynik dla Portugalczyków. Jasne, stracili prowadzenie w samej końcówce, ale… No, zobaczcie sami.

A w doliczonym czasie gry Dynamo mogło nawet strzelić na 3:2. Bramkowy remis na wyjeździe – biorąc pod uwagę sytuację w tej grupie – można brać jako dobrą zaliczkę na kolejne spotkania.

GRUPA H

Ha, kto by pomyślał, ze właśnie grupa H będzie tą najciekawszą. Dwa dreszczowce, siedem goli, dwie czerwone kartki, niewykorzystany rzut karny w 89. minucie… Najważniejsza informacja: drużyny z La Liga nie są niepokonane. Wystarczyło, że Hulk wreszcie udowodnił, że reklamy podkreślające jego niesamowitą moc nie są wcale kompletnie oderwane od rzeczywistości. Dwie kasty w pierwszej połowie i gospodarzom naprawdę zaczęło się palić w dupkach.

Najbardziej jednak zdziwiliśmy się, gdy Valencia na kwadrans przed końcem zdołała wyrównać na 2:2, powracając w magiczny sposób do gry, a Zenit, zespół, który przecież przejechał kawał Europy do jednego z najlepszych klubów najlepszej ligi świata, jak gdyby nigdy nic, bezceremonialnie zapakował na 3:2.

W drugim meczu wcale nie działo się mniej. 1:1, ale… niesamowite 1:1. Gent najpierw zdołało grając w dziesiątkę wyrównać na 1:1, a na kilka minut przed końcowym gwizdkiem, grając już w dziewiątkę – wybronić karnego. A przypomnijmy, do Belgii nie przyjechali Kazachowie ani jacyś inni Albańczycy, ale Olympique Lyon, z Valbueną, Lacazette czy Rafaelem. Tym większy szacunek dla gospodarzy.

Liczba komentarzy: 4
Subscribe
Powiadom o
guest
4 komentarzy
Oldest
Newest Most Voted
Inline Feedbacks
View all comments
fnfOzvSR
fnfOzvSR
2 lat temu

1